piątek, 16 lutego 2018

Sentymentalna kaligrafia

            Kiedy poszłam do szkoły na początku dano nam ołówek, a potem przez cztery lata pisaliśmy piórem ze stalówką. Owszem, długopisy już istniały, pióra wieczne również, ale nam nie wolno było ich używać. Lubiłam pisać piórem jak najładniej. Mam jeszcze zeszyt z II klasy z równiutkimi literkami i szlaczkami, w sumie jedyną pamiątkę ze szkoły podstawowej.
            Każdego roku, razem z podręcznikiem, sprzedawano nam zeszyt ćwiczeń. Potem go nie używaliśmy na zajęciach, ale był. Było w tych zeszytach dużo ćwiczeń z ładnego pisania, najpierw pojedynczych literek, potem całych zdań.  Ponieważ bardzo często chorowałam i rodzina trzęsła się nade mną, nie pozwalając wychodzić na dwór przy brzydkiej pogodzie, miałam dużo czasu na nudę.
          Tak, nuda dziecka potrafi być bardzo twórcza i pożyteczna! Ileż to rzeczy nauczyłam się po prostu z nudów! Wiadomo, komputerów nie było, w telewizji tylko jeden program i to po południu, w ogóle niezbyt interesujący dla dziecka, z małymi wyjątkami, jak "Zrób to sam", "Zwierzyniec" czy Dobranocki. Trzeba więc było czymś wypełnić to morze czasu.
          Za zabawkami nigdy nie przepadałam, nie lubiłam udawać, wolałam robić coś naprawdę. Jedynym wyjątkiem było szycie ze szmatek ubiorów i pościeli dla lalek, tyle, że nikt mi nie pokazał, jak to robić, więc wyniki były dość słabe.
          Co innego może robić dziecko, kiedy się nudzi? Przede wszystkim czytać. Pochłanianie książek zostało mi do dziś. A ile wiedzy zdobyłam w ten sposób! Poza tym rysować, lepić z plasteliny czy własnie ćwiczyć kaligrafię.Na szczęście moja pewna niezdarność, z powodu której zawsze byłam słaba w grach zespołowych, nie obejmuje dłoni. Ręce mam sprawne, nawet bardzo. Lata rysowania i dziergania koronek jeszcze je usprawniły.
         Niektóre wymyślane przeze mnie zajęcia były dość specyficzne. Moja matka do dziś mi wypomina, jak założyłam na strychu hodowlę pająków krzyżaków (chciałam je obserwować, opis hodowli znalazłam w jakiejś przyrodniczej książce) albo jak podpaliłam stół przy jakichś doświadczeniach chemicznych.

        Z tamtych czasów został mi wielki sentyment do pisania piórem, do pięknych rękopisów, papieru i tego uczucia skupienia, nieledwie medytacji w trakcie tego zajęcia.  Kilka lat temu w czasie pobytu w Warszawie wpadłam przypadkiem na sklep z przyborami do pisania. Z sentymentu kupiłam drewnianą obsadkę i kilka stalówek. Atrament mamy ciągle w domu - do wiecznych piór. Wprawdzie dość rzadko z nich korzystamy, ale są.
       Przez kilka lat obsadka i stalówki przeleżały zapomniane, aż odnalazłam je niedawno, przy okazji sprzątania. Mniej więcej w tym samym czasie (zbieg okoliczności? - prawdopodobnie nie ma czegoś takiego) wpadłam na artykuł o kaligrafii. Zajrzałam raz. Potem drugi, trzeci i zaczęłam szukać więcej. Wzięło mnie. Pogoda jest taka, że znowu mam sporo czasu na nudę.
        Wyjęłam więc pióro, atrament, papier - zwykły blok w kratkę, otworzyłam w komputerze wzorniki liter. Zamoczyłam pióro w atramencie.... i wsiąkłam. Od kilku dni zapełniam kartki literami, mniej lub bardziej ozdobnymi. Nic to, że z prawdziwą kaligrafią niewiele mają wspólnego, mnie daje przyjemność cyzelowanie liter, próby cieniowanie przy zmianie nacisku. Lubię ten stan skupienia bliski medytacji, lubię zapach atramentu i papieru. Nic to, że wyniki są takie sobie. Nie jest to kaligrafia we właściwym tego słowa znaczeniu, ale ładne, równe pismo, nieco nawet ozdobne. Cieszy i bawi, a jednocześnie człowiek obcuje z jakąś niedzisiejszą elegancją i wyrafinowaniem, kiedy pisanie było sztuką równą innym oraz miało cieszyć oko, umysł i przenosić piękno i harmonię. Jeśli więc ktoś dostanie ode mnie list, to bardzo możliwe, że będzie on pisany piórem ze stalówką.

       Załączam fotografię pięknie wykaligrafowanego tekstu, znalezionego w necie. Na razie moich prac wstydzę się pokazywać....

       

środa, 14 lutego 2018

Bliski kontakt czyli jak bardzo jesteśmy samotni

         Czytam po raz któryś książkę "W głębi kontinuum" Jean Liedloff i tak sobie myślę, że powinna ona być lekturą obowiązkową nie tylko dla przyszłych matek, ale dla wszystkich. Dla tych, którzy jej nie znają: autorka, sama cierpiąca z powodu problemów ze swoją matką, w młodości prowadziła dość awanturnicze życie. W pewnym momencie znalazła się w amazońskiej dżungli, towarzysząc poszukiwaczom diamentów. Miała wtedy okazję mieszkać wśród Indian i uderzyła ją niezwykle pogoda, spokój i poczucie pełni, jaką mieli ci ludzie. Potem wracała tam kilkakrotnie, już jako lekarz i badacz ludzkich zachowań, a także filozof. Nie tylko dorośli są tam szczęśliwi i rozluźnieni, ale też dzieci i to nawet niemowlęta, zachowują się zupełnie inaczej, niż przywykliśmy do tego w "cywilizowanym" świecie. Są pogodne, radosne, samodzielne. Nie ma kryzysu wieku dojrzewania. A matki i inni dorośli nie wiedzą, co to depresja, "baby blues" czy zamartwianie się. Książkę napisała na podstawie swoich obserwacji i porównania sposobu podejścia do wychowania dzieci i ogólnie stosunku do świata.
       Dziecko przez pierwszy rok jest bez przerwy noszone przez matkę lub innego członka rodziny, ale poza tym mama prowadzi normalne życie, robi wszystko wspólnie z innymi. "Poświęcanie się" dla dziecka nie jest w ogóle znane, w sumie dziecko niewiele zmienia w jej życiu. Kiedy samo zaczyna odczuwać potrzebę, aby oddalać się od rodziców i poznawać świat, pozwala mu się na to z pełnym zaufaniem, że samo sobie poradzi. W razie potrzeby matka jest zawsze do jego dyspozycji, ale nie trzęsie się nad nim, nie zabrania i nie "pilnuje" za bardzo. Ufa, że dziecko wie, jak ustrzec się wypadków. No i co ciekawe: wypadki tam prawie się nie zdarzają, mimo, że nie ma żadnych zasad bezpieczeństwa. Ludzie są zaradni, łagodni i bez agresji. Nikt nikogo do niczego nie zmusza, a najwyżej proponuje.

        W dzieciństwie miałam okazję doświadczyć jakby cienia takiego wychowania w kontinuum - w niewielkim domu mieszkały 3 rodziny: dziadkowie, ich córka z mężem i dziećmi oraz syn ze swoją rodziną. Czasem były konflikty, ale żadna młoda matka nie była samotna i przygnieciona problemami z dzieckiem. Nie mówiąc już o tym, że większość ulicy to było rodzeństwo mego Dziadka z potomkami. A także zatrzęsienie ciotek, wujków, kuzynów itp. w całym miasteczku.

       Ja swoje dziecko urodziłam na obczyźnie, zupełnie sama. Maleńkiego wcześniaczka poniżej 2 kg. Na dokładkę przeżyłam po porodzie tragedię, która mnie zupełnie rozłożyła. A córeczka spędziła pierwsze tygodnie w szpitalu. Instynktownie, bo nie znałam wtedy tej książki, uznałam, że potrzebna jest jej moja bliskość. Mieszkaliśmy na dokładkę w górach, gdzie więcej schodów, niż prostych ulic. Z tego względu najpraktyczniejsze było noszenie dziecka przy sobie. Nosiłam więc ją w nosidełku (chusty nie były jeszcze wtedy popularne) albo na rękach, bo tylko wtedy była spokojna. Prowadziliśmy tez nasz normalny tryb życia: wyjazdy, wyjścia itp. Pierwszy dwutysięcznik i pierwszą noc w namiocie mała zaliczyła w wieku 3 miesięcy. A potem też było inaczej, niż zwykle jest przyjęte: uczyłam ją wspinać się, chodzić po krawędziach i pływać, pozwalałam jej decydować, co chce robić (w ramach możliwości). Wyjeżdżaliśmy na wakacje, spaliśmy w samochodzie, gdzie po złożeniu tylnych siedzeń można było rozłożyć materac, albo pod namiotem. Kąpałam małą w lodówce turystycznej albo w strumieniach. No i to maleństwo nabyło żelazną odporność - nigdy nie chorowała, a jeśli już załapała jakiś katar czy grypkę, jak zaczęła chodzić do szkoły (we Francji szkoła zaczyna się w wieku 3 lat), to wystarczyły domowe środki i trochę snu, żeby na drugi dzień była zdrowa.

      Przeczytałam wczoraj straszny artykuł o tym, jak młode matki źle przezywają swoje macierzyństwo, jak cierpią same w domu z wrzeszczącym czymś, czego nie potrafią nawet kochać. Jak zaniedbują się i czują się okropnie zmęczone i samotne, tak, że mają ochotę czasem zabić to dziecko. Czytam o innych, które nie chcą mieć dzieci. I zastanawiam się, jak daleko jeszcze zabrniemy w to bagno. Od obrazu zapuszczonej, nieszczęśliwej, wściekłej i uwięzionej w czterech ścianach kobiety odbija się obraz młodej matki, która przywiązuje dziecko przy piersi czy na plecach i, nie przejmując się nim więcej, robi to, na co ma ochotę w gronie rodziny i przyjaciółek, a dziecko jest przyjmowane z zachwytem i lekkością przez całą społeczność.

      Mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy coraz bardziej samotni, zamknięci i odcięci od naturalnych instynktów. Dlatego coraz bardziej nieszczęśliwi. Gdzie podziała się taka naturalna bliskość, kiedy ludzie mogą liczyć na siebie nawzajem w razie potrzeby, ale bez chęci podporządkowania i manipulowania. Kiedy życie przyjmuje się z prostotą i naturalnością, bez konieczności napinania się, żeby sprostać wydumanym rolom i obrazom rodem z przesłodzonych ilustracji? Kiedy kobieta może przyjść do pracy z dzieckiem na plecach, jak to się dzieje w Afryce i karmić je swobodnie, kiedy ono tego potrzebuje? Dzieci, których potrzeba bliskości i bezpiecznego oglądania zmieniającego się świata z ramion matki, nie została zaspokojona, całe życie będzą szukać dopieszczania. Człowiek, którego potrzeby są niezaspakajane w imię jakichś wymyślonych teorii, a sen, jedzenie i aktywność regulowana przez innych, nigdy nie zaakceptuje siebie i nie nauczy się akceptować innych. Dziecko, zamknięte w przegrzanym domu, jak więzień ze sfrustrowaną, cierpiącą matką, nigdy nie nauczy się prawidłowych kontaktów z innymi i własnej autonomii. chociaż nie, może się tego nauczyć, ale z wielkim trudem.
         Jeśli Indianka jest zmęczona zajmowaniem się dzieckiem, zaraz są dziesiątki ramion, chętnych, żeby je przyjąć i jej ulżyć. Nawet malutkie dziewczynki, zamiast piastować martwe lalki, piastują niemowlęta. Tyle, ile chcą i mogą. I wszystko dzieje się dobrze, bezpiecznie i spokojnie.

       W tej chwili wszyscy potrzebujemy wzajemnej bliskości, swobodnego zrozumienia i dzielenia się, a nie dobrych rad. Mam nadzieję, że nowa osada, gdzie już wiosną osiedlą się rodziny z dziećmi, będzie zbliżać się pomału do tego rodzaju życia, lekkiego i dobrego. Czego nam wszystkim życzę.


sobota, 10 lutego 2018

Zwierzęta się uczą!

          Pamiętacie jeszcze trzy kurze sierotki (matkę i resztę rodzeństwa coś zżarło nocą), które najpierw wyszukiwałam przez cały dzień w dżungli naszego ogrodu, a potem wychowywałam w skrzynce w piekarniku (bo tylko tam było ciepło tak, jak trzeba, mieliśmy okropnie zimną wiosnę). Skonstruowałam im krytą siatką zagródkę i wynosiłam, kiedy tylko temperatura pozwalała.                        Wychowały się wszystkie trzy, ale jedną kurkę porwał jastrząb. Została parka. Kurka jest brązowa i ciągle bardzo oswojona. Przy tym niespotykanie sprytna. Nie wystarcza jej wybieg, znalazła sposób, żeby codziennie z niego się wymykać i hajda po całej posesji. Po pewnym czasie dołączyła do niej kurka dropiata, a potem inne.
       Obcinanie lotek nie pomogło, dopiero niedawno zaobserwowałam, jak to robi. A robi w kilka etapów: pierwszy etap do daszek, pod którym stoją miski. Drugi - gałąź dzikiego wina rozpięta wzdłuż muru. Etap trzeci - skok na szczyt siatki. No i wolność. Inne kury wyraźnie ją naśladują. Ucieczki stały się tradycją, bardzo niebezpieczną dla uciekinierek, bo zima lisy przychodzą aż do sadu. Dzisiaj więc daszek został przestawiony, dzikie wino przycięte. Zobaczymy, co teraz wymyślą.

    Rude kocię, które jeszcze niedawno mieściło mi się na dłoni, wyrosło niesamowicie. Niedługo dogoni Marszałka P., który jest dużym kotem. A Karmelek ma dopiero około 5 miesięcy! Co to będzie za olbrzym, kiedy dorośnie?  Apetyt ma niesamowity, ciągle by tylko jadł. Mam wrażenie, że przez cały dzień kilkanaście razy muszę mu dawać jeść, a potem zaraz wypuszczać na dwór. Bo on też się nauczył od Marszałka załatwiać się na dworze. No i jest tam tak ciekawie, mimo, że zimno! Pobiega, powspina się na drzewa, pogoni kury i ptaszki z karmnika i wraca, miaucząc rozpaczliwie, że głodny. Naje się i znów to samo. Na szczęście czasem śpi, bo musiała bym czuwać cały czas przy drzwiach. Na szczęście też nie odchodzi daleko, otoczenie naszego domu i ogród mu wystarczają. Na trzecie szczęście przychodzi na wołanie i gwizdanie, jak pies. Tego też nauczył się od Marszałka.

       Zauważyłam, że moje kociabambry, i to wszystkie, jakie z nami mieszkały, nie bardzo interesują się zabawkami. Ot, czasem na odczepnego, ale tylko dlatego, żeby nam sprawić przyjemność. No i chyba wiem, dlaczego. One mają dużo bodźców i zabawek naturalnych, więc te sztuczne wydają im się mało interesujące. Podobnie jak mnie, kiedy byłam dzieckiem. Zabawkami bawiłam się dopiero, kiedy nuda mi dokuczyła i nie miałam nic innego do roboty.
       Nasze kotorki, zamiast wyżywać się na drapaku, mają najróżniejsze prawdziwe drzewa, drabiny, słupki i daszki. Pogonić taką kurę albo gromadkę wróbli, jest ciekawsze, niż uganiać się za sztuczną myszą. Za prawdziwymi się uganiać, o, to jest to! Karmelek niedawno przyniósł mi pierwszą upolowaną myszkę. No cóż, takie są prawa natury.
        Nawet specjalnie kupiona piłeczka nie jest interesująca, ale kraść orzechy z miseczki i roznosić je po całym domu, to tak. Olewają wędkę z maskotką, a bawią się kawałkiem papieru, jak szalone! Koty niewychodzące lubią zabawki z nudów, bo co jest do odkrywania w dobrze znanym mieszkaniu?
      Niedługo rudasek zostanie odjajczony, żeby nie poszedł gdzieś na kotki i nie był ranny lub nie zginął. Marszałek P. tak ma i już od lat trzyma się domu, zrobi rundkę wkoło stawu, po łąkach i wraca. O właśnie, obydwa kociabambry niezbyt boją się wody. Karmelek nawet brodzi sobie w niej do pół łapek. Mam tylko nadzieję, że latem nie będzie pływał w pogoni za kijankami, bo u niego wszystko możliwe.

       Luna i Tiki starzeją się coraz bardziej. Luna bardzo cierpi z powodu dysplazji bioder i żadne kuracje nie umieją tego zatrzymać. Miała nawet kurację kwasem hialuronowym, okropnie kosztowną, która niewiele dała. Sterydów trochę się boimy, bo ostatnio pojawiły się jakieś podejrzane guzki na listwie mlecznej, a operacja, przy jej słabym serduchu i w jej wieku (10 lat) jest problematyczna. W tej chwili jest pod obserwacją. Większość czasu spędza śpiąc w moim pokoju, mimo że w kuchni ma wypasiony materac. Tiki zajmuje się nią z wielkim oddaniem: myje oczy i uszy, przytula, wygrzewa swoją osobą chore biodra. Podaję jej regularnie specjalny syrop, ale czasami trzeba robić w tym przerwę. Na szczęście znosi to bardzo dobrze, nawet czasem towarzyszy mi w ogrodzie.
        Pomału dociera do mnie, że być może niedługo trzeba będzie się rozstać z moim Białym Aniołem, ale jeszcze nie teraz. Tak anielsko dobrego i oddanego psa jeszcze nie widziałam, a widziałam ich naprawdę dużo. Nawet teraz, kiedy Tiki-zazdrośnik próbuje przeganiać koty z mego pokoju, potrafi go spacyfikować. Gości też ciągle uwielbia i przychodzi się miziać, ale już nie bierze ich za rękę i nie oprowadza po ogrodzie. Bo wcześniej tak robiła.

       Owce-matuzalemy mają się dobrze. Jedna delikatnie kuleje, ale nie widać żadnych obrażeń. Może zwykłe dolegliwości podeszłego wieku? One też się wiele nauczyły. Jak sobie przypomnę, jaka corrida była z nimi na początku, a jak jest teraz, kiedy chodzą za mną jak pieski i reagują na komendy, to nie chce mi się wierzyć. Mimo, że jest zima i nie ma trawy, to codziennie wypuszczamy je do sadu i lasku nad stawem. Odkąd zrozumiałam, że zwierzęta też mogą się nudzić, jakoś nie mam serca trzymać ich na okrągło w obórce. No, chyba że jest bardzo brzydka pogoda i dużo śniegu.

     Tak sobie żyjemy razem, ucząc się od siebie i obdarzając uczuciem. Trudno mi wyobrazić życie bez zwierząt w najbliższym otoczeniu. A one chyba też są zadowolone, bo okazują mi tyle uczucia i zaufania....

czwartek, 1 lutego 2018

Pod znakiem Wodnika

         Wprawdzie astronomiczny znak Wodnika przypisany jest do żywiołu powietrza, niemniej przedstawia rzeczonego wodnika lejącego szczodrze wodę z dzbana. Mnie kojarzy się z wilgocią i opadami. Jeśli to prawda, że mamy Erę Wodnika, to u nas króluje ona od roku. Lato było wyjątkowo mokre, podobnie jesień. Krótki zimowy epizod nie pozwolił nawet się sobą nacieszyć, kiedy minął. Obecnie pogoda jest typowo przedwiosenna - mokra.

