poniedziałek, 11 marca 2019

Ziemia - co to jest?

       Zachwycają mnie cykle w naturze, wzajemna współzależność. Jedno wynika logicznie z drugiego, a każdy krok kryje tajemnice.

      Czy zastanawialiście się czasem, czym jest ziemia, po której chodzimy i w której sadzimy rośliny? To bardzo tajemniczy świat.



      Bierzesz garstkę ziemi z ogrodu. Czy wiesz, że trzymasz w ręce więcej organizmów żywych, niż ludzi żyje w Warszawie? A nawet w Nowym Jorku?  Są to maleńkie mikroorganizmy, od bakterii i wirusów, poprzez pierwotniaki, okrzemki, pantofelki, ameby, grzyby, glony do maleńkich zwierząt, wrotków, pajęczaków, owadów i innych, znanych głównie naukowcom, a często w ogóle nieznanym.


      Ciekawostką jest istnienie w ziemi bakterii, które poprawiają nam nastrój, a nawet zwalczają depresję: https://kopalniawiedzy.pl/bakterie-glebowe-nastroj-depresja-zaburzenia-serotonina-Chris-Lowry-neurony-uklad-odpornosciowy-Mycobacterium-vaccae,2242 
       Brudźmy więc ręce ziemią, a będziemy w dobrym nastroju!

     Najbardziej znane, duże dżdżownice, są niezastąpionymi pomocnikami ogrodnika. Zjadają uschnięte rośliny, by wydalać bogaty nawóz, co więcej, w swoim przewodzie pokarmowym za pomocą wapnia wiążą części humusu (czyli rozłożonych substancji organicznych) z cząsteczkami gliny przy pomocy wapnia, zwiększając ich trwałość i nadając ziemi strukturę gruzełkowatą. Korytarze dżdżownic chętnie są przerastane przez korzenie. Na dokładkę te zwierzątka mieszają i przekopują ziemię lepiej, niż my byśmy to zrobili narzędziami.

      Z czego jeszcze składa się ziemia? Z kawałeczków mniej lub bardziej rozłożonych roślin i zwierząt, czyli materiału organicznego, które tworzą humus, czyli próchnicę. Tak pożądaną w każdym ogrodzie! Próchnica w końcu rozkłada się na sole mineralne, przyswajane przez rośliny. Aby jednak ten proces nie przebiegał zbyt szybko (nadmiar soli byłby wypłukany przez wodę i ziemia na nowo stała by się uboga), natura wynalazła sposób na zwiększenie jego trwałości poprze łączenie go z cząsteczkami gliny i iłów w trwały kompleks argilo-humiczny. To są najżyźniejsze ziemie.

     Oprócz tego w garści trzymamy wcale niemało piasku, gliny i kamyków. Wszystkie powstały z pierwotnych skał, a te z lawy, z której była zbudowana nasza Ziemia, kiedy jeszcze dyfowała w przestrzeni jako ognista kula. Różnią się od siebie tylko stopniem rozdrobnienia. Zawierają również wiele minerałów i mikroelementów, z których korzystają rośliny. Ale jak? Rośliny jedzą piasek? No nie, takiej możliwości nie mają. Zarówno rośliny, jak i niektóre bakterie rozpuszczają skały przy pomocy swoich wydzielin, a następnie wchłaniają odżywcze składniki z takiej "papki".

    No i nie zapomnijmy o wodzie! Bez niej żadne życie nie było by możliwe. Jest jej całkiem sporo w naszej garstce ziemi, zarówno "wolnej", jak i zamkniętej w organizmach żywych.

       Pod naszymi stopami toczy się tajemnicze, pulsujące życie. Trwają polowania i współpraca. Przekazywanie wiadomości i pokarmu. Miliony rodzą się i umierają w tym czasie, kiedy czytacie ten post. Są tam organizmy nam przyjazne, jak również takie, których lepiej unikać (bakterie tężca, pasożyty i inne). Wszystkie są powiązane ze sobą w wielkim, naturalnym cyklu przemian skalistej, nagiej ziemi w pulsujący życiem ogród, las czy łąkę.

piątek, 8 marca 2019

Akcje i spotkania

          Przebiśniegi kwitną, wierzby mają kotki, Luna rozsiewa wszędzie kłaki sierści, czyli przedwiośnie pełną gębą!  My też już pracujemy w ogrodzie, Pierre pełną parą, ja nieco mniej, bo jeszcze dochodzę do siebie.
         Zajmuję się PLANOWANIEM, a jest tego trochę.
   
         Na kwiecień planujemy akcję sadzenia drzewek "Wyhoduj swój tlen". Jej termin będzie uzależniony od tego, czy i kiedy uda mi się zorganizować sadzonki.

     
        W maju planujemy ze Zdunem warsztaty rozbierania pieca. Mają się zacząć 16 maja w czwartek, ale można przyjechać wcześniej i pomóc w przygotowaniach. Jeśli więc kogoś interesuje budowa wnętrza starego podlaskiego pieca i nie boi się sadzy, to zapraszamy. Mistrz jest wygadany i pełen wiedzy o wszystkim, co odnosi się do zduństwa. Dodatkowo można będzie pogadać o ogrodzie, pobyć w nim. Mam też zamiar zrobić przynajmniej 1-2 małe wycieczki albo nad jeziora, albo do Puszczy Augustowskiej, albo na Bagna Biebrzańskie.

      W czerwcu (termin jeszcze do ustalenia) będzie stawianie nowego pieca. Też można przyjechać. Ma to być tzw. "zduństwo nowoczesne" czyli stawianie z płyt szamotowych. Może to kogoś zainteresuje, a Mistrz wszystko objaśni i pokaże.

      Oczywiście, jak zwykle, warsztaty są bezpłatne. Można dorzucić się do kotła, ale to nie jest przymusowe. Oraz przewidzieć ok. 2 lub 3 zł. dziennie za media (oj, będzie mycia się, a mycia!)

      Niestety, tym razem nie mogę Was zakwaterować w maju i czerwcu - strych będzie w takim stanie, że się nie da. Będziemy rozbierać tzw. wywodek, czyli "leżak" czyli pochyły komin dochodzący do głównego komina. W kwietniu będzie można, tylko trzeba skakać nad "tajemną komnatą". Chyba, że Jan zdąży zrobić klapę.
     Mogę zaoferować nocleg survivalowy, w namiocie (mamy kilka do pożyczenia) albo na stryszku na siano. Ci, którzy chcą większych wygód, mogą poszukać pokoju w agroturystyce. Jest ich kilka w pobliżu, ale trzeba mieć samochód, żeby dojechać.

     Czy ktoś jest chętny do przyjazdu? Zaznaczcie, proszę, czy na pewno, czy nie bardzo, chciała bym jakoś to zorganizować.

