piątek, 23 września 2016

Czas obfitości

       Lubię jesień. Lubię poranne mgły, chłodne noce, światło padające z ukosa. Lubię też jesień za to, że dla ogrodnika jest czasem obfitości i bogactwa. Oczywiście już od wiosny zbieramy różne plony w naszym warzywniku, ale to jesienią jest prawdziwa eksplozja smaków i zapachów.
       W tym roku, jak zwykle, niektóre warzywa udały się pięknie, inne tylko poprawnie, ale zawsze jest ich bogactwo nieprzebrane. Najpierw te "poprawne" - ziemniaki. To częściowo moja wina, bo nie dosyć dokładałam im materii organicznej. Zwykle dysponuję sporą ilością siana, ale w tym roku mąż już nie dał rady kosić wykaszarką i przesiadł się na traktorek-kosiarkę. A po niej tyle siana, że ledwie owcom wystarczy, a może i nie. To i kartoflom zabrakło. Poza tym zawaliłam sprawę ze stonką, no i choroby grzybowe, wyjątkowo obfite tego lata. Jednak mam worek ziemniaków z grządki 5na 5 metrów oraz pół worka czarnych. Średniej wielkości, trochę dużych tylko, ale niezwykle zwięzłe i smaczne. W dotyku są zupełnie inne, niż te kupowane, twardsze, bardziej suche. Być może, hodowane w spartańskich warunkach, są o wiele bardziej skoncentrowane.  Drugi "trójkowicz" to marchewka. To znaczy była by pewnie, gdyby nie to, że pewnego wiosennego poranka mój mąż, wielce zadowolony własną dobrocią, gorliwie wypielił i wymotykował zagonek cebuli. Tyle, że między rzędami cebuli to nie chwasty rosły, a marchewka... Odsiałam oczywiście, no i była wczesna, okrągła, która rosła gdzie indziej, ale jest jej mniej. Nieco lepiej od marchewki plonują pory i selery, tyle, że pory złapały pasożyta. Szkody nie są wielkie, ale jednak.... Całkiem nieźle plonował zielony groszek, tyle, że miałam go niewiele.
     Bardzo ładnie udała się za to pietruszka, oczywiście dynie i kabaczki (dyniowy rok był), pomidory, fasola, buraki (zwykłe i liściowe), sałaty, rzodkiewki, czarna rzodkiew. Brukselka pięknie wiąże małe główki. Kapusta wczesna, późna i czerwona przedstawia się nader malowniczo, bo gąsienice zrobiły z zewnętrznych liści koronkę, ale główki są duże, zwięzłe i smaczne. Jeden baniak już zakiszony. Brokuły dają już chyba czwarty plon w postaci malutkich różyczek, doskonałych do gotowania na parze razem z innymi smakowitościami.
     Celebruję jesień. Stawiam kociołek z warzywami na kuchni opalanej drewnem i on sobie pomalutku pyrka. Zioła, suszące się przy kuchni, pachną. Smak moich warzyw jest dla mnie nieporównany, podobnie jak owoców. Mamy w tym roku urodzaj na winogrona, w tym jeden krzak owocuje po raz pierwszy - wczesne, drobne, ciemnofioletowe. Bardzo słodkie. Krzew dostałam od znajomych w postaci malutkiej sadzoneczki tylko 3 lata temu! A już mam pełne wiadro owoców. Chodzę i skubię je namiętnie, a Luna łazi za mną i dopomina się o słodkie jagódki. Mam psa owocożercę!
      Jesień to nagroda dla ogrodnika. A jeszcze większą nagrodą jest świadomość, że moja ziemia jest żywa, żyzna. W obliczu klęski umierających gleb na polach mam nadzieję być oazą, z której być może wyjdzie przyszłe odrodzenie. Bo trzeba wprawdzie lat wprowadzania do gleby różnych chemicznych świństw, żeby ją zabić i żeby rolnictwo stało się po prostu nieopłacalne, bo wydatki na chemię przewyższają zarobek, ale potem trzeba też lat, żeby ziemia na powrót ożyła. Od 5 do 25 lat, w zależności od rozmiarów szkód. Ludzie coraz bardziej zwracają uwagę na to, co jedzą i skąd. Budzi się pomału świadomość manipulacji, jakimi zwodzą nas duże koncerny - im chodzi o zyski, nie o nasze dobro. Możliwe, że niedługo ziemia żywa i zamieszkana miriadami organizmów będzie na wagę złota.

środa, 14 września 2016

Kojące książki

         Jestem od najmłodszych lat molem książkowym i bardzo to lubię. Kiedy się trochę nudzę, to szukam w książkach przygody i emocji, a kiedy jestem zmęczona, to ukojenia i oderwania. Mam chyba jakiś dziwny charakter, bo ukojenie przynosi mi wejście w świat nauki, ale takiej, gdzie sprawy naszego życia zyskują zupełnie inne proporcje. No i wymagam, żeby były dostępne dla człowieka normalnego z zacięciem raczej humanistyczno-przyrodniczym.
      Ta dostępność jest ważna, bo przez kilka ostatnich lat upodobałam sobie fizykę i astrofizykę, czyli dziedziny, których nie lubiłam w szkole. No cóż, kobieta zmienną jest. Dla mnie to jest takie wietrzenie mózgu, gdzie wychodzę poza codzienny ciasny światek i pędzę po niezmierzonych przestrzeniach, które przecież są wokół nas i w nas. Fakty naukowe przy dzisiejszym stanie nauki przekraczają najdziwniejsze fantazje. Aż w głowie się kręci, kiedy człowiek sobie uświadomi, że SĄ  PRAWDZIWE.
   
        Moje ciągoty do wypraw w gwiazdy zaspokoiły smakowicie książki braci Bogdanov, ekscentrycznych francusko- rosyjsko- coś tam-coś tam naukowców bliźniaków. Niesłychanie smakowite, napakowane wiedzą i ciekawostkami, tyle, że niedostępne po polsku w tej chwili.

    Potem chciałam w końcu pojąć co nieco z fizyki kwantowej i wpadłam na książkę "Tańczący Mistrzowie Wu LI" (Gary Zukav). Przesiedziałam nad nią ostatnią zimę i nawet chyba co nieco zrozumiałam, w każdym razie mam to uczucie świeżości w umyśle i lekkiego zawrotu głowy, jak zawsze, kiedy coś pojmuję. Okazuje się, że nie trzeba koniecznie znać ton wzorów i innych takich, żeby pojąć podstawy fizyki, a otwiera się przed człowiekiem zupełnie nieprzeczuwalny świat.

     Kosmos to było nurkowanie w niepojęcie wielkie, fizyka kwantowa - w niepojęcie małe. Teraz przyszedł czas na odkrywanie tajemniczych światów w naszym codziennym wymiarze. Wpadłam ostatnio na książkę "Sekretne Życie Drzew" i ... wpadłam.

     Wydawało mi się, że wiem sporo o drzewach, ale okazuje się, że jest mnóstwo rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Drzewa opiekujące się swoim potomstwem? Drzewa umiejące liczyć i posługujące się czymś w rodzaju internetu? Drzewa krzyczące?  Żadnych niesprawdzonych teorii, same naukowe fakty, tyle że podane ze swadą i miłością do lasów doświadczonego leśnika. Widać tam wyraźnie, jak tak naprawdę mało wiemy o drzewach i jak często rozumiemy je opacznie - ich potrzeby i dobrobyt.