         Żywioł wody przenika wszystko, Powietrze i Ziemię. Łąki aż po horyzont stały się jeziorami, z których sterczą smętne wierzby. Na podwórzu woda spod butów tryska fontannami. Znowu jesteśmy uwięzieni z powodu drogi zepsutej przez elektrykę. Poprowadzili nią kabel linii wysokiego napięcia. Rozkopali tuż przed Godami, zasypali byle jak i z dziurami za kolana. Po mojej interwencji nawieźli żwiru i dopóki trzymał mróz, to droga była nawet przejezdna. Teraz glina rozmiękła i ze smakowitym plaśnięciem wchłania buty aż do kolan. Nic to, jest co jeść dzięki dobrym ludziom, co mnie na zakupy zawieźli, jest czym palić. W domu ciepło, sucho i bezpiecznie. Koty robią mi okłady z kota, a psy chrapią na podłodze. Otulam się tymi mgłami, tą wodą przenikającą wszystko, jak szarym, ciepłym kokonem i hibernuję. Wyszywam, czytam, odpoczywam. Mąż codziennie chodzi na bardzo długie spacery, z których przynosi a to chleb z miejscowego sklepiku, a to plecak ziemniaków od sąsiada. Ćwiczy, bo ma ochotę wyjechać na pieszą wyprawę w jakieś egzotyczne strony. 78 lat za kilka dni, a jemu nic nie robi spacer po 15 km. dziennie, po deszczu i błocie. Zazdroszczę pozytywnie.

       Ale już gdzieś na brzegu świadomości pojawia się delikatne drżenie, już zaczynam myśleć o nasionach i sadzonkach. A tu prześladuje mnie ulubiony sklep z nasionami pomidorów, prezentując nowości. A kysz! Mam dość nasion, zebranych u siebie! Ale kusi spróbować jeszcze czegoś nowego...

      Zastanawiam się nad wysianiem selera, czy warto? Mogę spokojnie kupić gotowe flance wiosną, sympatyczne panie ogrodniczki tez muszą z czegoś żyć. Za to na pewno wysieję papryki. Już kilkakrotnie sprawdziłam, że te moje, mimo, że mizerniejsze od kupnych, są zdrowsze i o wiele lepiej rosną. W tym roku zrobiłam grillowaną paprykę z czosnkiem i ziołami w oliwie. Jest przepyszna! Podobnie jak inne przetwory, które teraz wyciągamy i powoli zjadamy.

     A ja już planuję, gdzie posadzę różne smakowitości w tym roku. Mam ochotę zainstalować wieże ziemniaczane poza warzywnikiem. Może stonka ich tak szybko nie znajdzie? Ciekawe, jakie będzie lato pod względem temperatury i opadów.

      W temacie przygotowań do lata: znalazłam hamaki z moskitierą. Akurat coś dla nas! Często nie można korzystać ze sjesty w ogrodzie z powodu komarów (wiadomo: bagna biebrzańskie!), a bardzo lubię. Albo leżeć wieczorem pod gwiaździstym niebem i czekać na spadającą gwiazdę... Wszystkie ludzkie krzątaniny i kłopoty wydają się takie maleńkie z perspektywy gwiazd...

      Przed nami na horyzoncie jeszcze znak Ryb, ten to już na pewno należy do trygonu Wody. Czyli będzie jeszcze bardziej mokro. Zamieniamy się w stworzenia wodne, rosną nam skrzela i ogony. Ratuje nas Ogień w domowym piecu i ciepło przyjaciół, którzy o nas pamiętają. Jednak zima i przedwiośnie to czas wielkiej samotności, czas wchodzenia w siebie i uczenia się. Wiecie czego mi brakuje w moim przytulnym kokonie? Tych bajęd i gadek, które słyszałam będąc dzieckiem. O tej porze rodzina i znajomi często schodzili się wieczorami i rozmawiali, opowiadali. W naszej rodzinie było sporo talentów bajarzy, więc słuchanie było zajmujące. Brakuje mi tego. Między słowem żywym a pisanym jest jednak różnica. Może kiedyś wróci? Bo dobre to było.

niedziela, 7 stycznia 2018

Wały, przekładańce i spółka

          Wiele razy już pisałam, jak zakładać wały permakulturowe, grządki-przekładańce i inne "lasagne". Można też znaleźć na ten temat sporo materiałów. Co jednak dzieje się z tymi wałami w następnych latach?
          Materiał organiczny rozkłada się dość szybko, tym szybciej, im lepsza i bardziej żywa jest gleba. Wystarczy, aby zapewnić odpowiednią wilgotność w przypadku suszy. W zeszłym roku, bardzo wilgotnym, nowo założone wały zmniejszyły się prawie o 2/3. Tak, wały osiadają w miarę powstawania humusu i to jest naturalne i prawidłowe. Po 2-3 latach mamy zwyczajną, nieco wzniesioną grządkę bardzo dobrej ziemi. Najdłużej pozostają te zbudowane na zasadzie hugla, z dużą ilością pniaków i drewna w środku. To, że wały osiadają, jest normalne i pożądane, świadczy o tym, że zyskujemy dobrą ziemię.
        Jednocześnie przerastają je chwasty lub pożyteczne rośliny, ale niepożądane w tym miejscu. U nas w tym roku połowę warzywnika zarosła mięta. Bardzo smaczna i pożyteczna, tyle, że nie dawała rosnąć innym warzywom. Gdzie indziej przebija perz lub mniszek, sałata kompasowa albo jeszcze coś innego. Dobra ziemia przyciąga wszelkie życie. Trzeba wtedy wyeksmitować nieco uciążliwych gości, czyli złapać za widły szerokozębne czy inną "grelinette" i co nieco pokopać. I to dość dokładnie, żeby pousuwać korzenie. I nie, nie piszę herezji przeciw niekopaniu. Ziemi i jej układowi nie zagraża takie drapanie po wierzchu, czyli spokojnie możemy przekopywać gleby ciężkie na ok.10 cm., a lekkie ( a rozłożone wały to zwykle lekka próchnica) nawet do 20. Oczywiście nie należy robić tego systematycznie i bez potrzeby. Tyle, że czasem jest potrzebne, bo dzikich roślin z rozłożystymi kłączami lub korzeniami jest sporo. I rosną piorunem, nawet zimą (zwłaszcza taką łagodną, jak teraz). Także użycie wspomnianych przeze mnie narzędzi mniej zaburza strukturę ziemi, niż orka.
        Państwo Bourgignon twierdzą, że na polach orka konna, czyli "drapanie po wierzchu" nie jest szkodliwa dla gleby, bardzo szkodliwe jest dopiero użycie ciężkiego sprzętu ubijającego podglebie i orka głęboka. A to przecież naprawdę wielcy specjaliści od mikrobiologii gleby i upraw naturalnych. Czyli jak się musi, to można, byle z wolna i z ostrożna.

       Taka grządka, powstała po wałach, zwłaszcza, jeśli jest ściółkowana, utrzymuje żyzność przez wiele lat. Jednak czasem trzeba jej pomóc, użyźnić jeszcze bardziej. Wtedy mamy dwa wyjścia: albo podsypujemy kompost, albo robimy nowy wał czy przekładaniec w tym miejscu. Tylko że szkoda byłoby przykrywać taką dobrą próchnicę. Najlepiej wtedy jest odgarnąć ją na bok łopatą i następnie użyć do przykrycia nowego wału.

      Jeszcze jedno zastosowanie dobrej ziemi: jest ona pełna pożytecznych mikroorganizmów i może być używana tak samo, jak zakwas. Kiedy zakładamy nowe wały czy grządki na nieużytkach, wykopmy w nich dołek i włóżmy pieczołowicie kilka garści dobrej ziemi. Potem przykryjmy ją lekko i podlejmy, a nasza nowa grządka zatętni niewidzialnym życiem o wiele szybciej.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Tajemnicze święta przodków

         Od kilku lat czytam, co tylko uda mi się znaleźć, o świętowaniu zimowym (i nie tylko) w tradycji naszych przodków, Słowian i ogólnie tradycji przedchrześcijańskich w Europie, bo wszystkie one wyrastają z jednego pnia. No i miałam niezły galimatias, bo w końcu Staniesłońca czy Szczodre Gody czy Narodzenie Swarożyca? Wiele różnych, często powtarzających się, a czasami sprzecznych tradycji i zwyczajów. Niesłychane bogactwo i różnorodność. Jak więc w końcu to wyglądało?

      Od tego nadmiaru może rozboleć głowa i człowiek może się w tym pogubić. Nie do zmieszczenia w jednym dniu. No własnie! Źródła wspominają przecież, że świętowanie trwało wiele dni. Przyjmuje się często, że te dni były podobne do siebie, tymczasem bardziej logicznym jest przyjęcie, że był to ciąg rozmaitych misteriów, następujących po sobie wydarzeń, powiązanych z tym, co działo się na niebie i w duszy ludzkiej.
     Takie cykliczne, wielodniowe misteria, znane też były Egipcjanom. Obecnie w podobny sposób chrześcijanie obchodzą Wielkanoc - zaczynając od Ostatniej Wieczerzy, a kończąc zmartwychwstaniem i drogą do Emaus.
     Takie przejście od mroku, zwątpienia, walki i zadumy, do zwycięstwa światła i życia, wydaje się być ponadczasowe.

     Spróbowałam więc ułożyć to, co wiemy o świętowaniu zimowego przesilenia w jeden logiczny ciąg. To tylko moja próba rekonstrukcji, ma na pewno swoje niedociągnięcia, ale przynajmniej wydaje się najbardziej logiczna.

      Zaczynało się tuż przed przesileniem, kiedy słońce jest najniżej nad horyzontem, traci siły w walce z ciemnością i kto wie, czy nie zginie na zawsze? Doświadczenie podpowiada, że zwycięży, ale czy także tym razem? Może ciemności zaleją ziemię i wiosna nie przyjdzie? Tak więc zaczynał się czas Stania Słońca, kiedy ważyły się losy jego i wszystkich ludzi. W tym czasie trzeba było pomóc Słońcu w jego walce, ludzie więc palili nocami ogniska i ognie, aby oświetlić ziemię. W tym czasie też panowanie nad Ziemią obejmował Weles i duchy przodków. Weles był także bogiem urodzaju, bo ziarno kiełkuje w ciemności, w ciemności też poczyna się nowe życie. Trzeba go było godnie przyjąć, podobnie jak Przodków - stąd przybrany snop w izbie, czyli Broda Welesa i puste nakrycia przy stole. Możliwe, że były specjalne potrawy, które należało wtedy spożywać, możliwe też, że mięso było obłożone tabu w tym czasie. Niezwykle silna tradycja bezmięsnej Wigilii wydaje się o tym świadczyć, jest ona nieobecna w innych krajach europejskich. Przodków i Welesa należało nakarmić makiem, miodem, kapustą, grzybami - potrawami przypisanymi zmarłym, często magicznymi. Było to też czas robienia porządków, nie tylko zewnętrznych, ale też wewnętrznych. Jak to się odbywało? Tu znowu łamanie się opłatkiem, czyli podpłomykiem daje pewne wyobrażenie: należało zapomnieć spory i waśnie, dobrze życzyć innym i samym sobie.  Wtedy też dokonywano obrzędowego oczyszczenia ciała w łaźni czyli bani.
      Dobrze pasują do tego czasu tańce z ogniem i z mieczami, w celu pomocy Siłom Światła i uczestniczenia w ich walce. Możliwe też, że to własnie wtedy odwiedzał ludzi Turoń (czyli Weles) razem ze swoim orszakiem.