  Na prośbę Anny dopisuję: będę w tym roku w czasie majówki prowadzić warsztaty zakładania od 0 małego ogrodu permakulturowego na południu Polski, w Stępinie. W siedzibie fundacji przeciwko przemocy i schronisku dla ofiar przemocy. Będą to warsztaty trzydniowe, dokładny termin podamy po uzgodnieniu. Warunki mieszkaniowe takie, jak u mnie: albo namiot, albo wynajęcie pokoju a agroturystyce. Po bliższe wiadomości odnośnie dojazdu i warunków zwracajcie się do Anny Lachowskiej https://www.facebook.com/PRZEMOCNI/

czwartek, 7 lutego 2019

Wieści

     Tak na początek chcę przeprosić tych, których nie wysłałam jeszcze nasionek, ale działo się u nas tyle, że naprawdę....
     Na początek był pożar, dość poważny - zapaliły się sadze w dole komina, w dawnej wędzarni. Zaczęły tlić się belki i to w takim miejscu, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Otóż kiedy strażacy przecięli podłogę na strychu, odkryli "tajną komnatę" na parterze i prowadzące do niej schody: zamurowany między dwiema łazienkami kawałek korytarza ze schodami.
    Szkód wielkich w rzeczach czy meblach nie było, ale materialne tak: brak możliwości używania komina i konieczność jego odbudowy, pocięte podłogi, dziury wybite w ścianach, zalanie wodą (niewielkie). Brak wody, bo przez tajną komnatę przechodziły rurki, z których jedna stopiła się i trzeba było wyłączyć dopływ. Ta stopiona rurka uratowała nas, bo woda z niej sikała na tlące się bale i je gasiła jeszcze zanim strażacy tam dotarli. Bałagan straszliwy, zimno w domu, a mróz był akurat największy w tym roku.
    Wtedy pojawili się Przyjaciele - Jan i Artur, pomogli się pozbierać, wyczyścili resztki tlącej się sadzy.Podłączyli prowizorycznie wodę. Inni wspierali nas w inny sposób. Ktoś tam chyba nawet zorganizował zbiórkę pieniędzy.Wszystkim dziękuję!
    Z szoku wychodziłam przez kilka dni, spałam w ubraniu i zrywałam się na każdy szelest.

    Kiedy już trochę doprowadziliśmy dom do porządku, zapadłam na grypę. Ale taką, że byłam prawie nieprzytomna, a kaszel nie ustawał praktycznie ani na chwilę. Ciągle nie jestem jeszcze zupełnie zdrowa, chociaż jest już dużo lepiej.

    Kiedy po raz pierwszy od kilku dni kaszel trochę ustał i udało mi się zdrzemnąć - następna katastrofa. Urwała się rura doprowadzająca wodę do zmywarki. W kuchni utworzyła się sadzawka. Czerpaliśmy ją garnkami i szufelkami do wiadra. Przyciągnęłam hydraulika prawie na siłę, zreperował. Na szczęście, bo tego samego dnia przyjechał Piotr Batura, jak dla mnie najlepszy zdun w Polsce! Żeby zająć się kominem. Kuje właśnie i wsadza tam jakieś rury super nowoczesne i izolację, tak, że będziemy mogli go używać. A ja nawet porozmawiać nie bardzo mogę, bo ten kaszel zerwał mi struny głosowe!

     Jak to dobrze, że wokoło są dobrzy, cudowni ludzie, którzy są gotowi pomagać! Tyle ciepła, dobroci i życzliwości nie oczekiwałam nawet w najśmielszych marzeniach!

       Żyjemy, mieszkamy, będziemy tu na wiosnę. Latem będzie chyba stawiany nowy piec, więc pewnie zwołam chętnych do poznawania tajników.

      W maju kroi się staż na Podkarpaciu, który będę prowadziła w fundacji "PrzemocNie". Na normalnych zasadach. Temat: zakładanie od podstaw ogrodu permakulturowego. Na normalnych zasadach: staż jest bezpłatny, uczestnicy przywożą ze sobą coś do gara, zakładają ogród oraz uczestniczą w dobrowolnej składce na koszty, kilka groszy za dzień od osoby. Tyle, że tam nie ma zakwaterowania na miejscu, można oczywiście rozstawić namioty, ale jeśli ktoś szuka większego komfortu, to musi sobie poszukać agroturystyki w pobliżu i dojeżdżać.

czwartek, 17 stycznia 2019

Sadźmy drzewa, pieczmy chleb

       W powietrzu latają jakieś ciężkie, smutne fluidy, świat zewnętrzny kąpie się w złych emocjach. Trzeba światu przywrócić moc i prawdziwość. Trzeba, żeby rzeczy wróciły na swoje miejsce.
       W ramach przywracania normalnego porządku świata upiekłam wczoraj chleb. Przedwczoraj reanimowałam swój zakwas, który wysuszony czekał w lodówce. Przez no zaczął rosnąć i uciekać z garnuszka. Zagniotłam ciasto z mąki żytniej i orkiszowej, wsypałam słonecznika.
      Po wyrośnięciu jeszcze przerobiłam ciasto i włożyłam do gara rzymskiego, wysmarowanego tłuszczem i obficie posypanego otrębami. Zamknęłam pokrywą, zostawiłam do wyrośnięcia. A potem do piekarnika. Ciągle zamknięty i posmarowany wodą. I oto jest, pyszny chleb, pachnący. Po zjedzeniu zostawia w ustach musujący smak zakwasu. Coś w świecie wróciło na swoje miejsce, jakiś trybik - jest pachnący chleb na stole.

 
     To ważne, takie dobre, małe rzeczy. Pachnie chleb, płonie świeca od wspaniałych, dobrych ludzi. Ktoś tam z uszy wyciąga z kłopotów przemiłą, dzielną nastolatkę. Świt wraca na swoją orbitę.
    Małe gesty są ważne, z nich powstają wielkie rzeczy.

    Chrupię skórkę chleba i zastanawiam się nad nową akcją w naszym raju. Akcją "Hodujemy swój tlen". Odzyskaliśmy spory kawałek łąki, ponad hektar. Sąsiad już nie chce jej dzierżawić. Postanowiliśmy posadzić tam drzewa, zrobić kawałek lasu, który będzie ostoją dla ptaków i zwierzątek. W połączeniu z już istniejący laso-parkiem nad stawem da to ponad 2 ha wolego lasu.
Na początku wiosny robimy więc akcję sadzenia drzew, na którą zapraszamy wszystkich przyjaciół. Można przyjechać ze swoim drzewkiem, albo bez - postaramy się o sadzonki. To teren podmokły, w części zalewowy, trzeba to wziąć po uwagę. Myślę, że przede wszystkim olchy, na suchsze miejsca sosny, brzozy, modrzewie, świerki. Nie będzie to kurs, tylko przyjacielskie spotkanie. Żeby celebrować drzewa, życie i przyjaźń. Obiecuję, że upiekę chleb, że zapalimy ognisko, że gawędom nie będzie końca długo w noc.
     Sadźmy drzewa, pieczmy chleb, przytulmy psa, nakarmmy kota, podajmy rękę drugiemu człowiekowi, uśmiechnijmy się do siebie. Dajmy światu moc!

