sobota, 21 października 2017

Coś poszło nie tak

        Coś poszło nie tak i teraz zbieramy owoce cierpienia. A przecież miało być tak pięknie, coraz lepiej, lżej, dostatniej, radośniej. Cała natura nastawiona jest na rozwój, na ewolucję. Rozwój cywilizacji przyniósł nam wiele dobrych rzeczy. Żyjemy dłużej, jestesmy zdrowsi, maszyny wykonują najcięższe prace. Pełna sielanka? Chyba nie bardzo. Bo skąd taka epidemia depresji? Skąd tylu ludzi nie widzących sensu życia? Śmiejemy się wielokrotnie mniej, niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. W morzach i oceanach są już tylko nędzne resztki ryb. Ziemia uprawna staje się martwa, a jej uprawa nieopłacalna - liczba samobójstw wśród rolników Unii Europejskiej jest przerażająca i ciągle wzrasta. Nie tylko wśród rolników, jesli wierzyć statystykom. Żywność nigdy nie była tak dostępna - co z tego, kiedy nas truje? Przerażające skutki stosowania glifosatu czy dawniej DDT są wypierane ze świadomości, ale ciągle zbierają żniwo. Hodowla przemysłowa zwierząt powoduje tyle cierpienia, że coraz więcej ludzi rezygnuje z mięsa i produktów odzwierzęcych. Co więc poszło nie tak?
      Moim zdaniem w pewnym momencie człowiek poczuł się oderwany od natury, poczuł się jej panem całą gębą i zamiast szanować ją i poznawać, żeby żyć i działać zgodnie z jej prawami, zaczął rządzić się tylko swoim prawem, powstałym w jego młodym ewolucyjnie mózgu, ale uznał je za nadrzędne nad prawami natury. Nasz mózg ma w najlepszym razie kilkadziesiąt tysięcy lat - a natura, jako kosmiczny porzadek rzeczy - nieprzeliczone miliardy. No i taki zupełnie młody człowieczek (ewolucyjnie młody) chce narzucać swoje dyktaty kosmicznemu porządkowi lub Bogu, jeśli wierzy w niego jako w stwórcę wszystkiego.
       Skutki tego widzimy i czujemy na codzień.  To nie jest tak, że cała cywilizacja jest zła, bo stworzyliśmy wiele rzeczy dobrych i pożytecznych, ale wiele jej działań zmierza ku katastrofie. W zasadzie stoimy już na skraju katastrofy ekologicznej, a tym samym katastrofy ludzkiej.Jest już późno, później, niż nam się zdaje. A niedługo może być za późno. Tyle, że jeszcze możemy zatrzymać się, naprawić szkody i żyć lepiej. Ocalić ziemię, ocalić siebie, swoje dzieci, ocalić zwierzeta, wodę i lasy. Nie rezygnując przy tym z wygody i komfortu, nieco tylko zmieniając swój styl życia.
       My, ludzie, zostaliśmy sprowadzeni na manowce. O, ten diabeł nie był brzydki i odrażający. Miał modne szatki i wiele pociągających cech. Bo wyobraźmy sobie rolnika, uprawiającego dość dobrą ziemię, który zaczął stosować nawozy sztuczne. Nagle plony wzrosły kilkukrotnie i to prawie bez wysiłku! Co za cud! Możemy wykarmić ludzkość przy pomocy światłej nauki i białego proszku! A jeśli ten proszek tak dobrze działa, to spróbujmy innego, który zabija szkodniki! I jeszcze innego na uporczywe chwasty! Jakież piękne, zdrowe i czyste uprawy mamy teraz!  Tylko że, jak w bajkach, za wszystko trzeba płacić. Stopniowo spada żyzność gleby, pojawiają się nowe choroby. Trzeba więc coraz nowych proszków, coraz więcej. Gleba robi się zlewna, szkodzi jej najmniejszy deszcz i najmniejsza susza. Nic to, zakładamy deszczownie i melioracje, kupujemy coraz silniejsze traktory, które orają coraz głębiej. Pomału koszty produkcji (bo przecież nie  hodowli?) żywności rosną, pochłaniają cały dochód. Rolnicy zaciągają pożyczki, których nie dają rady spłacać. Trochę ratują ich dopłaty, ale degradacja ziemi postępuje. W końcu kilkudziesięciohektarowe, co ja mówię: kilkusethektarowe gospodarstwo nie daje rady wyżywić jednej rodziny, podczas kiedy wcześniej żywiło i utrzymywało w dostatku kilkanaście-kilkadziesiąt osób. A ziemia umiera dalej. Jeśli ktoś, wzorem dziada, wywiózł by na nią obornik, to ten by się nie rozłożył, nie zamienił w życiodajny humus. Nie ma już mikroorganizmów, bakterii, okrzemków, dżdżownic... ziemia jest martwa.  W krajach Europy Zachodniej już 80% gruntów uprawnych jest praktycznie martwych. U nas, w Polsce, niedługo pewnie zbliżymy się do tych wielkości. W tej chwili nikt nie przeprowadza badań, jak to dokładnie wygląda.

niedziela, 15 października 2017

Wieża ziemniaczana II

        Pamiętacie wieżę ziemniaczaną, zbudowaną przez wspaniałą ekipę stażystów majowych? wyglądała wtedy tak:
                                                                         
Był to przekładaniec ze słomy, obornika i ziemi kompostowej, w który włożyliśmy kilka warstw ziemniaków. Powinny one wyrastać piętrowo poprzez oczka siatki. No i z tym wyrastaniem był klops - wyrosły tylko 2 krzaki z najwyższej warstwy. Innych nie znalazłam wcale, mimo macania i szukania. Wersje są dwie: albo podczas rozgrzewania się tej wieży sadzeniaki zaparzyły się i ekspresowo zgniły (coś mi się nie chce w to wierzyć, bo wcale nie było takiego skoku temperatury), albo jakieś zwierzątka się nimi poczęstowały, albo oba naraz.

      Te 2-3 krzaki rozwijały się bardzo pięknie, ale nie wypełniały całej wieży. A traf chciał, że w ogrodzie wykiełkowało mi kilka zapomnianych ziemniaczków, głównie fioletowych. Niestety, tam gdzie wyrosły, nie mogły zostać, więc musiałam je powyrywać. Niektóre wyrwały się tak ładnie, ze wszystkimi korzonkami i nawet z kartofelką macierzystą, że szkoda mi ich było wyrzucać. Przeflancowałam je więc do wieży, gdzie ładnie się przyjęły i po kilku dniach pokładania się i podsychania, kiedy musiałam je ciągle podlewać i zraszać, ruszyły jak burza.

     Postanowiłam na maksa wykorzystać wieżę i spływający z niej "sok" bogaty w substancje odżywcze, sadząc wokół niej wczesną kapustę, kalafiory i dynię makaronową. Nasturcje wysiały się same.

     W lipcu wieża wyglądała już tak:

        Ziemniaki wybujały bardzo wysoko. Kapusta i kalafiory były niezwykle udane i wczesne, na tym wcześniej jałowym kawałku ziemi. Z dobroci korzystała też fasolka szparagowa i zioła. Także dynie wyrosły ładnie, chociaż dały tylko 5 owoców, z których 4 zdążyły dojrzeć. Na zdjęciu ich nie widać, bo są akurat po przeciwnej stronie.
Lato było tak deszczowe, że jedynie na początku musiałam trochę podlewać wieżę, która zazwyczaj ma tendencję do wysychania. Dodatek ziemi kompostowej okazał się bardzo dobrym pomysłem, utrzymując wilgoć.
      Te ziemniaki rosnące "na wysokościach" okazały się bardziej odporne na stonkę, która bardzo długo jakby ich nie widziała, oraz na zarazę. Niestety, zaraza w tym roku dała się u nas we znaki - wiadomo deszcz na bagnach i chłód... Z tego powodu zbiory ziemniaków mam w tym roku marniutkie. I tu największe i najładniejsze wyrosły w wieży. Choć może nie powalają rozmiarami, to i tak są większe, niż te na wałach i na zagonie. Oraz zdrowsze, bez plam i uszkodzeń.
      Czy ktoś zauważył liście chrzanu? Chrzan jest bardzo dobrym sąsiedztwem dla ziemniaków, chroni je przed chorobami i niektórymi szkodnikami.



      A tak wygląda miejsce, gdzie była wieża, w tej chwili. Cały nabój organiczny rozłożył się do wspaniałego kompostu, który na długo użyźni ten skrawek ogrodu.



A to są zbiory. W sumie cała miednica pełna ziemniaków. Najsłabsze są te w rodzaju "Baranie Rogi", z tym, że one już takie są - kapryśne i niezbyt produktywne, za to smak mają wyborny. We Francji są trzykrotnie albo i więcej razy droższe od zwykłych. Różowa Irga jest wielkości połowy pięści. Najbujniejsze są fioletowe przesadzane.

        Podsumowując: eksperyment w zasadzie udany, trzeba tylko wprowadzić pewne modyfikacje. W przyszłym roku zrobię wieże wcześnie wiosną, pozwolę im trochę popracować i dopiero wsadzę ziemniaki jedną warstwą, u góry. Na dole dam znowu warzywa wymagające dobrej ziemi, bo to sąsiedztwo się sprawdza. Zadbam, żeby kartofelki były wysadzone wcześniej, w kwietniu, bo początek maja to jednak trochę za późno, i w dzień korzeniowy. Każdy rok jest inny, moja Babcia mówiła, że kiedy jest dużo grzybów, to mało ziemniaków i odwrotnie. U mnie tego roku sprawdziło się to całkowicie. Ale każdy rok jest inny, będę więc próbować dalej.

      Polubiłam te wieże - nigdy nie widziałam tak szybkiego skompostowania tak dużej ilości masy organicznej. Przy okazji mam całkiem poprawny zbiór ziemniaków, piękne dynie, kapusty i kalafiory oraz użyźniony kawałek ogrodu. Te rośliny towarzyszące, które również korzystają z dobrodziejstw materii organicznej, są tak samo ważne, jak plon główny, czyli ziemniaki. Tyle dobra w jednym! Moim zdaniem wieże można wykorzystać też na pomidory, kabaczki i wszystkie dyniowate. Robi się je względnie szybko, żadnego kopania i przewalania ziemi, a na jesieni ma się czyściutką grządkę. Przetnę tylko siatkę, która jest stanowczo za wysoka, robiąc z niej dwa niższe walce.
    Jedynym problemem może być zgromadzenie odpowiedniej ilości słomy i obornika. U mnie akurat to nie problem, ale trzeba zadbać o to odpowiednio wcześnie. Zamiast ziemi kompostowej można dać zwykłą ziemię z ogrodu.


P.S. Dopiszę, bo może w komentarzach ktoś nie doczyta. Otóż wieża ziemniaczana nie musi być z siatki leśnej (na dodatek siatka siatce nierówna, moja była zbyt wysoka i zbyt wiotka, ale tylko taką dostałam w okolicy), natomiast koniecznie musi być ażurowa. Czyli nie nadaje się ani blacha, ani plastyk, ani beczki itp. wiadra. Nadaje się natomiast każda siatka, z której da się uformować walec o średnicy co najmniej 1m. Im większa średnica, tym lepiej - zbyt cienkie przesuszają się łatwo i niepowodzenie gotowe. Wysokość też koło metra, można więcej. Poza siatką metalową można zbudować wielokąt z listewek lub po prostu wbić w ziemię patyki i przepleść je luźno gałązkami np. wierzby. Luźno, bo jednak można te kartofle powtykać też po bokach. Zrobiłam tak z flancowanymi czarnymi. Wtedy używamy nie tylko powierzchnię u góry, ale też wzwyż, sadząc o wiele więcej roślin, niż na takiej samej grządce, ale płaskiej.
