      Wreszcie kiedy wydłużenie się dnia było już zauważalne - możliwe, że właśnie w okolicach obecnego 25 grudnia (wtedy liczono czas inaczej) następował wybuch radości. Po pewnej powadze, napięciu i niepewności czasu Stania Słońca świętowano zwycięstwo i narodzenie (albo odrodzenie) Słonecznego Boga. Domy strojono zielenią, wirowały kolorowe "światy" i łańcuchy, ludzie cieszyli się z tego, że jeszcze raz życie zwyciężyło i że nadejdzie wiosna. Ugoszczeni Przodkowie i podziemni bogowie wracali do swoich siedzib, a światu zaczynał królować słoneczny, radosny Swarożyc. Kończyły się wczesnozimowe lęki i apatia. Ludzie ucztowali tym razem pożywieniem żywych, prawdopodobnie dodając mięso i inne łakocie, okrągłe placki, piwo...
       Kolędnicy kolędowali nadal, ale tym razem z jasną Gwiazdą. Zaczynały się uciechy i zabawy, obdarowywanie się wzajemne i wizyty. Napięcie i niepewność ustępowały wybuchowi radości i nadziei.
         Takiej też nadziei i radości życzę wszystkim. Jeszcze raz udało się przeżyć! Przejść przez ciemne, trudne dni, przez naszą Dolinę Mroku i wyjść na światło, ku nowemu życiu. Siły Światła. Lios Alfar, zwyciężyły i tym razem!
     

piątek, 15 grudnia 2017

Dobrzy ludzie, czyli przyjaciół poznaje się w biedzie

         Od kilku tygodni chodziłam jak struta, bo odczułam własną małość wobec "prawa". Jednocześnie dane mi było niezwykle odczuć ludzką dobroć. Dlaczego? Może zacznę od początku.

         Nasza posiadłość jest taką jakby wyspą wśród grząskich, podmokłych bagien. Dojeżdża się do niej, od lokalnej szosy, około 300 metrów taką groblą-aleją. Szosa jest dobra, ale bardzo lokalna tzn. nie jeżdżą tu ani autobusy ani ciężarówki poza tymi z pobliskiego tartaku. Do najbliższego autobusu mam półtora kilometra, a i to nie wiem, czy jeszcze kursuje. W sumie jedynym łącznikiem ze światem jest nasze małe, zielone Pyzio.

       Nad naszym ogrodem przechodzą dwie linie elektryczne. Jedna, z południa na północ, doprowadza prąd do naszego domu.
Druga, za wschodu na zachód, to linia wysokiego napięcia (a raczej średniego). Może niektórzy pamiętają, jak zimą zeszłego roku weszli do nas bez uprzedzenia i pozwolenia pracownicy z energetyki i zrobili masakrę wśród drzew k krzewów. O tę właśnie linię chodzi. jej przebudowa była planowana od kilku lat, odwiedził nas projektant i była mowa tylko o wymianie i przestawianiu słupów. Zgodziłam się na to, bo widać gołym okiem, że słupy na grząskim terenie się pokrzywiły. Teraz nareszcie zaczęto prace, ale wszystko się zmieniło. Okazuje się, że ostatni słup będzie stał przy naszej siatce od wschodu, akurat tuż obok naszej drogi dojazdowej, a następnie prąd będzie poprowadzony podziemnym kablem do szosy. I gdzie będą kopać? Oczywiście całą, calutką naszą drogę prywatną, tę groblę, jedyną, która łączy nas ze światem. Mając po obu stronach łąki... Ale okazało się, że łąki są prywatne, a droga, chociaż też prywatna, to można mnie wywłaszczyć, jeśli się nie zgodzę na rozkopy. Nikt nie zdaje sobie sprawy, ile trudu i pieniędzy kosztowało nas zbudowanie tej drogi! W dużej części własnymi rękami. Zwoziliśmy, skąd się dało, kamienie i gruz. Wykładaliśmy je w błotniste koleiny. Tony i tony kamieni i gruzu własnoręcznie zebrane. Potem Pierre ubijał je żelaznym ubijakiem. Na koniec nawieźliśmy kilka ciężarówek żwiru. Też sami je rozwieźliśmy i rozsypaliśmy. Ile ja się naganiałam z taczkami! Mój kręgosłup dziś mi to wypomina. Potem co 2 lata trzeba było uzupełniać i wyrównywać powstające wyboje.

        Teraz chcą nam to wszystko rozkopać. Próbowałam interweniować, rozmawiać. Nikt nie chciał mi podać nawet nazwy przedsiębiorstwa, które te roboty prowadzi, w końcu zagrożono mi wywłaszczeniem przymusowym, jeśli się nie zgodzę. No to zgodziłam się, przymuszona. Ale to odchorowałam.
       Niby powinnam cieszyć się, że druty nie będą już przechodzić nad naszym ogrodem, że można będzie pozwolić laskowi rozrosnąć się na nowo i załatać tę przesiekę, którą napływa zimny północno-zachodni wiatr i niszczy pracowicie pielęgnowany mikroklimat w ogrodzie. W tym roku przymrozek, napływający własnie tą przesieką, zniszczył mi w połowie maja i na początku czerwca sporo warzyw. Wcześniej, dzięki zwartej zaporze krzaków i młodych drzewek, to już od dawna się nie zdarzało.

        Dzisiaj znienacka zaczęli roboty bardzo wcześnie rano. No i zostaliśmy uwięzieni, chociaż planowaliśmy wyprowadzić samochód i zostawić u sąsiadów, to nie zdążyliśmy. Niby nic - jeść mamy co, opał mamy, a do wiejskiego sklepiku można pójść piechotą. Tyle, że rozchorował się nasz nowy członek załogi, czyli mały, rudy kociak Karmelek. Wczoraj po południu zauważyłam, że nie zjadł swego śniadania. Zadziwiające, bo to wielki łakomczuch. zachowywał się normalnie, bawił się, trochę rozrabiał, więc się nie niepokoiłam. Mógł w końcu podkraść coś z psiej miski. Ale kiedy wieczorem nie chciał nawet ulubionych przysmaczków, a miska na wodę też nie była ruszona, postanowiliśmy rano zawieźć go do weterynarza. No i klops, okazało się, że jesteśmy uwięzieni. Obiecali, że do południa skończą ten kawałek, zasypią i będzie można wyjechać. Czekaliśmy więc, a w międzyczasie dałam notkę na fejsie, wiedząc, że wśród znajomych mam doświadczone kociary, które mogą coś doradzić. Wolałam nie prosić sąsiadów, bo jeśli ktoś zna wiejskie realia, to wie, że gdyby to mąż był chory, albo ja, to by podwieźli, chociaż to duży kłopot i koszt (do miasta jest 25 km). Koszty byśmy oczywiście zwrócili, ale i tak dla kota nikt nie zgodził by się jechać.

      Niektóre osoby dawały dobre rady, inne rugały mnie, że jestem "madka", bo powinnam była przewidzieć, że będą rozkopywać (no, niby jasnowidzem jestem) i wyjechać o 6 rano autobusem z sąsiedniej wsi. Tyle, że mi bardzo trudno jest chodzić, jeszcze z kotem w transporterku. A w mieście tez trzeba by kilka kilometrów maszerować, bo lecznica jest na peryferiach. Ale też znaleźli się ludzie z ogromnym sercem, którzy już nam kiedyś bardzo pomogli. To Alina z Zamkowiska i jej partner. Wsiedli do samochodu i po prostu przyjechali, żeby nam pomóc. Wyszłam tylko do szosy. Kotek dostał zastrzyki i wróciliśmy do domu. Trochę mnie martwi bardzo pobieżne obejrzenie kociaka prze weterynarza, bo on dalej nie je. Możliwe, że to jakieś kłaczki w żołądku, ale na nie też nic nie dostał, chociaż prosiłam. Na razie wypił odrobinę mleka bez laktozy, przynajmniej tyle.

        Także w tym najgorszym czasie walki o drogę podtrzymała mnie ludzka dobroć. Niespodziewanie na Mikołaja otrzymaliśmy paczkę od sierpniowych kursantów, a w niej same dobroci: własnoręcznie tłoczone oleje, własne przetwory, przepiękne mikołajki i aniołki, a każdy inny i łapacz snów, który od razu powiesiłam nad łóżkiem, bo akurat męczyły mnie koszmary. Aż się głupio poczułam, bo niczym nie zasłużyłam sobie na tyle dobroci.
       Innym dobrym człowiekiem jest Daniela i Jan z Chaty z Secondhanda. Daniela, bo kiedy znalazła na ulicy w mroźny poranek trzy płaczące kocie sieroty, to zaopiekowała się nimi, zabrała do weta i znalazła im domy (tak nasz Karmelek wylądował u nas), a teraz też zaproponowali podwózkę do weterynarza.
      Tak grzeję się w cieple Waszej dobroci i to mnie ratuje przed zwątpieniem i wpadnięciem w czarną dziurę. Dzięki wielkie Wszystkim, którzy mają serce.

piątek, 8 grudnia 2017

Przyczynek do poprzedniego posta

           Często tak się składa, że kiedy wymyślę jakiś temat, to znajdują nagle i niespodziewanie materiały na ten sam temat. Czasami przed, czasami po napisaniu tego, co myślę.
            Tak jest i tym razem, znalazłam wywód, że czeka nas ogólny kryzys żywnościowy w następnych latach, że żywność zdrożeje w niespotykany sposób. Niespotykany? chyba w ciągu ostatnich dziesięcioleci, kiedy niskie ceny żywności utrzymywane są sztucznie przez państwa.
           Jeśli ktoś chce poczytać, to tu jest link: https://igimag.pl/2017/12/maslo-tylko-preludium-czy-czeka-nas-globalny-kryzys-zywnosciowy/

           Jakoś nie przeraża mnie ten kryzys. Może dlatego, że wiele już widziałam. Widziałam czasy, kiedy działki i ogrody służyły głównie do hodowania żywności. No to może to wróci - zamiast jałowych trawniczków i iglaków pojawią się wesołe warzywniki.
           Zdrożeje głównie mięso? I tak jadamy go za dużo. Nasza córka jest wegetarianką z przechyłem na weganizm i ma się bardzo dobrze.
          No i najważniejsze: warzywnik robi swoje! Można będzie zająć się nim jeszcze pieczołowiciej i żadne ceny żywności nam nie straszne!

