wtorek, 12 maja 2020

Tworzenie rzeczywistości

    Bardzo dziękuję wszystkim za przemiłe komentarze i listy, za zainteresowanie moim zdrowiem. Ciepło się na sercu robi za tyle troski. Nie jest tak źle, po prostu muszę zwolnić. Ale mam też wiele planów, przemyśleń. Ogród też jest całkiem nieźle zadbany, głównie dzięki memu mężowi, ale to ja go karmię, a co! Sama mam czystą przyjemność z siewu i sadzenia.
    Jeszcze wczoraj było ciepło i cudnie, jabłonie kwitną, cała kwiatowa czereda, pszczoły brzęczą, żaby kumkają. A dziś obudziliśmy się pod śniegiem. W sumie to nic niezwykłego, Zimni Ogrodnicy zawsze są u nas srodzy, ale kontrast wielki. W sumie ten śnieg nie był zły, otulił roślinki i na razie nic nie przemarzło. Bardziej boję się przymrozków w pogodne noce. Ale przynajmniej chwilowo susza zażegnana, rośliny wciągają wodę na potęgę, ziemia pije z rozkoszą. Oby więcej tej wody!

     A ja korzystam z chwilowego bezrobocia i snuję swoje czary. Bo widzicie, ostatnio się jakieś paskudne energie uaktywniły, a raczej zostały uaktywnione. Przede wszystkim strach, ale nie tylko. Oraz dość paskudna wizja możliwej rzeczywistości, gdzie jesteśmy kontrolowani, zmuszani, zniewoleni.  Wiele osób tę wizję rzeczywistości uznaje za prawdopodobną lub wręcz już wchodzącą w życie i świat duchowy aż wibruje złymi, trudnymi emocjami.
    Walczyć raczej nie trzeba, oni są na to przygotowani i pokonają nas łatwo, ale walka ma też inny aspekt. Otóż nasze emocje, myśli i obawy karmią to, czego się boimy. Karmimy złego wilka nie tylko adorując go i przystając do jego zgrai, ale także bojąc się go i walcząc z nim. To jak w tym przysłowiu: "Nie dyskutuj z idiotą, bo sprowadzi Cię do swego poziomu, a następnie pokona doświadczeniem." Walka sprowadza nas do poziomu naszych przeciwników. Szkodzimy sobie, jednocześnie dokarmiając niechcianą wizję. Bo tej wizji wszystko jedno, czy energia będzie miała ładunek pozytywny, czy negatywny, byle była skierowana w jej stronę.

     Równie niekorzystne jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie dzieje. Afirmowanie z wysilonym uśmiechem, że wszystko jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej.

     Co więc pozostaje? Kreatywne tworzenie rzeczywistości. Według fizyki kwantowej sama nasza intencja ma wpływ na zachowanie materii, a nasze myśli wpływają na ogólną świadomość i podświadomość całej ludzkości. Nie będę się tu zagłębiała w szczegóły i dowody, one są i łatwo je znaleźć. Począwszy od prof. Sedlaka, poprzez wiele współczesnych odkryć z dziedziny fizyki.

     To nic, ze spadł śnieg, jest on dobroczynną wilgocią i kołderką dla roślin. Pod nim są kwiaty, nietknięte.


    Co można zrobić? Przede wszystkim wyrazić mocno i dobitnie swój sprzeciw wobec takiej wersji rzeczywistości, odetniemy się wtedy od złego wilka i przestaniemy go żywić. Co więcej - możemy mu zabrać energię i przekierować na taki wariant, który nam odpowiada. Po prostu trzeba stanąć, spojrzeć na swoje lęki i dobitnie powiedzieć:' ODMAWIAM  PRAWA  DO  ISTNIENIA TEJ WERSJI  RZECZYWISTOŚCI". Lub inną, podobną afirmację. Należy przy tym unikać słowa "nie" lub "brak", bo nasza podświadomość ich nie rozumie, więc je omija. Jeśli więc mówimy "nie chcę", to podświadomość słyszy "chcę". Można pomyśleć "Anihiluję tę wersję rzeczywistości" albo coś podobnego. Zniszczyć ją w sobie samym i w wachlarzu możliwości na przyszłość.
     Teraz zacząć wyobrażać sobie i tworzyć tę wersję, którą chcemy, żeby się urzeczywistniła. Widzimy dobrych, mądrych ludzi, którzy współpracują ze sobą, dzielą się. Ludzi uśmiechniętych i zadowolonych. Kraj, w którym panuje wolność i obfitość. Oraz co najważniejsze: my sami powinniśmy myśleć i zachowywać się tak, jak chcemy żyć w tej wersji świata. To często bardzo trudne, bo zakłada, że nie zwalamy winy na żadnych innych, nie usprawiedliwiamy się, że inni to czy tamto. Inni są odpowiedzialni przed sobą, a może kiedyś będą też odpowiedzialni przed prawem. W tej chwili jesteśmy odpowiedzialni za siebie. Taka postawa nie dopuszcza złych uczuć, chęci odwetu, walki czy konfrontacji, ale czasem może zaistnieć konieczność biernego oporu. Z uśmiechem.