    Polecam tę książkę każdemu, kto interesuje się przyrodą, naturą i chce po prostu trochę lepiej zrozumieć świat. Takie jesienne wietrzenie mózgu pośród opadających liści.

 "SEKRETNE  ŻYCIE  DRZEW" Peter Wohlleben

czwartek, 8 września 2016

To już?

      W mocnym, skośnym świetle słońca snują się nitki babiego lata. Ranki są zimne i białe od rosy. Kolory zaczynają ciążyć w kierunku żółci i brązów.  I jest zdziwienie: "Jak to? To już?"
      Przecież na parapecie leżą jeszcze nie do końca wysiane torebki nasion, przecież tylko co odkrywałam ziemię po zimie.... Czuję się, jakby ktoś ukradł mi lato. Szukam we wspomnieniach i nic, jakby go nie było. Tak jakoś szybko minęło.

    Nie wiem, gdzie popełniłam błąd, ale to zniknięte lato daje mi do myślenia. Zagrzebałam się gdzieś w przetworach, w zamknięciu kuchni, w swoim zmęczeniu i pozwoliłam czasowi przemijać niezauważenie. Czuję się znużona codziennymi, powtarzalnymi czynnościami, które zjadają czas. Coraz mniej mam ochoty i cierpliwości na kontakty z ludźmi, bo czuję się nieludzko wręcz zmęczona i dlatego obojętna. Mam dość wszystkich "trzeba", "należy", "muszę"... Najchętniej wyciągnęła bym się wygodnie i nic nie musiała, tylko podziwiała niebo.  I chyba w końcu tak zrobię, w miarę możliwości. I zrobię wielkie odkurzanie w swoim życiu.
    Bo cała ta codzienna krzątanina, ta niekończąca się praca nie ma żadnej wartości i popieleje, jeśli nie nadaje jej sensu miłość. Ta, która najszybciej przychodzi na myśl - do bliskich, do zwierząt. Ale też miłość do życia i do tego miejsca, gdzie żyję, w szczególności. I miłość do siebie samej, nawet do tych bolących pleców i stóp.

    Odnajdę tę miłość, a z nią zachwyt i kolory życia. Nie przetrwonię jesieni.



sobota, 20 sierpnia 2016

Hodowanie gleby II

      No to już wydusiliśmy murawę, mamy niezły wał przekładańcowy pełen humusu i co dalej? Ano dalej natura działa swoim trybem: humus dostarcza środków odżywczych roślinom, my je zjadamy - czyli zabieramy pewną ilość substancji odżywczych z gleby. Także gotowe sole mineralne - wynik rozkładu humusu - są pomału wypłukiwane z grządki. Trzeba te braki uzupełniać, czyli dostarczać nowej materii organicznej do rozkładu.
     I tu są dwie drogi, każda ma swoje wady i zalety. Można wybrać, albo tak jak ja stosować obie. Jedna to jest ściółkowanie, a druga dostarczanie kompostu, czyli już gotowego humusu.

    Ściółka poza dostarczaniem substancji odżywczych do gleby chroni ją przed wysychaniem lub zbiciem przez deszcz, zapewnia bogate życie w glebie i jest prostsza i łatwiejsza. Ma jednak złą prasę, moim zdaniem przesadzoną. Prawdopodobnie przyciąga nornice. Możliwe, tyle, że mam wrażenie, że to nie ściółka, tylko obfitość pożywienia. Jeśli naokoło jest pustynia biologiczna (trawnik, pola zlewane chemią, słaba ziemia), to nornice rzucą się od razu na taki zastawiony stół. U nas plaga nornic była przez kilka pierwszych lat, jak na ironię wtedy nie ściółkowałam. Robiłam tylko pierwsze przekładańce, a chodzenie po ogrodzie przypominało chodzenie po polu minowym. Co rusz noga zapadała się w jakąś dziurę. Jednak, o dziwo, miałam coraz lepsze plony. A to dlatego, że nornice są wszystkożerne i o wiele bardziej od korzonków naszych warzyw lubią rozmaite pędraki, drutowce, turkucie i inne paskudne podgryzacze, a tych było zatrzęsienie. Pomału, bez fanfar, liczba nornic spadła tak, że teraz tylko czasem je spotykam. Jak to się stało? Po pierwsze porosły żywopłoty, wyrósł lasek i biologiczna pustynia zamieniła się w żyzną ziemię. Rozlazły się więc po okolicy, tym bardziej, że w warzywniku jest sporo roślin, które im obrzydzają życie oraz sporo drapieżników, które na nie polują, zarówno dzikich, jak i domowych. I tak ta dam! pojawiło się Siedmiu Wspaniałych: czarny bez, aksamitka, czosnek, bazylia (można jeszcze rącznik i szachownicę, ale ja ich nie mam), kot, pies i łasica oraz, jako przyczepka, niedopałki papierosów wtykane w nory i przegnali na cztery strony świata tałatajstwo. Teraz buszują po dzikich polach z topinamburem, tylko czasem któraś zajrzy do warzywnika i wyżre pędraki. Niech tam, nie żałuję jej.

    Prawdopodobnie ściółka sprzyja też ślimakom. I to częściowo jest prawda. Prawda też jest taka, że jeśli ślimaki gdzieś są, to są i bez ściółki, a jeśli ich jest niewiele to i ze ściółką wielkiej szkody nie zrobią. U nas jest niewiele, choć współczuję wszystkim, którzy z tą plagą walczą. Powtarzam się: kaczki biegusy są najlepsze i najbardziej ekonomiczne.

    No i trzecia rzecz: ściółka wygląda trochę bałaganiarsko. Nie do końca prawda, ładna, dobrze ułożona ściółka jest bardzo estetyczna, ale weź przekonaj tych, co opory mają we krwi.

   Wbrew modzie słoma wcale nie jest najlepsza, ale lepsza słoma, niż nic.

   A jaka jest ściółka idealna? Mieszanka słomy czy siana i części zielonych, rozdrobniona np. przy pomocy kosiarki. Delikatna, drobna, łatwo się ją układa. Najbogatsza i najlepsza do stosowania w trudnych miejscach, np. między rzędami wysianych nasion. Do większych sadzonek, jak dynie, ziemniaki, pomidory itp. może być słoma i/lub siano.
     Można też ściółkować tylko jesienią, a wiosną zgrabić resztki ściółki na ścieżki lub na kompost. Bo zimą gleba powinna być przykryta, za wszelką cenę.

    Jeśli jednak ktoś ma wstręt do ściółkowania, to może po prostu robić kompost i taki dojrzały rozsiewać na grządki, zwłaszcza te starsze. Ma to też sporo zalet.

   W sumie ważne jest, żeby dostarczać próchnicę, sposób każdy wybiera sobie sam.

   Można jeszcze po prostu co kilka lat zakładać nowe przekładańce (co 5-7 lat wystarczy) przykrywając je po wierzchu odgarniętą warstwą żyznej gleby.

   Jak widać metod jest sporo, każdy może wybrać, co mu się podoba, albo łączyć je razem. Najważniejsze jest, by mieć na uwadze procesy zachodzące w glebie, rozumieć je i z nimi współdziałać.