           Czyli: zakładajmy warzywniki i sady! Najlepiej naturalne, bo to i zdrowiej i taniej i piękniej!

wtorek, 5 grudnia 2017

Ogród - dochód czy wydatek?

          Często odwiedzający mówią: "O! Taki piękny ogród! Ile on musiał was kosztować!" Widzą oni ogród głównie jako wydatek, zakupy, podlewanie.
          Inni mówią: "Mieć ogród to tak, jak mieć maszynkę do produkowania pieniędzy!"

         Jaka jest więc prawda? U nas pośrodku. Fakt, ogród trochę nas kosztował, zwłaszcza na początku. Kosztuje i teraz, niewielką sumę co roku na nasiona i nieco większą na wodę do podlewania, jeśli lato jest suche. Przynosi jednak o wiele większy zysk.

        Na początku trzeba trochę wydać: narzędzia, młode drzewka i krzewy, byliny. Czasem potrzebny jest na początku zakup obornika. Namiot foliowy, deski na skrzynie (jeśli ktoś je robi). No i woda. Wszystkie te wydatki można jednak zminimalizować.
       Narzędzia - tu lepiej nie oszczędzać, nie kupować takich, które wygną się i połamią po jednym sezonie. Dobre narzędzia to inwestycja na lata, warto więc mieć mniej, za to z najwyższej półki i posługiwać się nimi do końca życia. Podstawowy zestaw: taczka, widły szerokozębne, szpadel, sekator, piła, grabie i ewentualnie "croc" czyli te zagięte grabie oraz widły, to wydatek rzędu kilkuset złotych, czasem ponad tysiąc. Potem dochodzą jeszcze specyficzne i dość drogie maszyny: kosiarka - nie tylko do strzyżenia trawy, ale też do mielenia słomy, liści i innych resztek na przyjemny mulcz, piła mechaniczna (jeśli ktoś ma dużo drewna do cięcia), rozdrabniacz. Ale bez tych ostatnich (może z wyjątkiem kosiarki) można się obejść. No i można je dokupywać później, w miarę możliwości.

      Woda - tu można zminimalizować wydatki prawie do 0 zbierając deszczówkę lub mając własną studnię. U nas deszczówka zasila głównie oczko wodne, resztę zbieramy do niezbyt wielkich, bo 100 litrowych, pojemników. Wystarczy na małe podlewanie. Tylko że my mamy już swoje lata i po prostu nie chce się nam prowadzić dużych prac, tym bardziej, że zwykle podlewam niewiele, głównie pod folią i przy sadzeniu. W tym roku praktycznie prawie nie podlewałam. Mamy też studnię i przez kilka lat ciągnęliśmy z niej wodę. W końcu mała pompka, która nam do tego służyła, oddała ducha. Tak więc, idąc na łatwiznę, korzystamy z wody z wodociągu, bo już nie mam siły, żeby nosić ją konewkami do odległego Nowego Warzywnika. Kiedyś tak robiłam, ale teraz to już za dużo by było, nie dam rady. Tyle, że my zużywamy naprawdę niewiele wody, za wyjątkiem niezwykłej suszy.

       Rośliny - ograbiłam ogrody rodziny i znajomych z różnych sadzonek. To naprawdę doskonałe źródło i ludzie chętnie się dzielą. Wiele krzewów mam z własnoręcznie zrobionych sadzonek, bylin - z jednorazowego siewu. Sporo ciekawych roślin przyniosły nam rajdy na wysypiska (szczególnie te, gdzie ludzie wyrzucają resztki z działek) i ze zrujnowanych siedlisk. Jeśli idzie o warzywa, to większość nasion kupuję co roku, z różnych źródeł. Ale to niewielki wydatek. Niektóre nasiona mam swoje, inne próby zakończyły się malowniczym fiaskiem. Pisałam już o tym, jak marchew skrzyżowała mi się z dziką marchwią, której u nas rośnie bardzo dużo i dała mi nikłe, twarde korzonki. Podobnie dynie. Wprawdzie nie ma dzikich dyń, ale ponieważ hoduję rozmaite gatunki dyniowatych (dynie, ogórki, cukinie itp.), to pokrzyżowały się między sobą. Niby wiem, jak otrzymać nasiona "czystej rasy", ale to dużo zachodu. Wolę kupić - przecież zawodowi ogrodnicy też muszą jeść... Ale np. hoduję własne nasiona pietruszki, pasternaku, pomidorów. Inne rośliny wysiewają się same od lat, wystarczy kilku egzemplarzom pozwolić wydać nasiona. Są to: sałata, rumianek, szpinak nowozelandzki, ogórecznik, słonecznik, koper i sporo innych "niespodzianek". Nie mówiąc już o bylinach i ziołach. Z niektórymi muszę wręcz walczyć, jak ostatnio z nie-poczciwą miętą, która wylazła z przypisanej jej, zakopanej w ziemi, połowy beczki i próbuje podbić cały warzywnik.
      Tunel lub szklarnia - w naszym klimacie jest niezbędna, jeśli chcemy uprawiać rośliny ciepłolubne. Pozwala też wydłużyć sezon w przypadku nowalijek i poplonów. Zawsze na przedwiośniu uprawiam tam sałatę, rzodkiewkę, botwinkę i inne koperki, a często po sezonie sieję szpinak, który też zbieramy wczesną wiosną. No i latem mam prawdziwe pomidory o rozmaitych smakach i kolorach, jakich nigdy nie znajdzie się w sklepie oraz paprykę, melony i inne cuda, cieszące oko i podniebienie. Pomidory w gruncie u nas nie udają się nigdy - zimne noce przychodzą zbyt wcześnie.
 
    Kupiliśmy też na początku, oraz dokupujemu ciągle, różne oryginalne rośliny i drzewa. Tyle, że jak kiedyś obliczyłam, rozłożone na lata i miesiące, kosztowało nas to ok. 20 zł. miesięcznie.

     Teraz kolej na zysk. Tutaj nigdy nie liczyłam tego na złotówki, ale mamy kilkaset kilo warzyw i owoców co roku, plus świeżutkie zioła i dzikie rośliny jadalne, sok brzozowy i klonowy, kilkaset słoików rozmaitych przetworów. Nie jesteśmy w pełni samowystarczalni, ale w dużej mierze jadamy własne. I to "z najwyższej półki" - świeżutkie, bez pestycydów i innych trujących związków, pełne smaku i wartości odżywczych. Przekłada się to też na zdrowie - prawie nie znamy lekarza, nie chorujemy (oprócz dolegliwości związanych z wiekiem), więc oszczędzamy i na tym. leki pierwszej potrzeby, czyli zioła i ich rozmaite pochodne, mamy za darmo z ogrodu, lasu i łąki.
      Jak wpływa na nas takie odżywianie, widziałam najlepiej na przykładzie naszej córki. Dopóki była w domu i jadła to, co wyhodowaliśmy, to nigdy nie chorowała. Nawet jak była epidemia grypy w szkole, to wystarczyło, że wypiła syrop, wyspała się i powdychała olejki aromatyczne, żeby na drugi dzień być już zdrową. Kiedy poszła do internatu i tam zaczęła jeść posiłki, straciła tę odporność i teraz z trudem wraca do równowagi.

       Zysk z ogrodu byłby o wiele większy, gdybyśmy głównie uprawiali warzywa i ograniczyli część ozdobną oraz zrezygnowali z ekstrawaganckich nieraz zakupów. To nasz wybór, bo skoro mamy taką możliwość, to czemu nie skorzystać? Lubimy sprowadzać nowe odmiany, jak np. wiosną tego roku róże kanadyjskie. Daje nam to radość i satysfakcję. Jeśli jednak ktoś zajmie się na poważnie warzywnikiem i ziołami, to może mieć naprawdę spory dochód. Zwłaszcza jeśli ma uprawnienia rolnicze i może sprzedawać własne przetwory.

      Mam wrażenie, że w naszym przypadku, zyski przeważają nad wydatkami. Są również rzeczy, których nie da się zmierzyć materialnie - to poczucie satysfakcji, piękna i harmonii. Życie w pięknym, inspirującym miejscu, prawdziwej Arce Noego, pełnej roślin, zwierząt, ptaków i mikroorganizmów. Poczucie sensu i potrzebności tego, co robimy. No i spotkania ze wspaniałymi ludźmi, które są niespodziewaną, ale jakże ważną i przyjemną premią w tym wszystkim!