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Naturalnie przeciwko depresji

        Aurę mamy w tej chwili taką, że sprzyja obniżeniu nastroju i nawrotom depresji. Prawdziwa depresja jest chorobą, którą powinien zająć się dobry lekarz. Podobnie jak cukrzyca jest spowodowana brakiem hormonu insuliny, tak depresja też jest spowodowana brakiem hormonów, głównie dopaminy i serotoniny. Nikt nie każe cukrzykowi "wziąć się garść" i zacząć normalnie przyswajać cukier, prawda? Uważa się za normalne, że przyjmuje leki. Podobnie jest z prawdziwą, głęboką depresją. Tu trudniej jest dobrać leki, ponieważ hormony te mogą być blokowane na różnych etapach powstawania, transportu i przyswajania. Ale jest to możliwe i istnieją też dobrzy lekarze, którzy umieją dobrać leki. Czasem trzeba wypróbować kilka, zanim trafi się na właściwy.
    Natomiast lekką depresję, obniżenie nastroju, zmęczenie można pokonać przy pomocy środków naturalnych. Warto próbować, bo skutki są czasem spektakularne, a nigdy nam nie zaszkodzi.

    To, co napiszę poniżej, to moje subiektywne i prywatne "odkrycia", nikogo nie zmuszam. Jeśli ktoś spróbuje, to na swoją odpowiedzialność. A prawdopodobnie będzie zadowolony.

       Po pierwsze to higiena życia. Najpierw SEN i odpoczynek. Zimą organizm naturalnie zwalnia i naturalnie potrzebuje więcej snu. Brak snu, zmuszanie się do aktywności wtedy, kiedy cała dynamika spada, może zaowocować depresją. Czyli spać i drzemać, ile można sobie pozwolić. Tyle, że wtedy, kiedy jest ciemno, nie w czasie krótkiego dnia. Następnie ŚWIATŁO - sprawdzone jest, że do produkcji naszych kochanych hormonków szczęścia potrzebne jest wystawianie się na światło dzienne. Co najmniej pół godziny, a lepiej więcej. W sprzedaży są nawet specjalne lampy, imitujące światło dzienne - dla tych, co wychodzą do pracy po ciemku i wracają też po ciemku. Jak dla mnie - aberracja współczesnego świata, ale może komuś uratować nastrój. Lepszy jednak krótki nawet spacer, niż naświetlanie, bo dostarcza nam też POWIETRZA i daje kontakt z dynamiką żywiołów. W najgorszym razie można posiedzieć sobie przy oknie.

       Po drugie to odżywianie i suplementy. Ostatnio miałam paskudny spadek formy i wiecie, co mnie wyciągnęło? Soki warzywno-owocowe samodzielnie robione. Mam tę wypasioną wyciskarkę wolnoobrotową, ale odkąd jabłkowe szaleństwo się skończyło, to jakoś ją zapomniałam. Dopiero przyjaciółka-zielarka dała mi mentalnego kopa, żeby wrócić do soków. Wystarczyły trzy dni, kiedy piłam po małej filiżance gęstego soku, żeby wróciło dobre samopoczucie. Z czego robię sok? Z tego, co mam: marchewka, burak, zimowe jabłka, trochę pomarańczy czy soku z cytryny. Jeśli ktoś nie ma wyciskarki, to radziła bym raczej surówkę z podanych warzyw, niż sok z sokowirówki czy, o zgrozo! w kartoniku. Ten ostatni praktycznie jest bez wartości. Najlepiej wszystko utrzeć na tarce, posypać orzechami (to ważne! one są dobre na pracę mózgu), polać oliwą i doprawić do smaku. Jeść raczej w południe, niż wieczorem, bo taka dawka witamin daje kopa i potrafi utrudnić zaśnięcie. Czyli marchew, burak, jabłko, orzechy w każdej formie i ilości.

     Po trzecie istnieją zioła, pomagające w takich przypadkach. Najlepsze są samodzielnie zebrane, tym bardziej, że niektórych nie znajdziemy w sprzedaży, a inne są często fałszowane. Zioła antydepresyjne podaję za dr. Różańskim, warto zajrzeć na jego strony, jeśli idzie o sposób przygotowania i inne naukowe wiadomości.
     Do ziół antydepresyjnych, dostępnych w naszym kraju zaliczamy: maczek kalifornijski, kokorycz pusta i pełna, bylica pospolita, passiflora, bazylia, arcydzięgiel litwor (ciągle mam nasiona do wysłania, dawajcie adresy), dziurawiec (tylko wyciągi olejowe i alkoholowe działają antydepresyjnie, tak, że picie herbatki nic nie da w tej dziedzinie, choć pomoże na wątrobę), glistnik jaskółcze ziele. A także miłorząb (liście), lukrecja gładka, imbir, werbena, lawenda. Oraz wiele innych ziół, podałam te, które są najbardziej znane.
     Herbatka kojąco - antydepresyjna: lawenda, glistnik, werbena, można dodać też trochę rumianku. Zaparzyć, odczekać 15 minut, przecedzić i pić.
     Herbatka pobudzjąco - antydepresyjna: bylica pospolita, świeży korzeń imbiru, ziele arcydzięgiela, sok z cytryny, miód. Zioła zaparzyć, odczekać 15 min., przecedzić, dodać imbir, cytrynę i miód.
     Można też robić sobie inne zestawy, ale pamiętajcie! Jeśli zdobędziecie dziurawiec, to zrobić z niego nalewkę. Wyciągi olejowe lepsze są ze świeżych kwiatów. Bazylię można hodować na oknie i dodawać do czego się da. Nawet wąchanie bazylii jest antydepresyjne.

    Tak więc doszliśmy do następnych środków, jakimi są olejki eteryczne. Jak je używać, chyba każdy wie, ale jednak napiszę: kilka kropel olejku wkraplamy do naczynka z wodą i podgrzewamy, np. na świeczce. Woda nie powinna wrzeć, ale być blisko stanu wrzenia. Nie robimy w tym przypadku inhalacji, tylko wdychamy powietrze. W przypadkach depresji przydatne są olejki: różany, bazyliowy, miętowy, sosnowy, jaśminowy, hyzopowy, pomarańczowy, rozmarynowy i tymiankowy. Oczywiście chodzi o prawdziwe, wysokiej klasy olejki, a nie o podróbki chemiczne "o zapachu". Raczej nie należy ich mieszać albo bardzo ostrożnie, bo inaczej będzie cuchnąca mieszanka, a nie aromatoterapia. Ja czasem mieszam różany z jedną kropelką jaśminowego lub rozmarynowy i tymiankowy, wtedy pachnie Prowansją.