Zdjęcie z początku lipca tego roku, wykonane w czasie fali upałów. Widać na nim dobrze ściółkę i rośliny, które te upały przeżyły w dobrej formie praktycznie bez podlewania.


poniedziałek, 25 lipca 2016

Soczewica

       Bardzo lubimy soczewicę. Próbowałam ją już kiedyś posiać, ale nawet nie wykiełkowała, więc myślałam, że klimat jej nie odpowiada. Ale to chyba nasiona były lipne (jak wiele ostatnio) albo wysiałam za późno, bo w tym roku....
      Najpierw dowiedziałam się, że na naszych terenach dawniej uprawiano soczewicę. Potem przeczytałam, że wysiewa się ją wcześnie, w tym samym czasie, co groch, czyli u nas w kwietniu. Nabrałam ochoty, żeby znowu spróbować. W kwietniu, kiedy widmo późnych przymrozków i śniegu odeszło już w niebyt, wysiałam garść ziaren zielonej soczewicy ekologicznej. Po prostu - wzięłam je z torebki przeznaczonej do spożycia, ze sklepu spożywczego.

     Wykiełkowała nad podziw pięknie, wyrosła ładna i rozkwitła masą drobniuśkich kwiatuszków. Strączki też są malusie, na jedno lub dwa ziarna, ale jest ich dużo. Pojawił się problem, jak je wyłuskać.
     Teraz zaczęła już więdnąć, więc Córka ją wyrwała, powiązała w pęczki i powiesiła pod okapem stodoły na dalsze doschnięcie. Tak tutaj po wsiach z dawien dawna robiło się z grochem i fasolą, więc pewnie soczewica też to dobrze zniesie.

     Po uschnięciu zamierzam ją wymłócić kijem w płóciennym worku (stara poszewka na kołdrę). Już widzę, że jeśli ptaszory nie zeżrą mi nasion, to z jednej garstki będę miała dużą michę. Mniam!

piątek, 15 lipca 2016

Hodowanie gleby

              Ogrodnicy permakulturowi wszystkich krajów i opcji są zgodni w tym, że aby mieć piękny i wydajny ogród trzeba najpierw i przede wszystkim hodować glebę. Gleba to podstawa, bez której nic się nie uda. Niektórzy próbują zastępować hodowanie gleby intensywnym pompowaniem nawozów sztucznych i rozmaitych -idów, ale już teraz widać, że taka droga prowadzi donikąd, na dodatek jest kosztowna i bez perspektyw. A rezultatem są warzywa może i ładne, ale prawie pozbawione smaku, zapachu i substancji odżywczych.
               Jak więc hodować glebę? A bardzo prosto - dostarczając jej substancji organicznych w dużych ilościach. Na ogół gleba sama zajmie się ich rozłożeniem i zamianą na żyzną ziemię ogrodową. Jeśli jesteśmy w tak rozpaczliwej sytuacji, że nasza ziemia jest martwa lub bardzo chora i nie ma w niej wystarczającej ilości mikroorganizmów i dżdżownic, żeby rozłożyć dostarczony materiał, to mały zastrzyk dobrej ziemi ogrodowej od zaprzyjaźnionego ogrodnika lub rolnika organicznego wystarczy, żeby je rozmnożyć. Nawet można samemu znaleźć taką ziemię gdzieś na nieużytkach wolnych od chemii i dodać do stosów materii organicznej w naszym ogrodzie. Na szczęście tak rozpaczliwa sytuacja jest rzadka w naszym kraju.
                Aby założyć ogródek lub nową grządkę bez wielkich kosztów i nakładów pracy wystarczy przykryć wybrany kawałek ugoru bardzo grubą warstwą np. słomy, siana, resztek roślinnych i gnoju. Uwaga: jeśli chcemy wydusić obecną tam trawę, warstwa musi być naprawdę gruba. Można dać pod spód kartony, ale bez nich też da się radę. Widzę jakąś fetyszyzację tych kartonów u początkujących ogrodników, tymczasem jest to tylko środek pomocniczy. Dzięki nim warstwa siano-słoma-gnój-resztki roślinne może być nieco cieńsza i tyle. Ja dwa lata temu ułożyłam wprost na trawie kostki słomy, przykryłam je obficie gnojem i podlewałam. W pierwszym roku plony były takie sobie, za mało rozłożone było to wszystko. W tym roku posadzone rośliny aż biją rekordy zdrowotności i wielkości. A trawa zniknęła.
                Inna opcja to słynne wały, z wkładem z drewna lub bez. W każdym wydaniu są wspaniałe i zapewniają wspaniały plon, jeśli tylko są odpowiednio nawadniane (bo mają tendencję do szybszego wysychania).
              Jeśli chcemy byś must de must, czyli super dobrzy, to będziemy zwracać uwagę na to, jaką mamy glebę. Gleba gliniasta jest bardzo dobrą podstawą, bo materia organiczna + glina formuje cudowny kompleks argilo-humiczny, na którym wszystko rośnie. Jeśli mamy natomiast szczery piasek, to dobrze dodać do naszych wałów trochę gliny. Czy to w postaci skorup (np. gliniane doniczki, cegła niepalona itp), czy to w postaci sproszkowanej. Można też wtedy wykopać płytkie rowy, do których dajemy dopiero nasz "nabój", czyli drewno, materię organiczną, glinę itp. Zapobiegnie to zbyt szybkiemu przesuszaniu.
 
          Jeśli zostaje mi jakiś kawałek nieużytku w ogrodzie, to gromadzę tam wszystkie wyrwane chwasty, słomę z kurzeńcem z kurnika, odpadki, obierki i nać. Pod koniec sezonu trochę formuję taką grządkę i przykrywam ją liśćmi, sianem lub kompostem. Wyhodowałam tak już wiele metrów kwadratowych wspaniałej gleby.

       Oprócz tego warto też jest mieć kompost. U nas jest taki najprostszy - dżdżownicowy. Nie trzeba przerabiać pryzmy, dbać o parametry itp.  wystarczy sukcesywnie gromadzić wszystkie odpadki organiczne na stosie, dorzucając coraz to nowe. Gdy osiągnie pożądaną wysokość, zostawia się go w spokoju (ewentualnie można przykryć), a tuż obok formuje się nowy. Dżdżownice kompostowe (czasem zwane kalifornijskimi, ale zapewniam Was, że Kalifornii to one na oczy nie widziały) pracują od dołu do góry, czyli takie sukcesywne dokładanie nowego papu bardzo im pasuje. A kiedy skończą robotę, to szukają obok. A my mamy stos, który zmniejszył się do 1/3, ale za to wspaniałej, żyznej próchnicy.

      Jak widzicie hodowanie gleby nie jest trudne, ale daje wspaniałe rezultaty. Dodatkiem jest też przykrywanie gleby, żeby dostarczać ciągle nowych elementów, ale o tym w następnym poście.
  

niedziela, 3 lipca 2016

Ogród szaleje

       W tym roku ogród szaleje! Na szczęście co susza nam zagląda w oczy, to w ostatniej chwili ratuje nas deszcz. W tej chwili też - po fali upałów dziś nareszcie pada!
       W takich warunkach rośliny rosną jak szalone. Pomidory w obu tunelach i na dworze prawie codziennie podwajają swoją wielkość. Wczoraj zjedliśmy już pierwszego i to rosnącego na dworze. Odmiana Polar Baby z Alaski, niewielkie krzewy, niewielkie okrągłe pomidory (ale większe od koktajlowych), super wczesne. Okryte są masą kwiatów, mam nadzieję, że będą jeszcze długo owocować. Inne są jeszcze zielone, ale też już spore. a krzaki tak się rozrosły, że niedługo nie będę mogła wejść do tunelów. Papryka natomiast jakaś taka niezdecydowana, nie wie, czy rosnąć, czy nie, smęci się i kręci. Stanowczo coś jej się nie podoba. Oberżyny, po pierwszych wahaniach, wystrzeliły w górę. O ogórkach nawet nie mówię - idą w zawody z pomidorami. Także ogórki-miniaturki rosną jak szalone, tylko są takie pajęczo drobniutkie. Z ciekawością czekam, jakie będą ich owoce.