     Nasz ogród jest jedną z takich oaz, gdzie ludzie i Natura gospodarują wspólnie. Mam wrażenie, że kiedy sztuczna, chemiczna i mechanistyczna cywilizacja zacznie się załamywać, właśnie z takich oaz wyjdzie impuls nowej, lepszej i bardziej przyjaznej cywilizacji.


piątek, 24 listopada 2017

Zrębki rębaki

         Wczoraj przyjechał nasz nowy zakup, a dziś testowaliśmy go cały ranek. Mówiąc krótko kupiliśmy maszynę do rozdrabniania gałęzi, których mamy co niemiara. Do tej pory mąż je palił i używaliśmy popiołu, bo on miał duże opory przed zakupem tej właśnie maszyny, a i finansowo były rzeczy pilniejsze. Mnie się dawno już nie podobało to marnowanie materii organicznej, no ale co zrobić? Tam, gdzie baba nie może, to lektura cuda działa. Prenumerujemy pewne francuskie czasopismo zajmujące się szeroko rozumianą ekologią w domu i w ogrodzie ("Quatre saisons de jardinage") i tam od pewnego czasu bardzo zachwalali wykorzystanie gałęzi w postaci zrębków, więc mąż się zachęcił, się podniecił i zaczął na mnie naciskać, żeby w końcu to rębajło kupić.
        Po dogłębnej lekturze na temat rozmaitych rozdrabniaczy i po konsultacjach (dzięki, Wojciech Górski!) zdecydowaliśmy, że jak szaleć to raz i że tanie mięso to psy jedzą i kupiliśmy Boscha i to turbo. Elektrycznego jednak, bo w zamyśle będziemy go używać głównie zimą w hangarze. Wicie rozumicie  mokro - zimno- ciemno i coś by się porobiło, żeby się nie zastać, no to fura gałęzi gotowa, rębajło w stodole i można zrębki produkować.
       Dziś podłączyliśmy go pierwszy raz. Dziecinnie łatwe, nawet dla nas, co to mechanika nas się boi. To już duży plus. Rozdrabniacz pracuje ładnie i szybko, wciąga gałęzie z dużą siłą. W ciągu godziny przerobiliśmy niemały stos. Stos był wielki, ale urobku z niego tak sobie - ze dwie taczki (mam na myśli taczki budowlane, duże, nie te maleństwa do ogrodu). Część ładnie zmielona, ale część, te drobne i sprężyste gałązki, to raczej tylko wymiędlona i połamana. Jeśli komuś się marzą śliczne, równe zrębki, jak ze sklepu, to może być zawiedziony. Jednak dla mnie liczy się głównie strona praktyczna, czyli sprowadzenie gałęzi do takiej postaci, żeby można je było używać do wysypywania ścieżek, dodawania do kompostu, albo pod krzewy. Oraz żeby dość szybko się skompostowały. Czyli jestem usatysfakcjonowana.

      Rębak nie nadaje się do cięcia wiotkich łodyg czy liści, ale do tego i tak o wiele lepsza jest kosiarka z koszem. Ja rozścielam liście i słomę na ziemi i lecę po nich kosiarką. Tak uzyskuję delikatną ściółkę na zagony z warzywami.

       Teraz o samych zrębkach słów kilka. Zrębki dobre są! Każda materia organiczna w ogrodzie naturalnym jest na wagę złota. Jednak same zrębki nie są panaceum i nie powinny zdominować innych źródeł materii organicznej. Czułam to już dawno, coś mi nie leżało w tej modzie zasypywania wszystkiego zrębkami, z zaniedbaniem poczciwego gnoju i innych liści. No i potwierdzili to w jednym ze swoich filmów moi mentorzy, pp. Bourgignon, wybitni specjaliści od mikrobiologii gleby. Zrębki, nawet takie z żywych gałęzi, to przede wszystkim lignina. Dżdżownice jej nie jedzą, jest rozkładana głównie przez grzyby i nieliczne bakterie. No i w początkowej fazie rozkładu pobiera azot z gleby. Te zielone pędy nieco mniej, ale jednak. Nadmiar grzybów też nie jest najlepszy. W ogóle nadmiar czegokolwiek w ogrodzie nie jest dobry.
      Przyroda jest mistrzem harmonii, różnorodności, łączenia i współdziałania. Tu nigdy nie należy stawiać tylko na jednego konia! Przeciwnie, trzeba ciągle poszukiwać złotego środka żonglując jak największą liczbą elementów. Tak więc same zrębki w nadmiarze mogą być nawet szkodliwe, natomiast zrębki pomieszane z gnojem, kompostem, zielonymi resztami, słomą, sianem i co tam jeszcze się znajdzie, są świetne!
        Zamierzam je stosować przede wszystkim na ścieżki, do przykrycia niezbyt estetycznych kartonów. Poleżą tam sobie, zaczną się rozkładać i pójdą do kompostu albo wprost na grządki. Mogą być dobrym wypełnieniem na wały albo "kanapki", też łącznie z gnojem, słomą i sianem. Mogę je wreszcie podściełać kurom, a potem, przesiąknięte kurzymi gówienkami bogatymi w azot, skompostować.

       Widząc, jak działa nasz rozdrabniacz, widzę, że będę mogła też mielić suche, kruche i grube badyle (np. od olbrzymich astrów), łodygi słonecznika i kukurydzy, ale tej ostatniej tylko świeżej i kruchej, bo wyschnięta się zapętli i tyle. Jak dla mnie to w zupełności wystarczy. Bo głównego materiału, czyli gałęzi, mamy bardzo dużo i z każdym rokiem coraz więcej.

Na pożegnanie małe wspomnienie lata, żeby było za czym tęsknić:


niedziela, 12 listopada 2017

Rozmaitości i listopadowe melancholie

           Minęły Dziady, minął św. Marcin z gęsią pod pachą i według słowiańskich obyczajów ziemia zasnęła. I nie godzi się jej snu przerywać pracami ziemnymi. No, można przycinać gałęzie, można okrywać delikatne krzewy i byliny, ale już raczej nie przesadzać ani nie kopać. Ma to swoje biologiczne uzasadnienie - większość organizmów żywych wycofała się w głąb. Dla mnie to jest oczywiste, czuję ten sen ziemi i cieszę się, że nastały moje wakacje.

       
 Ale dla mego męża wcale oczywiste nie jest. Pochodząc z innego klimatu, ba, ostatnie kilkadziesiąt lat spędziwszy na samym południu Francji, w zupełnie innej strefie, nie potrafi tego zrozumieć.Tam natura ma zupełnie inny rytm i dla wielu roślin własnie zima jest czasem rośnięcia, bo latem jest za gorąco i za sucho. Także wiele podręczników technicznych mówi o tym, że dopóki ziemia nie jest zamarznięta, to można pracować. No, u mego męża dochodzi jeszcze potrzeba ruchu na świeżym powietrzu, on po prostu nie umie usiedzieć na miejscu, a do prac typu remonty czy naprawy nie ma cierpliwości. Patrząc na naturę jak na maszynę, to oni mają rację. No bo co, wszak jeszcze nie zamarzło? Dyskutujemy o tym dużo i w końcu, cygańskim targiem, znaleźliśmy takie prace, że on może się wyżyć, a mnie serce nie boli z powodu budzenia Matki Ziemi.
         W naszym klimacie przez wieki, a nawet tysiąclecia, natura przyzwyczaiła się do mroźnych zim, zapadając odpowiednio wcześnie w letarg. I kilka cieplejszych zim tego jeszcze nie zmieniło. Wystarczy przejść się po lasach i polach, żeby odczuć ten inny rytm, spowolniony, zwinięty do wewnątrz. Drzewa już śpią.
         A ja wyciągam krosienka do haftu, szydełko i akwarele. Szkoda, że nie udało się jeszcze znalezienie kołowrotka takiego, jaki jest mi potrzebny. Bo kilka worków wełny już czeka. Oraz mam wielką ochotę na patrzenie w ogień, słuchanie jego muzyki, na zapalanie świec o zmierzchu.

        Zaczęliśmy już dokarmiać ptaki. Kiedyś, za mojego dzieciństwa, często widywało się zarośla rozmaitych dzikich roślin - łopianów, ostów i innych. Teraz pola są wręcz sterylne, łąki podobnie. A nie wszystkie ptaki żywią się w lesie. A owadów już nie ma.
           Prawdopodobnie w Niemczech w ciągu 2 lat populacja ptaków owadożernych zmniejszyła się o połowę. U nas nikt takich badań nie robił, ale widać gołym okiem, że jest ich o wiele mniej. Od kilku lat nie widziałam już kuropatw czy przepiórek, a na początku naszego pobytu tutaj było ich sporo. Spieszymy więc ratować, co się da. Na drzewach i krzewach zostało sporo owoców, ale potrzebne są też ziarna zasobne w tłuszcze, bo to tłuszcz jest siłą napędową ich mięśni. W naszym przypadku dokarmiamy słonecznikiem. Bardziej treściwe mieszanki i słonina dojdą zimą. Karmnik cieszy się dużym powodzeniem, głównie u sikorek i wróbli.

       
 A dzięcioł ozdabia nam jabłonki szyszkami. Dzisiaj znalazłam szyszkę świerkową osadzoną na sztorc w dziupli na konarze jabłoni. Przypomina wyciągnięty w górę palec w wiadomym geście. Czyżby ptaki tez coś miały do wiadomego ministra? Pewnie te poniszczone lęgi w czasie wycinki w sezonie lęgowym... W tym roku szyszek na świerkach jest wyjątkowo dużo.
         
         Ktoś mnie pytał o kalendarze biodynamiczne. Otóż jedynym autentycznym kalendarzem biodynamicznym jest ten Marii Thun, w Polsce wydawany przez wydawnictwo Otylia. Jest on naprawdę rzetelny i w zgodzie z autentycznymi cyklami kosmicznymi, poza tym zawsze zawiera masę użytecznych porad. Reszta do przedruki i podróbki. Taką w miarę rzetelną podróbką jest kalendarz biodynamiczny Działkowca. Porównałam je z trzech kolejnych lat i raczej nie było błędów czy rozbieżności. Inne są okropnie nierzetelne i wręcz szkodliwe. Najczęstszym błędem jest brak zaznaczania dni szkodliwych dla prac ogrodowych - te wszystkie węzły, koniunkcje czy inne zaćmienia przekraczają możliwości naśladowców. A to akurat jest ważne. Jest też mylenie dat, znaków zodiaku i inne nierzetelności. Nic dziwnego, że niektórym kalendarz biodynamiczny zupełnie się nie sprawdza.