                                                                                   

wtorek, 3 października 2017

Jesienny magiczny kociołek

           Oto przyszła, po lecie, którego prawie nie było, jesień, która zawsze mnie zachwyca i wycisza. Sypnęła grzybami, jabłkami, czerwonymi jarzębinami i owocami kaliny. Przyniosła nawet w zanadrzu kilka słonecznych dni z ciepłym, skośnym światłem, które tak lubię. A teraz sypie deszczem. Znowu grzyby będą. A ja tu uziemiona z bolącą nogą, prawie nie mogę chodzić... Nic to, pojadę jak zwykle, postawię auto przy lesie, trochę pochodzę, trochę odpocznę na siedzeniu. Pojadę dalej i znowu - trochę spaceru, trochę odpoczynku. Przy takim sposobie grzybobrania kilogramów nie nazbieram, ale przecież nie tylko to się liczy. Liczy się głównie bycie w lesie, napawanie się ciszą i oderwaniem od trosk. I wiecie co? W takich chwilach nawet lubię technikę, bo bez samochodu nie mogła bym tego zrobić. A grzybków zawsze trochę będzie, na pierogi z grzybami albo na suszenie. Suszarki do grzybów i owoców to w tej chwili najbardziej chodliwy towar w Augustowie. Też się skusiłam, bo niby mam plitę, ale miejsca na niej mało, nie zawsze zapalam, no i miałam kłopot z grzybami. Będzie więc na podorędziu.


 
     Zbieramy plony jesienne z warzywnika - marchewki, buraki, pasternak,selery, pory, kukurydze, kapusty. Ostatnie, pojedyncze pomidory i papryki. Jeszcze u nas nie było przymrozków, chociaż kilka kilometrów dalej już tak. U nas bagna pełnią rolę zbiornika ciepła. Ziemniaków też trochę zebrałam, niewiele, ale bardzo smacznych. Moja Babcia mówiła, że jak rok dobry na grzyby, to słaby na ziemniaki. Coś w tym jest. Za to inne warzywa pięknie obrodziły. Bałam się jednak przymrozków i zebrałam, co się dało z pnącej fasoli, czyli Pięknego Jaśka. Te suchsze ziarna jeszcze dosuszam i pójdą do łuskania, a te ładnie wykształcone, ale jeszcze zielone użyłam w magicznym kociołku. Zawsze jesienią nastawiam taki kociołek z fasoli i prawie wszystkich warzyw, jakie mam. Z dużą ilością ziół. Koniecznie na prawdziwym ogniu z drewna. I tak sobie pyrka, rozsiewając zapach po całym domu. Kiedy warzę mój magiczny kociołek, to znak, że już prawdziwa jesień.

     Drzewa jakoś tak dziwnie gubią liście - zamiast żółknąć, one po prostu od razu brązowieją i opadają. Najpierw te dolne. Drzewa stoją takie podkasane, a ja mgliście przypominam sobie, co Babcia mówiła w takim wypadku o nadchodzącej zimie. Czy to początek zimy ma być mroźny, a później niekoniecznie, czy odwrotnie? Nie pamiętam. Ale zobaczymy.

     Letnie szaleństwa i uniesienia zostały gdzieś daleko ( a było ich, było... zwłaszcza zjazdy, zwłaszcza ten sierpniowy, prawda?). Nadszedł czas uciszenia i refleksji, czas jakby zwinięcia się w kłębek, zapatrzenia i zasłuchania. Może by wrócić do malowania? Może poczytać wiersze przy herbatce z róży? A może, jak jakiś Hobbit, wyruszyć w dal ku przygodzie? Gdyby tylko nogi chciały nosić, to chętnie.


niedziela, 3 września 2017

Sezon słoikowy

       Popadało i w lesie znowu pokazały się grzyby. W piątek przyniosłam znowu dwa koszyki, w tym jeden mieszany: kurki, koźlaki, prawdziwki, a drugi prawie samych małych, jędrnych maślaczków, które zdybałam w maślakowym mateczniku, kiedy dopiero wychodziły z ziemi. Bardzo lubię to miejsce - dawne wyrobisko żwirowe, bardzo nieregularne, z rzadka porośnięte szeroko rozkładającymi się sosnami przeplatanymi z gęstymi laskami, też sosnowymi. A maślaki zdybać trzeba na samym początku, jak tylko wyrastają po deszczu, bo potem są robaczywe. I nic tu nie pomaga, że jest ich gęsto, po kilkanaście - kilkadziesiąt razem, kiedy już wszystkie są zarażone. Tym razem miałam szczęście, bo znalazłam je, zanim robaki się o nich dowiedziały.
    Człowiek osłonięty tymi iglakami, zanurzony po kolana we wrzosach, otoczony zielenią, czuje się tam tak bezpiecznie i przytulnie, że mogła bym siedzieć tam całymi dniami.

    A po przyjściu do domu mniej przyjemny kawałek roboty: trzeba cały ten urobek oczyścić, posegregować (do suszenia, do jedzenia i do słoików). Potem mycie (albo i nie - tych do suszenia się nie myje przecież), przerabianie na zupy i sosy tudzież grzybki w occie, parzenie, wkładanie do słoików, sterylizacja ... Dom pełen aromatu octu gotowanego z zielem angielskim, marchewką i piórkami cebuli. A w tym czasie dusza już by gnała do ogrodu, na łąki, do lasu. Tańczyła by z jeleniami, pohukiwała wieczorem z sowami. A tak swoją drogą - ileż to już lat, odkąd nie mogę biegać? sporo. A dusza ciągle chce i pragnie.  A tu trzeba pilnować słoików. No i tak...

     Mamy też sporo zielonych pomidorów. Część już nastawiłam dziś wieczorem na sałatkę. Przepis wyciągnęłam od mamy, pamiętam, że jako dziecko bardzo tę sałatkę lubiłam. Mam tylko nadzieję, że tym razem mi się uda i  będzie przypominała tę z dzieciństwa. Kiedyś zrobiłam według przepisu z netu, ale nie udała się - była cierpkawa. To dlatego teraz nastawiłam pomidory i cebulę zasypane solą na całe 12 godzin, jak mama radzi, a nie tylko na kilka. Zobaczymy.

    Zostało mi jeszcze sporo tych niedojrzałków, więc planuję pomidorową konfiturę. Kiedyś jadłam, a nawet pomagałam kroić na nią owoce, ale sama jeszcze nie robiłam. Smak miała przedziwny, bardzo przypominający dżem z fig. Wertuję więc różne przepisy i szukam najlepszego. Czyli następny eksperyment w toku.

     Tyle że tak naprawdę zaczynam już mieć trochę dość tego ślęczenia w kuchni. To już trzeci miesiąc mija, jak "siedzę w słoikach". Tyle, że mam jakiś wewnętrzny przymus, by zagospodarować jak najwięcej plonów, jak najściślej wypełnić półki. Taki przedwieczny strach przed długą, głodną zimą. Bo co będzie, jakby nagle wszystkiego zabrakło? Przecież już kiedyś tak było. Nie wiem, czy to echa traumy stanu wojennego i wcześniejszego niedostatku, kiedy ratowały nas własnie przetwory z Babcinej piwnicy, czy jeszcze coś dawniejszego, odziedziczonego po przodkach.

     Pocieszam się, że to już niedługo. Że wyjdę do ogrodu kończyć wykopki, zbierać warzywa, wycinać kapustę. A tu kilka tysięcy okrąglejących z dnia na dzień Antonówek uśmiecha się złośliwie "Myślisz, że to koniec ze słoikami, oj, żebyś się nie przeliczyła...." Uff, dranie! Pójdziecie pod prasę  i już.

     A tak między nami, to jeden znajomy podpowiedział mi miejsce, gdzie można kurki kosą kosić. Nie wytrzymam, muszę sprawdzić. Oby tylko słoików nie zabrakło.


czwartek, 31 sierpnia 2017

Polecie

       Parę dni po zakończeniu sierpniowego kursu wyszłam rano na dwór i poczułam zmianę. Jakby wielka cisza się stała wszędzie, spadła na nasz światek i otulała go. Niby wszystko było, jak zwykle - świerszcze grały, ptaki ćwierkały, z daleka niosły się głosy żniwiarek, ale to wszystko otoczone było ciszą. Było ciepło, obłoki płynęły od południa, co jest u nas rzadkością.
      Wiedziałam, że to już, że przyszło POLECIE. Ono zawsze tak przychodzi - z ciszą, uspokojeniem, dystansem. Potem było załamanie pogody, chłód i deszcz. Teraz znów jest piękne słońce i jasne światło, ale już inne niż latem. Ciepłe dni i zimne noce. Jeszcze nie jesień, ale już nie lato. Po-lecie.
      Pomalutku sumuję tegoroczny sezon, wkładając go w słoje i susząc na zimę. Pomidory w tym roku to katastrofa - najpierw nie rosły przez te chłody, a potem szybciutko złapały zarazę. Ostało się kilka krzaków, widocznie bardziej odpornych, ale dojrzewają powoli. Jest tego na bieżące spożycie. Zerwałam też zielone z tych dogorywających krzewów i robię z nich sałatkę na zimę. Pamiętając, by sparzyć pokrojone i zasypać je solą na kilkanaście godzin, aby pozbyć się tomatyny.
     Ale nigdy nie ma tak, żeby nic się nie udało, zawsze coś wyjdzie lepiej, a inne gorzej. Mam piękną paprykę. Dużo i dorodnie. Kukurydza też wydała kolby dwukrotnie większe, niż w poprzednich latach. Bielinek zniszczył pod koniec sierpnia zewnętrzne liście kapusty, ale główki są duże i zwarte. Groszku zielonego miałam niezmierną obfitość, podobnie jak marchwi, buraczków i fasolki szparagowej. Z pewnym niepokojem przyglądam się zielonym jeszcze strąkom fasolki na suche ziarno - czy zdążą dojrzeć? Truskawki też były piękne. I słoneczniki.
   Zasieliśmy w drugiej połowie sierpnia sałatę i szpinak na jesienny zbiór. Ładnie wykiełkowały i rosną,a w tej chwili zbieram szpinak nowozelandzki. Wysiałam go kiedyś, przed laty, i od tej pory sam się wysiewa w tym samym miejscu. Próbowałam siać gdzie indziej - nie wzeszedł. A tam, gdzie się zadomowił, w tej części Starego Warzywnika, wyrasta co roku między innymi warzywami czy na ścieżkach. Witam go mile i korzystamy ze znakomitych liści przez całą drugą połowę lata i początek jesieni.

     Jabłek mamy nadobfitość. Mam nadzieję, że antonówki uda się zawieźć do pana, który ma wyciskarkę soku. Byłby świetny napój na całą zimę. Cydru może zrobię trochę, ale niewiele. Wyciskanie idzie dość dobrze, ale najpierw trzeba jabłka rozdrobnić, a to jest dość trudne.

     W części ozdobnej nadszedł czas chwały dla wrzosowiska. Kiedy inne rabaty powoli usuwają się w cień, ono rozjarzyło się kolorami i formami.
     Także róże kwitną po raz drugi bardzo obficie, a hortensja krzewiasta zmienia barwę z białej na truskawkową.

     Zieleń na drzewach jest jeszcze soczysta, z lekka tylko zaczyna przygasać. Cieszy mnie ta soczystość, bo w zeszłym roku niektóre drzewa zaczęły zrzucać liście już w lipcu - z powodu suszy.

    Tak, komarów ciągle nie brakuje. Z ich to powodu ciężko jest odprężyć się czy medytować na dworze.

    Dziękuję bardzo za zdjęcia, które niektórzy już przysłali, a które zrobili w czasie stażu.
Takie oto kolumny blasku widzieliśmy w zaczarowanym lesie. Wrażenie było naprawdę niezwykłe, kiedy tak znienacka pojawiały się i znikały.



wtorek, 15 sierpnia 2017

Piękno istnienia

       Czasem są rzeczy i ludzie i sprawy tak piękne, że pozostaje się długo w ciszy nie umiejąc przekazać tego uczucia tak, jakby się chciało.
       Zjazd sierpniowy był piękny, tak piękny, że aż trudno uwierzyć. I najliczniejszy ze wszystkich. Do stołu zasiadaliśmy w trzynaście i pół osoby. Niektóre rozmowy (bo trudno nazwać to wykładami) prowadził Patryk - kiedyś był moim uczniem, teraz przerósł mnie daleko w swoim dążeniu do prawdy i harmonii. Radość. Także Ewa pokazała swój nieprawdopodobnie piękny ogród w sercu wsi - a jest w nim wszystko. I dzieliła się swoją wiedzą zielarki i Czarownicy. Inni wnieśli też nieprawdopodobnie piękne doświadczenia i wiedzę - dziewczęta z Krakowa, z których jedna buduje dom ze słomy, a inna ma ogród, chłopaki, Piotr i Grzesiek, z anastazjowej osady Cedrowe Aleje, Piotr i Krysia ze swoją wiedzą ezoteryczną i wrażliwością, przepiękna Marcela z mężem i córeczką, Piotr - mąż Ewy z kryształowo czystą duszą. Wszyscy ci piękni ludzie, którzy od pierwszego dnia czuli się dobrze razem i nadawali na tych samych falach. Duch latał wysoko, wykłady zamieniały się w płomienną wymianę myśli i idei, praca szła piorunem. A te dyskusje przy ogniu wieczorami!

