wtorek, 15 października 2013

Dlaczego nam się chce - c.d.

    Zastanawiałam się nad tym wczoraj przy pracy. Wszystkie macie rację, ale chyba jest jeszcze w tym coś więcej. Myślę, że bycie tutaj i robienie tego, co robimy, zaspakaja potrzeby naszego ciała, duszy i umysłu, nie tylko ten wewnętrzny przymus "parcia na ziemię".
    Potrzeby ciała - bo my naprawdę nie umiemy żyć w mieście, bo potrzebujemy kontaktu z ziemią i z naturą. Czegoś realnego i prawdziwego. Poza tym macie rację, mamy dość oszukanej, bezsmakowej żywności. Oraz dość nabijania kabzy rozmaitym pośrednikom oraz politykom (przez taksy). Kiedy dowiedziałam się, że człowiek, który kupuje przetworzoną żywność, zjada rocznie ekwiwalent trzech paczek proszku do prania różnych chemikaliów, to dreszcz mnie przeszedł. Poza tym nasze kochane ciałko lubi pracę na świeżym powietrzu.
     W dzieciństwie i młodości bardzo łatwo zapadałam na różne choroby. Moja zmora: bolące gardło, kaszel, wieczne przeziębienie, bóle reumatyczne. Odkąd tu jesteśmy i "jemy swoje" - prawie nie choruję. Czasem się zdarzy, tak raz na dwa-trzy lata, ale mija szybko. A biegam nieraz przemoczona, zimą wyskakuję w piżamie rankiem po drewno na opał, śpię przez 9 miesięcy w roku przy uchylonym oknie... Podobnie córka i mąż. I tak było nawet wtedy, kiedy córka chodziła do dwóch szkół (zwykłej i muzycznej), a my mieliśmy sporo kontaktów z ludźmi, bo do muzycznej trzeba było jej towarzyszyć. Natomiast kiedy przeniosła się do internatu i przestała jadać w domu - zaczęły ją chwytać grypki i przeziębienia. Ale i tak mniej, niż jej koleżanki.
    Potrzeby duszy są tak różnorakie, że trudno je wymienić - potrzeba spokoju, uczucia, potrzeba tworzenia. Wszystkie one znajdują ujście w tym, co robimy. Praca na ziemi zmienia człowieka na lepsze, bo w niej styka się z prawdami prostymi. Świat dzisiejszy jest tak pokręcony, tak pełen zupełnie niepotrzebnych napięć, podburzania ludzi na siebie, że logiczność, spójność i prawdziwość świata natury jest znakomitą odtrutką.
    Własna żywność daje też poczucie bezpieczeństwa. Nasze pokolenie wie, jak krucha jest cywilizacja dobrobytu i jak łatwo można przejść od niej do niewyobrażalnego kryzysu. Przecież początek lat 70 to była era względnego dobrobytu i pewności!  A po niej nastał najczarniejszy kryzys i walka o przetrwanie... Pamiętam niezwykle ostrą zimę 78/79. Stanęły pociągi, drogi zasypane kilkumetrowymi zaspami. Mróz. Brak elektryczności przez kilka tygodni. Nasze rodziny, bardzo dumne ze swoich mieszkań w blokach, "z prawdziwymi łazienkami i komfortem", nagle znalazły się w ciemności i zimnie i głodzie. Woda w kranach zamarzła, a studni niet. Wiecie, co dzieje się w nieogrzewanym mieszkaniu przy przeszło 20 stopniach mrozu? A jeszcze jak zamarzła kanalizacja, nie ma wody do spłukania kibla, a sławojki "toże niet"? Sklepy jeszcze bardziej puste, niż zwykle, bo żywności nie dowieźli. Tymczasem w małym, podmiejskim domku mojej Babci, u której mieszkałam, było cieplutko, bo opał do kaflowych pieców gromadzi się rok wcześniej, wesoło płonęła lampa naftowa i świeczki, a na kuchni bulgotał kociołek pysznej zupy z zapasów wyciągniętych z piwniczki i spiżarni. Kociołek, bo cała bliższa i dalsza rodzina gromadziła się w tej oazie ciepła.
      Patrzyłam, chłonęłam i wyciągnęłam wnioski.  Można cieszyć się dobrami kultury i cywilizacji, ale nie trzeba od nich uzależniać swego życia. Rozwiązania najprostsze są najbardziej niezawodne. Jedyny pewnym elementem w tym niepewnym świecie jest ziemia, własny kawałek ziemi, który można zamienić na swoje schronienie i swój raj.
      To tyle na razie o potrzebach duszy, choć można by tak jeszcze długo. A potrzeby umysłu? No cóż, im dłużej żyję, tak jak żyję, tym bardziej dociera do mnie słuszność naszego wyboru. Im więcej się uczę, tym bardziej rozumiem, jak ważne nie tylko dla nas i naszego zdrowia, ale dla całej Ziemi jest takie podejście do naszego na niej bytowania. To, co na początku było wyborem instynktownym i uczuciowym, dostaje swoją rozumową podpórkę.
     Poza tym samo ogrodnictwo, samo nasze bycie tu jest ciągłym uczeniem się. Zimą "udaję się na uniwersytet" i uczę się. A jeszcze tyle mi zostało! Chciałabym poznać gwiazdy, owady, wszystkie ptaki nie tylko z nazwy, ale też ich współzależności.
     Kiedyś, na początku, kiedy okazało się, że w owym czasie na naszym terenie nikogo nie interesowały ekologiczne warzywa na sprzedaż, miałam zamiar iść do pracy. Usiedliśmy jednak i podliczyliśmy wydatki na dojazdy, reprezentacyjne ubrania i kosmetyki, na żywność, której nie dałabym rady sama hodować, na lekarzy ewentualnie. I wyszło, że nic bym nie zarobiła, a straciła. Na dodatek kiedy przyjrzałam się stosunkom panującym w tej pracy, to powiedziałam sobie, że szkoda paść moim czasem (którego na tej ziemi mam tak mało), moim spokojem ducha i szczęściem mojej rodziny tego molocha. Jestem przekonana, że wtedy podjęłam najbardziej słuszną decyzję w moim życiu.