     Na początku wiosny, w tym samym czasie, co groch, zasiałam też rządek soczewicy zielonej. Po prostu wzięłam ziarna z torebki spożywczej i posiałam. Rosną bardzo ładnie, mają już malutkie strączki przypominające motyle skrzydełka. Czyli eksperyment w pełni udany, można u nas hodować soczewicę.

     A co już jemy? Rzodkiewka już zjedzona, szparagi też po sezonie. Cały czas zjadamy tony różnych sałat i roszponek, mam zioła, koper w ilościach przemysłowych. Ostatnio zebrałam cukinie. Cebula też już się nadaje do użytku, idem jej kuzyn czosnek. Z zielonego groszku robię już od pewnego czasu pyszne dania, czeka już kalarepka, bób (dziś zjadłam jeden strączek - za jakieś 3 dni powinien być dobry do jedzenia na surowo, trochę później do gotowania) i wczesna kapusta. A chłodnik z młodych buraczków robił za przebój upałów.
    Wczoraj też zjedliśmy tartę z buraka liściowego, którego traktuję jak szpinak. Truskawki jeszcze są, ale niedługo koniec wysypu, zostaną tylko powtarzające. Trwa zbiór porzeczek.

    W warzywniku nasiało mi się maciejki i teraz wieczorem pachnie tam, jak w perfumerii, tylko ładniej. Zaczynają kwitnąć nagietki i nasturcje. Pszczoły brzęczą wokół ogóreczników. Fasola kwitnie. Jest tak pięknie, że człowiek miałby ochotę nie wychodzić z tego gąszczu. chwasty też są piękne, nie chwaląc się.... Ale na tym etapie już niewiele mogą zaszkodzić.

    Kiedy mnie tu nie ma, to znaczy, że zagubiłam się gdzieś w tym gąszczu, zapachach, smakach. gorący sezon w każdym tego słowa znaczeniu.

sobota, 11 czerwca 2016

Aksamitki

      Przywiozłam od mamy otrzymaną w podarunku donicę z flancami aksamitek i od rana biegałam po ogrodzie, sadząc je gdzie się tylko dało między warzywami. Jest ona dla nich lekarzem i ochroniarzem w jednym.
       Powinno się unikać sadzenia aksamitki z ziołami, bo jej specyficzny zapach (który bardzo lubię) źle na nie wpływa, ale wszystkie warzywa będą mi wdzięczne za jej towarzystwo.

      Widzieliście kiedyś takie "parchy" na korzeniach? Zwłaszcza buraków czy ziemniaków? Na ogół to działalność nicieni. Są to mikroskopijne robaczki, tworzące bardzo dużą rodzinę. Nie wszyscy jej członkowie są szkodnikami, ale wiele z nich tak. Same nazwy mówią za siebie: niszczyk zjadliwy (niszczy głównie cebulę, pora, czosnek, ale też bób, seler, pietruszkę), guzak północny (marchew, pietruszka, pomidor, ziemniak, ogórek), mątwiki (burak, kapusta, kalafior, ziemniak, pomidor, ogórek, sałata) oraz szpilecznik baldasznik (pietruszka, seler, lubczyk). Paskudztwa te wygryzają tkanki, rosliny nie rosną, schną, deformują się i często zamierają. Ponieważ szkodników nie widać gołym okiem, często nie wiemy, co roślinom dolega.
       Otóż aksamitki zwalczają tych paskudników - przyciągają je do siebie, a ponieważ nie zawierają substancji pokarmowych, to nicienie giną masowo.

      Nasz kochany "śmierdziuszek" odkaża też lekko glebę. Zapobiega atakom białej muszki, która w niektórych okolicach jest bardzo uciążliwa. Ogólnie odstrasza szkodliwe owady oraz szkodniki glebowe. A jakby tego było mało - ogranicza rozwój chwastów.

    Podobne działanie ma nagietek lekarski, dobrze jest sadzić obie te rośliny, choćby jako ozdobną obwódkę dookoła grządek lub pośrodku lub jak komu pasuje.

    Działanie lecznicze nagietka daje efekty tylko wtedy, kiedy rośnie on w ziemi obok warzyw, więc różne kosze czy donice mają tylko znaczenie estetyczne, ale nie działają leczniczo.

    Dla mnie ważne jest też piękno, które te kwiaty wnoszą do warzywnika, słoneczny, złoty kolor, który rozwesela.
    Wiele kwiatów, poza aksamitkami, pomaga warzywom w różny sposób. Najpopularniejsze są nagietki, o których już wspomniałam, nasturcje, ogórecznik, kosmos, bratki i wiele innych. Czasem zaciera się różnica między kwiatem a warzywem - np. kwiaty nagietków, ogórecznika czy nasturcji są jadalne. A jaki piękny jest taki ukwiecony warzywnik! Kocham mój bałaganik, gdzie do kapusty tuli się koper i nagietek, między kukurydzą toczą się dynie i ogórki a marchewka zaleca się do cebuli!



środa, 1 czerwca 2016

Boso do nieba będę szła

          Gorąco, jak w środku lata. Pogoda sprzyja chodzeniu boso, co bardzo lubię. Pierwsze dni są trochę trudne, ale dość szybko stopy się przyzwyczajają i jest otwiera się cała gama doznań. Otwiera się też brama wspomnień - wraca najpiękniejsze lato mojego dzieciństwa.

         Chodzenie boso jest bardzo dobre dla zdrowia, masuje punkty akupunktury, zapewnia schodzenie ładunków energetycznych i wyrównanie bilansu organizmu, łączy z energią Matki - Ziemi. O tym wszystkim można przeczytać w necie czy w książkach. Dla mnie również ważne są odczucia, na jakie człowiek się otwiera - przechodzenie ze stref wygrzanych słońcem do cienia, delikatny chłód rosy, uginanie się ziemi w jednych miejscach, twardość w innych. Tego nie czuje się w butach. Cały świat wrażeń, który tracimy chodząc obuci.

       A efekty dla zdrowia?  Sama się o tym przekonałam, jako malutkie jeszcze dziecko. Więc, jako że dziś Dzień Dziecka, to Wam opowiem.

       Urodziłam się trochę za wcześnie, malutka i chorowita. Na dokładkę moja mama przeszła w ciąży operację wyrostka, z narkozą i wszystkim, co się z tym wiąże. A że młodziutka była i niedoświadczona (miała 19 lat), to bardzo się o mnie bała. Dość szybko okazało się, że intelektualnie ze mną wszystko w porządku, fizycznie raczej też, tyle, że bardzo często chorowałam. Ciągłe bronchity, przeziębienia, astma, wszystkie dziecięce choroby przechodzone po kilka razy.... Pilnowano mnie więc bardzo, przegrzewano, wiecznie grubo ubrana (co za koszmar!). Zabraniano mi biegać, bo "mogę się spocić". Dziś wiem, że większość moich dolegliwości miała raczej charakter uczuleniowy, ale wtedy uczulenia nie były w modzie. Jako stworzenie nad wyraz ruchliwe i ciekawskie męczyłam się okropnie. W końcu trafili na mądrego lekarza, który zamiast serwować mi kolejne trucizny czy kuracje antybiotykowe kazał im rozebrać mnie prawie do naga i tak wypuścić na słońce. I to koniecznie boso! Na szczęście rodzinka posłuchała tych rad. Mama uszyła mi "opalacze" czyli bufiaste majteczki w kropeczki (czerwone w białe grochy) z przodzikiem i na szelkach, zdjęto mi buty i hajda na podwórze! Boże, jak mi było dobrze! Mieszkaliśmy w miasteczku, przy uliczce, która po drugiej stronie miała bagna i jeziorko. Hulałam więc z rozwianym włosem i na bosaka, ile się dało. Oczywiście, kilka razy zraniłam się w stopy, ale to furda! Mama pracowała, a Babcia przemywała rankę, robiła opatrunek i dalej na dwór.
      Wtedy to po raz pierwszy poznałam, jak to się "widzi" stopami. Jak inaczej człowiek się czuje, kiedy boso idzie po ziemi. No i wiecie co? Od tej pory prawie nie chorowałam, a przynajmniej w rozsądnym wymiarze. Kłopoty wróciły, kiedy jako dorosła młoda osoba przestałam na lato zdejmować buty. A teraz znów mam używanie na całego.