         ZIOŁA ADAPTOGENNE. Są to zioła, które mają ogólnie wzmacniający wpływ na organizm, dodają energii i regulują zachodzące w nim procesy. Są to: różeniec górski (korzeń arktyczny), szczodrak krokoszowaty, żeń szeń, jagody goi, eleuterokok kolczasty, aralia mandżurska i kilka innych. Osobiście najbardziej cenię różeńca i szczodraka. Szczodrak nie utrzymał się u mnie w ogrodzie, ale różeniec rośnie pięknie. Robiłam już nalewkę, teraz czekam, aż młode rośliny dojrzeją, a czekać trzeba przez 7 lat. Dlatego warto co roku wysadzać kilka roślinek, żeby mieć ciągłość.

niedziela, 30 grudnia 2018

Emocje i szczęście.

      Znalazłam taką lekcję, przypisywaną Bruce'owi Lee: "Będziesz stale cierpiał, jeśli będziesz reagował emocjonalnie na wszystko, co ludzie do Ciebie mówią. Prawdziwa siła zawiera się w obserwowaniu wszystkiego z boku, ze spokojem i logiką. Jeśli słowa mogą Cię kontrolować, to znaczy, że wszyscy mogą Cię kontrolować. Oddychaj i pozwól sprawom przeminąć"




              Nasza kultura niejako kultywuje rozbuchane, nieuporządkowane emocje. Niektórzy nawet szczycą się, jacy to oni "wrażliwi" i "nerwowi", nie wiedząc, że szkodzą sami sobie. Wielu osobom nawet do głowy nie przyjdzie, że istnieje coś takiego, jak kultura emocji i że jest ona dla nas niezwykle ważna.
Ci, którzy mają władzę nad naszymi emocjami, mają władzę nad naszą duszą, naszym zdrowiem, naszą mocą. Powinnyśmy ćwiczyć się, na ile to tylko możliwe, w postawie uważnego obserwatora, o której wspomina Bruce. Wiele, bardzo wiele może to dla nas zmienić.
               Innym aspektem jest kultywowanie dobrych emocji. Nie trzeba tłamsić złych, trzeba je poznać, zrozumieć i pozwolić przepłynąć, jak cień obłoku po ziemi. Natomiast dobre emocje, o te należy hołubić i hodować.
               Nie wiem, czy zauważyliście, że niektóre uczucia są rugowane z naszego życia, robione jest wszystko, żebyśmy nie mogły ich przeżywać. Dlaczego? Otóż dlatego, że dają ludziom moc i szlachetność, czynią ich prawdziwymi Wojownikami Światła. Jakie to emocje? To uczucie szacunku, czci, podziwu, zachwytu. Rudolf Steiner, twórca antropozofii i rolnictwa biodynamicznego, jak też szkół waldorfskich, eurytmiki i kilku innych dzieł, radził codziennie przeprowadzać takie proste ćwiczenie. O dowolnej porze dnia, choć najlepiej rano, przez 10 minut (jeśli chcemy to dłużej), rozmyślać o tym, co wzbudza naszą cześć, podziw, szacunek i zachwyt. Może to być cokolwiek, od realnej osoby, poprzez idee, ideały, sprawy, aż do aniołów i Boga, jeśli ktoś w niego wierzy.
            W ten sposób czyścimy szlam z sadzawki naszych uczuć i emocji, dokopujemy się do czystych źródeł. A przy okazji zwiększamy pulę piękna i dobra w świecie. Bo nasze uczucia i emocje są realnymi bytami, oddziaływują nie tylko na nas, ale też na innych, w sumie na cały świat.

piątek, 23 listopada 2018

Kolacja z bobrem i nasiona archanioła

          Zbliża się pełnia księżyca, zwana Bobrzą Pełnią, a mnie bóbr dopuścił, abym towarzyszyła mu w kolacji. Bo wróciły boberki do naszego stawu, nie wiem tylko, czy na jedzonko, czy także na mieszkanie. Gospodarują tam już od lata, najpierw dyskretnie, potem coraz śmielej. Ścięte drzewka - samosiejki (mała strata, i tak większość z nich była w nieodpowiednim miejscu), wydeptane szlaki w turzycach, wiodące do oczka, wzburzona woda, powyrywane pałki wodne. Akurat to ostatnie mnie cieszy - nie chciała bym, aby zarosły cały staw.


     
 Kiedyś już bobry u nas mieszkały, ale wygoniła je wiosenna powódź, która zniszczyła ich nory. Potem znowu przyszły, ale taka jedna, czyli ja, wpadła im do nory przez dach, spacerując po wale. Przez jakiś czas było bezbobrze, trzciny zaczęły zarastać, mąż pozdejmował siatki ochronne z drzew (ale naiwny, nie? jakby bobry sobie odpuściły na zawsze taką dobrą miejscówkę!). No to normalną koleją rzeczy znów wróciły i ja się z tego cieszę.
         Lubię ogromnie tych Małych Ludzi, którzy, podobnie do Dużych Ludzi, dostosowują środowisko do swoich potrzeb. Tyle, że ich przekształcenia, w przeciwieństwie do naszych, wychodzą naturze na zdrowie. Tamy i niewielkie jeziorka zatrzymują wodę, zapobiegając powodziom. Gromadzą ją na czas suszy, pozwalają uzupełnić się zasobom podziemnym. W pobliżu miejsc swego mieszkania bobry albo wycinają drzewa, albo utrzymują je w postaci karłowatej, co daje możliwość rozwijania się innym gatunkom roślin oraz sprzyja gniazdowaniu ptaków.
       Wiem, że są ludzie, którzy ich nie lubią - bo to zalewają łąki, wprowadzają nieporządek itp. Mam tylko nadzieję, że powtarzające się susze i brak wody w studniach dały niektórym do myślenia. Tak po cichu myślę, że Duzi Ludzie po prostu nie cierpią konkurencji w zagospodarowywaniu przestrzeni. Zajęliśmy już tyle ziemi i zmieniliśmy ją, że moglibyśmy dać innym ludom trochę ziemi w ich władanie....

        Wczoraj po zmierzchu poszłam nad staw. Już z daleka słyszałam pluskanie i tuptanie w trzcinach. Usiadłam sobie na drewnianym podeście, który latem służy nam do plażowania i zamarłam. Tiki, który wszędzie mi towarzyszy, słysząc te chrumkania, przezornie zwiał w krzaki. Po chwili na stawie pokazał się łebek płynącego bobra. Zatrzymał się, popatrzył na mnie i widocznie doszedł do wniosku, że ta otulona peleryną postać jest niegroźna, bo wyszedł na brzeg tuż obok. Niestety, brzeg jest dość wysoki, a ja siedziałam prawie na poziomie gruntu. Na dokładkę wybujałe turzyce zasłaniały mi widok, więc tylko słyszałam smakowite chrupanie i mlaskanie. Wyjadał kłącza trzcin o dwa metry ode mnie. I tak sobie posiedzieliśmy w przyjaznym milczeniu, zanim nie poszłam do domu rozgrzać się.

