Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiedza. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2020

Odświeżenie duszy

         Po dniach suszy żniwnej i upałów przyszedł deszcz, brzmiący jak najpiękniejsza muzyka. A z nim chłodne noce i rosiste, rześkie poranki. Co rano wychodzę z domu, często jeszcze w piżamie, i wędruję po zroszonej trawie na bosaka. O ile chodzenie w butach w takich warunkach jest niezbyt przyjemne, o tyle chodzenie na bosaka daje całą gamę pozytywnych uczuć. Potem staję wygodnie i celebruję ranek, ćwicząc Tai Chi Qigong, a przynajmniej to, co pamiętam. Cały mój organizm wycisza się, obmywa w rosie, powietrzu i wschodzącym słońcu. Czuję, jak dobra energia wchodzi we mnie i mam nadzieję na dobry dzień. Potem suszę stopy, wkładam ciepłe skarpety i idę robić śniadanie.

        Te momenty są dla mnie bardzo cenne, czuję, jak odświeżają moją duszę, odrywając ją od codziennych trosk i zabiegów. O ciało dbamy, myjemy je, kremujemy i odświeżamy bardzo często. A jak często robimy to dla duszy?



      U Tolkiena elfy rzadko i mało sypiają, ale zapadają w coś w rodzaju głębokiej medytacji, myśląc o rzeczach pięknych i wzniosłych. Często idą w tym celu przejść się po lesie albo podziwiają gwiazdy i księżyc. W pewnym momencie Legolas powiada, że kiedy jego towarzysze będą spać, to on pójdzie błądzić po lesie i to przyniesie jego duszy najlepszy odpoczynek i wytchnienie. Kiedy więc słyszę lub czytam o coraz bardziej popularnych kąpielach leśnych (Shinrin-yoku), brzmi to dla mnie bardzo swojsko i znajomo.

     Nasza dusza, skołatana niełatwą codziennością, potrzebuje ogromnie takiego odświeżenia. Inaczej opadnie z sił, zabłądzi, zacznie chorować. I odwrotnie: dobry stan duszy poprawia stan ciała oraz pozwala mądrze działać.

    Odświeżanie można przeprowadzać na wiele sposobów, ale jedno jest wspólne: wyjście poza strefę codziennej krzątaniny, zabiegów i myśli. Opuszczenie strefy profanum i wejście w strefę sacrum. Odnalezienie świętego miejsca dla naszej duszy.                                                                                                   Na czas odświeżania duszy musimy całkowicie wyłączyć się z codzienności, oderwać od zwykłego sposobu myślenia i potrzeby "robienia czegoś".

     Nasze myśli powinny odpłynąć w kierunku piękna i dobra, czegoś, co jest dla nas budujące i przyjemne. W przypadku spaceru po lesie (sądzę, że równie dobrze może to być spacer wśród pól, łąk, gór - ważne, aby był kontakt z naturą i spokój) jest to dość łatwe: zwracamy po prostu uwagę na to, co widzimy i czujemy, a dobroczynne drzewa i zioła pomagają nam, jak mogą. Dlatego kontakt powinien być bezpośredni, nie za pomocą obrazów czy filmów.



    Są też inne drogi, jeśli nie można od razu wyjechać do lasu lub na łąki. Zawsze trzeba wyłączyć się najlepiej, jak można, z codziennego życia, zapewnić swobodne oddychanie i spokój. Wtedy możemy posłużyć się potęgą swoich myśli i wyobraźni. Takim prościutkim ćwiczeniem, które bardzo lubię, jest po prostu myślenie o czymś, co wzbudza we mnie uwielbienie, cześć i podziw. Tutaj wierzący mają łatwo, bo to po prostu modlitwa, ale dla wątpiących czy niewierzących znajdzie się też dużo tematów do rozważań - można rozważać piękne idee i pojęcia (miłość czysta, jasność, piękno, ideał matki, bezinteresowność itp). Wiele osób myśli wtedy o aniołach. Ważne, aby nie przymierzać tego do siebie lub, nie daj Bóg, do innych - to klasyczny schemat wpędzania się w poczucie winy. Po prostu patrzeć, podziwiać i być szczęśliwym, że się to widzi. Możemy konkretnie wyobrażać sobie coś pięknego i doskonałego: dom, ogród, ludzi uśmiechniętych, szczęśliwych i życzliwych. Takie obcowanie z ideałami. Uwaga: nie prosimy też o nic, nie pożądamy - po prostu rozważamy i podziwiamy.

      Dla bardziej zaawansowanych jest klasyczna medytacja. Tu nie będę się rozpisywać, bo to jest temat-rzeka i popełniono już wiele ksiąg, które o tym traktują. Każdy dobiera to, co mu pasuje. ja bardzo lubię słowiański sposób: człowiek kładzie się na plecach i patrzy w niebo. Najlepiej na trawie, ale nie zawsze jest to możliwe czy wygodne. Nic nie szkodzi, można na leżaku czy materacu.

     Czasem zdarzają się niespodziewanie takie momenty, kiedy zapatrzymy się i zamieramy z zachwytu: niespodziewany widok nieba o zachodzie słońca, kwiat na wodzie, tańczący światłocień liści prześwietlonych słońcem, płonący ogień, płynąca, szemrząca woda. Te momenty są cenne, jak klejnoty.

     Zadbajmy o miejsce na takie chwile w naszym życiu i o miejsce fizyczne, które nam o tym przypomina. Zadbajmy o muzykę, zapachy, kadzidełka, piękne przedmioty, świece czy dzwonki wietrzne. Ja ostatnio nabyłam dzwonki Koshi i wystarczy ich melodyjny dźwięk, żeby moja dusza odlatywała do krainy piękna i spokoju.  W podlaskich domach był zwykle Święty Kąt - to kąt zwrócony na wschód, gdzie do tej pory ustawia się ikony, wieczne światełko, kwiaty i zawiesza ręczniki obrzędowe. Mam wrażenie, że zwyczaj jest jednak dużo starszy, niż chrześcijaństwo. Zwracanie się w kierunku wschodu życiodajnego Słońca...Co nam przeszkadza stworzyć dla siebie, według swoich gustów i świętości, taki Święty Kąt?

    Tylko zadbajmy, wszyscy, o odświeżanie naszej duszy. To niezwykle ważne dla nas jako ludzi, po prostu.


poniedziałek, 11 marca 2019

Ziemia - co to jest?

       Zachwycają mnie cykle w naturze, wzajemna współzależność. Jedno wynika logicznie z drugiego, a każdy krok kryje tajemnice.

      Czy zastanawialiście się czasem, czym jest ziemia, po której chodzimy i w której sadzimy rośliny? To bardzo tajemniczy świat.



      Bierzesz garstkę ziemi z ogrodu. Czy wiesz, że trzymasz w ręce więcej organizmów żywych, niż ludzi żyje w Warszawie? A nawet w Nowym Jorku?  Są to maleńkie mikroorganizmy, od bakterii i wirusów, poprzez pierwotniaki, okrzemki, pantofelki, ameby, grzyby, glony do maleńkich zwierząt, wrotków, pajęczaków, owadów i innych, znanych głównie naukowcom, a często w ogóle nieznanym.


      Ciekawostką jest istnienie w ziemi bakterii, które poprawiają nam nastrój, a nawet zwalczają depresję: https://kopalniawiedzy.pl/bakterie-glebowe-nastroj-depresja-zaburzenia-serotonina-Chris-Lowry-neurony-uklad-odpornosciowy-Mycobacterium-vaccae,2242 
       Brudźmy więc ręce ziemią, a będziemy w dobrym nastroju!

     Najbardziej znane, duże dżdżownice, są niezastąpionymi pomocnikami ogrodnika. Zjadają uschnięte rośliny, by wydalać bogaty nawóz, co więcej, w swoim przewodzie pokarmowym za pomocą wapnia wiążą części humusu (czyli rozłożonych substancji organicznych) z cząsteczkami gliny przy pomocy wapnia, zwiększając ich trwałość i nadając ziemi strukturę gruzełkowatą. Korytarze dżdżownic chętnie są przerastane przez korzenie. Na dokładkę te zwierzątka mieszają i przekopują ziemię lepiej, niż my byśmy to zrobili narzędziami.

      Z czego jeszcze składa się ziemia? Z kawałeczków mniej lub bardziej rozłożonych roślin i zwierząt, czyli materiału organicznego, które tworzą humus, czyli próchnicę. Tak pożądaną w każdym ogrodzie! Próchnica w końcu rozkłada się na sole mineralne, przyswajane przez rośliny. Aby jednak ten proces nie przebiegał zbyt szybko (nadmiar soli byłby wypłukany przez wodę i ziemia na nowo stała by się uboga), natura wynalazła sposób na zwiększenie jego trwałości poprze łączenie go z cząsteczkami gliny i iłów w trwały kompleks argilo-humiczny. To są najżyźniejsze ziemie.

     Oprócz tego w garści trzymamy wcale niemało piasku, gliny i kamyków. Wszystkie powstały z pierwotnych skał, a te z lawy, z której była zbudowana nasza Ziemia, kiedy jeszcze dyfowała w przestrzeni jako ognista kula. Różnią się od siebie tylko stopniem rozdrobnienia. Zawierają również wiele minerałów i mikroelementów, z których korzystają rośliny. Ale jak? Rośliny jedzą piasek? No nie, takiej możliwości nie mają. Zarówno rośliny, jak i niektóre bakterie rozpuszczają skały przy pomocy swoich wydzielin, a następnie wchłaniają odżywcze składniki z takiej "papki".

    No i nie zapomnijmy o wodzie! Bez niej żadne życie nie było by możliwe. Jest jej całkiem sporo w naszej garstce ziemi, zarówno "wolnej", jak i zamkniętej w organizmach żywych.