      To ważne: nie dążymy do konfrontacji z kimkolwiek. Tworzymy nasz świat niejako obok, nasz dobry, mądry świat. Będziemy wtedy przyciągać ludzi myślących podobnie i zdarzenia, które są nam przyjemne. Bo przyciągamy to, o czym myślimy.

     Mam taki mały przykład: od kilku lat nie mam siły, żeby zajmować się naszymi pszczołami, a bardzo chciałam, żeby były u nas i żeby były zaopiekowane. Ten jeden rój, który przeżył na dziko przez ten czas, żeby miał szansę. I oto zjawił się zawodowy pszczelarz, który jest nimi zainteresowany, a także tym, żeby u nas była część jego uli. Sam będzie wszystko przy nich robił (ja nigdy nie byłam w tym dobra), a my za użyczenie miodnego miejsca będziemy mieli trochę miodu. Rój już jest przeniesiony do nowego ula, chodzi po kwiatach, aż miło. Widzicie? Pszczółki ciągle są u mnie, a będzie ich jeszcze więcej, ja nie muszę robić tego, czego nie daję rady, nawet miód będę miała, chociaż tylko część, ale nam wystarczy. Pszczelarz też zadowolony (mam nadzieję). Tak to działa. Nie ma przegranych, tylko wygrani.

    Ostatnio czuję jakąś zmianę w powietrzu, w wodzie i w Ziemi, zmianę na dobre. Mamy teraz szansę, żeby skierować ten zwariowany świat na lepsze tory, wykorzystajmy więc ją.
    Pamiętacie etapy? Odmowa prawa do istnienia złej wersji teraźniejszości i przyszłości, a następnie tworzenie w swoim umyśle, w swoim zachowaniu, w swoich emocjach tej lepszej wersji. Skoro anihilujemy tę złą wersję, to cała energia, którą skierowano na jej tworzenie, jest wolna. I możemy ją przekierować, jak rzekę, w nowe koryto.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Życie księżniczki

        Wygląda na to, że świat cały oszalał. Emocje, ograniczenia, lęk, poświęcenie. Wszystko miesza się ze sobą i wstrząsa posadami świata, jaki znamy. A u nas w domu prawie nic się nie zmieniło... Tyle, że mamy mniej gości i już nie jeździmy razem do miasta, przy okazji wstępując do naszego ulubionego baru przy Rynku. Ale do miasta i tak jeździliśmy raz na tydzień, więc to przemyka niezauważone.
      Nadejście wiosny ciągnie się w ślimaczym tempie, jeszcze wczoraj był mróz i padał śnieg. Zimniej jest, niż w styczniu i lutym, bywały przez ostatnie dni nocne przymrozki do -9 i -7 stopni. Nic więc dziwnego, że nie działamy jeszcze w ogrodzie. Na razie zamówiłam trochę nasion. Może uda się nam coś zrobić, bo... no właśnie, czas przejść do meritum, czyli życia księżniczki, jakie jestem zmuszona ostatnio prowadzić. To znaczy: prawie żadnej pracy, dużo lenistwa, dobre jedzenie, odpoczynek, sen i zajmowanie się samymi przyjemnymi sprawami, jak medytacja, kaligrafia, robótki ręczne i czytanie. Nie, nie złapałam tego czegoś w koronie. Po prostu moje ciało mówi mi "stop!" już od dłuższego czasu.
       Zaczęło si e już kilka lat temu bólami w plecach i silnym zmęczenie. Tak, byłam u dobrego lekarza. Orzeczono zwyrodnienie kręgosłupa i zaproponowano środki przeciwbólowe. A ponieważ ja wolę trzymać się od nich z daleka, z różnych powodów, to trzeba było zwolnić tempo życia i nauczyć się żyć z bólem. Jednak lekarstwa to ostateczność. Moja matka, wskutek przyjmowania przez lata środków przeciwbólowych, dostała krwotoku wewnętrznego i zmarła z tego powodu - tak mi powiedział lekarz w szpitalu. No więc oswajałam ból, na szczęście na tyle spolegliwy, że przechodzi po kilku-kilkunastu minutach odpoczynku. Ciągle jednak starałam się robić, co mogłam. No więc moje ciało powiedziało: "Czego tu nie rozumiesz? Trzeba cię jeszcze przekonywać? No to masz!" No i mam - jakieś zapalenie stawów, naderwanie ścięgien w lewym kolanie i jeszcze większe osłabienie. Noga puchnie i boli przy dłuższym używaniu. I byłam, byłam u ortopedy. No i jak myślicie, co zaproponował? Oczywiście środki przeciwbólowe. W sumie to nie jest źle z tymi mymi kolanami, tylko meniski starte. A boleć - boli i puchnąć - puchnie. Na szczęście kiedy siedzę lub leżę, to wszystko jest cudownie.
     Mogę chodzić na niezbyt długie spacery i podziwiać to, co w naturze się dzieje, słuchać ptaków, podglądać żurawie. Jedynie pracować nie mogę, codzienne czynności w domu to wszystko, co daję radę ogarnąć.

