Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gnojówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gnojówki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Umiar we wszystkim

          Trwające właśnie Święta na pewno po raz kolejny przekonały niejednego i niejedną, że za dużo dobrego też może szkodzić. Bardzo podobnie sprawy mają się w naturze - za dużo dobrego może zaszkodzić.
          Chodzi mi głównie o obornik i gnojówki stosowane nagminnie w ogrodach. Zbyt duża ilość azotu przekłada się na odkładanie rakotwórczych i w ogóle szkodliwych azotynów i azotanów w tkankach roślin. Za wiele materii organicznej, zwłaszcza gnojówek, zaburza normalne funkcjonowanie gleby podobnie jak nieograniczone obżeranie się zaburza żołądek.
           Podobnie jest z rozmaitego typu gnojówkami roślinnymi. Można je stosować doraźnie, raz albo dwa na sezon, żeby pomóc roślinkom, ale hodowanie roślin tylko na nich to jak żywienie człowieka tylko mięsem albo tylko czekoladą. Zawierają tylko część potrzebnych soli i minerałów. Na dokładkę nie poprawiają one na trwale struktury gleby.

          Także materii organicznej można dać za dużo, chociaż nam, w naszych ogrodach raczej to nie grozi. Państwo Bourgignon, z których ogromnej wiedzy nieraz korzystam, zaprezentowali kiedyś filmik o działce, na którą ktoś kiedyś nawiózł ogromne ilości materii organicznej - zdaje się, że błota ze studzienek ściekowych w mieście. Utworzyła się ponad metrowa warstwa, która dokładnie zdusiła glebę pod nią. Nawet dżdżownice nie fatygowały się na powierzchnię, bo dochodziły tylko do dawnej powierzchni gleby i znajdowały materię organiczną. Skutek - powstała zlewna, zbita "czapa".

        Nam, przy zakładaniu wałów i "kanapek" raczej coś takiego nie grozi, bo są one dobrze napowietrzone. Zwracajmy tylko uwagę na to, by gnój był dodatkiem, a nie głównym ich składnikiem. Najwyżej 1/3 całej masy "wkładu", oprócz niego potrzebne są kawałki drewna, zdrewniałe łodygi, liście, siano, słoma itp.

        Skoro dbamy o dobrze zbilansowane posiłki dla nas i naszych dzieci, to dbajmy też o naszą Matkę-Ziemię. Ona też potrzebuje dobrze zbilansowanego pożywienia i uzupełnienia tego, czego jej brakuje. Na glebach piaszczystych jest to dodatek glin i iłów, na glebach gliniastych - piasku. Torfu nie polecam, wcale nie jest taki dobry.

       Trudno powiedzieć, skąd wzięło się takie mechaniczne podejście do ziemi, która ma produkować jak najwięcej, choćby za cenę całkowitego wyczerpania. O szkodliwości nawozów chemicznych i różnych -ydów na ogół wiadomo, ale nawet nawozami naturalnymi można przedobrzyć. Tymczasem ziemia jest skomplikowanym, żywym organizmem, niesłychanie wdzięcznym i łaskawym, ale delikatnym. Trzeba do niej też podchodzić z delikatnością i wyczuciem. Poprawiać na trwale jej właściwości, przywracać życie i żyzność, ale nie gonić za gigantyzmem warzyw czy kwiatów.
Mam wrażenie że to właśnie jest istotą tzw. peramkultury.
        Czyli bądźmy zen i praktykujmy Tao w naszym ogrodzie, a pomału dojdziemy do cudownej harmonii, kiedy gleba jest żyzna, wszystkie potrzebne pierwiastki są w równowadze, a plony piękne, zdrowe i smaczne.
        Zanim zacznę uprawę jakiegoś kawałka ziemi, to medytuję nad nią i z nią nad tym, jak można to zrobić najlepiej. Oglądam zioła, które w tym miejscu rosną, badam podglebie. A potem pomalutku, bez szarpania się i wysilania, robimy razem to, co najlepsze. Bo tu nie chodzi tylko o to, żeby mieć dużo, a byle co, ale żeby wprowadzać harmonię, piękno i prawdziwe zdrowie.