   A tak wyglądają łąki za naszym domem. Jesienne wylewy Biebrzy i jej dopływów, nareszcie, po kilku suchych latach, dają nadzieję na odnowienie warstwy wodonośnej.




sobota, 11 listopada 2017

Deser patriotyczny

       Taba Aza z blogu w zasadzie ogrodowego (http://tabazella.blogspot.com/ ) sieje ostatnio pomysłami na ufajnienie życia. A to święto lasu w listopadzie wymyśli z wypiekiem w kształcie szyszki albo pieńka, albo wypiek patriotyczny na Święto Niepodległości. Bardzo mi się to podoba, bo jednoczy, jak nic innego. Bo kto nie chciałby posiedzieć przy dobrym wypieku z filiżanką kawy albo herbaty?
      Tak to i dziś postanowiłam zrobić patriotyczny deser, chociaż strasznie mi się nie chciało. Na główne danie była zapiekanka z białej kapusty, makaronu, cebuli i białego sera oraz mnóstwa dodatków, więc uznałam, że deser może być mniej pracowity, aby był smaczny.
      Miałam zachowaną jakąś resztkę ciasta francuskiego, porwałam je na nieduże, nieregularne kawałki i upiekłam na blasze. Nic więcej by się z niego nie dało zrobić, bo to naprawdę resztka była.
      W szklanym półmisku wyłożyłam na dnie galaretkę z pigwy jabłkowej - bardzo ładnie mi wyszła w tym roku, twarda, czerwona i nie nazbyt słodka. Skropiłam ją bardzo narodowo i obficie świetną krzakówką z procentami, bo jakże to, nie może być święto narodowe bez dobrego trunku! Na to dałam warstwę bitej śmietany z wanilią. Do tego ciasteczka z ciasta listkowanego i już! Raz-dwa i piękny, biało-czerwony deser gotowy.
      Mąż się ucieszył, bo on na wszelkie łakocie łasy, a na bitą śmietanę to już okropnie! I stwierdził, że w takim zestawie to nawet on, Francuz, może zostać polskim patriotą.

      O ile fajniej by było, gdyby zamiast znowu się kłócić, maszerować i lać bejsbolami bracia rodacy zapraszali się wzajemnie na dobre ciasta i desery!

sobota, 4 listopada 2017

Prezenty od Wszechświata

         Zaraz na początku powiem, że nie przepadam za teoriami o pozytywnym myśleniu, które jakoby właściwie stosowane miało nam bez wysiłku zapewnić w życiu wszystko, czego zechcemy: zdrowie, urodę, bogactwo, powodzenie itp. A kiedy te, mimo usilnych wizualizacji, pozytywnych myśli itp. nie przychodzą, to nasza wina, bo nie myślimy tak pozytywnie, jak trzeba.
        Na dokładkę takie "pozytywne myślenie" zakłamuje świat, który składa się nie tylko ze światła, ale też z cieni.
       
        Jednak gdzieś u podstaw tych teorii jest pewne ziarno prawdy, tyle, że nieprawidłowo rozwinięte. Widzę ludzkie życie jako ciąg doświadczeń, które mogą nas doprowadzić do mądrości i zrozumienia. Tak, należy marzyć i pragnąć, ale marzyć i pragnąć mądrze, jednocześnie działając w kierunku urzeczywistnienia tych marzeń. Tyle, że trzeba marzyć mądrze, bo jak mówi przysłowie "Jak Bóg chce kogoś pokarać, to mu marzenia spełnia". To w wypadku głupich, niedobranych do osoby marzeń.
       Wiem też, że można naszemu podejściu do świata nadać pewną energię lub inaczej zabarwienie emocjonalne, które sprawi, że będziemy bardziej szczęśliwi. Możemy poruszać się na poziomie energetycznym, nadając sens światu wokół nas. To tak, jak widok burzowych chmur może być przytłaczający i złowróżebny albo majestatyczny i wspaniały. Albo sąsiadka może być tą wredną jędzą albo fajną starszą panią. Możemy uważać, że spotykają nas w życiu same nieszczęścia i prześladuje pech albo że życie jest pełne cudów i piękne nawet wtedy, kiedy pokonujemy trudności. To nie jest zakłamywanie rzeczywistości, ale raczej zmiana uczuć i emocji w nas. A wtedy zaczynają dziać się dziwne rzeczy: rzeczywiście zdarzają się zbiegi okoliczności, które sprawiają, że jesteśmy szczęściarzami, spadają na nas malutkie i większe podarunki od losu. A przede wszystkim w nas nadchodzi spokój i poczucie szczęścia.

      O kilku takich małych prezentach chciałam opowiedzieć. Oczywiście o takich związanych z ogrodami i roślinami, chociaż inne też się zdarzały.

     W moim małomiasteczkowym dzieciństwie i młodości z ogrodami było raczej ubogo. Przydomowe ogródki były niezbyt bogate w gatunki i nie było możliwości zdobycia nowych roślin, bo jedyny sklep ogrodniczy miał zaledwie kilka gatunków najpopularniejszych warzyw i kwiatów. A mnie kiedyś zamarzyły się malwy. Nikt znajomy ich nie miał, marzenie więc wydawało się nierealne. Tymczasem wiosną w naszym małym ogródku wyrósł bujny krzak malwy z pięknymi, różowo-liliowymi kwiatami. Nie wiadomo jak ani skąd, ale był. Wysoki, dorodny i piękny.

     Podobnie było kilka lat później ze szparagiem. Pomyślałam pod wpływem podręcznika ogrodniczego, że fajnie było by je mieć, bo nigdy nie widziałam ani nie próbowałam. No i co wyrosło pod płotem? Oczywiście - szparag. Wtedy nie wiedziałam nawet, jakie jego części się je ani jak, ale wyrósł.

      U mojej Babci rosła też w ogrodzie pewna niezwykła jabłoń. Liście miała lekko podbarwione czerwienią, kwiaty purpurowe a jabłka mocno czerwone z miąższem poprzerastanym czerwono-różowymi żyłkami, bardzo smaczne. Kiedy kupiliśmy nasz Raj, to zamarzyło mi się, że rozmnożę ją ze sztobrów albo zaszczepię na jednej z kilku dziczek. Niestety, okazało się, że została wycięta. Myślałam, że może będą jakieś odrosty (został dość wysoki pieniek), ale nie. Umarła na amen. Żal mi było, ale trudno. Kupiliśmy trzy jabłonki ozdobne, które liście i kwiaty mają nawet podobne, ale owoce maleńkie i zupełnie niejadalne. Pod tymi jabłonkami bardzo szybko pojawiły się dwie młode siewki. Troskliwie przenieśliśmy je na inną grządkę, chwilowo w doniczkach zadołowanych, aby jesienią znaleźć im inne miejsce. Tymczasem siewki rozsadziły doniczki i bezczelnie ukorzeniły się na rabacie. No i zostały tam, gdzie chciały. Po purpurowych rodzicach zostało im piękne przebarwienie liści i kwiatów, chociaż nieco słabsze. A w tym roku po raz pierwszy zakwitły. Bardzo szybko, bo mają najwyżej 5 lat. Już było widać, że się od siebie nieco różnią i nic dziwnego - jabłonki ozdobne są z 3 różnych odmian, a i możliwych zapylaczy jest kilkanaście odmian. Obie są jednak urocze. Jedna z nich wydała nawet owoce. I tu moje zdziwienie, bo były mocno czerwone, jak u ozdobnych, ale duże, tylko nieco mniejsze od normalnych. Nauczona doświadczeniem cierpkiego, nieprzyjemnego smaku owoców jabłoni ozdobnych jakoś nie miałam ochoty ich próbować, aż któregoś dnia, kiedy pracowaliśmy na tej rabacie, nagle zerwałam jedno i delikatnie skosztowałam. Ludzie, to jest niebo w gębie! Słodycz winna, pełna smaku i aromatu. Miąższ różowy wprawdzie, ale smak podobny, a nawet jeszcze lepszy, niż tej u Babci!
     Ileż to zbiegów okoliczności było trzeba, żeby ta ulubiona jabłonka do mnie wróciła! Tyle, że my im tez pomogliśmy - sadząc te własnie drzewa, zachwycając się nimi, ratując maleńkie siewki zamiast je wykosić.

    Zdarzają się czasem takie prezenty od losu, kiedy niewinnie czegoś pragniemy, nawet nie mając widoków na spełnienie. Potem wzdychamy i wypuszczamy to marzenie w świat. A ono do nas wraca spełnione.

     Kiedyś robiłam w myślach swój "naszyjnik szczęścia". Każdy jego koralik to była piękna, dobra chwila: nastrój letniego wieczoru, zachód słońca, światło latarni przesiane przez gałązki kwitnącej wiśni, malwa wyrosła niespodziewanie w ogrodzie, kociak zasypiający mi na ręku, rzeka pachnąca tatarakiem, schronienie w trzcinowej szopce na siano, kiedy wokoło padał deszcz a łąki pachniały, zapach piołunu i cykania tysięcy świerszczy,ognisko i pieczone ziemniaki na kartoflisku, zjazd na sankach pod zimowym niebem usianym gwiazdami, taniec na łyżwach na zamarzniętym jeziorku... Każdą taką chwilę zapamiętywałam i dołączałam do mego sznura korali. Chwile niezmąconego piękna, ulotnego, ale prawdziwego. Czasem je wyjmuję, przyglądam się im i odczuwam na nowo. Pomogły mi przetrwać niejeden życiowy dołek. A teraz mam jeszcze młodziutką, wiotką jabłoneczkę z owocami o niebiańskim smaku mego dzieciństwa.