       Jednym słowem było pięknie. Takie rzadkie w życiu chwile łaski, kiedy wszystko jest cudownie harmonijne i układa się samo w najpiękniejsze fraktale.

      Będą zdjęcia i może nawet filmiki, jeśli Nadworni Mistrzowie Obrazu zechcą je przesłać, ale to później. W każdym razie było pięknie i owocnie.

      Zrozumiałam w tym czasie, że gdyby tacy ludzie mieszkali w osadzie blisko siebie, blask od niej byłby niewyobrażalny. Rzadkie połączenie duchowości i rzetelnej pracy daje niesamowity efekt, do tego połączenie dusz i umysłów, które mobilizuje do lepszego zrozumienia i jest po prostu bardzo, ale to bardzo przyjemne i inspirujące.

     Królu Piotrze, panuj razem z Królową Iwoną nad Alejami i prowadź je mądrze, ochraniaj je. Mądrości i siły Ci nie brakuje.

    Patryk - w swoich elfich podróżach po świecie wracaj czasami do nas, to zawsze będzie święto.


    Wszyscy - pielęgnujcie tę boską iskrę, która jest w Was i która jest solą tego świata.



       Teraz siedzimy i płaczemy - Pierre i ja. Kochamy Was wszystkich! Pierre nie płakał, jak jego brat wyjeżdżał, a płacze jak dzieciak po Was! Ja też....

 P.S. Zajrzyjcie do Kasi, są zdjęcia! http://podbzami.blogspot.com/


A tak na marginesie - jestem zła! Powiedziałam: po 5 zł od osoby! Za wodę i elektryczność! Nie odezwę się do Was przez.... no, co najmniej kilka tygodni. Za dużo zostawiliście! Mogło się przydać na lepsze rzeczy!

niedziela, 6 sierpnia 2017

Zjazd sierpniowy

     Przede wszystkim tak, odbędzie się! I zapraszam wszystkich, którzy chcą przyjechać. Ostrzegam tylko, że komarów jest multum i bardzo gryzące, więc zabezpieczcie się odpowiednio.

    Dzień 11 sierpnia przeznaczony jest na "zjeżdżanie się", zagospodarowywanie, zwiedzanie ogrodu, zapoznawanie ze sobą wzajemnie i z okolicą. Wieczorem ognisko albo kominek w altanie (zobaczymy, jak pogoda pozwoli).
    Właściwe zajęcia zaczynają się 12 sierpnia o 9 rano. Harmonogram podobny, jak w maju. Sprawdził się, więc po co zmieniać. Od 9 do ok. 10 - 10.30 teoria i gadanie, potem wspólna praca i zajęcia praktyczne. Obiad ok.13, czas wolny do 15,30. Znowu teoria i gadanie, trochę pracy lub wycieczka.  Kolacja o 19. Reszta czasu samo wolne.

    Poza komarami grozi Wam zagubienie w dżungli, kleszcze, zaskrońce, śmierdzące owce i końskie muchy. Żeby nie było, że nie uprzedzałam. U mnie ostatnio kiepsko z siłami, więc wszystko jest okropnie zaniedbane.

     Jeśli jeszcze się nie przestraszyliście - to zapraszam!

P.S. Miałam pytania, co przywozić jako żywność. To powiem, czego NIE przywozić. Na pewno kabaczków i cukinii, mamy nadmiar, jabłek też. Z marchewką, cebulą i ziemniakami też damy radę. Poza tym można przywieźć to, co lubicie i co może służyć we wspólnym kotle. Nie musi tego być wiele, tyle, ile oceniacie, że zjecie. Mile widziany będzie ser, masło, śmietana lub kefir do chłodnika (buraczki mamy) kasze czy makarony, owoce poza jabłkami i co kto tam chce.

sobota, 5 sierpnia 2017

Kłębuszek

       Leżą przede mną dwa kłębuszki, niezbyt imponujące, trochę artystycznie nierówne i powęźlone, ale najważniejsze, że własnoręcznie uprzędzone!


Ten malutki, z lewej, to pojedyncza nić z gotowej przędzy. Ten większy - podwojona nić z wełny moich owiec.

         A wszystko to dzięki Pracowni Rzemiosł Dawnych
     https://www.facebook.com/Pracownia-Rzemios%C5%82-Dawnych-1113576658662952/

       Moja tutejsza Babcia potrafiła pięknie prząść i tkać, utkała mi dwie narzuty, zwane tutaj "dywanami" "na posag". Jeszcze do niedawna w prawie każdym domu na wsi kobiety potrafiły tutaj prząść i tkać.  Jako dziecko w czasie wakacji na wsi bawiłam się kołowrotkiem, wprawiałam go w ruch, ale prząść się nie nauczyłam. Jakoś to za mną chodziło, miałam wielką ochotę nauczyć się, czytałam dużo o tym, rozmawiałam ze starszymi kobietami, ale nigdy nie doszło do skutku.
      Zwłaszcza gręplowanie wydawało mi się skomplikowane - wszystkie kobiety twierdziły, że oddawały wełnę do gręplarni. A takowych u nas już nie ma.

      Toteż kiedy zobaczyłam ogłoszenie o warsztatach przędzenia, nie wahałam się. Zarezerwowałam miejsce, wsiadłam w samochód i pojechałam do Łęcza pod Elbląg. Przemiła kobieta, która prowadzi Pracownię, pomogła mi znaleźć zakwaterowanie w pobliskim Tolkmicku, gdzie tuż przy kościele, na małym, schludnym ryneczku jest bardzo fajny (i niedrogi) pensjonat. A na drugi dzień zaczęłyśmy naukę gręplowania i przędzenia.

      Gręplować można ręcznie, takimi dwiema szczotkami podobnymi do tych, którymi czesze się psy, tylko większymi. Moja gospodyni w ciągu godziny nagręplowała cały koszyk przędzy!

      Samo przędzenie okazało się sporo trudniejsze - trzeba skoordynować nie tylko dwie ręce, z których każda robi coś innego, ale też nogę, którą napędza się kołowrotek. Po kilku próbach i lekkiej panice jednak mi się udało. Nauczycielka była bardzo dobra i cierpliwa! A po godzinie przędłam już z przyjemnością. Chociaż oczywiście wiele się jeszcze muszę nauczyć, to jednak już wiem, że dam radę.
      Samo przędzenie ma w sobie coś niezwykle rozluźniającego i hipnotycznego, jak powtarzanie mantry. Człowiek jest jednocześnie skupiony i rozluźniony, przypomina to medytację.

      Teraz szukam kołowrotka dla siebie. Wiem, że jakiś do mnie przyjdzie w odpowiednim czasie i już wyobrażam sobie te jesienne i zimowe wieczory, kiedy ogień trzaska w piecu, wiatr na dworze huczy, a kołowrotek rytmicznie postukuje.

     Sam pobyt w tamtych stronach był dla mnie niezwykle ciekawy. Pierwszy raz tam byłam i wszystko było dla mnie nowe. Tolkmicko jest takim miejscem, które bardzo lubię - małe miasteczko z charakterem, zupełnie inne od podlaskich miasteczek i wsi. Miejscowość turystyczna i latem pełna życia, a jednocześnie bez tłoku i hałasu. Na rynku z fontanną zawsze było miejsce do zaparkowania samochodu. I te kamieniczki z wewnętrznymi podwórkami! Szkoda, że taki wiele z nich niszczeje...

    Odwiedziłam też Frombork, gdzie załapałam się na koncert w katedrze. A to właśnie to, co Gorzka Jagoda bardzo, ale to bardzo lubi.

     Jedna rzecz tylko mnie zdziwiła: prawie całkowity brak pamiątek i rękodzieła, poza odrobiną chińskiego badziewia. Przyzwyczajona do tego, że nawet w niewielkim Lipsku, nie mówiąc już o Augustowie, są muzea i galerie, gdzie można kupić miejscowe rękodzieło, a choćby i takie pół-rękodzieło, jak toczone w drewnie naczynia i misy, nie mogłam się z tym pogodzić. Przy takim napływie turystów! No nic, mam najlepsza pamiątkę tego pobytu - moje dwa kłębuszki.

wtorek, 25 lipca 2017

Wszystko na odwrót czyli wakacje na wsi

         Na wsi wszystko jest na odwrót, zima to wakacje błogie i leniwe, a latem trzeba zasuwać jak mały samochodzik, a i tak nie nadąża się ze wszystkim. Czyli na siwrut wywrót, niż u miastowych. Teraz jest nawał pracy i mało czasu na nią. Z siłami też różnie bywa, ale latem jakoś szybciej się odpoczywa również, mała drzemka w środku dnia zapewnia regenerację sił.
         Na przykład dzisiaj, ale najpierw wczoraj. Wczoraj robiłam sok z białych porzeczek w sokowniku. Wlałam w butelki, a owoce zostawiłam, żeby ściekły z resztki soku - będzie na szybki użytek. Wczoraj też przytargałam z lasu dwa kosze kurek, które zaczęłam obierać, podczas, kiedy robił się sok. Zbieranie było epickie, bo duszny upał wygonił na łów wszystkie komary i inne brzęczące towarzystwo. Tenże upał spowodował, że wypociłam z siebie kilka litrów wody, całe ubranie było mokre, jak z pralki. Mimo to byłam zadowolona, wiadomo, grzybiarze to specjalny rodzaj ludzi, jak "mają branie", to nic ich nie zatrzyma. A tak w ogóle, to pomijając komary, w lesie jest cudownie. Jestem chyba jakimś leśnym stworzeniem, bo zawsze wracam stamtąd w znakomitym humorze, oczarowana, spokojna i rozluźniona. Po przyjściu do domu prysznic, chwila odpoczynku z nogami w górze. Oj, bolą mnie coraz bardziej i nie daj bóg, niedługo mogą odmówić noszenia mnie, bo coraz trudniej mi chodzić. Ale na razie daję radę, więc korzystam.
        Dziś rano musieliśmy jechać do miasta, zakupy i pierdylion różnych spraw, w tym wyłamana część od kosiarki. Pisałam już, że nie lubię miasta? No to potwierdzam. Gorąco, nogi i plecy bolą, w głowie się kręci, wkoło tłumy zirytowanych ludzi. Beton, smród spalin i kanalizacji.  Ale czasem trzeba. No bo nie wszystko chce wyrosnąć w ogrodzie. No i widziałam kobiety sprzedające na targu kurki po 10 zł. za niewielki plastykowy pojemnik i kilkanaście grzybków na krzyż. No to ile zarobiłam wczoraj? Co najmniej 200 - 300 zł. tyle, że nie materialna wartość jest ważna, ale to poczucie samodzielności. I przyjemność ze zbierania, a jednocześnie zaopatrywania rodziny w dobre rzeczy.
       Po powrocie padłam znów ciepłym plackiem, bo wczorajsze chodzenie po lesie odzywało się jeszcze w kościach, a dołożyło się ganianie po mieście. Ale nie można latem długo leniuchować, jak tylko poczułam powrót energii, pognałam do roboty. Nastawiłam ocet z wytłoków porzeczkowych. Nakarmiłam kurczaki kilka razy. Przyniosłam warzywa z ogrodu, oczyściłam i przygotowałam. Wyczyściłam większość grzybów (część zrobiłam już wczoraj) dzieląc je na: duże do słoików, mniejsze do słoików, małe i połamane do smażenia. Umyłam wszystkie grzyby w kilku wodach. Przygotowałam słoiki, zalewę z marchewką, cebulą i zielem angielskim, na słodko-kwaśno, bo do kurek taka bardzo pasuje. Zalałam grzyby w słoikach zalewą i wstawiłam do pieca do pasteryzacji. W tym czasie zrobiłam faszerowaną cukinię z ryżem, mięsem i sosem kurkowym. Wyjęłam słoiki, a wstawiłam cukinię. Usmażyłam te grzyby, które były do usmażenia. Umyłam sterty naczyń.
       No i mamy już noc, a w domu ciągle bałagan i ogródek nie wypielony, hej!
   