       

poniedziałek, 17 lutego 2014

Umiar i rozsądek

         Do umiaru i rozsądku można dodać jeszcze cierpliwość... Wszystkie te cechy potrzebne są i przydatne w ogrodzie. Ja sobie często powtarzam: "Człowieku, nie daj się zwariować!" oraz "Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł".
        Zaczyna się od siewów na oknach - nie ma co szarżować z ilością (chyba, że ktoś ma już wprawę i wie dobrze, co zrobi z nadliczbowymi sadzonkami). Maleńkie nasiona stają się dość szybko sporymi roślinkami, które pragną miejsca i światła. Lepiej mieć kilka tylko, a zadbanych, niż wiele byle jakich. Trzeba też liczyć się z tym, ile jesteśmy w stanie zjeść. O ile pomidory da się zagospodarować prawie w każdej ilości, o tyle gorzej np. z kalarepką. Zawsze kilka brakujących sadzonek można dokupić. Umiar należy też stosować w żyzności ziemi. Niemieccy biodynamicy wręcz polecają, żeby ziemia do sadzonek nie była zbyt żyzna, taka umiarkowana. Wtedy sadzonki są może mniejsze, ale mają dobrze rozbudowane korzenie i są zahartowane. Kiedy przesadzimy je na żyzną ziemię na zagonach, to szybko czują się jak w raju i rosną na potęgę. Natomiast te, które miały bardzo żyzną ziemię w doniczkach, są leniwe i przypominają rozpieszczone, wydelikacone dzieci. Trudno dają sobie radę na zagonach, nie chcą szukać pożywienia w głębi ziemi, chorują i marnie się rozwijają.
        Przy siewie do gruntu potrzebna jest przede wszystkim cierpliwość. Często mamy ochotę siać przy pierwszych cieplejszych dniach. Tymczasem ziemia musi ogrzać się i osuszyć. W zimnej ziemi nasiona kiełkują powoli, często gniją. W ciepłej - kiełkują szybko i już po paru tygodniach nie widać różnicy między tymi wysianymi wcześnie, a tymi później. A późne wschody są lepsze. Temperaturą graniczną ziemi (ziemi, nie powietrza) jest +15 stopni. Poniżej nie warto siać, chyba że rzodkiewkę, która ma małe wymagania w tej dziedzinie.
      Jeśli chcemy przyspieszyć moment siewu, ten najbardziej doniosły i wzruszający moment w życiu ogrodnika, to można postawić na wybranych grządkach mini-tuneliki (koniecznie otwarte na bokach dla wietrzenia) lub przykryć ziemię ciemną agrowłókniną. Wszelkie folie i inne takie, które nie przepuszczają powietrza i pary wodnej są do odrzucenia - więcej z nich szkody, niż pożytku.
       Na wałach oraz w skrzyniach podniesionych grządek ziemia nagrzewa się szybciej, stąd ich rola w przyspieszaniu siewów.

     Rozsądek i czujność przydają się zawsze, bo w przyrodzie nie ma rzeczy "jedynie słusznych". Na przykład tak fajna rzecz, jak ściółka - w przypadku bardzo wilgotnego lata spleśniała i gnijąca ściółka może być źródłem chorób, a nie pomocą. Są też rośliny, które nie lubią ściółkowania, jak np. marchew i cebula. Nie lubią też niedojrzałego kompostu.

    Kompost. Do niego to trzeba mieć cierpliwość! Po pierwsze dlatego, że niedojrzały kompost zakwasza ziemię, dopiero w pełni dojrzały zmienia się w słodką próchnicę. Jest tez najlepszym, zrównoważonym nawozem.