       Pod naszymi stopami toczy się tajemnicze, pulsujące życie. Trwają polowania i współpraca. Przekazywanie wiadomości i pokarmu. Miliony rodzą się i umierają w tym czasie, kiedy czytacie ten post. Są tam organizmy nam przyjazne, jak również takie, których lepiej unikać (bakterie tężca, pasożyty i inne). Wszystkie są powiązane ze sobą w wielkim, naturalnym cyklu przemian skalistej, nagiej ziemi w pulsujący życiem ogród, las czy łąkę.

czwartek, 3 listopada 2016

Do sklepu chodzi tylko po sól

         Do przeczytania bardzo ciekawy wywiad z jednym z pionierów rolnictwa ekologicznego, p.Babalskim.  Bardzo pięknie ujął to, że rolnictwo ekologiczne jest całościową współpracą z naturą, nie tylko zaprzestaniem stosowania nawozów sztucznych i pestycydów, ale też współpracą między ludźmi, wymianą, uzupełnianiem się.
       Ogromna dawka wiedzy także na temat sposobów na samoleczenie i zastosowania dzikich roślin jako lekarstw. Inny ciekawy temat, to nasiona. Otóż nasiona zaprawiane powodują, że roslina nie jest normalnie rozwinięta, nie ma informacji o zwalczaniu zagrożeń. Dlaczego? Warto poczytać...

http://m.torun.wyborcza.pl/torun/1,106521,20905718,do-sklepu-chodze-tylko-po-sol-zdrowa-zywnosc-kontra-chemia.html


wtorek, 9 lutego 2016

Im więcej gwiazd

    Wczoraj wieczorem wyszłam na dwór. Spojrzałam na nasz jesion i zamarłam z zachwytu. Na nagich konarach, wznoszących się jak delikatna koronka w niebo, przysiadła cała masa magicznych, świetlistych owoców. Tylu gwiazd nie widziałam już od dawna. Rozejrzałam się wokół - całe niebo było obsypane światełkami. To jeden z tych momentów, kiedy piękno w najczystszej postaci przenika naszą duszę, a wspomnienie zostaje na zawsze.

      Im więcej gwiazd na czystym niebie, tym jest piękniej. Im więcej żywych, czystych ogrodów na ziemi - tym lepszy i piękniejszy świat. Dlatego cieszę się za każdym razem, kiedy odkrywam jakiś nowy ogród, gdzie ludzie dbają o ziemię, o wszystkie istoty żyjące, gdzie tworzą piękno i swoje szczęście przy okazji. Nasza Ziemia potrzebuje lekarzy, którzy ją uratują. wiecie, że gdyby wszyscy ludzie na Ziemi zużywali tyle żywności, ile my w Europie, to potrzebne by były TRZY globy ziemskie, żeby ich wyżywić? Niestety, mamy tylko jeden i trzeba o niego dbać, bo innego nie dostaniemy.

      We Francji istnieje takie gospodarstwo permakulturowe, które jest w tej chwili bardzo mediatyzowane. Powodów jest kilka, moim zdaniem. Po pierwsze - jest niezaprzeczalnie piękne! Po drugie daje utrzymanie i pracę wcale sporej grupce ludzi ( 6 osobowa rodzina + kilku pracowników), oraz produkuje wspaniałe warzywa na zaskakująco małej powierzchni. W dobie bezrobocia, braku perspektyw itp. jest jak napływ świeżego powietrza. Na dokładkę jest pierwsze, gdzie ilość plonów, ilość wkładanej pracy i inne czynniki są dokładnie badane prze niezależne organizmy naukowe. A wyniki są takie, że dech zapiera. Używając tylko narzędzi ręcznych i konnych, potrafią wyhodować na parceli 1 000 metrów kw. dziesięciokrotnie więcej warzyw, niż inni ekologiczni ogrodnicy, używający maszyn, a kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy więcej, niż ogrodnicy tradycyjni i to przy żadnych prawie kosztach produkcji. Gdyby wszystkie warzywa z tego kawałka były sprzedawane po średniej cenie, obowiązującej w regionie, to w pierwszych latach dały by dochód ponad 30 000. euro rocznie, a obecnie ponad 50 000, co jest średnim dochodem rocznym we Francji. Oczywiście, to tylko wydzielona parcela w o wiele większym ogrodzie.

     Wprawdzie klimat jest tam nieco łaskawszy, niż u nas, więc trzeba wziąć poprawki. Z resztą oni też mają sporo szklarni, bo to jednak region na północy, zimą bywa tam do -10 stopni (rzadko), a chcą mieć warzywa przez cały rok. Jednak perspektywa, że można utrzymać się w sposób całkiem przyzwoity z ćwierci hektara wydaje się niesamowita. Oczywiście, potrzeba do tego wielkiej wiedzy i wiele praktyki, ale jest możliwe.
      Zapraszam Was do wizyty w ogrodach w Bec Hellouin w Normandii, założonych przez Perrine i Charles'a Herve-Gruyer.
       Na początku była to dolinka otwarta na wszystkie wiatry z bardzo słabiutką ziemią, która nigdy w historii nie była uprawiana - właśnie z powodu tej słabej gleby i gliniastego podglebia. Były to łąki, na których pasły się owce, bo dla krów były za ubogie.
     Około 12 lat temu osiedliło się tam pewne małżeństwo z dziećmi, którym marzyła się samowystarczalność i zdrowe warzywa dla dzieci, alergicznych na chemię. Na początku było ciężko, bo z góry założyli, że nie będą używać maszyn, a poza tym żadne z nich nie było rolnikiem ani ogrodnikiem (on - żeglarz i pisarz, ona - prawnik). Kiedy jednak odkryli permakulturę i ideę mikro-fermingu, kiedy ze starych podręczników douczyli się, jak gospodarowali ogrodnicy w XIX wieku, ruszyło wszystko z kopyta. Teraz twierdzą, że hodują nie tylko rośliny i owoce, ale przede wszystkim glebę. Wszystko jest tam przemyślane, piękne... Żywią się tym sami, sprzedają, mając całkiem przyzwoity dochód, mając też, jak twierdzą, niesamowitą przyjemność z pracy. A że takie ogrody mają tendencję rozrostową, to zatrudnili też kilka osób, co w kraju, gdzie bezrobocie jest problemem narodowym, też jest na wagę złota. Prowadzą również staże i formują przyszłych ogrodników.

      Zamieścili w internecie całą serię filmów, gdzie opowiadają o tym, co robią, jak i dlaczego. Piękne to wszystko i mądre, przemyślane i dobrze zrobione. I wiecie co jest dla mnie najbardziej uderzające? Że ludzie, z którymi nigdy nie rozmawiałam, którzy czytali inne książki, mieszkają o kilka tysięcy kilometrów stąd, mówią to samo, co ja od początku tego blogu. Nawet niektóre sformułowania są podobne. Oczywiście - mówią też inne rzeczy, ale duch całości jest ten sam. No i nie ma co ukrywać: oni robią to LEPIEJ.





     Podaję link do ich filmików. Wiem, że tylko niektórzy zrozumieją to, co oni mówią, ale warto obejrzeć choćby dla przepięknych widoków. No i można podpatrzyć niektóre metody.
https://www.youtube.com/watch?v=FXaD3NGRQQo&list=PLYgVyAQ6d9kkiceRF5USDg1oRimS7gCUk

     

niedziela, 24 stycznia 2016

Żywię się powietrzem

        Przygotowywałam post o drzewach i warzywniku, a przy okazji rozważania zaprowadziły mnie w tak interesujące rejony, że zdominowały mi temat główny. Czyli teraz o powietrzu i pożywieniu, a nastepnym razem o drzewach w warzywniku, trudno, myśli biegną cudownymi manowcami...

      Jak wygląda w przybliżeniu obieg materii w przyrodzie, wie każdy, kto miał biologię w szkole. Ja też o tym pisałam przy różnych okazjach. Czyli: martwe szczątki roślin i zwierząt oraz ich wydzieliny (elegancka nazwa odchodów) rozkładane są przez całą armię mikroflory i mikrofauny. Powstaje humus, który dalej się rozkłada do prostych soli organicznych. A sole albo przechwytywane są przez korzenie roślin, albo wymywane w głąb gleby i, jeśli trafią na jaskinię, tworzą malownicze stalaktyty. Mogą też być wypłukiwane do rzek, a przez nie do oceanów. To dlatego morza i oceany są słone...

     Dlaczego więc materii organicznej i gleb nie ubywa, a przybywa i stają się coraz bardziej żyzne? Ano dlatego, że rośliny oprócz czerpania soli organicznych żywią się też powietrzem! Ba, nawet przede wszystkim powietrzem. Z powietrza pobierają azot (za pośrednictwem bakterii) oraz dwutlenek węgla. Także tlen, bo jak wszystkie organizmy żywe - oddychają. Ale w sumie produkują więcej wolnego tlenu, niż zużywają, z czego korzystamy także my.

    Bakterie wiążące azot z powietrza przebywają w glebie, jednak najlepsze warunki pobytu, taki luksusowe, znajdują na korzeniach niektórych roślin - głównie motylkowych (wiem, że obecnie nazywają się bobowate, ale wybaczcie, wolę starą nazwę) oraz na korzeniach olch. Tam sobie żyją w takich brodawkach, robią swoje, a rośliny korzystają z wyprodukowanych przez nie związków azotu.

    Dwutlenek węgla jest absorbowany głównie przez liście i służy do budowy cukrów, ale nie tylko.

    Dlatego, mimo strat, ilość substancji organicznej w glebie nie zmniejsza się, ale zwiększa. Czyli jedząc pyszną sałatę, marchewkę, buraczka czy innego pomidora - jemy w dużej mierze powietrze.

    Także dlatego tam, gdzie gleby są martwe, bez mikro-życia dochodzi bardzo szybko do erozji i zostaje czysty piasek, który wywiewa wiatr. Tam rośliny giną z głodu i powstaje pustynia. Pomyślmy o tym, zanim sięgniemy po jakieś środki chemiczne, które trują całą mikroflorę....

     Czyli TO ROŚLINY TWORZĄ GLEBĘ, A NIE ODWROTNIE.



poniedziałek, 28 grudnia 2015

Umiar we wszystkim

          Trwające właśnie Święta na pewno po raz kolejny przekonały niejednego i niejedną, że za dużo dobrego też może szkodzić. Bardzo podobnie sprawy mają się w naturze - za dużo dobrego może zaszkodzić.
          Chodzi mi głównie o obornik i gnojówki stosowane nagminnie w ogrodach. Zbyt duża ilość azotu przekłada się na odkładanie rakotwórczych i w ogóle szkodliwych azotynów i azotanów w tkankach roślin. Za wiele materii organicznej, zwłaszcza gnojówek, zaburza normalne funkcjonowanie gleby podobnie jak nieograniczone obżeranie się zaburza żołądek.
           Podobnie jest z rozmaitego typu gnojówkami roślinnymi. Można je stosować doraźnie, raz albo dwa na sezon, żeby pomóc roślinkom, ale hodowanie roślin tylko na nich to jak żywienie człowieka tylko mięsem albo tylko czekoladą. Zawierają tylko część potrzebnych soli i minerałów. Na dokładkę nie poprawiają one na trwale struktury gleby.