      Odkąd tu mieszkamy, to lato własnie kojarzy mi się z takim przyspieszeniem. Nadchodzą jedne za drugimi wspaniałe dary lata. Obfitość! Nie można ich zmarnować, więc człowiek ma ochotę się sklonować co najmniej trzykrotnie. Ale jest też radość i satysfakcja z zapełniającej się spiżarni, ze wzrastającej samowystarczalności. No, tak zupełnie samowystarczalni to pewnie nie będziemy nigdy, ale coraz więcej mamy swojej żywności i zapasów na zimę.


   

poniedziałek, 17 lipca 2017

W dżungli

        Zaginęłam w dżungli, jaką stał się nasz ogród. Wprawdzie chłodne lato nieco opóźnia wegetację - np. w zeszłym roku miałam pomidory już na początku lipca, a tym są jeszcze zupełnie zielone, ale duża ilość opadów spowodowała, że wszystko rozrasta się niezwykle bujnie. Przepadłam w tej zieloności, nie wiem, w co włożyć ręce: czy zbiory i konserwowanie, czy plewienie, czy podwiązywanie pomidorów.

 Nauczyłam się w końcu przesyłać zdjęcia z aparatu męża na komputer, żmudne to i długie, ale mogę udokumentować moje zaginięcie i pokazać Wam zdjęcia jeszcze cieplutkie, dzisiejsze. Tak to wygląda w pochmurny, chłodny dzień, natomiast w słońcu iskrzy się kolorami.
Lawenda właśnie kwitnie, dojrzała do zbiorów. Wysyp ziół jest w tej chwili - na herbatki, na leczenie, na zapachowe poduszeczki. Czy mówiłam już, że chciała bym móc się sklonować, żeby ze wszystkim nadążyć?

Groszek zielony obrodził, jak chyba jeszcze nigdy. Wspina się dzielnie po walcach z leśnej siatki, które zrobili majowi kursanci i ma już ponad 2 metry, chociaż na torebce z nasionami napisane było, że osiąga około metra. Zbieram go koszami od kartofli. A potem łuskanie i konserwowanie. Jadamy go też w różnych postaciach. Mnie najbardziej smakuje prosto ze strączka. No i zupa-krem z grzankami. Pyszności!

         Zaczęłam już podbierać kartofelki, mamy młodą kapustę i zaczyna się fasolka szparagowa. Koper wybujał i własnym ciałem broni kapustę i ziemniaki przed najazdem szkodników. Tylko z marchewki usuwam go konsekwentnie, bo hamuje jej wzrost. Marchewka Pariser Markt (to bardzo wczesne, śmieszne, małe i pękate marchewki, bardziej przypominające kształtem rzodkiewkę, niż marchew) też już jest zbierana i jedzona. Przypomina nam, jak powinna pachnieć prawdziwa marchew, taka, jak w dzieciństwie. W porównaniu z nią kupna jest bez smaku i zapachu.
Podobnie jest z ziołami, czosnkiem, cebulą. Ich zapach jest niezwykle intensywny, smak nieporównany, a i właściwości odżywcze pewnie też dużo większe, niż w uprawach klasycznych.
Zbiory truskawek zbliżają się do końca, teraz "siedzę w porzeczkach". Kolejne bomby smaku i zapachu.
Nie dziwcie się więc, że rzadko goszczę na blogu. Po czterech suchych latach, kiedy płakałam nad spieczonym, łysym ogrodem, teraz zalana jestem obfitością jego darów i pięknem kwiatów.

czwartek, 29 czerwca 2017

Prze-Tworzenie

         Mija czas, a mi coraz trudniej zaglądać na bloga. Mimo chłodnej wiosny i początku lata, natura robi swoje. Ogród znowu stał się nieprzeniknionym buszem, zaczął owocować i zaczął się też wielki czas przetwarzania jego darów. Czas wegetacyjny jest dość krótki u nas, trzeba więc szykować zapasy i od razu zagospodarowywać to, co ogród daje.
        Truskawki obrodziły w tym roku, po kilku suchych latach nareszcie mamy ich obfitość i to pięknych. Oczywiście zjadane są na surowo, poza tym robię dżemy i soki. Obrodził groszek zielony, pięknie pnie się po walcach z siatki leśnej. Ten najwcześniej zasiany też już jest zbierany. Co ciekawe - chłody zahamowały wzrost groszku wysianego na początku kwietnia, tak, że przez pewien czas jego wielkość była taka sama, jak tego wysianego na początku maja. Natomiast zaczął owocować odpowiednio wcześnie. Czyli warto siać wcześnie.
       Jem już też wczesną kapustę, przepiękne, niewielkie, ale zwięzłe główki. No i oczywiście zioła, cebulka dymka, botwinka, rzepka (bo rzodkiewka już się skończyła), rozmaite sałaty, roszponka, pieprzniczek, rabarbar itp...
       Na strychu sukcesywnie suszą się kolejne zbiory ziół i przypraw. Jak tylko deszcze ustaną, trzeba będzie zbierać porzeczki.
       Fasola, chociaż nieco uszkodzona na początku czerwca przez przymrozki, też dzielnie sobie poczyna i przez ten miesiąc wspięła się już do korony ustrojstwa oraz wykształciła dużą liczbę pąków kwiatowych. Wewnątrz kręgu utworzonego przez sznurki do fasoli było puste miejsce, więc posadziłam tam kilka flanców późnej kapusty, których miałam nadmiar. Rosną przepięknie, zagłuszając (no, prawie) chwasty. Jako roślina znosząca półcień, kapusta nadje się w takie lekko zacienione miejsca.

      Niestety, nie udało się zebrać siana. Trochę tylko, tyle, ile z mężem daliśmy radę skosić i wysuszyć między deszczami. Będę chyba musiała kupić....

     Na czerwcowym zjeździe było pusto, przyjechała tylko jedna para i, w dniu ich wyjazdu, zaprzyjaźniona z nami od kilku lat miła znajoma. Zdarzyła się też pewna przykra historia - pani, która przyjechała na kurs, złapała kleszcza. Twierdzi, że był rumień i że musi teraz przyjmować antybiotyki. Dlatego uwaga: za kleszcze, komary i inne żmije nie biorę odpowiedzialności. Tu jest dziki park Biebrzański, trzeba się też z tym liczyć i odpowiednio zabezpieczać. A przede wszystkim dokładnie codziennie oglądać ciało, zwłaszcza po wycieczkach. Ale nawet w ogrodzie można je znaleźć. I stosować odpowiednie replenty. Olejki naturalne są naprawdę skuteczne, ale co kto lubi.

   Czarna kurka wysiedziała 5 kurczaczków. Niestety, którejś nocy (a raczej nad ranem) do małego, przenośnego kurniczka włamało się jakieś duże zwierzę i wyniosło kurę het, na łąki i jeszcze dalej. Tylko czarne piórka znaczyły trasę. Z 5 kurczaków znalazłam 3, z tym jednego po wielogodzinnych poszukiwaniach i polowaniu. Uciekał jak mysz i odzywał się w coraz to innym punkcie ogrodu.
    Teraz próbuję wychować je w domu, a nie jest łatwo. Do tej pory kurczaki u nas lęgły się co roku, ale zawsze były wychowywane przez matki.
    Przy dwóch nieznośnych psach i dwóch kotach, co wiadomo, musiałam znaleźć bezpieczne miejsce. Na dokładkę lampy u nas mają żarówki energooszczędne i nie grzeją, a jest chłodno... No i znalazłam bezpieczne miejsce - duże drewniane pudło z kurczakami wstawiłam do piekarnika kuchenki. Tam też jest lampka, która grzeje. Zacisznie, bez przeciągów. Chociaż brzmi nieco makabrycznie. Regularnie trzeba to-to karmić, poić i zmieniać podkłady. Na noc gaszę światło, a wstawiam termoforek. I tak czas leci. Czekam na ciepłą pogodę, żeby wyprowadzać je na spacerki do kojca na podwórzu.
    Wczoraj dranie postanowiły wykąpać się w spodeczku z piciem. Kiedy zobaczyłam je, takie mokre i łyse jak dinozaury, to nie było wyjścia - kurczaki za pazuchę, pod polarek i schnąć! Chyba było im tam dobrze, bo mościły się i spały, dopiero kiedy wyschły, zaczęły się wiercić i wyglądać przy szyi. Mam nadzieję, że przeżyją...

niedziela, 4 czerwca 2017

Taniec czasu

        W ogrodzie kolejne epoki kwiatowe tańczą przesuwając się w korowodzie: kończy się u nas Epoka Bzów i Konwalii, zaczyna się Epoka Łubinów i Kalin. Za nią czeka Epoka Jaśminu i wiele, wiele innych. Jedne zostają dłużej, inne tylko migną przed rozpłynięciem się gdzieś w niebycie do następnego roku. Pięknie jest.
      Pięknie, chociaż nie łatwo. Wczoraj przeszła fala nocnych przymrozków. Niezbyt silnych i takich "wyspowych", ale wystarczyło, by zwarzyć kabaczki i częściowo fasolkę, już wysoką, która zaczynała wspinać się po sznurkach struktury postawionej przez majowych stażystów. Niestety, przesieka otwarta w naszym lasku przez pracowników elektryki dała dostęp do Nowego Warzywnika takim pełzającym wrogom. Biegnie ona akurat w kierunku północno-zachodnim, skąd zwykle przybywa zimno i wiatr. W tym samym warzywniku dynie, które rosną chronione zagajnikiem, nie ucierpiały wcale. Klimat nas w tym roku nie rozpieszcza.
     Niektóre rośliny wcale nie wzeszły, np. pietruszka. Nie wiem, czy to wina zawirowań pogodowych, czy nasion. Pan ze sklepu ogrodniczego powiedział mi, że wielu ludzi skarży się, że wschody roślin były złe i kupuje nowe nasiona na dosiewanie. W każdym razie w tym roku będę miała własne nasiona pietruszki, z korzeni pozostawionych w ziemi z zeszłego roku. Może będą bardziej żywotne. Na szczęście ładnie wschodzi pasternak, który może pietruszkę zastąpić.

     No i sucho jest. Na zachodzie Polski pada, a u nas już od ponad miesiąca nic.... Na dziś zapowiadają deszcz, zobaczymy. A że kilkumilimetrowe siewki mają takież korzonki, to niestety, trzeba podlewać. One jeszcze nie mogą sięgnąć w głąb gleby.

     Przed nami spotkanie czerwcowe. Mam nadzieję, że będzie równie sympatyczne, jak majowe. Zaczynamy spotkania 14 o godzinie 9 rano. Dobrze więc było by, żebyście dotarli na miejsce w przeddzień, żeby mieć czas się rozgościć i zadomowić oraz odpocząć, bo będzie intensywnie! Jeśli ktoś nie może, to trudno, choć trochę szkoda.
     W zasadzie do tej pory nie wiem, ile osób dokładnie przyjedzie, więc trudno mi powiedzieć, gdzie będziecie spać...Na górze są 2-4 miejsca, reszta będzie musiała zadowolić się namiotami.
    Co zabrać? Oprócz śpiworów i jedzenia "składkowego" nie od rzeczy będą jakieś replenty na komary. Nie ma ich jakoś tragicznie dużo, ale potrafią być dokuczliwe, zwłaszcza o zmroku. Warto też, żeby nie być lądowiskiem dla komarów, zaopatrzyć się w odpowiednie ubranie. Raczej zwiewne giezła i dżellaby, niż kuse szorty i topy na ramiączkach. Czyli coś, co okrywa całe ciało, a jednocześnie nie grzeje. My radzimy sobie za pomocą odstraszacza własnej produkcji, złożonego z alkoholu, wody i olejków aromatycznych. Ważne, aby olejki były naturalne, nie chemiczne. W końcu chyba udało mi się znaleźć dobrą formułę, bo mieszanina, rozpylona na ciało i ubrania, jest skuteczna.

     Jeśli ktoś potrzebuje dokładnych danych dla dojazdu, to proszę o wiadomość na maila. Odpisze najprędzej, jak będę mogła.