     A właśnie w nawożeniu należy najbardziej zachować umiar i rozsądek. Rośliny przenawożone, zwłaszcza azotem, mogą być tak samo szkodliwe, jak te pędzone chemią! Azotyny i azotany odkładają się w tych pięknych, rozbuchanych warzywach i szkodzą nam! Precz z guanem i płynnym obornikiem! Można czasem (raz na 10 dni) zasilić rośliny mocno rozcieńczoną gnojówką z pokrzyw (najlepiej z dodatkiem żywokostu) lub gnojówką z obornika krowiego. Dawka to 1:15 (czyli litr gnojówki na 15 litrów wody). Kuro Neko pięknie to opisała na swoim blogu, kiedy ryż z plantacji ekologicznych, ale intensywnie nawożony azotem, zalany wodą, zgnił nawet szybciej, niż ten z rolnictwa tradycyjnego, chemicznego. Natomiast ryż uprawiany naturalnie, bez uderzeniowych dawek nawozów, zamienił się w ocet i miał przyjemny zapach. Nie chodzi nam o wyhodowanie rekordowo wielkich warzyw, ale warzyw zdrowych.

     Zdrowe warzywa mogą być dosyć bujne, ale w granicach rozsądku. Nie psują się zbyt łatwo, nie zawierają szkodliwych azotanów.

     Podobnie umiar i rozsądek potrzebny jest w naszym stosunku do "szkodników" i chorób. Dopóki ich ilość jest niewielka i nie zagraża życiu rośliny, to są czymś naturalnym. Zmasowany atak szkodników świadczy zaś o jakiejś nieprawidłowości. Lepiej wytropić i usunąć przyczynę, niż rzucać się na ogród z całym arsenałem środków, choćby biologicznych. Jeśli ziemia jest zdrowa, a równowaga zachowana, to natura sama sobie poradzi. Pamiętam, jak kiedyś mszyce opanowały młode sadzonki karczocha. Normalnie atak zmasowany. Miałam przygotowaną gnojówkę z pokrzyw i czarne mydło, ale najpierw przez 2 dni był deszcz, potem musiałam na 2 dni wyjechać i nie mogłam przeprowadzić oprysków. Na piąty dzień lecę do sadzonek, a one są aż czerwone od biedronek i zielone od złotooków i ich larw (dorosłe złotooki żywią się czym innym, tylko larwy są mszycożerne). I tak mój ogród poradził sobie sam, bez mojej interwencji.

       Zachowuję też umiar, rozsądek i zdrową nieufność do wszystkich nowinek. Nawet tych, okrzykniętych cudownymi. Nie ufam tak do końca EM-om, bo nie wiem dokładnie, jaka jest ta mieszanka, co w niej się znajduje i na ile jest ona zgodna z organizmami naturalnymi, żyjącymi w naszej glebie. Mikroorganizmy glebowe są różne, zależy to od stref klimatycznych, od rodzaju gleby itp. Ich różnorodność jest nieskończona. Jak więc mikroorganizmy wyhodowane w Azji mogą być odpowiednie do naszych gleb? Podobnie jest z florą bakteryjną w przewodzie pokarmowym. U każdego jest ona inna. Kto mi zaręczy, że wprowadzając nieznane mi mikroorganizmy, nie wprowadzam konia trojańskiego?

    Natomiast wierzę w potęgę ziół i prostych środków, takich jak ocet owocowy, szare mydło, popiół. Znam przepisy na całą masę naparów i gnojówek, ale prawdę powiedziawszy robię tylko i jedynie gnojówkę z pokrzywy i żywokostu, którą czasem wzmacniam rośliny. Wolę zapobiegać, niż leczyć. A zioła sadzę wszędzie - na obrzeżach warzywnika, między roślinami na grządkach. Nadmiar ściętych ziół używam do ściółkowania. Takie podejście pozwala mi zaoszczędzić sporo pracy i nerwów, pozwala też na twórcze przemyślenia o tym, co zrobić, by plony były jak najzdrowsze.
Pomidory boją się zimnych nocy - więc uprawiam je pod osłonami, ziemniaki mają skłonność do zarazy - więc uprawiam je na wzniesionych grzędach, gdzie szybko schną i mają ciepło oraz unikam wielkich pól obsadzonych tą samą rośliną (z wyjątkiem truskawek). Kiedy coś nie chce mi rosnąc w jakimś miejscu, to staram się zrozumieć, dlaczego i zamiast na siłę podtrzymywać roślinę tam, gdzie jej się nie podoba - szukam jej miejsca bardziej odpowiedniego.
    Dużo pogody ducha i cierpliwości Wam życzę!