          Także materii organicznej można dać za dużo, chociaż nam, w naszych ogrodach raczej to nie grozi. Państwo Bourgignon, z których ogromnej wiedzy nieraz korzystam, zaprezentowali kiedyś filmik o działce, na którą ktoś kiedyś nawiózł ogromne ilości materii organicznej - zdaje się, że błota ze studzienek ściekowych w mieście. Utworzyła się ponad metrowa warstwa, która dokładnie zdusiła glebę pod nią. Nawet dżdżownice nie fatygowały się na powierzchnię, bo dochodziły tylko do dawnej powierzchni gleby i znajdowały materię organiczną. Skutek - powstała zlewna, zbita "czapa".

        Nam, przy zakładaniu wałów i "kanapek" raczej coś takiego nie grozi, bo są one dobrze napowietrzone. Zwracajmy tylko uwagę na to, by gnój był dodatkiem, a nie głównym ich składnikiem. Najwyżej 1/3 całej masy "wkładu", oprócz niego potrzebne są kawałki drewna, zdrewniałe łodygi, liście, siano, słoma itp.

        Skoro dbamy o dobrze zbilansowane posiłki dla nas i naszych dzieci, to dbajmy też o naszą Matkę-Ziemię. Ona też potrzebuje dobrze zbilansowanego pożywienia i uzupełnienia tego, czego jej brakuje. Na glebach piaszczystych jest to dodatek glin i iłów, na glebach gliniastych - piasku. Torfu nie polecam, wcale nie jest taki dobry.

       Trudno powiedzieć, skąd wzięło się takie mechaniczne podejście do ziemi, która ma produkować jak najwięcej, choćby za cenę całkowitego wyczerpania. O szkodliwości nawozów chemicznych i różnych -ydów na ogół wiadomo, ale nawet nawozami naturalnymi można przedobrzyć. Tymczasem ziemia jest skomplikowanym, żywym organizmem, niesłychanie wdzięcznym i łaskawym, ale delikatnym. Trzeba do niej też podchodzić z delikatnością i wyczuciem. Poprawiać na trwale jej właściwości, przywracać życie i żyzność, ale nie gonić za gigantyzmem warzyw czy kwiatów.
Mam wrażenie że to właśnie jest istotą tzw. peramkultury.
        Czyli bądźmy zen i praktykujmy Tao w naszym ogrodzie, a pomału dojdziemy do cudownej harmonii, kiedy gleba jest żyzna, wszystkie potrzebne pierwiastki są w równowadze, a plony piękne, zdrowe i smaczne.
        Zanim zacznę uprawę jakiegoś kawałka ziemi, to medytuję nad nią i z nią nad tym, jak można to zrobić najlepiej. Oglądam zioła, które w tym miejscu rosną, badam podglebie. A potem pomalutku, bez szarpania się i wysilania, robimy razem to, co najlepsze. Bo tu nie chodzi tylko o to, żeby mieć dużo, a byle co, ale żeby wprowadzać harmonię, piękno i prawdziwe zdrowie.




       

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Drzewa, nasze drzewa

 
    Niedawno rozmawiałam z pewną panią, która aż żachnęła się, kiedy powiedziałam, że większość lasów w naszym kraju jest zupełnie nienaturalna, że przypominają plantację marchewek, tylko na dłuższy czas. Bo niestety, tak jest. To ludzie arbitralnie zdecydowali, jakie gatunki opłaci się sadzić i to bez względu na glebę czy warunki. Są one sadzone zbyt gęsto, aby mieć długi, prosty pień zdatny na deski, regularnie są wycinane i opryskiwane, bo wiadomo, że w każdej monokulturze występuje nasilenie szkodników.
       Dziś trudno nam wyobrazić ogromne bogactwo lasów, jakie rosły na naszych ziemiach. Jaka w nich była moc, jaka różnorodność. Nawet malutki skrawek Puszczy Białowieskiej, jak mamy, niesamowicie działa na ludzi. A wyobraźmy sobie takie puszcze, z przewagą drzew liściastych, w różnym wieku, zamieszkane przez olbrzymie drzewa. Trzeba takiego olbrzyma zobaczyć, żeby wiedzieć, jaką ma moc.
      U nas zostało wiele nazw miejscowości, które mówią o tym, co tam rosło: Cisów, Dąbrowa, Lipsk, Jasionowo, Gruszki, Sosnowo, Olszany, Wierzbno, Brzozowo...
       Mam to szczęście, że na naszym terenie rośnie kilka starych, dostojnych drzew, w tym nasze otaczane czcią jesion i lipa, oba pomniki przyrody. Oraz ogromne wierzby (jedna z koroną w kształcie serca) i wiele innych.
       Zabraliśmy naszej ziemi jej drzewa, wyrąbaliśmy święte gaje, poszły pod siekierę Wspaniałe olbrzymy. Sadzimy w rządkach sosenki. No cóż, takie lasy też potrafią być piękne. I one ciągle walczą. Wystarczy zostawić je na kilka lat w spokoju, kiedy ze ściółki wystrzelają młode pędy i korony drzew liściastych. Z jakich nasion? Z jakich czasów zachowanych w łonie ziemi?
     Pisałam już o rezerwacie Trzyrzeczki, gdzie na podstawie analizy pyłkowej przywraca się pierwotny skład drzewostanu. Żyje też tam trochę leśnych olbrzymów, w tym majestatyczny dąb przy leśniczówce. W lesie tym już teraz panuje specyficzna atmosfera, inna od wszystkich mi znanych lasów. Mieszany, a mimo to świetlisty jest ten las.

       Pewien mój znajomy postanowił posadzić na swojej ziemi święty gaj - po jednym drzewie dla każdego ze swoich przodków aż do 7 pokoleń. Bardzo to piękne. Jeszcze niedawno drzewa sadzono na cmentarzach, przetrwało to w pieśniach i legendach - wierzono, że jakaś cząstka zmarłych bytuje w tych drzewach i krzewach. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy cmentarze przypominały ogromne parki. Teraz stały się odrażającą, betonową pustynią, gdzie zmarłych przywala się kamieniami, żeby przypadkiem nie zmartwychwstali....

      Dlatego bardzo proszę tych, którzy chcą i mogą, którzy mają trochę miejsca: przywróćmy naszej ziemi jej rodzinne drzewa: Lipy, Limby, Jesiony, Dęby, Buki, Wiązy, Brzozy, Wierzby, Cisy.... I to pomniejsze bractwo: Leszczyny, Kruszyny, Jarzębiny, Jałowce,Głogi, Dzikie Grusze, Dzikie Róże, Dzikie Bzy.... Posadźmy choćby po jednym drzewie - pomniku dla tych, których kochaliśmy. A jeśli ktoś nie chce dla Przodków, to niech posadzi dla jakiegoś symbolu, który temu drzewu przypisze. Pozwólmy im rosnąć swobodnie, uczyńmy z nich swoich powierników. Możemy je też nazwać swoim imieniem lub imionami swoich dzieci. Przyniesie to tylko pożytek nam i światu. Stwórzmy sobie taką "Świątynię Dumania", a świat będzie trochę lepszy.
       Teraz jest jeszcze dobry czas na sadzenie dzikich drzew, pamiętajmy tylko, żeby dobrze je podlać i otulić korzenie ściółką. A przedtem posłuchajmy tej pieśni, którą dałam w poprzednim poście.

niedziela, 15 listopada 2015

Energia spokoju

    Przez świat przetacza się fala strachu i niechęci, wręcz nienawiści. Wspominałam już wcześniej, dużo wcześniej, że dochodzi do polaryzowania się postaw. W tej chwili jest już gorzej, bo te usztywnione postawy budzą lęk. A lęk budzi niechęć i tak nakręca się spirala nienawiści.
    Mam wrażenie, że ta fala jest sterowana i ukierunkowana. Nas nastawia się na nienawiść do muzułmanów, ich na nienawiść i roszczenia do "niewiernych". Prawicowców na lewicę i na odwrót.Wierzących na niewierzących i ateistów na wierzących. Wszystko jest dobre, by nastawiać ludzi wrogo do siebie. A wiadomo - "dziel i rządź".

   Co w tej sytuacji robić, aby ocalić swój kawałek raju? Przede wszystkim nie ulegać strachowi, nie dać się manipulować. Nienawiść działa tak: najpierw wzbudza się strach i niechęć do jakiejś grupy lub nacji. Tu już jest pierwszy błąd, bo ludzie są różni, a w tym wypadku stosuje się odpowiedzialność zbiorową. Nie dać się nabrać! Zachować chłodną głowę i nie ulec strachowi, przed czymś wyimaginowanym, czymś, co się nam wmawia. Potem się tę grupę odczłowiecza, nazywając ją przynoszącymi ujmę wyzwiskami. A potem można już wzywać do zabijania, bo to przecież nie ludzie.
    Wygląda tak, jakby komuś zależało, żeby ludzi skłócić ze sobą, upodlić wzajemną nienawiścią i walką, odjąć człowieczeństwa. Albo wręcz przeciwnie - bezkrytycznie zmusić do stania się ofiarami i "pożytecznymi idiotami".
     W tej chwili byle pretekst jest dobry, żeby dać ujście fali niechęci i krytyki. Taki drobiazg, jak awatarki z francuską flagą. Zrobiłam to, bo Francja jest moją drugą ojczyzną. Mój mąż jest Paryżaninem. A także po prostu dlatego, że wiem, jak cierpią tam zwykli ludzie, w jakim są szoku. Nie mogę ich przytulić, ich wszystkich - i Europejczyków i normalnych muzułmanów (też zginęło ich sporo w tych zamachach, a inni się boją), ani innych. Więc włączyłam awatarek, żeby pokazać, że jestem z nimi. To piękne, kiedy ludzie się wspierają i pocieszają. A jak się nam dostało od niektórych! Widzicie, nawet taka malutka rzecz, okruch współczucia wyzwala ataki. Bo łączy, nie dzieli.