    Prosicie, to napiszę. Formułę na odkomarzacz, banalnie prostą. Skład: 2 buteleczki spirytusu salicylowego (takie małe, plastykowe), trochę mniej przegotowanej i ostudzonej wody, 40 kropli lawendy, 40 kropli goździków, 40 kropli werweny lub limonki (lub innego cytrusa). Może też być melisa, ale i tak zapach jest powalający.
 

sobota, 13 maja 2017

Wieża ziemniaczana

       Miałam sporo pytań o tę konstrukcję, którą zrobiliśmy w czasie "majówki":
   Jest to wieża ziemniaczana, nowość u nas, ale znana już wielu zwolennikom permakultury. W zasadzie jest to walec z siatki o dużych oczkach, wypełniony warstwami materii organicznej i ziemi, w którym sadzi się ziemniaki. Również warstwowo. Sama tego jeszcze nigdy nie robiłam, ale słyszałam różne opinie - od zachwytów do rozczarowania. Postanowiłam więc spróbować sama.

    Warstwa żółta - słoma, brązowa - gnój, szara - ziemia kompostowa.
     Jak widać, ziemniaki ułożone są warstwowo i tylko najwyższa warstwa rośnie "do góry", te niższe wypuszczają pędy z boku przez oczka w siatce. Dlatego oczka te powinny być dość duże. Świetnie do tego nadaje się siatka leśna.
      Zalety są oczywiste: wykorzystanie miejsca (co jest ważne w małych ogrodach), niewielka pracochłonność, łatwość zbiorów. Po rozebraniu wieży jesienią na miejscu powinna pozostać kupka kompostu z nowymi ziemniakami wewnątrz. W następnym roku można tam zrobić grządkę.

      Chcę, aby eksperyment się udał, więc od razu wprowadziłam pewne swoje ulepszenia. Dałam nie tylko słomę i gnój, ale też sporo ziemi kompostowej, bo wcześniej stwierdziłam, że ziemniaki stanowczo lepiej czują się w ziemi, niż w samej słomie. Poza tym ziemia zatrzymuje wilgoć, podczas gdy słoma ma tendencję do przesychania. Z tego też powodu zrobiłam walec o średnicy powyżej metra oraz zastosowałam "nawilżanie kropelkowe" czyli butelkę plastykową z dziurkami w dnie, którą trzeba postawić otwartą na szczycie i regularnie napełniać. Oczywiście wszystkie materiały zostały dobrze nawilżone już w czasie budowy. Wieża znajduje się niedaleko domu i zbiornika z deszczówką, doglądanie jej nie będzie więc kłopotliwe.

     Oczywiście poinformuję Was o rezultatach.

     


wtorek, 2 maja 2017

Majówka

      Spotkanie majowe dobiega końca. Było to malutkie spotkanie, 3, a w porywach 5 osób, ale pełne treści i bardzo międzynarodowe, bo swoją obecnością zaszczycił nas William z Kostaryki oraz dwie wspaniałe dziewczyny, Kasia i Malwina. W początkowych spotkaniach i pracach uczestniczył też Jan i Daniela z małą Rutką, wspaniali ludzie mieszkający po sąsiedzku.
      Oprócz codziennych wykładów teoretycznych zrobiliśmy z tą małą ekipą niesamowite rzeczy! Już pierwszego dnia postawiliśmy toaletę kompostową, skonstruowaną przez nieocenionego Jana, mistrza w ratowaniu starych, drewnianych chat. Wychodek jest ładny i funkcjonalny, pachnie świeżym drewnem. A materia organiczna, po skompostowaniu, przyda się do roślin ozdobnych. Kompostu nigdy nie za dużo! A o tym, co robi Jan, można przeczytać tutaj: https://www.facebook.com/2handchata/








      Zbudowaliśmy wieżę na ziemniaki przy pomocy siatki leśnej i posadziliśmy tam ziemniaki starej odmiany niemieckiej w kształcie baranich rogów. Mamy nadzieję, że się udadzą, bo wieżę postawiłam u siebie pierwszy raz, a słyszałam o nich sprzeczne opinie. Na wszelki wypadek część ziemniaków została normalnie posadzona w bruzdach, a część na wałach.
     Pierre uczył kursantów posługiwania się narzędziami, w tym zgiętymi widłami, które zastępują łopatę, motykę i grabie. Przy tych ćwiczeniach została przygotowana całkiem spora grządka, na której wysieliśmy różne warzywa.
      Ustawiliśmy ustrojstwo na fasolę, chociaż jeszcze za zimno, by ją wysiać. W każdym razie stanowisko ma przygotowane.
      Były też zapowiadane wycieczki: jedna do rezerwatu Kozi Rynek w Puszczy Augustowskiej, druga nad Biebrzę i do rezerwatu Trzyrzeczki w obrębie Biebrzańskiego Parku Narodowego.
      Aż trudno uwierzyć, że tyle rzeczy udało się nam zrobić w trzy dni!

      Dziękuję wszystkim uczestnikom!

Teraz oddaję głos uczestnikom:

Jestem bardzo zadowolona z pobytu u Krystyny i Pierre'a. Jechałam długo (z Małopolski), ale zupełnie nie żałuję - wspaniali, gościnni i otwarci Gospodarze, świetnie zaplanowane zajęcia, piękne "okoliczności przyrody".  Uczestniczyłam w stawianiu ekologicznej toalety, testowałam ją - zapach świeżego drewna nie pozwalał na wywąchanie niczego innego :), budowaliśmy wieżę na ziemniaki, o czym Krystyna napisała szerzej. Ale najwięcej entuzjazmu wzbudziła konstrukcja na fasolę - wysoka tyczka, koło od roweru i sznurki. Nie sądziłam, że zobaczę i zrobię tu takie niezwykłe rzeczy. Bardzo spodobało mi się narzędzie zwane croc - krzywe widły, a raczej widełki. Jest bardzo uniwersalne - do zrywania darni, przekopywania, grabienia, wyrównywania grządek, a mąż Krystyny - mistrz niezrównany w posługiwaniu się nim, pozwolił nam uszczknąć trochę tej wiedzy.  Nie przypuszczałam, że spędzę ten czas tak intensywnie - choć teraz, pisząc te słowa, wydaje mi się, że to była właśnie kwintesencja tego, o czym mówiła Krystyna na wykładach - (bio)różnorodność.
Bardzo dziękuję i ogromnie polecam!!!

Katarzyna BezBloga


 Szkolenie bylo dla mnie czyms w rodzaju studiow za snow!
Nigdy nie studiowalam w zadnym systemie.
Nie wiedzialam co chce studiowac,nie chcialam tez  studiowac czegos w co nie wierze.
Zawsze marzylam o  mozliwosci przyuczenia sie od kogos w paktyce: zielarki...szamana...znachora...

Pani Krystyna ma ogromna wiedze i jeszcze wieksza chec jej przekazania.
Wszyscy swiadomi i obudzeni ludzie trafiajac tu, beda wiedzieli ze sa w dobrym miejscu do zdobycia prawdziwej wiedzy o zyciu.

Malwina Gawron



Amo este lugar, la pasion con la que viven cada dia la pareja (Pierre & Krysia), unos dias super llenos de educacion en una escuela radiante, verde y al aire libre. Cada alimento se planta y se cosecha con mucho amor y esa vibracion se siente al cocinar y compartir esos momentos de buena cuchara en una de mis partes favoritas de su casa, Cada momento aqui es una leccion que se queda guardada en la conciencia y en la memoria, se vive una atmosfera limpia, tranquila y en donde se respira, ademas del aire puro, alimentacion conciente, sabiduria, pasion por la vida sana, medicina natural.
Una experiencia que de verdad recomiendo a aquellos que andan buscando volver a nuestras raices, a esos modos de vida autosuficientes, a vivir en completa armonia con la Naturaleza en una region preciosa de Polonia, rodeada de aves, lagos y bosques virgenes. Infnitamente agradecido con mis amigos Pierre & Krysia por sus enseñanzas sobre permacultura, construccion de huertos, agricultura biodinamica y medicina natural. No esta de mas tambien mencionar a los bellos animales que conviven aqui en la finca: Luna, Tiki, las ovejas, la pareja de gatos negros, peces, pajaros, gallos, gallinas y el sin numero de microorganismos que regalan un clima primaveral calido y tierno.
Dz
ęnkuję bardzo i smacznego!

-William Gonzalez Miranda, Costa Rica 


No to by było na tyle. Ratunku, czy ktoś zna hiszpański?

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Czekając

       Pisałam już, że lubię jesień, bo wtedy już się na nic nie czeka. wiosna jest cudowna, ale mocno kapryśna. Wiele razy już to odczuliśmy - były wiosny, gdzie przez calutki maj nocami były silne przymrozki, a w dzień susza, było też tak, że śnieg leżał do końca kwietnia. Ten rok też nas nie rozpieszcza. Pogoda jest niezwykle dynamiczna, zmienia się jak w kalejdoskopie - słońce, deszcz, grad, śnieg, wiatr i znów słońce. Nocami przymrozki. Jeden wspólny mianownik: zimno.
      Widoki nieba i niezwykłych obłoków są bardzo malownicze, tyle, że zepsute obawą o młode roślinki. Patrzę na ogród maltretowany na przemian przymrozkami i palącym słońcem, deszczem, gradem i wiatrem i jestem pełna podziwu, że trwa. Upór tych maleńkich zielonych istot jest zadziwiający: rosną, rozwijają się i trwają. Ptaszyska drą się, jak ptasie radio.
    Siewy i wysadzania na razie są wstrzymane. Co się da, to wysiewam w domu do doniczek, tyle, że na oknach nie mam zbyt wiele miejsca. Pomidory marniutkie. Dawno powinny być przesadzone do dużych donic i czekać w skrzyni pod folią na wysadzenie do gruntu, ale jak je wynieść przy takich nocnych mrozach? W dzień też niewiele lepiej, bo wczoraj było +3 stopnie.

       Mam nadzieję, że na majowe spotkanie pogoda się poprawi. Przypominam: zaczynamy w niedzielę raniutko, lepiej więc przyjechać w sobotę. Można nawet wcześniej, np. w piątek, tyle, że nie będzie wykładów (bo te od niedzieli), ale takie sobie normalne życie. Jeśli to jest możliwe, to dobrze by było zabrać śpiwory albo przynajmniej poszwę od kołdry, którą można potraktować jako śpiworek na ciało. Jakieś koce na wierzch się znajdą, chociaż nie wiem, czy ich wystarczy przy takim zimnie :).

       Czekam więc na poprawę pogody, czekam na Was, pomidorki czekają na wysadzenie, a część grządek na oczyszczenie i przygotowanie do wysiewu. Czas jest pełen czekania.
   

piątek, 14 kwietnia 2017

Spotykamy się! - intensywny kurs permakultury

       Przed przejściem w "stan spoczynku" chciałam podzielić się wiedzą o ogrodach naturalnych i swoimi doświadczeniami z jak największą liczbą osób. Takie zjazdy, naoczne przekonanie się o zaletach i błędach są bezcenne, a mnie naprawdę leży na sercu idea opiekowania się Ziemią i własnym życiem w łączności z Nią. Chcę też odejść od komercji wiedzą w zamian za wymianę, zastąpić relacje komercyjne więzami przyjaźni.
       Propozycja zjazdu w czerwcu spotkała się z takim odezwem, że postanowiłam zaproponować jeszcze dwa inne terminy. chcę móc z każdym porozmawiać, dać możliwość tym, którzy wolą być w małych grupach i tym, którzy wolą świętować w większym gronie.

      Proponuję więc trzy terminy:

1. Majówka, czyli 30 kwietnia do 3 maja. Wiem, że to ostatni moment, ale może ktoś lubi takie "last minute". Oczywiście w tym terminie nie ma mowy o namiotach, chyba, że ktoś lubi sytuacje ekstremalne. Mogę jednak kilka osób zakwaterować w domu. Na górze jest spory pokój i korytarz, oraz kibelek z umywalką. Wprawdzie łóżka są tylko dwa, ale są też materace. To ma być mały, kameralny zjazd dla tych, którym ten termin odpowiada. Pozostaje tylko nadzieja, że pogoda będzie odpowiednia.

2. Zjazd czerwcowy, czyli ten zapowiadany od początku - 14-18 czerwiec. Spodziewajmy się pięknej pogody! Będzie on połączony z sianokosami i zbieraniem siana, więc się przygotujcie! Jest miejsce na namioty, przyczepy, oraz wspomniane wcześniej agroturystyki.

3. Zjazd "Pożegnanie lata" czyli 11-15 sierpień. W ogrodzie to czas obfitości - pomidory, jabłka, wszelkie warzywa. jeszcze dość ciepło, aby obozować (miejmy nadzieję).