      Jeśli na początku wszystko kłuje w stopy, jeśli chodzić trudno, nie przejmujecie się. Zacznijcie na aksamitnej trawie, mając pod ręką jakieś klapki. A potem będzie coraz łatwiej chodzić, natomiast coraz trudniej znieść buty na nogach. A ile zdrowia przy tym człowiek zyska! No i dużo nowych wrażeń.

      Pięknego bosego lata wszystkim życzę.

Zdjęcie z zeszłego roku.



niedziela, 29 maja 2016

Kostki domina

          Wszyscy widzieliśmy nieraz ogromne i skomplikowane konstrukcje z kostek domina, gdzie wystarczy poruszyć jedną kostkę, żeby wszystko sukcesywnie się poprzewracało. Nieco podobnie jest w naturze. Dąży ona do harmonii i równowagi wielu elementów, żywych i nieożywionych. Wszystko jest ze sobą powiązane najrozmaitszymi zależnościami, nićmi, które ciągle jeszcze są słabo poznane.
         Wystarczy poruszyć jeden element, wyeliminować go i cała konstrukcja się chwieje. Wystarczy wyeliminować lub nieostrożnie wprowadzić jeden organizm i zaczynają się plagi i nieszczęścia.

        Przykład: w pewnej wiosce wyeliminowano koty wolno żyjące, bo "niszczą ptaki". Po eliminacji kotów nastała plaga gryzoni, które do tej pory występowały nielicznie. Wytruto więc gryzonie w wojnie totalnej. W następnym roku nie obrodziły rośliny strączkowe, które były podstawą upraw w tamtym regionie. Znikła z łąk koniczyna. Dlaczego? Bo rośliny motylkowe zapylane są przez trzmiele, tylko one mają dość długie ssawki, żeby tego dokonać. A trzmiele żyją w opuszczonych mysich norkach. Zabrakło myszy = zabrakło norek = zabrakło trzmieli = motylkowe nie zostały zapylone.

       Inny przykład: w Chinach jakiś "geniusz" obliczył kiedyś, ile ziarna nadermno zjadają ptaki. Postanowiono pozbyć się ptaków. Wszyscy Chińczycy rozpoczęli masakrę, zabijano ptaki, wycinano drzewa, na których przesiadywały. Dzieci dostawały w szkole nagrody za przyniesione martwe ptaki, dorośli musieli rozliczać się w zakładach pracy czy miejscowych komitetach. W niektórych okolicach ptaki całkowicie zniknęły i cieszono się, ileż to ryżu więcej będzie dla ludzi. W następnym roku nastała niespotykana plaga much i koników polnych i w rezultacie stracono o wiele więcej, niż wyjadały ptaki. I znowu wszyscy łapali much na chwałę Mao wielkim nakładem sił i czasu, a ptaki robiły to za darmo. No, prawie...

       Zaglądam na różne grupy ogrodnicze i widzę, jak krucha jest chęć ludzi do uprawy ekologicznej. Tak, chcą mieć zdrowe warzywa, ale wystarczy, że pojawi się cień jakiejś choroby czy szkodnika, kiedy zaczynają panikować no i cóż - sięgają po chemię. Eliminują krety, a potem dziwią się, że zbiory zjada im turkuć podjadek. Zabijają niewinne zaskrońce, bo boją się węży, wyrzucają ich jaja z kompostu, a potem dziwią się, że mają nornice. Sięgają więc po środki przeciw nornicom. A kostki domina padają, padają, padają... W końcu nie można już obejść się bez chemii. Wpadają ludziska w panikę na widok kolonii mszyc na liściach, pryskają chemią, nie bacząc, że zabijają też larwy biedronek i złotooków, które by im tę populację mszyc zmniejszyły za darmo...

      Oczywiście są też plagi niezawinione przez ogrodników, choć zawinione przez człowieka, jak hiszpańskie ślimaki, które w niektórych okolicach pożerają wszystko, co zielone. Żal mi tych ludzi, bo tu jest u nas w tej chwili jedna tylko rada: kaczki biegusy, które je pożerają. W swojej ojczyźnie te ślimaki mają naturalnych wrogów, nie tylko drapieżniki, ale też nicienie i organizmy, które na nich pasożytują, nie są więc zbyt wielkim problemem. U nas tych wrogów naturalnych chwilowo nie ma, ale cierpliwości - przyroda nie znosi próżni, niedługo się znajdą tak czy inaczej. W niektórych rejonach ich ilość już zaczyna spadać.

      I tu pojawia się słowo-klucz: cierpliwość. Aby naprawić podartą koronkę powiązań trzeba czasu. Trzeba też mądrości, a tę zdobywa się przez obserwację. Wiadomo, że w pierwszych trzech latach po przestawieniu się z chemii na ogrodnictwo czy rolnictwo naturalne mogą wystąpić masywne ataki szkodników. Pomału jednak organizm Matki - Przyrody wraca do równowagi, wszystko istnieje, ale nie ma plag. No, chyba że plaga suszy czy powodzie, ale to już inna rzecz. 

     W naszym społeczeństwie istnieje kult choroby, podczas gdy natura uprawia kult zdrowia. Jesteśmy tak dogłębnie przekonani, że trzeba leczyć, pryskać, sypać, bo przecież natura jest chora, że dla wielu z nas przejście na ekologię oznacza zastąpienie środków chemicznych środkami ekologicznymi. Stąd furorę robią przepisy na różne gnojówki, napary i inne bakcyle w proszku. Tymczasem należy dążyć do tego, żeby obejść się bez tego, żeby pozwolić naturze działać. Czasem tylko, w wyjątkowych okolicznościach, dajemy maleńką pomoc, jak np. opryskanie drożdżami pomidorów przy niesprzyjającej pogodzie.
      Szanujmy wszelkie życie, od bakterii glebowych do kretów, wężów, jeży i ptaków. Zapewnijmy im warunki do życia, ale nie asystujmy za bardzo. Przyroda pozbywa się organizmów chorych, niepotrzebnych lub w nadmiarze.
      Pewna znajoma dokarmia jeże na swojej działce kocim żarciem. Nie mówiąc już o tym, że kocie żarcie, choć smakowite, jest dla nich wysoko szkodliwe, bo zapycha nie dostarczając potrzebnych składników, to nażarte jeże nie chcą polować. Potem taka osoba dziwi się, że jeże nie chcą jeść ślimaków. A potem te "ukochane" jeżyki umierają w męczarniach z jelitami zapchanymi kocim żarciem, którego nie mogą strawić, albo nękane wyniszczającą biegunką.