       Wiosną posadziłam w ogrodzie jedną roślinę arcydzięgiela, tak wyglądał na początku lata, potem wyrósł o wiele większy. Wybujała na prawie 3 metry i wydała masę baldachów pełnych nasion. Wysuszyłam je i właśnie oczyściłam i zapakowałam do słoików. Wyszła jakaś przerażająca ilość, więc się chętnie podzielę. Nasiona działają leczniczo, podobnie jak cała roślina. Można też spróbować rozmnażania, jeśli ktoś ma ochotę.
       Roślina ta była tak szanowana i czczona, ze jej łacińska nazwa brzmi  Angelica Archangelica. Miała być lekiem prawie na wszystko, łącznie z dżumą. Dzisiaj nauka potwierdza bardzo szerokie spektrum jej działania: pomaga zarówno na trawienie, łącznie z wydzielaniem żółci, jak na krążenie, obniżając jednocześnie ciśnienie i uspakajając, rozgrzewa, odrobacza, odkaża (to przy użyciu zewnętrznym, często kobiety używały wywaru do podmywania się). Leczy oczy, gardło, skórę... A ja sprawdziłam, że rozgryzienie i pożucie kilku nasionek daje świeży oddech i poczucie świeżości w ustach.
Można więc zaprosić tę anielską roślinę do siebie, do apteczki i ogrodu. Jak zwykle - nie sprzedaję, ale darowuję lub wymieniam na inne nasiona.
Tu jak siać: http://niepodlewam.blogspot.com/2016/10/arcydziegiel-litwor-kiedy-i-jak-siac.html
A tu jak działa: http://gramzdrowia.pl/arzt-henry-rozanski/herb/arcydziegiel-litwor-lekarski-archangelica-officinalis-hoffm.html

sobota, 17 listopada 2018

Wiedźmia zima

        Od kilku dni pachniało śniegiem i zimnem, ale temperatury były ciągle powyżej 0, chociaż pomału spadały. Wczoraj zrobiło się naprawdę chłodno i jakoś tak zimowo, po południu chmury i mgły się rozproszyły. Można było zobaczyć skrawki zimnego nieba. Poczułam, że to już. Wieczorem zapaliłam świeczkę na pożegnanie jesieni, a powitanie zimy, postawiłam ją na ogromnym głazie pośrodku ogrodu, gdzie mrugała ku dalekim gwiazdom. A dzisiaj obudziłam się w bajce, pełnej szronu.

        Nastawiłam ostatni ocet jabłkowy, zrobiłam sok do picia w nowej wyciskarce, zaparzyłam herbatkę o korzennym zapachu i czytam Wasze komentarze pod poprzednim postem. Przykro mi, ze tak smucę, ale ten problem staje się palący. Macie rację: tu, na Podlasiu, żyjemy w takiej bajce - pięknie, w miarę czysto, ludzie mili. Pełno drzew, lasów, bagien... Cudne życie. Macie też rację, że takie oazy się liczą. Bo jedna ginie w tłumie, ale już kilka tysięcy tworzy całkiem spory szmat ziemi, taką enklawę życia. Dzięki Wam mam nowe siły, żeby trwać i robić to, co robię.
      Marzę o wspólnotach ludzi dobrej woli i silnych zamiarów, którzy może w końcu zmienią tę cywilizację, pomalutku, od środka. Będę w tym celu przywoływać magię przez całą zimę! W końcu uda się, w końcu wrócą ci, którzy zrezygnowali po nieudanych próbach, znajdą innych. Przyjdą silni, jaśniejący ludzie, którzy pokochają Ziemię i wezmą w swoje ręce naprawę.


Tak będzie i tak się stanie!
        Jeśli chcecie, to napiszcie w komentarzach, od czego należy zacząć, jak Wy byście chcieli zaczynać.

A tutaj coś bardzo mądrego i pięknego do poczytania, co budzi nadzieję: https://ludyziemi.blogspot.com/2015/12/cywilizacja-jako-proteza.html?fbclid=IwAR3fQZLPOzG3iLbwVtNy3crnjJGHVq0pXRWRoIu6SzTqzRjZx7xLrEWJR4U

niedziela, 4 listopada 2018

Nie dać się wpuścić w maliny

         Do mojego Raju zapukała rzeczywistość i skrzeczy. Nie tylko skrzeczy, ale sprawia, że chyba po raz pierwszy czuję się bezradna i przestraszona, no trochę przestraszona. Zaniepokojona raczej.

        Znaki narastają w ciągu ostatnich trzech lat. Zauważyłam, że jest o wiele mniej ptaków - w tym roku było apogeum: niewiele ptaków, niewiele piskląt, jaskółki w ogóle nie założyły gniazd. Nie widuję w ogóle ptaków polnych, tych wszystkich przepiórek i kuropatw, które spotykałam jeszcze sporadycznie na początku naszego tu bytowania. Nie widziałam w tym roku ani zielonych, dużych pasikoników ani zielonych rzekotek. Nie spotykam tuptających jeży, jeszcze niedawno tak licznych... Nie tylko ja, uczeni stwierdzili, że w Europie (a może i na świecie) masowo giną dzikie stworzenia. I to tak, że przez kilka lat ich ilość zmniejszyła się o kilkadziesiąt procent.

       W tym samym czasie wartość odżywcza warzyw i owoców również spada na łeb na szyję.

       We Francji i krajach ościennych pojawiło się nowe zjawisko: masowe narodziny dzieci bez dłoni i/lub stóp.

       Katastrofa nie przyjdzie za ileś tam lat, ona już się dzieje. Co tymczasem proponuje się nam jako ratunek? Debilną walkę z plastykowymi słomkami i żarówki energooszczędne. Tak, jakby nieużywanie słomek, które i tak idą ze śmieciami do spalarni, równoważyło setki ton plastyku używanego w przemyśle, transporcie i rolnictwie. A żarówki? Są po prostu trujące, zawierają rtęć i inne szkodliwe związki. Nawet gdyby gospodarstwa domowe praktycznie zrezygnowały z elektryczności, to jest ułamek zużycia. Podobnie, jak nawoływanie do nieużywania samochodów. Znowu - uwięźmy w domach ludzi starszych, niepełnosprawnych (jak ja) i samotnych, nie zwracając uwagi na to, że zanieczyszczenia przez nich generowane to znikomy procent tego, co generuje przemysł, wojsko i transport przemysłowy.