       Oczywiście za każdym razem można liczyć na kilka miejsc do spania w naszym domu. Ilość jest limitowane przez Wasze upodobania, bo w końcu można pokotem położyć 20 materaców, tylko trzeba to znieść.

      Warunki zawsze są takie same: przywozicie ze sobą żywność, tyle, ile myślicie, że zjecie. Coś, co można dorzucić do wspólnego kotła. Zależy mi na tym, na wspólnym przygotowywaniu i spożywaniu posiłków. Ponieważ duża część uczestników jest wegetarianami, nastawiajmy się raczej na posiłki wegetariańskie, ale jeśli ktoś przywiezie kiełbasę, żeby ją opiekać sobie na ognisku, to też dobrze. Inni będą opiekać ser lub jabłka.

       W czerwcu i sierpniu dobrze by było zabrać też ze sobą kostiumy kąpielowe. Być w sąsiedztwie jezior augustowskich oraz Biebrzy i nie zażyć kąpieli - szkoda. Planuję na każdym zjeździe co najmniej dwie wycieczki, a wybór jest duży. Bagna Biebrzańskie, Puszcza Augustowska z jej rezerwatami i jeziorami, lasy w Biebrzański parku Narodowym, kładki na bagnach, rzeka, jeziora, Lipsk (czyli stolica polskiej pisanki) - sami wybierzecie, gdzie pojedziemy.

        Oprócz "składki żywieniowej" liczę na mały udział w kosztach mediów (prysznic,woda, elektryczność, bo u nas woda jest podgrzewana elektrycznie, gaz do gotowania itp). Tu będzie skarbonka i każdy włoży tyle, ile może i chce.  Oraz pomoc przez ok.2- 3 godzin dziennie w gospodarstwie i ogrodzie.
 
     Pod spodem daję trzy komentarze, każdy odpowiadający jednemu z terminów zjazdu. Proszę wpisywać się pod tym, kiedy myślicie przyjechać. Wszelkie zapytania i pogawędki - w następnych komentarzach, żeby nie robić bałaganu. Mam nadzieję, że będzie fajnie!

     Oczywiście, o ile ktoś chce przyjechać poza ustalonymi terminami, to tez będzie mile widziany, choć zasady są wtedy nieco inne. Daję schronienie i wyżywienie w zamian za ok. 5 godzin dziennie pomocy w ogrodzie i gospodarstwie. Jednak terminy trzeba najpierw uzgodnić z nami, bo wiadomo, życie ma swoje wymagania, nie zawsze jesteś my w domu, ktoś inny zajął termin itp.

      Jeszcze jedno, chociaż dość trudno mi o tym pisać: to spotkanie jest dość specyficzne, proponuję intensywny kurs permakultury, nie rozrywkowy piknik rodzinny. Dlatego tym razem, ze względu na specyfikę tego spotkania, nie widzę możliwości uczestnictwa w nim małych dzieci. Dla dobra wszystkich, dzieci także. Trzeba by je zostawić samopas przez co najmniej 14 godzin, a tu są zwierzęta, stawy i bagna. Nasz pies też nie lubi dzieci, zdarzało mu się je zaatakować. A on jest tu na prawach współgospodarza. Oprócz tego jest tu całe stadko takich współgospodarzy: Tiki, który nie toleruje innych psów, Luna, która nie toleruje suk, dwa koty, w tym zgrzybiała staruszka, chodzące luzem owce i kury. Dlatego nawet najgrzeczniejsze zwierzę może być problemem. Trochę inaczej to wygląda, kiedy ktoś przyjeżdża z wizytą, a trochę inaczej, kiedy jest grupa zajęta pilnym (mam nadzieję) studiowaniem. Dlatego proszę o zrozumienie - dzieci i psy zabierzemy innym razem, kiedy być może zrobimy spotkanie czysto rozrywkowe.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Przyspieszenie

         Nagła wiosna spowodowała takie przyspieszenie wegetacji, że nie wiadomo w co ręce wsadzić. Człowiek czekał, czekał, nic nie robił, bo wszystko zamarznięte i nagle ni z gruszki ni z pietruszki znalazł się w samym środku wiosny!
         A tu jakaś apatia człeka dorwała, zniemożenie totalne. Ból kręgosłupa stał się nie do wytrzymania. A na dodatek senność i ogólne zniechęcenie. I jak tu pracować, pytam, jak? Kiedy marzy się tylko o tym, żeby spędzać czas pod kołdrą i nic nie musieć? Trzeba było coś zrobić, bo żyć tak się nie dało - cały dzień na przygotowanie 3 metrów kwadratowych grządki.... a i smuteczki jakieś się kręciły, i życie uwierało.

       Trzeba było coś z tym zrobić. Mądrzy ludzie dawno radzili mi głodówkę. A lekarz od kręgosłupa wręcz zaproponował mi balonik w żołądku, mimo, że wcale tak dużo nie jem. Poczytałam sobie o efektach ubocznych, o tym, jak się ludzie z tym czyją i o tym, że wielu osobom wcale nie pomogło. Najgorsze były te efekty uboczne - ból, rzyganie, szarpiący głód przy poczuciu wypchanego żołądka. A cała ta przyjemność za ponad 4 000 zł. Dziękuję, mogę to wszystko zafundować sobie bez balonika. I forsa w kieszeni zostanie.
         Jak pisze Utygan, należę do tych, co "tyją od patrzenia na liść sałaty". Zachęcona dobrym przykładem znajomych, z których niektórzy głodowali po 10, a nawet 16 dni, postanowiłam w końcu to zrobić. Z pewnymi obawami, bo pamiętałam jeszcze wielki głód, kiedy byłam na diecie przepisanej mi przez Chińską Panią Doktor. Męczyłam się 6 miesięcy, a wskutek tego utyłam 6 kg.

      Tak więc zaczęłam ścisły post. Nie napiszę, że głodówkę, bo raz dziennie piłam sok, a drugi raz wywar z warzyw. Znaczy się wodę po gotowaniu warzyw. Poza tym herbatki ziołowe i zwykłe. Niezbyt długi był to post, tylko 4 dni, ale o dziwo - wcale prawie nie czułam głodu. Co więcej - czułam się świetnie. Jakby w nagrodę już pierwszego dnia ból w plecach zmniejszył się do znośnego. Potem było tylko lepiej. Energii też jakby od razu przybyło. Może to częściowo piękna, słoneczna aura, może post. W każdym razie senność odeszła, pracowałam dwa razy więcej, niż normalnie i odzyskałam dobry humor. Nie spodziewałam się, że tak lekko i przyjemnie pójdzie. Możliwe, że nasze organizmy są przyzwyczajone do głodowania na przełomie zimy i wiosny, więc o tej porze dobrze i wdzięcznie znoszą takie oczyszczanie.

      Zaczęłam wychodzić z głodówki kilkoma łyżkami zupy, potem kilkoma łyżkami kefiru na piąty dzień. Dziś rano zjadłam kleik owsiany, a na obiad kaszę z kapustą w pomidorach. Tyle, że ciągle pracuję nad "efektem balonika". Czyli biorę malutkie porcje. Mam taki spodeczek-czarkę, mieści się w nim ciut więcej, niż pół szklanki wody. On jest moją miarką. Czyli nigdy nie jem więcej (a często mniej), niż mieści się w ten spodeczek. No i czuję się wręcz przejedzona! Zwłaszcza że teraz zaczęłam jeść dzikie surówki, akurat najlepsza pora na nie.
      Dzikie surówki to wszystko to, co jadalne wyrosło w ogrodzie i na łące, a jest tego sporo. W ogrodzie rozsiała mi się roszponka, jest szczypior i szczypiorek, pędy czosnku, natka pietruszki, sporo innych ziół do skubania. a poza ogrodem - podagrycznik, mniszek, pędy perzu, krwawnik, pokrzywa, jasnota.... a wielu jeszcze nie wymieniłam. Jest z czego robić surówkę! A jaka pyszna!

     W naszej kulturze nie na darmo w tym okresie przypada Wielki Post. Widocznie wiosenne osłabienie najłatwiej zwalczyć w ten sposób.

      W tej chwili mniej już nawet chodzi mi o schudnięcie, ale o pozbycie się bólu i zmęczenia. Akurat to mi się udało. Na oknie stoi już macerat alkoholowy na kłączu różeńca, ale i tak będzie zdatny do użytku najprędzej za miesiąc.

      Tak dobrze czułam się poszcząc, że kusi mnie, by to powtórzyć.
 
        

niedziela, 26 marca 2017

Kompostowanie powierzchniowe

         Czasem słyszę opinie, że tylko my, ludzie, zmieniamy nasze środowisko. Otóż nie tylko my, choć może my najbardziej zachłannie i bez zastanowienia, niszczycielsko. Wiele gatunków roślin przekształca środowisko tak, by było im przyjemniejsze i bardziej wygodne do życia. Ciągle w naturze odgrywa się teatr zmian i następowania po sobie różnych biotopów.
          Najłatwiej można zaobserwować to zmienianie środowiska na przykładach lasu liściastego i iglastego. Dorzucę tu znów swoje trzy grosze, któryś już raz z kolei, ale prawdy nigdy za dużo: lite lasy iglaste NIE SĄ naturalne w naszym klimacie. Naturalnie występują o wiele dalej na północ. U nas to skutek leśnej "gospodarki", która z jakichś tam powodów upodobała monokultury sosenek. Ostatnimi laty widziałam poprawę na lepsze - w naszej okolicy w cieniu sosen i świerków posadzono młode buki, teraz już całkiem spore. Widziałam też nasadzenia innych drzew liściastych i nawet modrzewi i to nie tylko przy drogach. Mam nadzieję, że obecne, katastrofalne władze leśne, tego nie zepsują.
         Ale wróćmy ad rem. Otóż w lesie sosnowym opadające igły rozkładają się powoli, jednocześnie stopniowo coraz silnie zakwaszając glebę. Próchnicy przybywa tam powolutku, cieniutka tylko warstwa pokrywa szczery piach. Drzewa przystosowują swoje siedlisko dla siebie i swoich przyjaciół, eliminując niechcianą konkurencję. W takich borach spotykamy specyficzne grzyby, jałowce, borówki, czyli czarne jagody i popularne w naszym regionie "pijanice", wrzosy, czasem paprocie, konwalie i niektóre rodzaje traw.
       Inaczej nieco wygląda las liściasty. Bujnie spadające liście szybko tworzą grubszą warstwę próchnicy. Takie lasy wiosną niebieszczeją od przylaszczek i bieleją zawilcami, natomiast latem, w mięsistym, ciężkim cieniu, wegetacja zamiera albo prawie. Za to na polanach i obrzeżach wybucha gatunkami i kolorami.
      Jeszcze inne są słynne czarnoziemy stepowe, gdzie przez tysiące lat trawy i zioła, nietknięte ręką człowieka, rozkładały się, żywiąc obficie następne pokolenia.

      Zwykle ziemia, nie niepokojona przez człowieka, z naturalnymi procesami następstwa gatunków, staje się coraz bardziej żyzna.

     Jednak my nie zawsze chcemy i możemy czekać w naszym ogrodzie, aż ziemia sama stanie się urodzajna. Staram się te procesy przyspieszyć, ale kopiując najlepszych mistrzów, czyli samą naturę. Zauważcie, że w naturze materiały organiczne spadają na wierzch gleby i tam są rozkładane przez cały skomplikowany łańcuch organizmów, żeby w końcu dostać się do gleby pod postacią próchnicy. Szczęśliwi wtedy posiadacze gliniastej ziemi! Próchnica zostaje związana z gliną i powstrzymana przed wypłukiwaniem. A coraz to nowe warstwy ściółki chronią ją od unoszenia przez wiatr.