       Jak radzi Fukuoka - nie zastanawiajmy się nad tym, co możemy zrobić, ale nad tym, CZEGO MOŻEMY NIE ZROBIĆ. I róbmy tylko to, co jest konieczne. I tak będzie tego po kokardę...

       Kierując się rozwagą i pomyślunkiem osiągnęłam taki stopień równowagi w ogrodzie, że nie stosuję ŻADNYCH lekarstw.  Sąsiedztwo roślin, obecność dzikich ziół, żywopłoty, cała wesoła hałastra dzikich zwierząt i zwierzątek dba o to, żeby żadna choroba czy szkodnik nie rozplenił się zbytnio. A jeśli coś uparcie choruje i nie chce rosnąć, mimo dobrego sąsiedztwa, pielęgnacji, karmienia i w razie potrzeby podlewania, to rezygnuję z tego, bo wiem, że tutejszy biotop po prostu temu nie odpowiada. Zastępuję to czymś innym, równie smakowitym czy ładnym, ale rosnącym zdrowo. Tak zrezygnowałam z brzoskwiń, którym ani ziemia ani klimat nie odpowiadają, a w zamian mam winogrona, jarzębinogrusze, świdośliwy, renklody i masę innych.  Ja dostarczam im tylko próchnicę i wodę w razie potrzeby, pielę trochę, żeby nie zostały zagłuszone, sadzę gatunki sprzyjające i w sumie to wszystko. Ale dojście do takiej równowagi zajęło nam około 7 lat....

       Wiadomo, że jeśli chcemy mieć mądre dziecko, to nie należy za niego odrabiać lekcji, ale trzeba go zainteresować światem, podsunąć książki, rozmawiać. Towarzyszyć mu. Nie odrabiajmy więc lekcji za Przyrodę, ale asystujmy jej i pozwólmy działać po swojemu. Ona jest miriady lat starsza od nas, wie, co robić.

sobota, 21 maja 2016

To lubię

       Przygotowanie grządek, siewy, sadzenie, stawianie nowego tunelu (przy pomocy miłych prawie-sąsiadów), obsadzanie go itp. już ogarnięte. Dzisiaj więc robiłam to, co lubię najbardziej, czyli pielenie.
       Po nawale prac fizycznych, przy których mój kręgosłup cierpiał, a reszta była paskudnie wymęczona, nareszcie sama przyjemność. Bo ja motyczki używam głównie na ścieżkach, na zagonach o tej porze i często w ogóle się nie da. Korzystając z żyzności wzniesionych grządek sieję i sadzę dość gęsto i to mieszane towarzystwo - no, nie za gęsto, żeby miało każde, co potrzeba, czyli światło i miejsce, ale gęściej, niż to się zazwyczaj robi. Między malutkimi siewkami chwasty wyrastają w trybie przyspieszonym i często jest to jeden zielony dywan, gdzie nie dojdziesz, co i gdzie. Trzeba ręcznie. Siadam więc sobie z łopatką i pazurkami na ciepłej, suchej słomie alejki uzbrojona w okulary i wyskubuję paskudniki. Całkiem szybko to idzie. Mąż twierdzi, że osiągnęłam już prawie szybkość zbieraczki herbaty z Cejlonu. To duży komplement, bo im ręce chodzą z szybkością światła.
      Siedzę więc lub klęczę sobie między grządkami, słońce do spółki z obłokami odstawia swój taniec, cieplutko, spokojnie. Bzy i konwalie pachną bez opamiętania, pszczoły bzykają, ptaki śpiewają, Tiki śpi. Pełnia szczęścia. Posuwam się sobie do przodu, a za mną zostają czyściutkie zagonki z rzędami młodych roślinek, prężącymi młodziutkie listeczki jak przedszkolaki udające wojsko. Rządki niezbyt równe, ale za to jakie dziarskie w swojej chęci do życia!

     Zaściółkowane grzędy może nie wyglądają jak z żurnala, ale jaka na nich ziemia! Cudowna - ciepła, miękka, urodzajna. I nic to, że plątają się liście, słoma i patyczki - niedługo ich nie będzie widać.
      Górą gdzieś wieje wiatr, korony drzew tańczą frenetycznie, ale w warzywniku między żywopłotami zacisznie jest i cieplutko. Kładę się na słomie, podziwiam grę obłoków i wykonaną pracę. Przyjemnie. Bose stopy czują energię wzbierającą w tej ziemi, to bujne życie dookoła.

     Kwiaty jakby szły w zawody, rozkwitają coraz inne, coraz więcej. Świerki wypuściły malutkie, delikatne łapki. W słońcu pachną miodem...

     Piękny dzień, aż szkoda, kiedy się kończy. To nic, jutro będzie jeszcze lepsze.



sobota, 9 kwietnia 2016

Rzecz o kurach i kurnikach

          Fajnie jest mieć kury i własne jajka, dobrze jest jednak przy tym pamiętać o kilku rzeczach.

          Jedną z nich jest przestrzeń i to zarówno w kurniku, jak i na zewnątrz. W kurniku, bo zimą kury niechętnie wychodzą, a podczas pluchy lepiej ich nie wypuszczać, ponieważ zmokła kura = chora kura.  Czyli powinny tam mieć tyle miejsca, żeby się czuć swobodnie.
          Wybieg zewnętrzny jest nieodzowny, jeśli chcemy mieć szczęśliwe zwierzęta. Potrzebne im słońce, piach, zielenina i owady. Maleńki kawałek gołego placyku nie załatwia sprawy, żeby kura była szczęśliwa musi grzebać i dziobać w czymś innym, niż ziemia skażona jej własnymi odchodami. Na dodatek kury nie mają zębów, więc żeby trawić i rozcierać ziarna połykają codziennie sporo kamyków, takiego żwirku. Lepiej, żeby nie zarażały się wtórnie jakimiś pasożytami.

      Druga: kury są wszystkożerne. Oprócz ziarna potrzebne jest im wysokowartościowe białko i zielenina, tudzież nasiona inne, niż zboże. Na wolnym wybiegu same zdobywają owady, które nie tylko dostarczają im białka, ale również chityny nieodzownej do budowania skorupek. Jeśli wybieg jest niezbyt duży, to zarówno owady lub dżdżownice, jak i zieleninę należy im dostarczać codziennie w dużych ilościach. Niektórzy mają durne pomysły - takim jest zawieszanie gnijącego mięsa, żeby kury jadły wylęgające się tam robaki. Obrzydliwe i trupi jad nikomu nie wyjdzie na zdrowie. Lepiej już założyć hodowlę dżdżownic, zakładając kompost z kurzej ściółki.

       Trzecia: kuraki są zwierzętami haremowymi, czyli jeden kogut ma harem wielu kurek. Jeśli ktoś chce mieć tylko 2-3 kurki na jajka dla własnej rodziny, to lepiej nie mieć koguta. Potrafi on zamęczyć swoimi zalotami te kilka kurek, powyrywać im pióra z grzbietu itp. Kury bez koguta mogą się obejść, najsilniejsza wtedy rządzi innymi. Jajka też znoszą tak samo (a nawet więcej, nie będąc męczone). Na jednego koguta powinno przypadać co najmniej 7 kurek, 5 - jeśli kogut jest leciwy i spokojny.