      Takie działania usypiają sumienie, bo ludziom wydaje się, że robią coś dobrego dla Ziemi. Tymczasem najwięksi truciciele zacierają ręce i kontynuują swoje. Bo ludzie są uśpieni rzekomymi działaniami. Co gorsze czują się winni, więc kładą uszy po sobie i nie używają plastykowych woreczków. A żadne działania ani nakazy nie regulują używania ton streczu, opakowań i butelek.

     Owszem, te małe, ludzkie działania są dobre i użyteczne, ale ich skala jest znikoma. Jeden TIR generuje tyle zanieczyszczeń, co cała wioska przez rok, używając sporadycznie swoich samochodów. A gdzie ta akcja TIR-y na tory?

      Pochlebiam sobie, że stworzyliśmy tu oazę żywej ziemi i naturalnej gospodarki. Dobrze nam tu. Co z tego, skoro powoli staje się ona wyspą w morzu zatrutej chemicznie ziemi, ugniatanej przez coraz większe traktory, zasypywanej tonami chemicznych świństw, powodujących choroby i mutacje?
      Wina błędnie przypisywana jest jednostkom, i to tym najbardziej niewinnym, zamiast systemowi i grupie najbogatszych. Jaka piękna manipulacja!
      Jak widzicie mam moment zwątpienia. Ciężko mi. Chciała bym móc pokazać wnukom jeża, sikorkę, wróbelki i to nie tylko na obrazkach.

A tutaj trochę lektury:
https://nowyobywatel.pl/2016/06/22/uluda-krotkiego-prysznica/?fbclid=IwAR10EM_PAds1uQNAIsY9xReeS5MylZNTrM3bSnMaMvy0vUu06sbdpB8VzQk

i coś do obejrzenia:
https://vimeo.com/ondemand/gmchildren?fbclid=IwAR2ltHITlvi8gVptfJ_tGi52UJCshJD9xACDhnDlP6hKU3GmmiwQ0VMaiDU

niedziela, 14 października 2018

        Wygląda na to, że utonęłam w tych pomidorach.... Tymczasem narobiłam wiele rozmaitych przetworów i mrożonek. Niektóre dżemy dość egzotyczne, jak np. kalina, rokitnik, dzikie gruszki i dzika róża. Wczoraj przygotowałam warzywa w słoikach, takie jak do ryby po grecku. Suszę dziką różę, głóg i berberys na herbatki. I wiele innych zapasów, przetworów i suszonek. Czyli mówiąc krótko zarobiona jestem, a wieczorem często tak wyprana z energii, że nie jestem w stanie sklecić posta. Ale żyję i coś robię, mimo, że mam wiele zaległości.

      Życie to nie tylko robota, to też ogarnianie zachwytem i miłością świata wokół nas. A tego roku jest szczególnie pięknie. Po ciepłym, miodowym lecie mamy ciepłą, kolorową jesień. Dziś rano w sadzie spotkałam wiewiórkę - to chyba pierwszy raz, odkąd tu mieszkamy. Las niby nie jest daleko, ale jednak to ponad kilometr i przedzielony od nas rzeką. A dookoła łąki. Sad i tych kilka drzew, prawda, że pięknych, nie wystarczyło dla wiewiórek. Mieliśmy różne ptaki, łasice, lisy, kuny, bobry, ale nie wiewiórki. Teraz nasza posiadłość, czyli ok.3 ha jest cała takim łąkowo-ogrodowo-leśnym parkiem, więc pani Ruda Kitka sprowadziła się do nas.

     Ostatnio prywatna korespondencja z niektórymi z Was pomogła mi na nowo przemyśleć cel tego bloga. Otóż z założenia i w moim sercu nie jest to poradnik ogrodowy, bo takich jest pełno, ale pieśń miłości do Ziemi i Natury. Zachęta, aby je poznawać, szanować i współdziałać z Nimi, zamiast walczyć. Bo nasza Ziemia jest coraz bardziej chora, chora na brak miłości i zrozumienia z naszej strony. A drugiej nie mamy. Jest jednocześnie cudem tak wielkim, że ciągle w większości nieodkrytym. Zjawiskiem wręcz mistycznym w swojej głębi.

     Ziemia może nie tylko nas nakarmić i ubrać, ale też zaspokoić wszystkie inne potrzeby: piękna, bezpieczeństwa, przydatności, refleksji.... i wiele innych. Potrzebna jest tylko otwartość i chęć z naszej strony. Na jakimś tam poziomie reaguje też na nasze myśli i intencje, dlatego dostajemy to, czego szukamy. Jeśli ktoś chce walki i harówki, to będzie miał, jeśli ktoś chce zachwytu i współdziałania, obfitości i radości - to to właśnie otrzyma.



      Jednak zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek i widzieć PRAWDĘ o naturze, a nie nasze marzenia, obojętnie - drapieżne lub ckliwe. Dostałam przemiły list od wrażliwej i dobrej kobiety, pełnej szacunku dla każdej formy życia. Otóż ta kobieta ma wielki problem z bielinkami, które zjadają jej kapustę. Z góry zapowiedziała, że nie chce ich zabijać. Co więcej - hoduje dla nich specjalnie jarmuż i chyba je tam przenosi, żeby tylko nie ingerować w naturę. A bielinków jest coraz więcej, tak, że nic nie zostaje dla niej. Nie chce też przykrywać kapusty, chociaż to by było jakieś wyjście. I tak, z najlepszych intencji, wynikło coś szkodliwego dla natury - hodowla bielinków, która zawyża ich liczbę w sposób piorunujący. A każda plaga jest zaburzeniem porządku natury. Przyroda potrafi być dość nieubłagana i zabijanie nadmiernie rozprzestrzeniających się organizmów jest tam na porządku dziennym. Istnieją ekologiczne środki na bazie wirusów, które są bardzo skuteczne, a przy tym zupełnie nieszkodliwe dla ludzi. Jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy na takie działanie, to zostaje rezygnacja z uprawy roślin kapustnych na kilka lat, a kiedy liczebność motyli wróci do normy, można zastosować łagodne metody np. upraw mieszanych, gdzie pojedyncze kapusty schowane są między innymi ziołami i warzywami. Ale i tak pewnie trzeba będzie usunąć kilka gąsienic. Ale taka rezygnacja też pociąga za sobą zabijanie, tyle, że nie bezpośrednio - nadprogramowe bielinki umrą z głodu. Tak, nie możemy wyjść czyści i nieskalani z życia na Ziemi. Ważne jest, aby nie było to naszym sposobem istnienia, ta walka i niszczenie, ale przykrą i rzadką koniecznością, której staramy się zapobiegać, pracując nad równowagą. Tylko że sam fakt istnienia ogrodu i delikatnych warzyw w nim jest już pewną ingerencją w naturę, musimy więc czasami wcielać się w rolę Matki Przyrody i chronić nasze delikatne rośliny, tak, jak ona chroni dzikie. Każdy organizm, w tym taki bielinek, ma swoich naturalnych wrogów. Atakują go wirusy, bakterie, nicienie. Drapieżne osy składają jajeczka w ciałach gąsienic. Ptaki je zjadają. Jeśli oni, ci naturalni regulatorzy, nie dają rady, to naszą rolą jest im pomagać. Bez okrucieństwa i obsesji, ale szybko i skutecznie.