     Wykorzystuję te naturalne procesy w użyźnianiu swoich grządek. Kompostowanie powierzchniowe jest czymś pośrednim między wałami a ściółkowaniem. Ponieważ robię je na czystej już ziemi, na istniejących już grządkach, które po paru latach stały się mniej żyzne, nie stosuję żadnych kartonów ani grubych warstw. Po prostu najpierw przelecę się z widłami szerokozębnymi, usuwając niektóre uporczywe chwasty z korzeniami. Następnie roztrząsam na ziemię dość cienką warstwę gnoju, którą następnie przykrywam słomą, liśćmi lub sianem. Robię tak zarówno wiosną, jak jesienią (oczywiście w innych miejscach), zależnie od ilości gnoju. Idealne jest to w tunelach, tyle, że tam to trzeba solidnie podlać, żeby zapoczątkować procesy rozkładu.
Na zewnątrz o potrzebne nawilżenie troszczy się Matka Natura.
        Właśnie takie kompostowanie powierzchniowe robiłam ostatnio w tunelach. Pomidory i papryki są dość żarłoczne, więc trzeba im zapewnić to, czego potrzebują. Tylko w skrzyni w pierwszym tunelu dałam czysty kompost, na którym już posiałam rzodkiewkę i sałatę. Będę tam też robić sadzonki. Natomiast ściółka rozłoży się częściowo do maja, kiedy będę wysadzać pomidory, a ziemia pod nią będzie pulchna i wilgotna, bez kopania.

        Oczywiście na takich "zakompostowanych" grządkach trudno jest siać, to dopiero przychodzi w drugim roku. Ale można spokojnie sadzić wiele roślin jadalnych: pomidory, ziemniaki, kapustę, selery, pory, ogórki, dynie, cukinie. Trzeba tylko miejscami odgarnąć ściółkę. W takie "placki" wysiewałam też kukurydzę i słoneczniki, wyrosły pięknie, podobnie jak fasolka szparagowa. Jedynie korzeniowych tam nie sieję, na to mam inne grządki, te, na których ściółka już się rozłożyła.

       Wczoraj zauważyłam, że w nowym warzywniku kret zrobił kopiec. Wyciągnął na wierzch żółta, szczerą glinę, jaka tam była na początku. Porównałam ją z pulchną, czarną ziemią na grządkach i wałach. Wprost wierzyć mi się nie chce, że tylko przez kilka lat udało mi się zmienić do tego stopnia ten kawałek ziemi. I to niewielkim wysiłkiem.

piątek, 24 marca 2017

Róże performerki

           Jak to dobrze czytać blogi fachowców! Na "Blogu w zasadzie ogrodowym" (jest tuż obok, na pasku ulubionych) przeczytałam wiadomość o różach kanadyjskich. Otóż róże kanadyjskie to marzenie leniwego ogrodnika (albo takiego, który ma za dużo roboty i szkoda mu czasu na kłopotliwe zabiegi pielęgnacyjne). Przede wszystkim nie przemarzają, nie potrzebują żadnego okrywania na zimę ani odkrywania wiosną!  Cięcie raczej symboliczne i porządkowe. Na dodatek są w różnych kolorach, pachną (nie wszystkie) i odznaczają się sporą tolerancją na cień. Powtarzają kwitnienie, niektóre kwitną przez całe lato. Marzenie! Może nie są tak kipiące płatkami, jak róże angielskie, ale też bywają pełne i piękne.

        Poleciałam oczywiście sprawdzać u wujka google czy te wspaniałości są dostępne w Polsce Są i to nawet sporo gatunków. Zamówiłam i oto wczoraj z pompą przyjechały cztery Jej Różane Mości:
Therese Bugnet - różowa, wyrastająca nawet do 3 metrów
Luise Bugnet - biała, pełna, nieco mniejsza, bo do 1,50 m.
J.P. Connell - też biała, do 1,2 metra
Morden Sunrise - najmniejsza, tylko 0,70 m., ale za to przepięknie brzoskwiniowa, podbarwiona karminem.
Wszystkie pachnące.

       Sadzonki są silne, duże i porządnie rozgałęzione. Na dokładkę na własnym korzeniu, nie szczepione. Nie będzie więc problemu na styku podkładka - sport, żadnego wyrastania dzikich pędów z podkładki.
      Mam nadzieję, że się im u nas spodoba.

       Nasze róże tradycyjne są już wiekowe i pomału marnieją, mimo okazywanej troski. Będziemy je więc stopniowo zastępować kanadyjkami, bo jest ich jeszcze bardzo liczna rodzina!

    
Tak według netu wygląda Therese Bugnet w pełnym rozkwicie.

wtorek, 21 marca 2017

Święto Wiosny

         Naprawdę przyszła wiosna w swój dzień! Dziś wprawdzie było mokro i deszczowo, ale ciepło. Po niebie przesuwały się szybko deszczowe chmury na przemian z niebieskimi okienkami. Już prawie zapomniałam, że niebo jest niebieskie, bo od tak dawna go nie widziałam. A pod nimi wielopoziomowy balet ptaków rozmaitych sylwetek i maści.
         Trawa, dotąd szarobura, nieśmiało zmienia odcień na zielony.
         Cała okolica wonieje gnojówką, którą użyźnia się łąki. aby więc pozostać w tej samej nucie zapachowej wywoziłam dziś gnój z owczarni i roztrząsałam go w foliakach. Nie skończyłam jeszcze, bo okazało się, że przedtem muszę wyrwać całą plantację perzu spokojnie tam zainstalowanego. Gnój przykryję słomą i liśćmi, zmagazynowanymi od jesieni. Porządnie podleję. Kiedy przyjdzie czas sadzenia pomidorów i papryki, będzie już dobrze przekompostowany.
        Skrzynię długości 10 metrów w starym tunelu wzbogaciłam tylko kompostem, bo zamierzam tam siać nowalijki. Porządnie też podlałam - skrzynia wysycha migiem. Przez noc woda się wchłonie, jutro znowu podlewanie, a pojutrze wysiew rzodkiewek, sałaty itp.
        Przebiśniegi już kwitną na zabój, rozsiały się w różnych dziwnych miejscach w ogrodzie. Krokusy też już zakwitają. Późno u nas, ale cóż, taki klimat.
        Jesienią zostawiłam w ogrodzie trochę pietruszki, kilka zapomnianych cebulek, pory. Wszystko to zbieram teraz, pachnące i zdrowe. Pietruszka ma już zielone listki, cebulki - szczypior. Kilkakrotnie zbierałam już szczypiorek z cebuli siedmiolatki. Dziś znalazłam całkiem wyrośnięte kępki roszponki. Chyba wyrosła pod śniegiem z nasion tych kilku roślin, które zostawiłam w tym celu. Często zostawiam różne sałaty, które wybiły w kwiaty, aby się rozsiały i wczesną wiosną mam niespodzianki.
      Wystarczy te kilka stopni ciepła, a człowiekowi nie chce wracać się do domu. Tyle, że muszę i to dość często - kręgosłup nie żartuje, nogi też. Na szczęście wystarczy kwadrans odpoczynku i można ruszać na nowo. Niedługo będzie można odpoczywać siedząc w ogrodzie, chociaż u nas siedzenie na ziemi zawsze jest problematyczne z powodu mrówek. No nic, zawsze znajdą się ławki, pieńki i leżaki.

     Dziś naprawdę poczułam, że jest wiosna. Już, teraz. Wcześnie w tym roku. Mimo że łąki za domem ciągle zalane wodą i pokryte łabędziami, mimo że mokro, to już jest. Nawet drzewa wyglądają jakoś inaczej - już się obudziły. A ja wiosnę czuję też w zmianie trybu życia i w przyjemnym zmęczeniu.

poniedziałek, 13 marca 2017

Drzewa i Polacy

      Ostatnie zdarzenia w związku z prawem Szyszki rozpętały wielkie emocje i wręcz histerię, która mnie też dotknęła w pewnym stopniu. Wyruszyłam więc na zwiad w okolicy, żeby zobaczyć, jak to jest z tym wycinaniem drzew u nas.
      Jeśli idzie o lasy państwowe, to rzeczywiście, wycinka jest większa, niż w poprzednich latach. Na szczęście wokoło jest wiele parków narodowych i rezerwatów, których, mam nadzieję, nie ruszą.

     Natomiast jeśli idzie o prywatne posesje, zalesienia na łąkach i lasy prywatne - wielki spokój. Nikt nie masakruje na oślep. Rosną sobie spokojnie, jak rosły. Gdzieniegdzie ktoś coś wyciął, ale nie więcej, niż zwykle i zazwyczaj było to uzasadnione (tuż przy budynkach, albo drzewa chore i na wpół obumarłe, z jemiołą zamiast gałęzi). Ludzie u nas przyzwyczajeni są do mądrego gospodarowania drewnem, bo większość wie, jak jest potrzebne. Poza tym nigdy nie było u nas kłopotów z uzyskaniem pozwolenia na uzasadnioną wycinkę, dewloperzy nie zainteresowani...
To, że lasy prywatne traktuje się jak plantacje, przebolałam już jakiś czas temu. Ludzie pielęgnują je, czekają na stosowny moment i wtedy ścinają, zalesiając zaraz potem. Prawo nic tu nie zmieniło. Nawet mi się te nowe zalesienia bardzo podobają, bo wprowadza się nowe gatunki, nie tylko sosny i świerki.

     Czyli u nas w zasadzie spokój, nikt nie dał się zwariować. A nawet mam dwie bardzo pozytywne historie.
     Jedna to rząd wierzb płaczących, rosnących sobie spokojnie na łące wzdłuż jakiegoś rowu czy polnej drogi. Młode jeszcze, ale już solidne drzewka. Każde z troską zabezpieczone grubym plastykowym kołnierzem przed zębami bobrów. Ktoś je posadził, ot tak, na łące i dba o nie. Ten ktoś na pewno bezmyślnie ich nie wytnie.

     Drugi przykład, to nasz dobry znajomy z Augustowa. Niedaleko swojej wiejskiej działki, pośrodku pola, zauważył przepiękny, stary dąb. Właścicielami pola byli staruszkowie, którzy sami nigdy by go nie wycięli, ale kiedy im się zmarło i spadek odziedziczyła dalsza rodzina, zaczęły się przepychanki. Więc nasz znajomy z jednym jeszcze kolegą poruszyli niebo i ziemię, żeby ocalić ten dąb, bo ktoś już zaczął przy nim majstrować, poszerzając naturalną dziuplę. Obaj panowie pracują i mają swoje kłopoty, ale nie żałowali czasu szukając i sprowadzając odpowiednich fachowców. I tak nasz powiat zyskał następny pomnik przyrody, bo okazało się, że dąb ma coś około 450 lat.

    Gdyby poszperać więcej, to znalazło by się więcej takich historii, wiec wierzę, że Polacy nie są w większości drzewożercami uzbrojonymi w piły, którzy chcą tylko masakrować przyrodę. ot, choćby nasz sąsiad, który na początku, kiedy mąż podcinał gałęzie niektórych drzew, żeby ciężarówka mogła przejechać, przyszedł prosić, żeby zostawić wierzby i olchy na granicy posiadłości, bo latem bydło ma gdzie chronić się przed słońcem. Oczywiście, że nawet nie myśleliśmy nic wycinać. Dosadziliśmy też wiele setek drzew i krzewów.

     To wszystko są zwykli ludzie, nie żadni ekolodzy czy "ochroniarze przyrody". Będę więc rozczulać się i zachwycać takimi dobrymi przykładami, pojadę oddać pokłon Zygmuntowi Augustowi, bo tak nazywa się nowy pomnik przyrody. Nie dam się frustracji podsycanej medialnie. Pamiętajmy, że ten wilk rośnie w siłę, którego karmimy. Będę karmić dobrego wilka. Bo czasem mam wrażenie, że każdy pretekst jest dobry, żeby nas, zwykłych mieszkańców tego kraju, szkalować, mówić jacy to jesteśmy odrażający, brudni, źli i jak nas trzeba trzymać za mordę. Tymczasem jesteśmy normalni, są ludzie i ludziska. Złe i dobre przykłady. Ale tych dobrych jednak więcej, tyle, że one nie są medialne, więc się o nich nie trąbi.

A tutaj można zobaczyć zdjęcie uratowanego dębu:
http://www.dziennikpowiatowy.pl/wiadomosci/990,zygmunta-augusta-nie-dosiegnie-topor

piątek, 10 marca 2017

Ogrodowa joga

        No to zaczęliśmy ćwiczyć w ogrodzie. Asany rodzaju "głowa w dole, dupa w górze" oraz inne, bardziej skomplikowane. Mąż dostał napędu na przycinanie jabłoni, co od paru lat zaniedbał i skacze po nich jak małpa (a przypominam: ma już 77 lat). Potem ziemię zaścielają gałązki i całe konary. Z mojej ulubionej, ogromnej jabłoni musieliśmy ściąć konar wielki jak całe drzewo, bo był przeżarty hubą i ta huba się rozmnażała. Żal.
    Jeśli pogoda pozwala, bielę pnie. Mąż trochę pryska miedzianem, bo w zeszłym roku dopadła nas monilioza. Już mi karze przygotowywać wyciągi ze skrzypu na późniejsze pryskania, choć to jeszcze za wcześnie.