      Najfajniej jest im, kiedy żyją na wolności. Tyle, że nie zawsze można z powodu drapieżników, psów, ruchliwych dróg i innych przeszkód. Można więc postawić kurnik w sadzie, jak w Bec Hallouin, kury dbają wtedy o zdrowe owoce, wyjadając robaki ze spadów, wygrzebując je z ziemi i nie pozwalając się rozwinąć.
    Można im zrobić wybieg w kształcie tunelu, który można przestawiać i zmieniać.
    Można też wykorzystać ich zdolność do ogałacania  i nawożenia gleby. Wtedy z kurnika mamy dwa wyjścia i dwa wybiegi. Każdy z nich służy przez jeden sezon. W tym czasie kury wygrzebują całe zielsko i użyźniają ziemię. W następnym roku kury przenoszą się na drugi wybieg, a na tym pierwszym sadzi się warzywa. Czyli co roku ogród i wybieg zamieniają się miejscami. Po zbiorze warzyw wysiewa się zboże ozime i cały cykl zaczyna się na nowo. Na rysunku widać też pryzmę kompostową, gdzie składamy resztki z warzywnika i ściółkę z kurnika, a jednocześnie od czasu do czasu wybieramy trochę dżdżownic dla kuraków.
     W kurniku dobrze jest przewidzieć oddzielne miejsce dla wysiadywania kurcząt, tak kwoczki są spokojne, inne kury nie dorzucają im jajek, a świeżo wyklute pisklęta są bezpieczne, bo wstyd powiedzieć - czasem własne ciotki są kanibalami! dotyczy to tylko świeżo wyklutych piskląt.

      U nas jest to zorganizowane nieco inaczej, bo trzeba było przystosować się do warunków. Przy wyjściu z kurnika jest mały wybieg, zaścielony słomą lub/i sianem, ok. 30 m.kw. Z niego jest wyjście na ogromny wybieg, porośnięty drzewami i krzewami - ok. 400 m.kw. Kiedy wyjeżdżamy, moje stadko musi zadowolić się małym wybiegiem, bo jastrzębie, mimo zabezpieczeń (rozciągnięte gęsto sznurki z flarami) potrafią je zaatakować na dużym.

     Jedzenie. Kury jedzą wszelkie ziarna, jedne mniej, inne bardziej chętnie. Najchętniej jedzą pszenicę, ale nie należy dawać jej samej, bo jest zbyt rozgrzewająca i może powodować choroby wątroby. Najlepiej mieszać różne ziarna i rozsypywać po wybiegu. Te, których kury nie zjedzą, wykiełkują, dając im karmę zieloną. Owies powinien być dodawany do każdej porcji, nie więcej jednak, niż 20%. Dobry jest też ostropest - chroni wątrobę. Dobry dodatek słonecznika ze względu na tłuszcz. Moje kury przepadają za gotowanymi ziemniakami i w ogóle gotowanymi warzywami zmieszanymi z osypką. Jeśli dodamy do nich maślanki lub białego sera to otrzymamy pełnowartościową karmę zimową. Można też gotować im strączkowe, zwłaszcza zimą. W ogóle można dawać resztki z obiadu, byle niezbyt słone - zbyt duża dawka soli (np. wędlin) może być letalna. Można dawać resztki mięsa lub ryb. Należy jednak uważać z chlebem i pieczywem w ogóle - może fermentować w żołądku i powodować choroby. Oczywiście trochę okruszków nie zaszkodzi. Moje uwielbiają jabłka, więc wszystkie ogryzki, obierki itp., a także owoce lekko podgniłe do nich idą. Kiedy tylko można, trzeba im dawać zieleninę i to jak najwięcej. Teraz, kiedy wyrywam chwasty i całe płaty darni, to zawożę je do kurnika, na mały wybieg. Kiedy tylko zobaczą mnie z taczką, to biegną z daleka i zażarcie grzebią w tym, co przyniosłam. Fakt, dorzucam im czasem kilka dżdżownic...
      No i oczywiście stały dostęp do czystej wody. Ja myję naczynie do pojenia po kilka razy dziennie, bo brudzą je strasznie! Nawet jeden dzień bez dostatecznej ilości wody może skutkować zatrzymaniem niesienia jajek!
      Przez jakiś czas stosowałam karmnik napełniany raz na kilka dni. Nie zdał egzaminu - wewnątrz kurnika przyciągał szczury i myszy, na zewnątrz wróble i inne ptaki. Kiedy szczur wydusił mi całe gniazdo podrośniętych już kurczaczków, wyrzuciłam to karmidło w kibini mater. Ziarno sypię na ziemię, w kilka kupek, bo inaczej te silne odganiają słabsze.
      No i żwirek, niezbędny kurom do trawienia. Dobrze mieć zapas na zimę i dawać im w oddzielnym naczyniu.

sobota, 26 marca 2016

Budzenie ziemi

     W naszym ogrodzie na ogół nie pracuję w ziemi przed Wielkanocą - no, chyba że jest baaardzo późna. Jakoś tak aura nie sprzyja temu, bo nawet jeśli są chwilowe ocieplenia, to zaraz za nimi przychodzą przymrozki i śniegi. Ziemia jest mokra, senna i niechętna. Nie ma co jej budzić przedwcześnie, niech sobie jeszcze odpoczywa. W naszym regionie wiosna przychodzi późno. W tej chwili wszystko jest jeszcze szarobure obydwa... a nie, to inna bajka...

    Nie znaczy to jednak, że nic nie robimy: odsłaniamy róże, winorośle i inne wrażliwsze krzaki i byliny z zimowych osłon, robimy inspekty, w tym jeden wielki w tunelu, sprzątamy, sadzimy drzewka w dzikim lasku. Z samym sprzątaniem jest sporo roboty.

    Pierre także zerwał darń z niektórych ścieżek w warzywniku i w zamian przykryliśmy je grubą warstwą ściółki. Alejki te były zbyt wąskie, żeby wjechać na nie z kosiarką, wymagały więc koszenia wykaszarką, na dodatek trawa z nich ruszała bez przerwy na podbój grządek, dodając mi pracy. Zostawiliśmy zadarnione większe aleje, bo to ładnie wygląda, a poza tym dzikie trawy wnoszą coś specyficznego do klimatu ogrodu.

     Przy okazji przygotowywania nowego inspektu znaleźliśmy zapomniane główki czosnku, już ze sporymi pędami. Trzeba było je szybko posadzić, ale gdzie? Rozejrzałam się dookoła i mój wybór padł na 3 letni wał, który tak się rozłożył, że stał się właściwie lekko tylko kopulasto wybrzuszoną grządką. No to po narzędzia - grabie i motyczkę. W mig zgrabiłam zaścielające go liście i siano, po prostu na ścieżki po obu stronach. Mało się tego zrobiło, jakby ubyło przez zimę. Ta resztka będzie chronić ścieżki przed wysychaniem, udeptywaniem i porośnięciem chwastami, a przy okazji dostarczać próchnicy, bo przecież korzenie nie ograniczają się do grządek.
     Następnie przedziabałam ziemię motyczką, wyrywając kilka nieśmiałych chwastów. Znowu zagrabiłam. W mniej, niż pół godziny była gotowa grządka szeroka na metr dwadzieścia, a długa na 6 metrów. Ziemia na niej jest pulchna, ciemna i przyjemna. Idealna do sadzenia i siewu. Wyobrażacie sobie, że musiała bym ją najpierw przekopywać? Zeszły by mi ze dwa dni, bo ból w plecach nie pozwoliłby mi skończyć. Jak ja kocham metodę uprawiania bez kopania! Na dodatek grządka jest czyściutka i tak samo ładna i pulchna, jak te kopane. Ma za to jeszcze więcej dobrej próchnicy.