      Oczywiście, ideałem jest stworzenie takiej równowagi biologicznej, żeby ogród sam dbał o siebie. Do tego trzeba dążyć, ale nie jestem pewna, czy do końca jest to możliwe. Ale zawsze można robić postępy, uczyć się.

   
Teraz pójdę do lasu, żeby nasycić się pięknem i uspokoić umysł i ciało.

Pięknej i owocnej jesieni życzę nam wszystkim.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Pomidorowo

       Pomidory w tunelach korzystają z lata, ile mogą. Już 3 tygodnie temu zebrałam pierwszy, ogromny, ponad kilogramowy. Potem po kilka, a dzisiaj dały czadu: 15 kg za jednym zamachem. Co prawda od kilku dni nie zbierałam.
      Piękne, duże (w większości) i w większości smaczne. Jedna tylko odmiana mnie rozczarowała - dostałam z Francji nasiona super wczesnych, super ekologicznych itp. pomidorów. No i może są wczesne i ekologiczne, dość ładnie owocują, ale smaku nie mają. Na dokładkę krzaki cały czas, od posadzenia, wyglądają, jakby im brakowało wody. A nie brakuje, pilnuję. Nie ma to jak pomidory rosyjskich, starych odmian! Wszystkie mają wyrazisty smak i zapach, każde inny.
 
      Od paru lat zbieram już swoje nasiona, z najlepszych, najładniejszych owoców i potem wysiewam. Tak, że sama już nie bardzo wiem, jakie to odmiany. Ale wszystkie pochodzą albo z Pomidorlandii albo z Pomidorowej Doliny.

    Jeszcze Czarny Krymski łatwo odróżnić, ale inne? Mam jakieś malinowe w typie Bawolego Serca i jakieś duże czerwone, możliwe, że Anna Russian lub Grigorij Altai. Mam też podłużne czerwone, ale z tymi była ciekawa historia. Otóż kiedyś miałam dwa gatunki podłużnych - Opalkę i Amish Pasta. Miałam też żółte podłużne. Niezbyt się udały, bardzo szybko złapały szarą pleśń i dały tylko kilka niezbyt dorodnych owoców. W zeszłym roku wzeszło mi "na dziko" w foliaku kilka krzaczków pomidorów. Niektórym pozwoliłam rosnąć. Jeden z nich wyrósł niezwykle wysoko i dał całą masę dorodnych, podłużnych owoców. Ale nie wiem, czyim potomkiem jest. W każdym razie zebrałam nasiona i w tym roku mam ich sporo. Znów pięknie rosną i nie mają żadnych chorób. Ładnie też owocują.

    W tym roku, po raz pierwszy chyba, nie mam dżungli, ale dość zadbane krzaki. Podcięte umiarkowanie, pozbawione "wilków" i podwiązane.

     Bardzo dobrze sprawdza się ściółkowanie kartonami, które zastosowałam na połowie tunelu. Jest czysto bez pielenia, krzaki mniej cierpią od suszy i upału, za to szybciej dojrzewają tam owoce. Prawdopodobnie karton odbija część promieni słonecznych.

      W materiałach biodynamicznych kiedyś wyczytałam, że pomidor jest bodaj jedyną rośliną, która lubi rosnąć sama po sobie, nie jest więc konieczny płodozmian. I tego się trzymam, bo trudno mi przestawić tunele, a jeszcze trudniej odnawiać ziemię. Co roku sprzątam tylko stare pędy, pryskam trochę Miedzianem i dosypuję porządnie kompostu.  Zimą wrzucam obficie śnieg do środka, o ile jest go wystarczająco dużo.

     Po zeszłym roku, który był katastrofalny dla pomidorów, ten odpłaca się z nawiązką. Tkwię po uszy w robieniu przecierów.
     Pozdrawiam wszystkich pomidorowo!


Ten garnek z przecierem ma pojemność 7 litrów. Poprzez porównanie widać wielkość niektórych pomidorów.

piątek, 3 sierpnia 2018

Życie w Raju

       Co to jest żyć w raju?
 To obudzić się rano i podziwiać promienie słońca tuż nad horyzontem, kiedy próbują przebić mgły nad łąkami. 
 To wyjść bosymi stopami na miękką trawę, przytulić psy, pogłaskać koty.
 Podziwiać grę światła i cienia w niezliczonych drzewach, krzewach, ziołach i kwiatach.
To zachwycić się pajęczyną i tańcem motyli.
To spocić się wśród zapachów ogrodu, pomagając roślinom wzrastać.
Schować się w przyjemnym, cienistym domu, kiedy upał staje się zbyt mocny, napić chłodnej, krystalicznej wody, schłodzonego cydru albo sodówki z sokiem. Zjeść lekki posiłek z zebranych warzyw, a potem drzemać lub odpoczywać przy dobrej książce lub komputerze.
Zrobić konfiturę z zebranych wczoraj śliwek i włożyć ją do słoików, oblizując łyżkę na koniec.

Żyć w raju, to pojechać przed wieczorem nad jezioro, przez las pachnący jak milion kadzielnic, pustą drogą. Wykąpać się w cieplutkiej, a jednak orzeźwiającej wodzie na czyściutkiej plaży.

Wrócić do domu pod purpurowym niebem i grą obłoków, spotkać rogatego majestatycznego łosia przy drodze.

Wieczorem podziwiać szum gwiazd i wstające mgły.

Cieszyć się, że można wziąć letni prysznic i umyć się pachnącym, ekologicznym mydełkiem.

Poczuć takie dobre, miłe zmęczenie i móc zasnąć w swoim wygodnym łóżku.

Dziś cały dzień przeżyłam w raju.