    Jednak można sobie poradzić. Jeszcze nie jest za późno. Po pierwsze nie należy do siebie dopuścić lęku ani niechęci, wprost przeciwnie - trzeba wejść w ciszę i w swojej duszy odczuć drgania miłości, współczucia i dobra. Posłać to strumieniem w świat. Niechęcią i walką niczego się nie zbuduje. Trzeba zachować czujność. Widzieć sprawy, jakimi są. Ale nie należy karmić potwora, wdawać się w polemiki i dyskusje. Nie uczestniczyć we wzajemnym wypominaniu, nie kłócić się o rację. Czy tak, czy tak karmimy wtedy potwora. Trzeba się od tego oderwać. Ja wychodzę z tej gry. Zabieram zabawki i wracam na swoje podwórko.

      Siadam przy ogniu, obok mnie pochrapują psy. Koty leżą piętrowo przy płycie. sięgam do głębi, do spokoju, który jest we mnie. Do Jasności. Jest mi tak dobrze tu i teraz. Każdy z nas ma w sobie niezmierzone pokłady siły i spokoju. Rozpalam je jak światło i wylewam na mój dom, moją miejscowość, moich bliskich i dalszych. Ogrzejcie się, uspokójcie. Odetchnijcie. Każdy problem ma swoje rozwiązanie, ale trzeba go szukać w Morzu Spokoju i współczucia. Uśmiechnij się, zrób smaczną herbatę, zupę czy kakao, co lubisz. Poczytaj o życiu pszczół, koni, psów czy ptaków. Uśmiechnij się do kropel deszczu, który wreszcie jest. Spotkajmy się w tej innej, prawdziwszej rzeczywistości. Niech będzie nas wielu, wielu... Wtedy możemy wszystko.

sobota, 3 października 2015

Ekologia na uniwersytecie ludowym

        Z wielkim zainteresowaniem i sympatią obserwuję nowo powstały Ekologiczny Uniwersytet Ludowy w Grzybowie. Ma on kształcić rolników nowej generacji, jest dostępny dla wszystkich i na dodatek przez pierwsze dwa lata darmowy (bo znaleziono sponsorów).
        Pierwsza grupa już zaczęła naukę.
   
     Odbywają staże w najlepszych gospodarstwach ekologicznych w Polsce, uczą się uprawy ziemi, hodowli zwierząt, przędzenia, tkania, robienia chleba i serów oraz innego rękodzieła, śpiewu, tańca i niezbędnej papierologii, która, choć nudna i marudna, niezbędna jest dziś (niestety) do przetrwania. Oraz bycia razem, bycia z innymi, rozsądnego i twórczego podejścia do swego gospodarstwa.

     Tutaj są artykuły o tym nietypowym uniwersytecie:

http://plock.wyborcza.pl/plock/1,35710,18907037,rzucili-wszystko-i-znalezli-wolnosc-pracuja-na-roli-spiewaja.html

http://www.bio-zycie.pl/ekologia/zapisz-si%C4%99-na-uniwersytet-i-zosta%C5%84-rolnikiem-ekologicznym

A tutaj jest oficjalna strona uniwersytetu:

http://www.eul.grzybow.pl/

    Trwają zapisy na zimowy semestr!

    Bardzo podobają mi się założenia i program nauki. Trudno powiedzieć, jak będzie w praktyce na dłuższą metę, ale potencjalny ładunek wiedzy i umiejętności jest bombowy! I to za darmo!
Pewnie jak zwykle znajdą się malkontenci, którzy będą krytykować. Ale ja chciałabym, żeby ktokolwiek inny zrobił chociaż tyle. Wiem, ile dobrego zdziałała mimo wszystko Akademia Bosej Stopy, mimo wszystkich niedociągnięć. Pomysł Uniwersytetu wydaje się o wiele bardziej wyważony i lepiej przygotowany.

    Wielu młodych, osiedlających się na roli,  nie ma ani wiedzy, ani doświadczenia, tylko szczery zapał i entuzjazm. Tutaj mogą zdobyć potrzebną wiedzę, mogą nabyć praktyki, przedyskutować i przemyśleć swoje własne projekty. Wtedy może będzie mniej rozczarowań, a więcej sukcesów. Piękne, zgodne z naturą gospodarstwa, przynoszące radość właścicielom i pożytek wszystkim.
Oby się spełniło!

Wtrącenie osobiste: Petera poznałam jako młodego chłopaka, który przyjechał ze Szwajcarii do Polski, żeby poznać rolników, którzy jeszcze gospodarują tradycyjnie (były to lata 80). Zobaczył i został. To, co zbudował on i jego żona zasługuje na najwyższe uznanie. Nie ma ten-tego, że system, że urzędnicy, że rąbek u spódnicy. Po prostu robią coś dobrego i mądrego i wykorzystują do tego nawet niektóre elementy systemu. A co!
 

wtorek, 21 kwietnia 2015

Sznur mierniczy i złoty środek

      Wszyscy wiedzą, że w ogrodzie bardzo przydatny jest sznurek nawinięty na dwa zaostrzone patyki. Pomaga w wyznaczani ścieżek i rzędów do siewu. Mało kto wie, że w kilka minut możemy zamienić go w sznur mierniczy używany przez wieki - od budowniczych piramid, poprzez zamki i kościoły romańskie, do budowniczych katedr.

       Wystarczy zawiązać na nim 13 węzłów w równych odległościach. Tradycyjnie była to odległość stopy, choć można przyjąć dowolną miarę. Stopa przez wieki nieco się zmieniała, ale zawsze jest to około 30 centymetrów. To wygodna odległość, dobra do wyznaczania ścieżek i rozstawy rządków warzyw.

      Mamy więc na naszym sznurze wyznaczone przy pomocy węzełków 12 równych odcinków. Do czego możemy ich użyć? Ano choćby do wyznaczania kątów prostych przy budowie altanki. Robi się to tak:
 Składamy sznurek w trójkąt, który ma jeden bok równy 3 odcinkom, drugi 4, a trzeci 5. I już mamy idealny kąt prosty bez wielkich zabiegów.

    Chcemy kąt 60 stopni? Proszę bardzo:

       Można też za jego pomocą rysować okręgi i dzielić je na równe odcinki, np. przy budowie altanki. Wystarczy, że przy jego pomocy narysujemy okrąg, którego promień ma np. 4, 6, 8, 10 czy 12 stóp. Potem na obwodzie koła, przy pomocy tego samego sznura odmierzamy odstępy co 2 czy 4 stopy. Uwaga: sznura nie układamy na obwodzie, tylko naprężamy między dwoma punktami. Mamy równiutkie odstępy na obwodzie koła.


      Przy pomocy tego sznura można wyznaczać też bardzo skomplikowane proporcje, takie jak liczba Pi czy złoty środek, ale to już dla amatorów łamigłówek. Poniżej przykład wytyczania spirali. Oczywiście jako jednostkę możemy przyjąć dowolną długość, ważne, aby była zawsze taka sama.


      Dobrej zabawy!

niedziela, 4 stycznia 2015

W ogólności, w codzienności

     Pogoda jest niesłychanie dynamiczna, silny wiatr nagania to mróz, to wiosenne ciepło, nagania niskie, ciemne chmury jak stada wielorybów, to odsłania błękitne okienka. Na zmianę świeci słońce, pada deszcz albo śnieg. Jadę sobie do naszej wsi gładką asfaltówką (kiedy się sprowadziliśmy, była tu polna droga z kałużami jak jeziora) i podśpiewuję sobie: "Rien ne va plus en absolut, tout va tres bien au quotidien...". Dla tych, którzy nie rozumieją: "Wszystko dzieje się źle w ogólności, wszystko dzieje się dobrze w codzienności..."
    Pasuje mi ta piosenka jak ulał. Od pewnego czasu ciągle natykam się na alarmistyczne i wręcz katastroficzne artykuły i opinie moich różnych znajomych, jak to jest źle, jak to różni "oni" pracują nad naszą zagładą, jak to już nas nie ma. No, katastrofa i koniec świata. Nie wiem, jak czują się autorzy tych opinii, ja ciągle jeszcze jestem i czuję się dobrze. Wracam do spokojnego, ciepłego domu, gdzie czeka mnie smaczny posiłek, mruczący kot i pies z wywalonym do lizania ozorkiem. Oraz ci, których kocham, jedyni, którzy tak naprawdę liczą się w moim życiu. Wypiję dobrą kawę (kto pamięta te czasy, kiedy kawy nie było?) albo herbatę z rumem, przeczytam dobrą książkę. Kto zauważył, że ostatnio mamy wysyp dobrej, polskiej literatury?
    Po drodze mijam ładne, nowe domy, kolorowo otynkowane albo pokryte drewnianym siddingiem, zadbane ogrody, duże, nowoczesne budynki gospodarcze. Może to i niezbyt ładne, ale dostatnie.
   Moja Mama, jedyna w rodzinie, która jest bardzo chora (ale ja jej nie pamiętam zdrowej, lata połykania chemicznych lekarstw na kilogramy i lata trosk zrobiły swoje), ze zgrozą wspomina powojenną biedę i trudne lata 70 i 80.  W tym kraju chyba nigdy nie było łatwych czasów, za to było "ciekawie"....
    Jest we wsi jedna rodzina patologiczna, bez dochodów. Dostali od państwa za darmo dom i kawałek ziemi, wprawdzie nie żadne cudo, ale zdatny do mieszkania. Oraz różnoraką pomoc i zasiłki. Otóż to: wolą domagać się, żeby im dać, niż uprawić choćby kawałek ogrodu. Czasem też kradną ziemniaki czy coś innego, zamiast sami posadzić choć trochę. Dostali w ramach pomocy sporą liczbę kurcząt (bardzo dobra taka pomoc, może wyzwolić w ludziach chęć pracy i radzenia sobie samemu). Większość padła z braku opieki, część zagryzły psy i koty, a resztę zjedli. A mogli mieć rozwijającą się hodowlę drobiu na własne potrzeby - budynki mają, tylko trochę je zaadaptować. A są tam dorośli, młodzi ludzie. Możliwe, że tam bywają głodne dzieci. Ale to już nie wina państwa, które daje im i tak sporo, ani nawet sąsiadów, którzy chętnie by ich zatrudnili, choćby do zbierania tytoniu czy ziemniaków i dobrze zapłacili. Gdyby komukolwiek chciało się pracować.
        Nie jestem miłośniczką systemu, uważam, że jest wadliwy i że u jego podstawy tkwi błąd, ale też nie oddaję się czarnowidztwu. System, jak jest, to jest, ale dzięki niemu nie boję się wyjść z domu, nie muszę ze strzelbą bronić swego domu i ogrodu, mogę jeździć po dobrze utrzymanych drogach. Wiem, że wiele rzeczy szwankuje, wiele zarządzeń jest głupich, wielu ludziom podcina się skrzydła. Jednak daleko nam do katastrofy.
    Czarnowidztwo i brak nadziei są groźne, bardzo groźne przede wszystkim dla tych, którzy mu ulegają. Zatruwają duszę i ciało, pozbawiają jakiejkolwiek chęci działania. Wbrew pozorom zabijają też w zarodku każdą chęć oporu, no bo skoro wszystko stracone, to po co? Dalej są groźne za pomocą magii życzeniowej: jeśli ktoś bardzo mocno w coś wierzy, to to zaczyna się realizować, przynajmniej dla niego. Czasem dla innych też.
     Nikt nam nie obiecywał, że życie będzie łatwe i usłane różami. "Życie tym piękniejsze, im straszniejsze jest..." Nasze życie, to kwestia naszych wyborów.
     Jeśli będziemy narzekać na polityków, ale dalej będziemy głosować na jeden z dwóch półdupków największych partii, to będzie hopaj siup! zmiana dup! i na okrągło będą rządzić ci sami, na zmianę. I będą się na nas tymi półdupkami albo i całą dupą wypinać. A gdyby tak ludzie się zmobilizowali i wybrali jakąś małą, nieznaną partię, na przykład jakichś Wielbicieli Piwa czy innych, która nagle znalazłaby się "na wyżynach", to oni ze skóry by wychodzili, żeby ludziom dogodzić, żeby ich znowu nie wysłano w niebyt. I to niezależnie od swojej ideologii. Gdybyśmy umieli robić tak, jak Gandhi uczył, przez obywatelskie nieposłuszeństwo durnym prawom (ale tylko durnym, bezprawie nie jest dobre - wyobraźcie sobie, że dresiarze z pobliskich bloków zaczynają wprowadzać swoje prawa), to "oni" też by się z nami bardziej liczyli. Mamy, jako istoty ludzkie, ogromną siłę. Ważne, aby ją uświadomić i dobrze wykorzystać. Być może tej mocy boją się ci, którzy próbują nam wmówić, jacy to beznadziejni i bezsilni jesteśmy.
    Beznadzieja, czarnowidztwo, agresja - to trucizny, które nas trzymają w kajdanach. Siła, spokój i determinacja mogą nas wyzwolić. A w każdym razie pomóc godnie żyć.
   Mam wrażenie, jakby komuś zależało na rozsiewaniu tych czarnych zarodników - że wszystko stracone, że w tym kraju nie da się żyć, że jest strasznie... One jak pleśń zatruwają mądrych skądinąd ludzi. Nigdzie nie jest łatwo żyć! Bo życie już takie jest. Ale to my i tylko my możemy uczynić je pięknym i pełnym sensu.

  

piątek, 12 grudnia 2014

Porównanie gospodarstw ekologicznych i konwencjonalnych

    DO OBEJRZENIA! Koniecznie!
http://www.cda.pl/video/137204f8/Plony-przyszlosci-Lektor-PL

Bardzo dobry przykład, jakimi kłamstwami jesteśmy karmieni odnośnie używania pestycydów, nawozów sztucznych itp. Ten burak na początku to ówczesny francuski minister rolnictwa! I takie kłamstwa serwuje! A tymczasem, jak widać dalej - bardzo poważni i oficjalni naukowcy oraz niemniej poważni i zupełnie nieoficjalni rolnicy stwierdzają od lat, że plony są porównywalne, a w przypadku suszy - wyższe w uprawie ekologicznej. Dodając do tego, że wydatków jest znacznie mniej, cała korzyść dla rolnika, dla konsumenta i dla planety. Bo koszty rolnictwa konwencjonalnego to nie tylko zakup środków chemicznych, wydatki na benzynę i olej, plagi chorób i szkodników, śmierć gleb, zatrucia, rak, zatrucie wody i inne, to koszt życia w kłamstwie i brzydocie.

Mam wrażenie, że gdzieś po drodze wysiadło myślenie logiczne, albo wyprano mózgi dużej części społeczeństwa. Bo kto zyskuje? Na pewno nie rolnik i nie konsument.

Ale też trzeba umieć uprawiać ziemię ekologicznie, to wcale nie to samo, tylko bez chemii. A to już wymaga pewnego wysiłku intelektualnego.

I wreszcie ostatnie: nareszcie zobaczyłam ten legendarny siew bezorkowy, jak funkcjonuje i jak wygląda.

Polecam bardzo, bardzo ten reportaż w ramach zimowego wietrzenia głowy. Przy tym dobrze się ogląda.

    

poniedziałek, 24 listopada 2014

Pismo słowiańskie na ręcznikach obrzędowych

    O istnieniu lub nieistnieniu pisma słowiańskiego od wieków toczą się zażarte dyskusje. Różne są teorie: że głagolica powstała na jego podstawie (byłoby to więc pismo literowo-sylabiczne), że istniały słowiańskie runy, że pisano nacięciami na drewnie, a nawet, że było to pismo węzełkowe. To ostatnie pobudzało mnie raczej do śmiechu, ale do czasu. Okazuje się, że ta właśnie hipoteza jest...bardzo prawdopodobna.
     Prawdopodobnie istniało pismo słowiańskie, bo istnieją słowa na oznaczenie liter, pisma itp. na długo przed chrześcijaństwem. Dlaczego jednak nie znaleziono jego pozostałości? A może ciągle mieliśmy je przed oczami, tylko nie zwracaliśmy uwagi?   

  „Jestem niepiśmienna, nie umiem ani czytać, ani pisać. Cała moja nauka, moje wykształcenie – we wzorach na moich ręcznikach. Tam, jak w dobrej książce albo w kinie można dowiedzieć się o ludziach i życiu, i zwierzętach, i o słoneczku i gwiazdach opowiadałam, o zdrowiu i chorobie, o kobiecej doli i niedoli, o wszystkim co jest w życiu”
     Tak mówiła pewna hafciarka ręczników obrzędowych. O ręcznikach tych pisałam już wcześniej, ale niedawno moja wiedza o nich doznała poważnego wstrząsu i pogłębienia. A to za przyczyną artykułu p. Ewy Zwierzyńskiej z "Czasopisu" (  http://czasopis.pl/los-wyhaftowany-na-plotnie-ewa-zwierzynska-2/ ). Zachęcam do przeczytania, bo jest niezwykle ciekawy.

    Ręczniki obrzędowe, które nie mają nic wspólnego ze zwykłymi ręcznikami, były najprawdopodobniej znane i używane na całej Słowiańszczyźnie. Potem u Słowian Zachodnich zaginęły, ich dalekie wspomnienie pozostało tylko w haftowanych makatkach, czysto ozdobnych. Możliwe, że przyczynił się do tego kościół katolicki, ponieważ rzeczone ręczniki są przedmiotami magiczno-obrzędowymi. Zachowały się natomiast wśród Słowian prawosławnych, a nawet zyskały wstęp do cerkwi i do Świętego Kąta w domach, gdzie otaczały ikony.

  Towarzyszyły człowiekowi od poczęcia do śmierci, podkreślały wszystkie ważne momenty w życiu. O ich znaczeniu i symbolice nie będę pisać, bo p. Ewa zrobiła to lepiej ode mnie.

    Ale co mają ręczniki do pisma Słowian? A to, że aż do końca XIX wieku, a nawet później były haftowane we wzory krzyżykowe, najczęściej kolorem czerwonym. Mam wrażenie, że kolor zależał też od przeznaczenia lub plemienia, które go haftowało (na Ukrainie zachowały się też niebieskie lub wielokolorowe). Ale ten haft to nie był taki sobie wzorek ozdobny, jak dzisiaj przyjęto uważać. Okazuje się, że każdy motyw MIAŁ SWOJE ZNACZENIE, nie tylko symboliczne, ale dosłowne.

    Tych znaczeń było o wiele więcej, znane są zresztą na Białorusi. A co to jest? Po prostu pismo, ideogramy, jak w języku chińskim. Skoro do naszych czasów dotrwało tyle znaczeń, bardzo możliwe, że dawniej było to rozwinięte o wiele bardziej. A czymże jest haft krzyżykowy, jeśli nie węzełkami na tkaninie?
   Niestety, pomału zanikała umiejętność czytania tych znaków, chociaż jeszcze w okresie międzywojennym na Podlasiu zdarzały się kobiety ją znające. Pod koniec XIX wieku zaczęto też wprowadzać hafty czysto ozdobne. Ręcznik zachował swoją rolę obrzędową, przestał jednak być księgą, którą można odczytać. A przecież wcześniej nią był...
http://czasopis.pl/wp-content/uploads/2014/11/9.jpg

środa, 19 listopada 2014

Małe jest piękne (i opłacalne), czyli sposób na bezrobocie

     Witam Was razem z pierwszym śniegiem, który po cichutku spadł nocą i ani myśli topnieć.  Chcę też przeprosić za nieodpowiadanie na listy i nieobecność w sieci - przez dwa tygodnie miałam popsuty komputer.
          Obudziła mnie jasność, jakże przyjemna po tylu ciemnych dniach! Postanowiłam więc napisać o zaczątkach jaśniejszej przyszłości, które kiełkują na całym świecie. Na przekór ciemnym wieściom, którymi jesteśmy często bombardowani.
    Dzisiejsze rozważania oparłam na francuskojęzycznym artykule, zamieszczonym w Basta! http://www.bastamag.net/Bienvenue-dans-l-agriculture-de .
      Istnieją też wersje tego periodyku po angielsku, hiszpańsku i włosku, ale zauważyłam, że nie wszystkie artykuły są tłumaczone, więc nie wiem, czy go znajdziecie w tych językach. W każdym razie strona jest bardzo ciekawa, obiektywna i bez zadęcia. Polecam.

     We Francji sytuacja rolników jest bardzo nieciekawa. Tam już lata temu postawiono na specjalizację, ogromne fermy, nawożenie i nawadnianie, co być może generuje zyski, ale wymaga też wielkich nakładów. Powstaje też problem z regionalizacją. Np. prawie całą hodowlę świń skupiono w jednym regionie, Bretanii. Pociągnęło to za sobą zatrucie wszystkich rzek i morza gnojówką i to w stopniu alarmującym. W innych regionach rozwinięto np. tylko uprawy zbożowe lub tylko ziemniaki. Tak, że kiedy jedni topią się w gnojówce, inni cierpią na brak nawozów naturalnych do użyźniania pól. No cóż, postawiono na nawozy sztuczne (kosztowne i zatruwające ziemię). Skutek: ziemia wszędzie jest zatruta.
     Ogromne fermy potrzebują ogromnych maszyn (kosztownych), a maszyny potrzebują paliwa (kosztownego i trującego). Rolnicy zmuszeni są ciągle inwestować, brać pożyczki, specjalizować się. Nic dziwnego, że większość z nich jest zadłużona po uszy. A w wyspecjalizowanych fermach wystarczy jeden nieurodzaj, suche lato lub powódź (spowodowana martwicą gleb i usuwaniem żywopłotów w celu scalenia wielkich monokultur), spadek cen czy inne zawirowania losu, żeby spowodować katastrofę. W samej tylko Francji codziennie popełnia samobójstwo co najmniej jeden zadłużony rolnik...
     Nie można ziemi, która jest żywym organizmem, traktować jak maszyny. Nie można wejść w tryby wiecznego "rozwoju" i kosztownych inwestycji. Nie można rozwijać modelu rolnictwa, gdzie do wyprodukowania 1 kalorii pożywienia, zużywa się 10 do 12 kalorii paliw kopalnych, o innych kosztach nie wspominając.

     Tymczasem malutkie, zrównoważone gospodarstwa, nawet zakładane przez amatorów, prosperują i nawet przynoszą zyski. Na przykład mini-gospodarstwo Charlesa i Perrine Herve-Gruyer. Oboje byli "zwierzętami miejskimi": ona - prawnik międzynarodowy, on - żeglarz i pisarz. W pewnym momencie swego życia postanowili kupić kilka hektarów ziemi w pobliżu Rouen, głównie w celu hodowania zdrowych warzyw dla siebie i swoich dzieci. Początki były trudne i kosztowne... W ciągu dwóch lat rozpłynęły się całe ich oszczędności. Widząc, że nie tędy droga, zainteresowali się ogrodnictwem permakulturowym. Jeździli, podpatrywali, czytali.
    Obecnie uprawiają swoją ziemię bez maszyn, nawozów i pestycydów. Jedyny wydatek na benzynę, to od czasu do czasu transport końskiego obornika z sąsiedniej wsi, z klubu jeździeckiego. Na początku używali pługa ciągniętego przez konia, żeby przygotować ziemię, która była ugorem. Obecnie nawet to nie jest potrzebne. Na około dwóch hektarach rozciągają się grządki na wałach, inspekty, tunele. Jest staw, łąka, sady i zarośla. Żyją zwierzęta gospodarskie. Używają tylko narzędzi ręcznych, które wystarczają na lata i nie są drogie.
   W 2013 roku postanowili policzyć opłacalność takiego gospodarowania. Na 1000 metrów kw. warzywnika przepracowali ok. 1400 godzin w roku, co daje ok. 4 godzin dziennie. Wyhodowali warzywa, które warte były 32 000 euro. Część spożyli sami, część sprzedali na targu. A liczyli po średnich cenach w handlu, nie po cenach warzyw ekologicznych, jakimi ich plony są. Koszty natomiast są minimalne - jeden czy dwa transporty obornika, zużycie narzędzi, trochę nasion. A, jak mówią, rok był dość słaby i pogoda niesprzyjająca. Ja bym jeszcze dodała, że na pewno zaoszczędzili niebagatelne sumy na lekarzach i "lekach".
      Nawet biorąc pod uwagę klimat, który tam jest nieco łagodniejszy od naszego i nieco dłuższy sezon wegetacyjny, to wyniki są rewelacyjne.

    Rozwój takich mini-gospodarstw mógłby być lekarstwem na rozrastające się bezrobocie, na marazm i beznadzieję życia na zasiłkach lub w ciągłym strachu o utratę pracy. skoro nawet amatorzy, którzy od pokoleń nie mieli z ziemią nic wspólnego, po kilku latach wysiłków mogą osiągnąć takie rezultaty, to jest to niezwykle budujące. Potrzeba tylko pasji i wiedzy, a te są osiągalne.

   Ku podniesieniu ducha wszystkich, którzy planują osiedlenie się na wsi.

Gospodarstwo Herve i Perrine można też zobaczyć na filmach: https://www.youtube.com/watch?v=YBff82C8h6g#t=30   oraz  https://www.youtube.com/watch?v=3TXeiTHdREA   i kilka innych.


środa, 29 października 2014

Tajemnicze światełko czyli mikoryza inaczej

     Wyobraźcie sobie, że w chwilę po zgaszeniu światła w ciemnych kącikach domu pojawiają się światełka, zjawiskowe jak zorza północna albo jak świetliki, które przycupnęły w szklanych bańkach. Kiedy to zobaczyłam, byłam zachwycona. Tak nierealne się wydaje i bajkowe.
     A to po prostu... grzyby świecące. Wystarczy w szklanym pojemniku dać trochę trocin z odpowiednich drzew, trochę patyków, można dodać mech czy inne kamyki do ozdoby i zaszczepić grzyby biolumiscencyjne. Można je obejrzeć tu: http://www.champignonluminescent.com/

    Prawda, że piękne? Wydaje się, że człowiek jest w jakiejś bajce. Światełko jest słabe, poczytać przy nim człowiek nie da rady, ale jaki nastrój! I to na lata. Wystarczy im trochę wody i trocin z pewnych drzew.

   Ciekawe rzeczy się dzieją obecnie w nauce. Coraz częściej wpadam na takie rzeczy, jak z bajki lub opowieści fantastycznych. Może jak tak dalej pójdzie, to będziemy oświetlać domy grzybami, bez elektrycznych kabli?

niedziela, 26 października 2014

Zamyślenia

      Aura zmieniła się nagle i radykalnie - nocami mrozi, dnie bardzo chłodne. Zapachy korzenne jesieni zniknęły, zaczyna pachnieć mrozem, gorzko i rześko. Zamglone ranki i popołudnia sprzyjają rozmyślaniom. Ludzie i zwierzęta garną się do pulsującego ciepłem pieca, otaczają się warstwami sierści, swetrów i milczenia.
      Przeczytałam ostatnio dość trudny esej traktujący o mrówkach i pszczołach, a ściślej mówiąc o inteligencji indywidualnej i grupowej. Pojedyncza mrówka jest dość głupia, pszczoła nieco mniej, ale też inteligencją nie grzeszy. Natomiast ich wspólnota, czyli mrowisko lub rój, jest tworem bardzo inteligentnym. Porównano to do komputera, gdzie pojedynczy bajt jest ograniczony tylko do dwóch reakcji, ale liczne bajty dają możliwości, które znamy.
     Ludzie też są stworzeniami społecznymi, nawet indywidualiści są wychowywani na mądrości pokoleń, inaczej nie umieliby nawet mówić, żeby wyrazić swój sprzeciw... Znam wielu ludzi i wszyscy, lub prawie wszyscy, są miłymi, inteligentnymi osobami. Każdy marzy o pięknie i dobru, zna je i docenia. Natomiast ludzkie społeczeństwo, w przeciwieństwie do mrówek, wydaje mi się tworem nie tylko głupim, ale wręcz szalonym. Jak inaczej wytłumaczyć to, że ludzie zatruwają całą planetę i siebie samych przy tym, że dążąc do piękna, tworzą brzydotę wszechobecną. Że jeden sympatyczny facet strzela do drugiego, który mógłby być jego przyjacielem? Że mając umiłowanie wolności w sobie, stajemy się posłusznymi żołnierzykami społeczeństwa korpoludków?
Jako społeczeństwo zachowujemy się jak śmiercionośne wirusy, zabijające organizm Ziemi-Matki.
    Gdzie w tym wszystkim jest błąd?

     Ktoś bardzo mądry powiedział, że najwyższym stopniem tworzenia jest tworzenie tego, co żyje. To daje wielką nadzieję, bo coraz więcej osób zaczyna tworzyć swoje ogrody. Ktoś inny, też mądry (przypisuje się to Einsteinowi), powiedział również, że wiek XX był wiekiem techników, a wiek XXI będzie wiekiem ogrodników, którzy zmieniając kawałek swojej ziemi zmienią też oblicze planety. Myślę, że w tym wypadku ważne jest podejście do ziemi, pochylenie się nad nią z miłością i zrozumieniem. Z czułością dla tej niebieskiej drobinki, tańczącej w nieskończonej przestrzeni kosmosu. Nie chodzi tu o samo posiadanie ziemi, wtedy najszczęśliwszy byłby ten, kto "posiada" najwięcej (znowu....), ale tak nie jest. Ważna jest postawa, nasz stosunek. Ziemi powinniśmy mieć tyle, ile damy radę. A jak mamy za dużo na nasze możliwości - posadzić las!

    Odkąd mieszkam na wsi, odkąd stworzyliśmy wokół nas piękną i łagodną przestrzeń, sycę się tym pięknem jak pożywieniem. Bez niego pomału bym umarła z głodu. Myślę, że trwanie w pięknie, oglądanie go i sycenie się nim jest stanem naturalnym dla człowieka. Dlaczego więc wkoło tyle brzydoty? Przecież to nie kwestia pieniędzy, bo ładnie zagospodarować można swoje otoczenie przy bardzo niewielkich nakładach. Czasem nawet można puścić naturę samopas, a ona sama zadba o piękno i harmonię. Można też kształtować przestrzeń wokół siebie - to bardziej fascynujące nawet niż malowanie dzieł sztuki, bo żywy obraz zmienia się z porami roku, z latami...

    Łowcy-zbieracze poświęcali każdego dnia najwyżej 4 godziny na pracę, to wystarczyło. Rolnicy pracowali nieco więcej, ale jeśli nie byli obciążeni daninami, tylko pracowali na siebie, to również 6-7 godzin dziennie wystarczyło, i to tylko w ciepłej porze roku. Popatrzcie na kunsztownie wykonane domy, wycinane ręcznie drewniane koroneczki i ganeczki, na pięknie tkane i haftowane stroje. Na taką twórczość trzeba było mieć czas...

     Pozwólcie mi marzyć... o wioskach-ogrodach i miasteczkach jak z bajki, zamieszkałych przez mądrych, twórczych ludzi. Takich, którzy potrafią odróżnić konieczne od zbędnego, którzy są szczęśliwi, robiąc to, co lubią z zamiłowaniem i spokojem. I którzy mają czas dla siebie.... Może to marzenie wyłoni się z listopadowych mgieł? Jak mityczne Białowody?

niedziela, 5 października 2014

Zrzędzę

       Czasem zaglądam na fejsbooka i od pewnego czasu jestem wk..wiona coraz bardziej. Dlaczego? Przeraża mnie morze głupoty i niewiedzy oraz dopasowywanie wszystkiego do założeń przyjętych z góry przez niektórych. Ludzie tak daleko odeszli od natury, że to, co naturalne, wydaje się im złowrogie. I nie chodzi tu prostych ludzi, manipulowanych przez media, ale tzw. "świadomych", walczących z manipulacjami genetycznymi, chemią w jedzeniu itp. Tymczasem ich ignorancja czasem jest gorzej, niż żenująca.
       Przykład pierwszy: jak bumerang powraca zdjęcie pomidorka, z którego wyrastają zielone kiełki. Z zaznaczeniem, że przez miesiąc leżał na parapecie. Komentarze oburzone, że czym to nas karmią, jaki skandal itp. Prostujemy czasem z Ewą z Kresowej, ale ile można? Otóż, moi drodzy: pomidor jest owocem i zawiera nasiona. Jeśli jest dojrzały, to zaczyna się rozkładać, zapewniając tym nasionom potrzebną wilgoć i odżywkę. Bo owoce służą w naturze do tego, nie są dla nas, tylko dla nasion. To, że my z nich korzystamy, to skutek uboczny. Leżący przez miesiąc na parapecie, w cieple i na słoneczku, pomidor, zaczął zupełnie naturalnie kiełkować. A to znaczy tyle, że: był dojrzały, nasiona mają dużą siłę życiową, nie był manipulowany. I tyle. ci, co się oburzają, nigdy prawdopodobnie nie widzieli kiełkujących pomidorków, ale wypowiadają się autorytarnie.

    Przykład drugi: pewna osoba za nic w świecie nie chciała jeść owoców maliny "Polana", dojrzewających pod koniec lata. Jeszcze mi się dostało, że takie "świństwo modyfikowane" hoduję. Na próżno tłumaczyłam, że to selekcja naturalna, rozmnażanie i krzyżowanie. Tak, moi drodzy, większość nowych odmian (Polana wcale nie jest z resztą taka nowa) jest ciągle hodowana przez naturalną selekcję i krzyżowanie, jak to było od tysiącleci.  GMO jest paskudztwem, ale wcale nie jest takie powszechne.

    Przykład trzeci: niektórzy twierdzą, że prawie wszystkie ziemniaki są GMO. Znowu ręce opadają. Owszem, istnieją takie odmiany, ale u nas bardzo rzadkie i drogie. Są one odporne na pestycydy. Reszta jest wyhodowana w sposób naturalny. Manipulacje genetyczne przeprowadzane są przez wielkie koncerny, które zazdrośnie strzegą swoich technologii. W polskich stacjach doświadczalnych przeprowadzano normalne zabiegi krzyżowania i selekcji. Wszystkie kartofle polskich odmian są najzupełniej naturalne i dobre do jedzenia, o ile wyhodowane w naturalnych warunkach.

    Więcej przykładów nie będę przytaczać, bo nie chcę się denerwować. Jest tylko jedno, co przychodzi mi na myśl: jeśli chcemy się wypowiadać w jakimś temacie, to dobrze jest poznać, o co tak właściwie chodzi. Poczytać trochę, pomyśleć. A naturę obserwować. Bo można inaczej się ośmieszyć.
       Teraz powiem o różnicy między F1 i GMO. F1 to naturalna krzyżówka między dwoma gatunkami, ale nie ustabilizowana. To znaczy, że nasiona wydane przez te rośliny albo są sterylne, albo dają potomstwo nie podobne do rodziców. Coś jak muł, który jest naturalną krzyżówką konia i osła, ale sam jest sterylny. Nie podoba mi się ta praktyka, bo uzależnia nas od producentów nasion, nie pozwalając zbierać własnych. Natomiast rośliny F1 nie są genetycznie zmieniane, można je spokojnie jeść.
       GMO to organizm (roślina lub zwierzę), któremu wstawiono geny zupełnie innego organizmu, manipulując w laboratorium materiałem genetycznym w jądrze komórki. Mogą się one rozmnażać i krzyżować z innymi roślinami pokrewnymi, co jest diabelstwem, bo rośliny GMO są opatentowane. Jeśli jakiś biedny rolnik ma pole niedaleko upraw GMO, to jego rośliny mogą się pokrzyżować. Jeśli wysieje własne nasiona, to, sam o tym nie wiedząc, może hodować te modyfikowane mutanty. A wtedy zjawiają się inspektorzy, kontrolują i dowalają mu taki mandat, że tylko się powiesić. Nie mówiąc o tym, że bezwiednie rozprowadza żywność modyfikowaną o nieprzewidzianych skutkach na nasz organizm.
     To tyle zrzędzenia na dzisiaj. Dużo mądrości Wam życzę.
      

niedziela, 14 września 2014

Odkrycia i nauki

        Kończy się lato - pięknie, ciepło i słonecznie. Dziwne to było lato, najpierw potraktowało nas zimnem i pluchą, jakiej nie pamiętam, potem upałem, ale ciągle mokrym. Rzeczka wylała do połowy łąk, jak tylko na przedwiośniu bywało, i tak została prawie przez cały sierpień. Teraz za to mamy suszę... Dziwne lato, pełne komarów i gzów, które zaganiały mnie do domu skuteczniej, niż duszący upał. ale dzięki nim spędziłam większość tego lata w stawie, w chłodnej wodzie.
      Świat oglądany z żabiej perspektywy wydaje się całkiem inny, może dlatego, zamiast gorączkować się dość nieciekawą sytuacją świata, wolałam podziwiać obłoki, nenufary i wąchać tatarak.
     Mimo tak niesprzyjającej pogody ogród zaplonował całkiem uczciwie, chociaż nie podlewałam go ani razu (z wyjątkiem kilku podlewań pod folią i to tylko wzniesionej grządki.

     Odkryłam kilka nowych rzeczy, oto one:

- Poznałam kilka nowych osób, w tym Kuro Neko z grona blogerek i jej chłopaka oraz Elę i jej przyjaciółkę, a także naszą Kalinę z Kalinowa, poetkę podlaskich zwykło-niezwykłych dni. Tacy wspaniali ludzie, jak oni i inni, którzy tu gościli, sprawili, że z optymizmem widzę przyszłość świata. O dobrych, mądrych ludziach rzadko słyszy się w wiadomościach, ale oni są tym, co na tej Ziemi najważniejsze.

- Inteligencja roślin jest dowiedziona naukowo, piszą już o tym poważne publikacje. Rośliny reagują, komunikują się, wołają sprzymierzeńców na ratunek, nawet kłamią. Możliwe też, że reagują na potencjał elektromagnetyczny naszego ciała, czyli na nasze uczucia.

- Odkryłam bluszczyk kurdybanek i zakochałam się w nim. Zbieram listki i suszę, żeby móc się cieszyć nim także jesienią.

- Odkryłam kozieradkę. Szkoda, że u mnie raczej nie będzie rosła, bo lubi dużą zawartość wapnia w glebie, a u nas wręcz przeciwnie jest.

- Nauczyłam się wiele o sobie i o energiach, rozmaitych. Tu wielkie dzięki Utygan, która odkryła przede mną nową cząstkę rzeczywistości i pasjonującą literaturę, nie tylko o ziołach...

- Nauczyłam się robić sery i lubię to! Dzięki Asi i jej Akademii Pod Lipami. A moi lubią, jak robię sery, bo uważają, że są pyszne.


      A przede wszystkim ciągle uczę się szczęścia i radości. Rzeczywistość nasza ma wiele twarzy. Głównie ode mnie zależy, którą z nich wybiorę, której poświęcę uwagę. Czy będę się martwić administracyjnymi zawirowaniami, czy cieszyć widokiem mysikrólika w trzcinach i zachwycać gwiazdami. Odkąd zachwycam się gwiazdami, mam się o wiele lepiej. Inne sprawy załatwiam mimochodem, tak mi się wydają błahe w porównaniu z różą, która znowu kwitnie. Spacer z mężem, trzymając się za ręce, czy dyskusja z córką są najważniejsze na świecie. Uczucie wdzięczności za to wszystko sprawia, że czuję się wewnętrznie o wiele młodsza, niż kiedykolwiek byłam od wielu lat.
     Ot, miałam dać post o pracach w ogrodzie w tej chwili, a wyszła taka sobie oda dziękczynna do świata. I dobrze. A post o i tak Was nie ominie.





piątek, 4 lipca 2014

Myślenie ekologiczne czyli nie jestem dyktatorem

       Wiele osób myśli, że uprawa ekologiczna to to samo, co uprawy tradycyjne, tylko bez chemii. Stąd wielkie zapotrzebowanie na forach ogrodniczych na ekologiczne nawozy i opryski. Tymczasem jest to zupełnie inne podejście do Ziemi, do jej praw i naszego miejsca w porządku świata.
      Założenia tradycyjnego podejścia, to całkowita dominacja człowieka nad wszystkim - ziemią, pogodą, strefą klimatyczną... Jeśli ziemia nie chce rodzić tego, co ja sobie założyłem, to trzeba ją okiełzać, zmusić, wręcz zgwałcić. Jeśli pojawiają się choroby i spadek plonów - to trzeba dać więcej nawozów, oprysków, wody itp. Jakie są skutki - wszyscy widzą. Postępująca erozja i śmierć gleb, wysokie koszty, niewolnicze uzależnienie od koncernów produkujących odżywki i opryski. Zatrucie wód gruntowych, rzek, jezior i mórz... Bezsensem jest uprawa zbóż - roślin suchych stepów w klimacie lasów tropikalnych, przy dużej ilości opadów i szybkiej erozji gleb. Podobnie uprawa szparagów lubiących piasek w ciężkich, gliniastych glebach. Herezją jest idea wielkich monokultur, skoro wiemy dziś o współdziałaniu roślin ze sobą i ich wzajemnej współzależności.

      Tymczasem podejście ekologiczne to przede wszystkim współdziałanie. To delikatna poprawa środowiska naturalnego w tym kierunku, jaki jest dla niego i dla nas najlepszy. Zaczyna się od poznania gleby i klimatu, następnie od zastanowienia się, jakie uprawy nadają się dla nas najlepiej i jakie warunki trzeba im stworzyć.  Należy też unikać dużych przestrzeni obsianych czy obsadzonych jednym gatunkiem. W przyrodzie monokultura nie istnieje.
     Należy poznać wymagania glebowe rośliny, którą chcemy posadzić, środowisko, z jakiego pochodzi. To pomoże nam zdefiniować jej potrzeby.

      Na Zachodzie wracają zadrzewienia śródpolne, żywopłoty i pasy drzew owocowych wśród pól. Postępujmy podobnie na naszej ziemi.
      Sprawa jest względnie prosta, kiedy chodzi o niewielki warzywnik. Tam, z oczywistych względów, monokultura jest niemożliwa. Sprawy komplikują się jednak, kiedy chcemy zasadzić większą plantację.
      Pewna znajoma zasadziła około hektara borówki amerykańskiej. Ziemia jest młoda, polodowcowa. Została zakwaszona głównie środkami w płynie. Między rzędami borówki są pasma trawy. Nawet założono nawadnianie. A jednak krzewy nie chcą rosnąć. Właściciele przemyśliwają nawet odejście od ekologii. Gdzie popełniono błąd?

     Przyjrzyjmy się samej borówce. Amerykańska, czy nie - jest rośliną leśną, rosnącą pod osłoną wysokich drzew, w środowisku przesyconym parą wodną. Współpracuje, za pośrednictwem grzybów, z korzeniami drzew iglastych. Tutaj nagle znajduje się na odkrytym terenie, w nieprzyjaznej glebie (zakwaszanie chemiczne burzy naturalny porządek gleb, nie dając nic w zamian), wystawiona na wiatry i słońce.
      Błędy popełniono już przy założeniu, ale trudno, trzeba ratować to, co się da. Jest na to kilka sposobów, które trzeba praktykować łącznie. I wiedzieć, że na rezultat należy poczekać.
      Pierwszą rzeczą, najpilniejszą, jest postaranie się o dużą ilość gałązek sosnowych i świerkowych - to żaden problem, po prostu trzeba pojechać przyczepą na najbliższą porębę. A trzeba będzie tego naprawdę dużo na taką wielką plantację. Następnie czeka nas wyprawa do tartaku po trociny lub zrębki, albo oba naraz. W tym wypadku przydatne są bardzo trociny z drzew iglastych. Przydatny też jest gnój albo zielone skoszone (trawa, rośliny motylkowe, liście i inne). Trzeba to wszystko razem zemleć, zwłaszcza gałęzie z poręby i grubo wyścielić pod krzewami, co najmniej na 30 centymetrów. Przy takiej plantacji to masa roboty, dobrze by było wypożyczyć ogromną maszynę, jaką czasem mają drogowcy. Jednak tylko za taką cenę możemy zapewnić krzewom sprzyjające środowisko dla korzeni.
     Następnie: jak najszybciej posadzić żywopłot z drzew i krzewów iglastych, głównie świerka, sosny i jałowca. Jednak to nie wystarczy, oddziaływanie żywopłotu jest równe mniej więcej wysokości drzew, czyli dociera tylko w najbliższym sąsiedztwie. Dlatego na samej plantacji trzeba posadzić te same drzewa i krzewy, albo w postaci pasów, albo zastępując nimi umarłe krzewy borówki i tworząc taki luźny, świetlisty las. Jeśli ktoś chce uzyskać maksymalny zysk, to te pasy iglaków można potraktować jako plantację choinek i następnie wycinać, zostawiając co 20 metrów jedno drzewo "do rośnięcia", a wycięte zastępując nowymi.
     Ściółka powinna działać prawie natychmiast, polepszając stan gleby. Pomalutku wprowadzą się pożyteczne mikroorganizmy i grzyby. Już w przyszłym roku rezultaty powinny być widoczne. Natomiast drzewa zaczną działać dopiero za kilka lat, ale już niedługo po posadzeniu będą przywabiać potrzebne nam zwierzęta i owady.
     Gleba zostanie lekko zakwaszona ściółką i to na trwale. Wtedy regularne i delikatne dokwaszanie środkami w płynie pomoże utrzymać ten stan.
      Pozostaje uzupełniać ściółkę najpierw co roku, potem coraz rzadziej, stopniowo. Opadające z drzew igły i liście krzewów przejmą tę rolę.

      Jednak najlepiej jest NAJPIERW przygotować przyjazne środowisko, a potem dopiero sadzić krzewy lub drzewa.
      Wniosek: nie należy przenosić metod gospodarki rabunkowej rolnictwa chemicznego do gospodarstw ekologicznych, ale szukać zupełnie innych dróg.
      Wniosek drugi: materia organiczna, pod jakąkolwiek postacią, jest największym skarbem mądrego ogrodnika i rolnika, dostępnym wszędzie i odnawialnym.
      Wniosek trzeci: trzeba dobrze znać wymagania roślin, które sadzimy, wiedzieć, w jakim klimacie i w jakim sąsiedztwie czują się najlepiej i w miarę możności zadbać o to, by warunki ich życia były zbliżone do naturalnych.
     Wtedy na trwale uciekniemy od chemii, a co więcej - będziemy mieć samoodnawiającą się plantację zdrowych roślin, piękną i dla oka i dla ducha przy niewielkim nakładzie pracy.

    Jeszcze dwie uwagi: w ściółce, każdej ściółce, należy zwracać uwagę na równowagę resztek bogatych w węgiel ( drewno, słoma) a tych bogatych w azot (wszystko, co zielone, obornik). Inaczej zrębki czy trociny zaczną nam na początku rozkładu wyciągać azot z gleby. Dopiero w zaawansowanym stadium rozkładu uwalniają zawarty w sobie azot. A druga to, żeby ściółkować szeroko, na cały zasięg korzeni - czyli prawie na podwójną wysokość roślin z każdej strony.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Świętość rzeczy codziennych

      Właściwie to miałam w zamiarze wpis o ogrodach permakulturowych we Francji. Z podaniem linków do filmików, które zachwycają mego męża. Otóż pewien pan (Anglik chyba) od 25 lat uprawia ogród w górach, na skalistej glebie. Stosuje sporo drewna i zrębków sosnowych i świerkowych (bo takie ma, ale twierdzi, że gdyby miał inne, to z nich by korzystał z takim samym efektem). Buduje anteny elektryzujące ziemię i twierdzi, że podwajają ilość plonów. Poza tym lata po ogrodzie boso i prawie goło (slipki opadają mu do połowy pośladków) i prezentuje niesamowite plony rosnące w radosnym bałaganie na wałach. Proszę, oto jeden z linków, inne filmy z tym panem wyświetlą Wam się obok: https://www.youtube.com/watch?v=0jk0h1laL-0

      A teraz rozważania, które ostatnio mi przyszły do głowy. Otóż od dawna piekłam własny chleb, ale różnie z tym bywało. W końcu robiłam to coraz rzadziej, zniesmaczona stęchłym zapaszkiem mąki kupionej w sklepie i tym, że zakwas nie chciał wyrastać. Nowego kopa dały mi warsztaty serowarsko-chlebowe z Asią z Akademii Pod Lipami oraz namiary na młyn, w którym można kupić prawdziwą mąkę. Teraz więc z zapałem piekę własny chleb i na dodatek robię sery. Mają jedną wielką wadę: "schodzą" kilkakrotnie szybciej, niż te ze sklepu. I odkrywam, czemu chleb i inne produkty były tak święte dla naszych przodków. Kiedy człowiek sam zrobi wszystko od początku, kiedy widzi, jak działa cudowna alchemia przekształcania pokarmów, kiedy zmęczy się tymi przygotowaniami, a potem zakosztuje smaku niepowtarzalnych, własnych produktów ( a ten smak nie jest taki oczywisty, do ostatniego momentu jest ta wątpliwość - "Czy się uda?"), to zaczyna cenić to własnoręcznie wyprodukowane pożywienie, jak jakąś świętość. A co dopiero, kiedy hodował tę mąkę od ziarna wrzuconego w ziemię?

     Podobnie ma się sprawa z ubiorami. Uprałam trochę wełny z moich bab i teraz ją skubię, jak robiła moja Babcia. Muszę, bo dość brudna jest. Kiedy człowiek może ubrać się tylko w to, co sam zrobi, jego stosunek do odzieży też jest całkiem inny. Nie liczą się sztucznie rozdmuchane mody, ale trud i serce, które włożono w zrobienie tego, co ma na grzbiecie. I ogromna wdzięczność, że można to mieć....

     Kiedy zaczęła się desakralizacja życia codziennego? Chyba wtedy, kiedy zaczęto coraz bardziej mechanizować wytwarzanie tego, co nam potrzebne, kiedy nasze ręce stały się zbędne, kiedy nie znają już dotyku ciasta w dzieży, krowich wymion, ciepłego boku strzyżonej owcy, błękitnych kwiatków lnu... Ceną za tę desakralizację, za to zerwanie kontaktu, jest postępująca lawinowo utrata jakości. Oraz utrata szacunku do tego, co jemy, tego, w co się ubieramy i tego, jak mieszkamy. W rezultacie utrata szacunku do nas samych. Dziś masa towarów w sklepie zachwyca nie swoją niepowtarzalnością, a kolorowymi opakowaniami, kryjącymi chemiczne koktajle bez wartości. Jest masowo wyrzucana, bo nie ma w niej świętości, jaką ma własny chleb czy własna konfitura.

      Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nigdy sam nie próbował zrobić tego, co sam je, w co się ubiera i w czym mieszka. Jest to misterium, które trzeba przeżyć. A wtedy otwierają się w nas niezauważalnie jakieś drzwi na inny stosunek do świata, do tego, dzięki czemu żyjemy. Spróbujcie tylko wyobrazić, że możecie się odżywiać jedynie tym, co sami wyhodowaliście i przygotowaliście, wczujcie się w tę rolę. A kiedy uda się Wam spojrzeć na świat w ten sposób, to już nigdy nie będziecie tacy sami....