     Szybciutko posadziłam czosnek bez żadnych narzędzi, po prostu robiąc dołki palcami. Niech sobie rośnie. A kiedy ziemia się ogrzeje (trudno powiedzieć, kiedy, bo nocami bywa u nas i -7), to dostanie do towarzystwa marchewkę wczesną (połączenie neutralne), buraki (połączenie korzystne) oraz może selery i fasolkę szparagową. A może posadzę tam truskawki na koniec sezonu?
   

     Na grządkach staram się sadzić jak największą różnorodność roślin, unikając jedynie wyraźnie szkodliwych wzajemnie połączeń. Rośliny są dość zagęszczone, ale nie przesadnie - tak, żeby każda miała miejsce dla korzeni. Liście i łodygi rozwijają się na różnych poziomach, maksymalnie wykorzystując światło słoneczne i jednocześnie zacieniając glebę.



sobota, 12 marca 2016

Dostałam taki list

Dostałam taki list. I co ja mam z tym zrobić? Jak wiecie jestem obsobaczona i okocona do imentu i to przez charakterne zwierzaki. A pięknych jamniczek szkoda... Może ktoś coś?

Droga Pani Krystyno

Jestem czytelniczką Pani bloga. Miałam kiedyś przez kilkanaście lat własny ogród. Marzę, żeby jeszcze kiedyś mieć a na razie podczytuję i poznaję nowe sposoby uprawy.
Wiem, że kocha Pani zwierzęta i ma "szczęśliwą rękę" do adopcji zwierzaków. Dlatego ośmieliłam się prosić o pomoc.
Opiekuję się od miesiąca dwoma pieskami przyjaciela, który jest w szpitalu. Mieszkał sam, złamał rękę. Z tą złamana ręką wyprowadzał psy na spacer i spadł ze schodów. Uderzył się poważnie w głowę i niestety po 6 tygodniach rokowania są mało optymistyczne. Stracił pamięć o ostatnich latach, przestał być samodzielny.
O psy jeszcze nie zapytał. Kochał je najbardziej na świecie a teraz ich nie pamięta.
Jego jedyny syn nie ma warunków, by opiekować się psami, no i musi się teraz zająć ojcem. Jedyne co może zrobić, to oddać je do schroniska. Wtedy może znajdą nowy dom, ale pewnie zostaną rozdzielone. To byłoby bardzo smutne, bo są razem od szczeniaka, straciły już pana a teraz mogą stracić siebie nawzajem. Chciałabym tego uniknąć. Może jest jakaś szansa.
To dwa jamniki szorstkowłose, miniaturowe, z rodowodami ale na wystawach nie bywały. Piesek kastrowany i suczka niekastrowana. Mają po 8,5 roku. Są zdrowe i w świetnej kondycji. Nigdy nie doznały żadnej krzywdy, więc kochają wszystkich ludzi, są bardzo ufne i łagodne dla dzieci.
To psy myśliwskie, ale nigdy nie polowały. Lubią natomiast gonić koty i rozkopywać mysie nory. Mieszkały na stałe w mieście ale często bywały na wsi.
Ja mogę się nimi zająć jeszcze miesiąc, góra dwa ale to wszystko, bo nie jestem u siebie i na więcej nie mam zgody. Mieszkam aktualnie z córką i zięciem, pracuję u nich jako babcia-niania. Jestem z psami na wsi pod Poznaniem.
Może znajdzie się wśród czytelników bloga ktoś, kto je przyjmie i pokocha.

Z góry dziękuję za jakąkolwiek pomoc
Pozdrawiam serdecznie 

sandra2611@o2.pl

P.S. Autorka listu powiadamia, że psiaczki znalazły fajny dom! Dzięki Waszym udostępnieniom!



środa, 9 marca 2016

Jest taki deszcz

      Koniec zimy bywa paskudny i depresyjny. Szaro, mokro, buro. Beznadzieja. Bladzi, wymęczeni ludzie łapią przeziębienia i wędrujące smuteczki. Jednym słowem - ciężkie czasy (jak mawiał ruski sołdat kradnąc zegar z wieży kościelnej).
     A potem nagle przychodzi deszcz. Trudno mi powiedzieć, dlaczego zawsze zaczyna się deszczem, rzęsistym i takim jakimś innym. I nagle wszystko się zmienia, jakby bura ziemia umyła sobie twarz i postanowiła się obudzić. Nagle, po nocy, wszystko pachnie inaczej. Światło robi się perłowe. Niebo zaptasia się bardzo, ciągną klucze rozmaite. domowe sikorki i wróble zaczynają jakoś inaczej popiskiwać. Wśród suchych liści bieleją przebiśniegi. Nawet bura murawa ma jakąś nieśmiałą nutkę zieleni. I to wszystko praktycznie po jednej nocy.
    Otóż u nas właśnie dwa dni temu przeszedł TEN deszcz. A w nas pomału wstępują siły i chęć do pracy, rozmywa się zimowa ospałość. Na razie jeszcze powoli, nieśmiało. Ale już niedługo wybuchnie fajerwerkami energii i wiosennej krzątaniny.
    Rozłożyłam nasiona, planuję siewy. Gdzie ja to wszystko zmieszczę?

    Dziś zrobiliśmy grzejącą grządkę w tunelu, tam, gdzie mamy skrzynię. Wyrzuciliśmy wszystką ziemię, używaną od poprzedniego razu, czyli od 3 lat. Wypełniliśmy skrzynię gnojem ze słomą. Mieszankę wyborową mamy w tym roku, bo trochę od kur, dużo od naszych owiec i sporo krowiego od sąsiada. Obornik owczy grzeje prawie tak samo dobrze, jak koński, krowi rozluźnia wszystko, a kurzy daje kopa azotowego do rozkładu słomy. Warstwa obornika musi mieć co najmniej 40 cm. Dobrze zmoczyliśmy ją wężem i dobrze udeptałam ją centymetr po centymetrze. Na wierzch poszła duża część wydobytej poprzednio ziemi, tak przynajmniej 20 cm. Ziemia ciągle jest żyzna, bo cały czas była ściółkowana. Z satysfakcją zamknęliśmy tunel i pozwoliliśmy grządce pracować. Za kilka dni pójdzie na nią pierwszy rzut rzodkiewek, sałatki i takich tam nowalijek.
   
      Znalazłam nowe miejsce na konstrukcję fasolową, wiecie, tę z wysokiego drąga z kołem od roweru na szczycie. Muszę je jeszcze wyczyścić, ale z tym akurat nie ma pośpiechu.

     Pierre podsypał kompostu na grządkę z ziołami aromatycznymi. Już coś tam powolutku zaczyna wychodzić z ziemi. Odkrywamy powoli róże i zbieramy gałęzie choiny, chroniące niektóre krzewy.

      Samej ziemi jeszcze nie tykamy, jeszcze za wcześnie. Nie będziemy jej wyrywać tak nagle ze snu, niech się budzi w swoim rytmie. Za to za kilka dni odkryję część wałów, żeby się nagrzały, bo na trzyletnich można już wysiewać marchewkę.

      Być może przyjdą jeszcze zimne dni, może nawet pośnieży. Tyle, że przełom już się dokonał. Już żurawie otwierają niebo swoimi głosami, już ziemia łapie oddech. Przyszedł magiczny moment, który co roku mnie zadziwia i zachwyca. Ogłaszam niniejszym koniec zimy!