Tak mocno czuję te radości, przyjemność z drobnych spraw. Takie piękno nas otacza. Upał też nie jest straszny w naszym raju: dom jest chłodny i przytulny, woda w jeziorze orzeźwiająca, cień drzew przyjemny.

poniedziałek, 16 lipca 2018

poniedziałek, 2 lipca 2018

      Obieram białe porzeczki na galaretkę porzeczkową i wsłuchuję się w najpiękniejszy w tej chwili dźwięk: szum padającego deszczu. Obsiadły mnie oba psy i oba koty, pochrapując rozkosznie.
       Susza już dała się nam we znaki. Może trochę mniej, niż na terenach położonych dalej od bagien, ale jednak. Drzewa i krzewy jakoś sobie radzą, bo bagna nagromadziły dużo wody zimą i na przedwiośniu, podnosząc tym samym poziom wód gruntowych, ale trawa przypomina rżysko, a warzywa, mimo podlewania, mają oklapnięte liście. Mimo to wszystko rośnie przepięknie i owocuje wcześniej, niż w poprzednich latach. 
     Zbieram już plony, tak smakowite, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam gatunek, co w sklepie. Mamy już groszek zielony, fasolkę szparagową, brokuły, wczesną kapustę, cebulę, marchewki słodkie jak owoce i masę ziół. Dojrzewa już któreś tam pokolenie sałaty i rzodkiewek.

     Znowu pławimy się w obfitości i urodzaju, zajadamy owoce i warzywa wprost z ziemi czy z krzaka, wdychamy zapachy.

     Ogród jak zwykle przypomina dżunglę, ale już się przyzwyczaiłam. Za to jak dotąd udaje mi się ogarniać pomidory i papryki. Tak zadbanego tunelu nie miałam od lat! Chociaż na zbiory trzeba będzie jeszcze poczekać, to już oglądam zielone kulki pomidorów różnych kształtów i małe papryczki i gadam sobie z nimi.

     Wygląda na to, że ten rok będzie dyniowy - te lubiące ciepło rośliny rosną jak szalone i niektóre owoce niedługo już będą dojrzałe. Także rok kapuściany: kapusta aż chrzęści, tak rośnie. A teraz, kiedy odkryłam ekologiczne środki ochrony przed gąsienicami bielinka, nie grozi jej zeżarcie do gołych nerwów. Obie nękające mnie plagi, czyli gąsienice bielinka i stonka znalazły rozwiązanie za jednym zamachem. Bo na te paskudy nie działają ani gnojówki, ani wywary z ziół, pozostaje ręczne zbieranie, niezbyt skuteczne, za to bardzo pracochłonne. A teraz mam moją tajną broń i trzymam ją w pogotowiu. Jak na razie nie ma potrzeby jej stosowania, ale jakby co....
      Chodzi o to, że istnieją środki dopuszczalne w rolnictwie i ogrodnictwie ekologicznym, na ogół są to minerały, bądź wyciągi z bakterii lub wirusów, czasem wyciągi z roślin. Listę można sobie sprawdzić tutaj: http://www.agrobiotest.pl/strona/pliki/Wykaz_SOR_05_05_15.pdf

    Oczywiście, najlepiej ich unikać, ale czasem pogoda czy inne niesprzyjające warunki sprowadzają plagę szkodników, z którą trudno dać sobie radę.

   


To samo miejsce, w odstępie kilkunastu dni. Grządka, gdzie wysiałam rośliny "wyspowo" - różne wysepki obsiane warzywami i kwiatami. Wygląda przepięknie i wszystko dobrze rośnie jak szalone.


W tym miejscu w zeszłym roku była wieża ziemniaczana. Nawybierałam stąd kilka taczek kompostu, a mimo to zostało go tyle, że rośliny są wyjątkowo bujne i zdrowe. Jak widzicie w tym roku zaszalałam z mieszaniem ze sobą różnych gatunków, inne wysiały się same. Wszystkie wydają się zadowolone z takiego układu.

     I tak żyjemy sobie, pod słońcem i księżycem, pod łaskawymi gwiazdami, ciesząc się darami Żywii i smakując każdą chwilę, zarówno słoneczną, jak deszczową. A na progu domu witają nas malwy i winogrona.

piątek, 15 czerwca 2018

Tajemnicze dynie

       Dyniowate mają to do siebie, że czasem rosną jak szalone, a czasem, mimo pozornie dobrych warunków, nie chcą rosnąć. Przyznam się, że ich gusta przez długi czas pozostawały dla mnie tajemnicą, ale tego roku chyba odgadłam, czego im potrzeba.
      Moim problemem było to, że na kupie kompostu zwykle rosły dobrze, natomiast na starannie przygotowanych wałach czy słomianych grzędach - ledwie wegetowały.

      No i eureka! Mam wrażenie, że dynie lubią rozkładający się kompost, ale też LUBIĄ ZIEMIĘ i to do tego stopnia, że bez niej nie chcą rosnąć. Przynajmniej na to wskazują tegoroczne dyniaste. Popatrzcie sami, chociaż zdjęcia, robione z różnej perspektywy, nie oddają dobrze różnic między nimi i musicie mi trochę wierzyć na słowo.

 Najbujniejsze, czyli nr1 w moim rankingu: posadzone na ułożonym jesienią przekładańcu słoma i liście-obornik-słoma i liście- gruba warstwa ziemi i kompostu, wystawa południowa. Przekładaniec w tej chwili prawie już się rozłożył, w każdym razie zmniejszył swoją objętość do 1/4, a dyniowate bujają jak szalone i dzielnie wspinają się na siatkę.


 Nr2 - wiosenny inspekt, teraz skrzynia jest zdjęta. Zrobiony na przedwiośniu. Na ziemię dana gruba warstwa patyków i różnych badyli ze słomą, na to owczy obornik, słoma i gruba warstwa ziemi z dużą ilością kompostu. Mam tu problemy z szybkim wysychaniem, trzeba było obficie podlewać, ale rosną też bardzo bujnie i, odkąd zacieniają ziemię i korzenie przeszły w głąb ziemi, problemów z wysychaniem jakby mniej.



 Nr3 - zeszłoroczny kompost z wyrwanych chwastów i resztek warzyw, czyli z dużą domieszką ziemi na korzeniach chwastów, wzmocniony kurzeńcem i przykryty dość cienką warstwą ziemi. Znów miałam problemy z wysychaniem, ale też już jest lepiej. Mają trochę mniej słońca, niż dwie poprzednie i nie widać jeszcze owoców, co na tamtych jest już regułą. W tym przypadku podlewanie po powierzchni dawało słabe rezultaty, dopiero nawodnienie korzeniowe przy użyciu tych butelek, które widać w głębi, radykalnie poprawiło ich wzrost.


 Nr4 i ostatni - słabiutkie dynie na wale założonym jesienią. Znowu obornik i liście, ale tym razem bez przykrycia ziemią. Wprawdzie sadząc je wygrzebałam w ściółce spore dołki, które wypełniłam ziemią, ale, jak widać, to nie wystarczy. Możliwe, że resztki perzu, które uparcie wybijają na brzegach, też mają swój wkład w słaby wzrost - perz wydziela substancje hamujące wzrost innych roślin. W każdym razie różnica jest wielka.


A na koniec trochę smakowitości, takich nagrzanych słońcem, pełnych słodyczy!