    Pościnałam lawendę i wrzosy. Wiem, że normalnie powinno się przycinać lawendę jesienią, ale z mojej praktyki wynika, że w naszym klimacie lepiej na przedwiośniu. Wtedy zimą te badyle służą za naturalną ochronę. Bo jeśli przytnę jesienią, to żeby nie wymarzła, muszę ją przykrywać. Agrowłókninę psy ściągają i szarpią z uporem godnym lepszej sprawy, a siano, słoma czy liście nasiąkają wilgocią i powodują gnicie. Więc je zostawiam rozczochrane na zimę i na przedwiośniu mus wycelować w to okienko, kiedy można już i jeszcze ciąć.
    Poodkrywałam róże ze stroiszu, ale liście i kopczyki jeszcze zostawiłam.

   A potem to wszystko trzeba sprzątać, wywozić. Chore gałęzie i mumie owoców palić, słomę lawendową podścielić w kurniku (dobra przeciwko pasożytom). A tu plecy bolą i nie będzie lepiej. Muszę więc tak rozplanować i dawkować robotę, żeby jak najwięcej zrobić.

    Grządki po zimie takie jakieś paskudne, pełne badyli... I tu czeka nas robota. Ale już przebiśniegi kwitną, tulipany, narcyzy i szafirki powychylały noski. Żurawie drą się na rozlewisku za płotem, jakieś dziwne ptaki latają i nawołują się. Sikorki i kowaliki ciągle domagają się słonecznika w karmniku. Dziś nad rozlewiskiem lotem koszącym przeleciało duże stado łabędzi, prawie 30. Szum był niesamowity. I byłoby zupełnie wiosennie, gdyby nie zimna, mokra pogoda. Trudno, to dopiero marzec.

      Już planuję dalsze prace. Oby starczyło siły i czasu. A jeśli nie starczy, to nic - co się zrobi, to będzie, a reszta poczeka.

niedziela, 5 marca 2017

Bajka na wieczór - Promienie Duszy

    Lottia, czyli Płynąca Z Wiatrem oddalała lekkim, tanecznym krokiem się wśród falującego morza traw w dól łagodnej doliny. Wiatr rozwiewał jej jasną suknię i włosy, rozganiał stadka motyli, przynosił echa nuconej melodii i śmiechu. Kobieta z naszego świata i mężczyzna z tamtego świata patrzyli na nią z upodobaniem.
      - Lubię ją bardziej, niż myślałam, że kiedykolwiek kogoś polubię - powiedziała - Jest w niej coś takiego, co przyciąga wszystkich, lekkość i wdzięk, a zarazem powaga i pewność.
      - Ma wspaniałe promienie duszy, mało kto tyle przeszedł i tak potrafił przekuć to na najpiękniejsze światło. Kiedy się je widzi.... Czemu tak patrzysz?
     - Bo już któryś raz słyszę o promieniach duszy, ale pierwszy raz, że je się widzi.
     - Twoja dusza czuje i myśli, a te uczucia mają swoja barwę. One promieniują poza ciało.To jest światło, które widzi się wokół osoby, można ją poznać bardziej w ten sposób.
     - Acha, chyba wiem. W moim świecie nazywa się to aurą, niektórzy nawet twierdzą, że ją widzą, inni w ogóle nie wierzą, że istnieje. Kiedyś próbowałam nawet ją zobaczyć, tyle, że niezbyt mi się udało, widziałam zaledwie maleńką świecącą otoczkę, i to tylko czasami. Mogło to być zmęczenie wzroku albo coś podobnego.
     - Ależ można ją zobaczyć, zwłaszcza tobie powinno się udać.

       Chciałabym zobaczyć twoją aurę, pomyślała. Elarenie, Elarenie, nie wystarczy że jesteście piękni, sprawni, mądrzy i cholernie szlachetni, to jeszcze widzicie takie rzeczy, które dla nas są tylko legendą. Chciałabym, chciała. Wątpię jednak, czy mi się uda coś więcej, niż do tej pory.

     A jednak udało się! Nie od razu. Najpierw długo jej pokazywał, jak trzeba patrzeć. Jego zdaniem podchodziła do tego zupełnie nie tak, jak trzeba. Wysilała się i napinała, żeby coś zobaczyć, podczas gdy trzeba było rozluźnić się, wyciszyć i odpowiednio ustawić wzrok.

     - Widziałaś, jak czasem psy nie patrzą nam w oczy, ale lekko w bok, jakby patrzyły przez nas, gdzieś dalej. Właśnie w ten sposób trzeba patrzeć na promienie duszy. - tłumaczył. Miała ochotę mu odpowiedzieć, że wystarczy jej patrzenie w jego oczy, tyle, że nie wypadało.  Ćwiczyła więc posłusznie patrzenie mimochodem na wskroś, jak to nazywała. Długo nic to nie dawało, a potem nagle trach! i, podobnie jak to bywa z tymi obrazkami, gdzie widzi się tylko plątaninę kresek patrząc normalnie, a potem nagle wyłania się trójwymiarowy obraz, zobaczyła. Było to tak piękne, że aż ją zatchnęło. No i znów widziała normalnie. Ale następnym razem poszło już łatwo.

    - Elarenie, to jest cudowne! Wspaniałe! Niesamowite!
    - Powiesz mi, co widzisz?
    - To jakby zorza polarna wokoło ciebie. Kolorowe światło, które faluje, kolory przechodzą jedne w drugie. I iskry, czasem rozsiewają się roje świetlistych iskier. A te kolory! Czyste, delikatne - zieleń, złoto, róż, czerwień, taka delikatna czerwień. Są jeszcze inne światełka, inne kolory, ale te są najważniejsze.
   - Myślałem o pięknie tej doliny, o lasach i świetle gwiazd. O życiu. A teraz popatrz!

     Stał przed drewnianą ścianą chatki, bo twierdził, że na początku na takim ciemnym, jednolitym tle łatwiej łatwiej się widzi. Teraz podniósł ręce, a światło podążyło za nimi, wybuchając całym deszczem iskier. Powoli złożył ręce w pozycji medytacji, zgrabnie usiadł na zgiętych nogach i zamknął oczy. Powoli pulsujące światło zaczęło zmieniać kolor i naturę, przechodziło w srebrne i złote, z domieszką różu i błękitu. Zamiast falujących woali pojawiły się promienie wzajemnie się przenikające.

      - To medytacja?
     Otworzył oczy i uśmiechnął się.
      - Tak, to jest to, co nazywasz medytacją, a my dążeniem do źródła. Teraz zobaczysz coś innego.

       Zobaczyła. Cudowne, pastelowe światło jakby nagle skamieniało, skurczyło się. Zszarzało i pociemniało. Pojawiły się w nim ciemne plamy. Stało się tak gęste, że wydawało się więzić w sobie ciało. Ponieważ otaczało go ze wszystkich stron, także twarz wydawała się przykryta ciemnym woalem, zamknięta.  Poczuła ulgę, kiedy ten kamień powoli jakby się stopił i pomalutku, jakby niechętnie, dał miejsce falującej zieleni. Tyle, że teraz nie było w nim złota, a ciemny fiolet.
     - Elarenie, na miłość boską, co to było? Wyglądało tak...
     - A o czym pomyślałaś?
     - O smutku i przygniatającym ciężarze, o bólu.
     - Bo tak było. Przywołałem stratę i ból i bezsilność.

       Nic więcej nie powiedział. I dobrze, bo wiedziała jaką stratę i ból mógł przywołać i to było zbyt rozdzierające. Także dla niej.

      Przez chwilę wpatrywał się w ukwieconą łąkę, w niebo z jasnymi obłokami, a kiedy spojrzał ponownie, znów miał na twarzy uśmiech. Trochę smutny i jakby zmęczony, ale jednak.

     - Gotowa na ostatni raz na dzisiaj? Teraz możesz zobaczyć coś naprawdę brzydkiego, więc tylko na krótką chwilę. Nie chciałbym na długo brudzić duszy.

    Było to brzydkie, naprawdę brzydkie. Sino-czarna skorupa, spod której wypływało coś brunatnego, jakby zepsuta krew. Dość szybko jednak skorupa zaczęła pękać, a spod niej, jak spod wolno płynącej lawy, prześwitywało światło - najpierw czerwone, potem coraz bardziej złote. Skorupa pękła i zniknęła, a światło znów zaczęło łagodnie falować. Przyglądała się zachłannie, chcąc więcej i więcej, aż w głębi, pod zasłoną falującego światła i ciała zobaczyła coś podobnego do ogromnego diamentu, pulsującego wewnątrz czerwonym światłem.

    - Wystarczy!

     Mrugała przez chwilę i mrużyła oczy, jak ktoś obudzony o poranku. Czuła się zmęczona i ożywiona jednocześnie, jak po przeżyciu czegoś niezwykłego. Wdzięczna była i trochę zawstydzona, że tak go widziała. Było w tym coś bardzo intymnego, ale też zachwycającego. Z wyjątkiem ostatniego obrazu. Był brzydki i trochę przerażający.
   - Co to było?
   - Nienawiść. Czułem ją wtedy i teraz czasem się zdarza, że czuję jej echo.
   - Cały czas tak widzicie innych?
   - Nie, zazwyczaj widzimy normalnie. Ale patrzymy tak, czasem... Zwykle kiedy spotykamy się po dłuższym niewidzeniu albo kiedy chcemy kogoś zrozumieć, albo okazać zaufanie.

   No tak, my też nie zwierzamy się sobie przy każdej okazji, pomyślała. Pewnie zbyt nachalne przyglądanie się promieniom duszy jest, hmm.. trochę niedelikatne.

    - Widzicie więc siebie tak prawdziwie, do głębi, kiedy jest taka potrzeba?
    - Tak. Pamiętasz nasze powitanie?
    - "Raduję się, że Cię widzę"? - do tej pory myślała, że to zdawkowa formułka, teraz miało to swój prawdziwy sens.
    - Przy powitaniu zwykle patrzymy na swoje promienie duszy. Widzimy swoje dusze.
    - Chyba nie zawsze to jest przyjemny widok? Mam na myśli te wszystkie trudne, złe uczucia. Przecież nie są Wam obce?
    - Sama widziałaś, że je znamy. Tyle, że od dziecka staramy się rozwijać dobre emocje, a wygaszać te złe. Ale kiedy ktoś je przeżywa, to cierpi z nim cały lud. Pomagamy sobie. Ale to już inna lekcja życia.
    - Słyszałam, że tłumienie złych emocji nie jest zbyt dobre.
    - Jak chcesz je tłumić?
    - No wiesz, nic nie pokazujesz po sobie, nawet nie chcesz się do tego przyznać, spychasz je jak najgłębiej, wypierasz ze świadomości...
    - W promieniach duszy widać prawdziwe uczucia, nie maski.  Nie tłumimy złych uczuć, ale stajemy obok. Przyglądamy się im, odkrywamy, co nami powoduje. A potem kierujemy naszą uwagę na wszystkie te dobre, piękne i ciepłe rzeczy wokół nas, na piękne i dobre uczucia. Nie karmimy tych złych swoją uwagą, więc przemijają. Wolimy kochać i cieszyć się, a w życiu kierować się tym, co dobre i szlachetne.
     - Ale przecież zabijacie te potwory i inne takie.
     - One są tylko nienawiścią, zniszczeniem i złem, ale nie, nie czujemy nienawiści do nich. Walczymy z nimi z miłości do świata, do naszych bliskich. Gdybyśmy ich nienawidzili, stalibyśmy się w pewien sposób podobni do nich. My bronimy tego, co kochamy. O tym myślimy, to jest nam drogie. Tyle jest pięknych rzeczy i spraw, a tak mało złych i brzydkich! Najlepiej jest zanurzyć się w świetle.

      Gdyby ludzie widzieli swoją aurę, swoje promienie duszy. O kurczę, ale by się działo! Bajzel, zadyma i koniec świata szwoleżerów. A może, może zaczęli by też pielęgnować w sobie dobre myśli i uczucia? Kto wie?

Fotografia z netu.

   -