sobota, 21 października 2017

Coś poszło nie tak

        Coś poszło nie tak i teraz zbieramy owoce cierpienia. A przecież miało być tak pięknie, coraz lepiej, lżej, dostatniej, radośniej. Cała natura nastawiona jest na rozwój, na ewolucję. Rozwój cywilizacji przyniósł nam wiele dobrych rzeczy. Żyjemy dłużej, jestesmy zdrowsi, maszyny wykonują najcięższe prace. Pełna sielanka? Chyba nie bardzo. Bo skąd taka epidemia depresji? Skąd tylu ludzi nie widzących sensu życia? Śmiejemy się wielokrotnie mniej, niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. W morzach i oceanach są już tylko nędzne resztki ryb. Ziemia uprawna staje się martwa, a jej uprawa nieopłacalna - liczba samobójstw wśród rolników Unii Europejskiej jest przerażająca i ciągle wzrasta. Nie tylko wśród rolników, jesli wierzyć statystykom. Żywność nigdy nie była tak dostępna - co z tego, kiedy nas truje? Przerażające skutki stosowania glifosatu czy dawniej DDT są wypierane ze świadomości, ale ciągle zbierają żniwo. Hodowla przemysłowa zwierząt powoduje tyle cierpienia, że coraz więcej ludzi rezygnuje z mięsa i produktów odzwierzęcych. Co więc poszło nie tak?
      Moim zdaniem w pewnym momencie człowiek poczuł się oderwany od natury, poczuł się jej panem całą gębą i zamiast szanować ją i poznawać, żeby żyć i działać zgodnie z jej prawami, zaczął rządzić się tylko swoim prawem, powstałym w jego młodym ewolucyjnie mózgu, ale uznał je za nadrzędne nad prawami natury. Nasz mózg ma w najlepszym razie kilkadziesiąt tysięcy lat - a natura, jako kosmiczny porzadek rzeczy - nieprzeliczone miliardy. No i taki zupełnie młody człowieczek (ewolucyjnie młody) chce narzucać swoje dyktaty kosmicznemu porządkowi lub Bogu, jeśli wierzy w niego jako w stwórcę wszystkiego.
       Skutki tego widzimy i czujemy na codzień.  To nie jest tak, że cała cywilizacja jest zła, bo stworzyliśmy wiele rzeczy dobrych i pożytecznych, ale wiele jej działań zmierza ku katastrofie. W zasadzie stoimy już na skraju katastrofy ekologicznej, a tym samym katastrofy ludzkiej.Jest już późno, później, niż nam się zdaje. A niedługo może być za późno. Tyle, że jeszcze możemy zatrzymać się, naprawić szkody i żyć lepiej. Ocalić ziemię, ocalić siebie, swoje dzieci, ocalić zwierzeta, wodę i lasy. Nie rezygnując przy tym z wygody i komfortu, nieco tylko zmieniając swój styl życia.
       My, ludzie, zostaliśmy sprowadzeni na manowce. O, ten diabeł nie był brzydki i odrażający. Miał modne szatki i wiele pociągających cech. Bo wyobraźmy sobie rolnika, uprawiającego dość dobrą ziemię, który zaczął stosować nawozy sztuczne. Nagle plony wzrosły kilkukrotnie i to prawie bez wysiłku! Co za cud! Możemy wykarmić ludzkość przy pomocy światłej nauki i białego proszku! A jeśli ten proszek tak dobrze działa, to spróbujmy innego, który zabija szkodniki! I jeszcze innego na uporczywe chwasty! Jakież piękne, zdrowe i czyste uprawy mamy teraz!  Tylko że, jak w bajkach, za wszystko trzeba płacić. Stopniowo spada żyzność gleby, pojawiają się nowe choroby. Trzeba więc coraz nowych proszków, coraz więcej. Gleba robi się zlewna, szkodzi jej najmniejszy deszcz i najmniejsza susza. Nic to, zakładamy deszczownie i melioracje, kupujemy coraz silniejsze traktory, które orają coraz głębiej. Pomału koszty produkcji (bo przecież nie  hodowli?) żywności rosną, pochłaniają cały dochód. Rolnicy zaciągają pożyczki, których nie dają rady spłacać. Trochę ratują ich dopłaty, ale degradacja ziemi postępuje. W końcu kilkudziesięciohektarowe, co ja mówię: kilkusethektarowe gospodarstwo nie daje rady wyżywić jednej rodziny, podczas kiedy wcześniej żywiło i utrzymywało w dostatku kilkanaście-kilkadziesiąt osób. A ziemia umiera dalej. Jeśli ktoś, wzorem dziada, wywiózł by na nią obornik, to ten by się nie rozłożył, nie zamienił w życiodajny humus. Nie ma już mikroorganizmów, bakterii, okrzemków, dżdżownic... ziemia jest martwa.  W krajach Europy Zachodniej już 80% gruntów uprawnych jest praktycznie martwych. U nas, w Polsce, niedługo pewnie zbliżymy się do tych wielkości. W tej chwili nikt nie przeprowadza badań, jak to dokładnie wygląda.

niedziela, 15 października 2017

Wieża ziemniaczana II

        Pamiętacie wieżę ziemniaczaną, zbudowaną przez wspaniałą ekipę stażystów majowych? wyglądała wtedy tak:
                                                                         
Był to przekładaniec ze słomy, obornika i ziemi kompostowej, w który włożyliśmy kilka warstw ziemniaków. Powinny one wyrastać piętrowo poprzez oczka siatki. No i z tym wyrastaniem był klops - wyrosły tylko 2 krzaki z najwyższej warstwy. Innych nie znalazłam wcale, mimo macania i szukania. Wersje są dwie: albo podczas rozgrzewania się tej wieży sadzeniaki zaparzyły się i ekspresowo zgniły (coś mi się nie chce w to wierzyć, bo wcale nie było takiego skoku temperatury), albo jakieś zwierzątka się nimi poczęstowały, albo oba naraz.

      Te 2-3 krzaki rozwijały się bardzo pięknie, ale nie wypełniały całej wieży. A traf chciał, że w ogrodzie wykiełkowało mi kilka zapomnianych ziemniaczków, głównie fioletowych. Niestety, tam gdzie wyrosły, nie mogły zostać, więc musiałam je powyrywać. Niektóre wyrwały się tak ładnie, ze wszystkimi korzonkami i nawet z kartofelką macierzystą, że szkoda mi ich było wyrzucać. Przeflancowałam je więc do wieży, gdzie ładnie się przyjęły i po kilku dniach pokładania się i podsychania, kiedy musiałam je ciągle podlewać i zraszać, ruszyły jak burza.

     Postanowiłam na maksa wykorzystać wieżę i spływający z niej "sok" bogaty w substancje odżywcze, sadząc wokół niej wczesną kapustę, kalafiory i dynię makaronową. Nasturcje wysiały się same.

     W lipcu wieża wyglądała już tak:

        Ziemniaki wybujały bardzo wysoko. Kapusta i kalafiory były niezwykle udane i wczesne, na tym wcześniej jałowym kawałku ziemi. Z dobroci korzystała też fasolka szparagowa i zioła. Także dynie wyrosły ładnie, chociaż dały tylko 5 owoców, z których 4 zdążyły dojrzeć. Na zdjęciu ich nie widać, bo są akurat po przeciwnej stronie.
Lato było tak deszczowe, że jedynie na początku musiałam trochę podlewać wieżę, która zazwyczaj ma tendencję do wysychania. Dodatek ziemi kompostowej okazał się bardzo dobrym pomysłem, utrzymując wilgoć.
      Te ziemniaki rosnące "na wysokościach" okazały się bardziej odporne na stonkę, która bardzo długo jakby ich nie widziała, oraz na zarazę. Niestety, zaraza w tym roku dała się u nas we znaki - wiadomo deszcz na bagnach i chłód... Z tego powodu zbiory ziemniaków mam w tym roku marniutkie. I tu największe i najładniejsze wyrosły w wieży. Choć może nie powalają rozmiarami, to i tak są większe, niż te na wałach i na zagonie. Oraz zdrowsze, bez plam i uszkodzeń.
      Czy ktoś zauważył liście chrzanu? Chrzan jest bardzo dobrym sąsiedztwem dla ziemniaków, chroni je przed chorobami i niektórymi szkodnikami.



      A tak wygląda miejsce, gdzie była wieża, w tej chwili. Cały nabój organiczny rozłożył się do wspaniałego kompostu, który na długo użyźni ten skrawek ogrodu.



A to są zbiory. W sumie cała miednica pełna ziemniaków. Najsłabsze są te w rodzaju "Baranie Rogi", z tym, że one już takie są - kapryśne i niezbyt produktywne, za to smak mają wyborny. We Francji są trzykrotnie albo i więcej razy droższe od zwykłych. Różowa Irga jest wielkości połowy pięści. Najbujniejsze są fioletowe przesadzane.

        Podsumowując: eksperyment w zasadzie udany, trzeba tylko wprowadzić pewne modyfikacje. W przyszłym roku zrobię wieże wcześnie wiosną, pozwolę im trochę popracować i dopiero wsadzę ziemniaki jedną warstwą, u góry. Na dole dam znowu warzywa wymagające dobrej ziemi, bo to sąsiedztwo się sprawdza. Zadbam, żeby kartofelki były wysadzone wcześniej, w kwietniu, bo początek maja to jednak trochę za późno, i w dzień korzeniowy. Każdy rok jest inny, moja Babcia mówiła, że kiedy jest dużo grzybów, to mało ziemniaków i odwrotnie. U mnie tego roku sprawdziło się to całkowicie. Ale każdy rok jest inny, będę więc próbować dalej.

      Polubiłam te wieże - nigdy nie widziałam tak szybkiego skompostowania tak dużej ilości masy organicznej. Przy okazji mam całkiem poprawny zbiór ziemniaków, piękne dynie, kapusty i kalafiory oraz użyźniony kawałek ogrodu. Te rośliny towarzyszące, które również korzystają z dobrodziejstw materii organicznej, są tak samo ważne, jak plon główny, czyli ziemniaki. Tyle dobra w jednym! Moim zdaniem wieże można wykorzystać też na pomidory, kabaczki i wszystkie dyniowate. Robi się je względnie szybko, żadnego kopania i przewalania ziemi, a na jesieni ma się czyściutką grządkę. Przetnę tylko siatkę, która jest stanowczo za wysoka, robiąc z niej dwa niższe walce.
    Jedynym problemem może być zgromadzenie odpowiedniej ilości słomy i obornika. U mnie akurat to nie problem, ale trzeba zadbać o to odpowiednio wcześnie. Zamiast ziemi kompostowej można dać zwykłą ziemię z ogrodu.


P.S. Dopiszę, bo może w komentarzach ktoś nie doczyta. Otóż wieża ziemniaczana nie musi być z siatki leśnej (na dodatek siatka siatce nierówna, moja była zbyt wysoka i zbyt wiotka, ale tylko taką dostałam w okolicy), natomiast koniecznie musi być ażurowa. Czyli nie nadaje się ani blacha, ani plastyk, ani beczki itp. wiadra. Nadaje się natomiast każda siatka, z której da się uformować walec o średnicy co najmniej 1m. Im większa średnica, tym lepiej - zbyt cienkie przesuszają się łatwo i niepowodzenie gotowe. Wysokość też koło metra, można więcej. Poza siatką metalową można zbudować wielokąt z listewek lub po prostu wbić w ziemię patyki i przepleść je luźno gałązkami np. wierzby. Luźno, bo jednak można te kartofle powtykać też po bokach. Zrobiłam tak z flancowanymi czarnymi. Wtedy używamy nie tylko powierzchnię u góry, ale też wzwyż, sadząc o wiele więcej roślin, niż na takiej samej grządce, ale płaskiej.