24 komentarze:

  1. Tworzenie własnego raju na Ziemi to cudowne doświadczenie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, Czarny Kotku, Wy akurat jesteście w najciekawszej fazie, bo zakładacie swoje siedlisko! A jak pięknie sobie już poczynasz i ile już wiesz i umiesz, to miałam okazję trochę podejrzeć :)

      Usuń
  2. Babulinko, jakże się cieszę, że masz bloga! Czas pędzi, świat się zmienia, od roku zbieram się, żeby napisać do Ciebie maila, a tu proszę - jest. Blog! To, czego chciałam. Jeszcze raz - cieszę się bardzo. Będę czytać. Pozdrawiam. Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Królowo Koników Polskich! Czytałam o nagrodach, jakie zgarnęli Twoi podopieczni i jestem z Ciebie dumna. Tak sobie myślałam, że fajnie by było popisać :)

      Usuń
  3. Ano właśnie, jak prąd w bloku wysiądzie to kiszka... Albo jak wodę wyłączą... czy też kanalizacja się zapcha. Brrr aż strach pomyśleć!

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Nie mam :D Przywozimy w 1000-litrowym baniaku na przyczepce :D

      Usuń
  5. A jak w mieście zabraknie wody, ciepła i żywności?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to, ja sobie nie mogę wyobrazić powrotu do miasta. Bardzo dziwne, ale nawet nie lubię wody bieżącej, sama nie wiem czemu.

      Usuń
  6. Obejrzałam filmy i jestem zauroczona nie tylko ogrodem ale także Twoim głosem. Rzadka przyjemność obejrzeć i osoby i ich posiadłości w filmie. Też mam zamiar wykończyć dom rzeżbionymi nadokiennikami - podlaskie są szczególnie piękne, choć mnie bliżej do Kurpi czy uuu.... świdermajeru w wersji nadbużańskiej. Z innej beczki - czy masz doświadczenia z winoroślą? wyjątkowo pięknie mi w tym roku obrodziła po ostrym cięciu na wiosnę, bo już miałam dosyć tych marniutkich kuleczek. czy z obciętych teraz pędów, są za długie, można zrobić sadzonki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można jak najbardziej. Ja już robiłam kilka lat temu i w tym roku zamierzam zrobić. Trzeba tylko bardzo uważać, żeby wsadzić je dobrą stroną, po obcięciu to wcale nie takie oczywiste. Ja robię to tak: kawałki długości ok. 30 cm. wsadzam do doniczek, podlewam i ustawiam w chłodnym miejscu, na strychu albo w piwnicy. Od czasu do czasu sprawdzam, czy nie przeschły. Na wiosnę przynoszę do domu, a potem do foliaka. Moi znajomi robią duzo prościej - takie same kawałki pędów wsadzają do ziemi w zacisznym miejscu i przykrywają obficie słomą i liśćmi, trochę tak, jak róże na zimę. I też im się udaje. Powodzenia!

      Usuń
  7. Najbardziej słuszną decyzję podjęłam, kiedy zwolniłam się z takiego molocha. Wysysał mnie przez parę ładnych lat i to było jedno z gorszych, życiowych doświadczeń. Dzisiaj wiem, że trzeba było to zrobić o wiele wcześniej, a najlepiej wcale się tam nie zatrudniać. Ale cóż, wszak uczy się człek na błędach. Teraz przekonuję zestresowanych, że nie warto, jak piszesz, paść swoim życiem czasem taki twór. Niezdecydowani - uciekajcie, póki czas!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy popełnisz bloga dla tych niezdecydowanych - i innych? ;-))

      Usuń
  8. A popełnię, chyba już niedługo nawet, bo normalnie, że aż...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Cię cisną, ze wszystkich stron, droga Hano.

      Usuń
  9. Ledwo zipię, z tego ciśnięcia. Bezblogowa jestem i wywiera się na mnie presję. Co innego pogadać w komentarzach, a co innego pisać blog. Ciebie podziwiam. Trzask-prask i po wszystkiem!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Oj tam, oj tam. Jak nie czujesz, to nie ulegaj presji. Wiesz, ile lat ja się przymierzałam? W końcu dojrzałam, a że wiele spraw miałam przemyślanych i często opisanych już gdzie indziej, to teraz daję po kawałku. Jak zechcesz, to załozysz, a jak nie, to tyż piknie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Rzecz w tym, że chciałabym i boję się...

    OdpowiedzUsuń
  12. Babulinko kochana, czytać Ciebie to ogromna przyjemność. Potrafisz ubrać w słowa to co ja sama myślę. Masz rację, że cywilizacja dobrobytu to jak bańka mydlana...w jednej chwili może zniknąć. Nie ma to jak własna pełna spiżarnia, kawałek ziemi i bliskość natury. Kocham to! Buziaki - Joaha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Ci, Joasiu. Mam wrażenie, że coraz więcej osób myśli podobnie, nie jesteśmy same. A może to po prostu szczęście mieszka gdzieś pod listkiem w ogrodzie i w pełnej spiżarni przetworów przygotowanych z czułością?

      Usuń
  13. Bardzo podbudowujące przemyślenia i doświadczenia, zwłaszcza dla osób które odważyły wyrwać sie ze schematu. Więcej takich inspiracji :) Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń