Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbiory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zbiory. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Uciekająca cebula i czosnek

      Czosnek i cebula w tym roku obrodziły całkiem przyzwoicie. Liście już wyschły, czas by było zbierać.
      Tymczasem w filmiku, który wcześniej zapodałam, Philip mówi, żeby cebulę zostawić w gruncie jeszcze długo po zaschnięciu szczypioru, bo może nawet podwoić swoją wagę. A u nas mówią wręcz odwrotnie - żeby koniecznie zebrać przed 15 sierpnia, bo potem korzenie zaczynają na nowo rosnąć i cebula nimi wciąga się w głąb ziemi, żeby przetrwać zimę. Coś w tym jest, sama widziałam, jak cebule, które praktycznie były na powierzchni, znikały gdzieś nagle po sierpniowych deszczach, żeby wyrosnąć szczypiorem w następnym roku.
      Myślę, że ta różnica spowodowana jest klimatem. Tam, na południu Francji, nawet w górach, upalne lato trwa do października. U nas, w połowie sierpnia, daje się zauważyć nagły zwrot w pogodzie. Ja to nazywam od dawna "drugą wiosną" - lekki chłodek w nocy, sporo opadów, mniej upalne dni. Wszystko to sprzyja podjęciu na nowo wegetacji. Wiele bylin kwitnie po raz drugi.

     Pędzę-lecę więc zbierać cebulę, zanim mi ucieknie.

wtorek, 19 listopada 2013

Zapasy

         Prawie wszystkie warzywa już zebrane, została jeszcze brukselka, której przymrozki niestraszne i kilka marchewek specjalnie zostawionych na nasiona. Reszta posegregowana i złożona: owoce (w tym dynie i jabłka) na strychu, gdzie znalazła się też cebula i szalotka, korzeniowe częściowo w piwnicy, częściowo w sieni i zimnej spiżarni.
       Warzywa korzeniowe zawsze sortujemy na dwa albo trzy rodzaje, poczynając od najmniejszych i uszkodzonych, a kończąc na najbardziej dorodnych. Te małe i pokaleczone idą na pierwszy ogień, bo szybko wysychają albo się psują. Tak więc obieram teraz ziemniaczki niewiele większe od orzechów włoskich, za to potem będą wielkości jabłek, a później pięści.
        Zrobiłam około 300 słoików rozmaitych, na słodko i na słono, konfitury, soki, grzyby, buraczki itp. Także dwa garnki 10 litrowe pełne kapusty stoją w spiżarce. Już ją jedliśmy w surówce, pyszna jest. Oderwać się od niej nie mogłam.
         Sporo mrożonek też zrobiłam w tym roku - miękkie owoce, fasolka, groszek, mieszanka warzyw na zupę, też trochę grzybów.
        Niemało tego wszystkiego, ale za mało, żeby przetrwać całą zimę, dlatego przenosimy maliny z warzywnika do lasku, żeby w następnych latach mieć więcej. Będzie więcej miejsca na zagony, poza tym krzaki już stare i przerośnięte perzem, przyda się je odmłodzić. Mąż cieszy się, że ma zajęcie, bo on nie cierpi bezrobocia, marudzi wtedy, że nie zasłużył sobie na jedzenie i spanie, nudzi się i ma jakieś dolegliwości. To w ogóle ciekawa sprawa: kiedy pracuje, jest w pełnej formie i biega jak młodzik, a kiedy tylko ma wymuszony odpoczynek zimą, to zaraz zaczyna mu coś dolegać. Pewnie dlatego zaproponował sąsiadowi, że przytnie mu jabłonie. Sąsiadów mamy bardzo miłych i dobrych, dużo nam pomagają, przyjemnie jest z nimi porozmawiać.
       W zasadzie nawet lubię listopad, bo spiżarnia pełna i zadowolenie z dobrze wykonanej pracy jest. Dni krótkie, melancholijne, ale jak przyjemnie o zmierzchu siedzieć w domu przy gadającym ogniu, ze szklanką naparu jakiegoś. Świeczka woskowa pachnie, my gwarzymy spokojnie, w tle dobra muzyczka (mamy teraz fazę na Mozarta, wcześniej był Czajkowski). A mnie przyciągają już kolorowe nitki w pudełkach, ciągnie do komputera i do ciekawej książki. Psy chrapią na podłodze a koty w skrzyni z papierami na rozpałkę... I żeby kicz był całkowity - nad zębatą liną lasu prześwieca przez nagie gałęzie jesionu księżyc w pełni.
       W sumie to ja nawet lubię ten melancholijny, zadumany świat jesieni. Syty i senny jak kot, pachnący dymem drzewnym i jabłkami. I herbatką z cynamonem....