     W zasadzie jest mi całkiem dobrze, jedynie ogrodem nie daję rady się zająć. Trudno, zapuścimy tu las i też będzie pięknie. A kilka grządek dam radę obrobić, mam nadzieję.  No cóż, nie wygląda ten ogród w tej chwili pięknie, oj nie. Chciałam zrobić pospolite ruszenie, czyli zaprosić do siebie tych, którzy chcieli by mi pomóc i przenieść oraz nakryć nową folią tunel na pomidory (drzewa porosły i jest już w dużej części w cieniu), ale wirus w koronie tu namieszał. Widocznie tak ma być. Może jakoś się uda. A już planowałam, że zrobimy piknik, dobre żarełko, ognisko i długie rozmowy...

      Miałam kilka różnych pomysłów, między innymi taki, żeby wynająć ogród komuś, kto chce uprawiać ziemię ekologicznie i z miłością, za przysłowiową złotówkę. Tylko ten pomysł nie był chyba dobry na obecną chwilę, pozostaje w odwodzie na przyszłość.

     Pierre robi, co może. Ale on też poszkodowany na ciele, bo spadł z roweru i mocno nadwerężył sobie żebra, coś tam pękło i goi się bardzo pomału. No cóż, skończył już 80 lat i jemu też czas trochę odpocząć, chociaż zapiera się, że nie. Ale widać, że nie daje rady pracować przy kopaniu ziemi.

      Nagle mamy czas na wszystko, na co nigdy nie mieliśmy czasu. Mamy też tu, w sąsiedztwie, dobre duchy, które nam sporo pomagają i zawsze mogę na nich liczyć.

     W sumie życie emeryta jest fajne, naprawdę. Tylko muszę Was ostrzec: ogród nie jest już pokazowy ani zadbany. Tak, że jak to wirusowe szaleństwo się uciszy, to oczywiście, można nas odwiedzać. Ogromnie lubimy gości. Ale na pokazówkę raczej nie liczcie.
     Gdyby świat był taki, jak być powinien, to teraz ogrodem zajmowało by się młode pokolenie, a my służyli byśmy pomocą i wiedzą. Byłby gwar, baśnie i śmiech, muzyka i opowieści. Może kiedyś tak będzie.



środa, 25 marca 2020

Jak pies do jeża 2, czyli grządki

        Poproszono mnie, żebym jeszcze raz napisała o metodzie Patryka na grządki. Dobrze wypada, bo właśnie grządki są kolejnym etapem zakładania ogrodu.
        Pokrótce: grządki Patryka to sianie wszystkich warzyw, ziół oraz kwiatów razem, rzutowo, na grubej warstwie ściółki. Do tej metody to ja podchodziłam, jak pies do jeża, nie bardzo jej ufając. Mam wrodzone i utrwalone zamiłowanie do akuratności i porządku, a tu taka nonszalancja i zdanie się na łut szczęścia! Aż kiedyś spróbowałam. Późno już było, druga połowa maja, kiedy został nam kawałek ogrodu, przygotowany i oczyszczony przez męża, a nie wiadomo było, co dokładnie z nim zrobić. Zebrałam więc wszystkie resztki nasion, które jeszcze miały szansę wyrosnąć: rzodkiewki, sałaty, buraki, marchewki, jarmuż, pietruszki, ogórki, nagietki, facelię itp., wymieszałam to ze sobą i wysieliśmy na powierzchnię ziemi. Potem przykryliśmy ściółką "de luxe", czyli sianem i słomą zmielonymi kosiarką z koszem i zmieszanymi z trawą ze strzyżenia podwórka. Na obrzeżach powtykałam jeszcze fasolkę szparagową, która mi została. Słuchajcie! Ta grządka była najbardziej płodna ze wszystkich! Nawet zabłąkany kabaczek pięknie owocował. Jak zaczęliśmy od zbierania rzodkiewki i sałaty w 3 tygodnie po siewie, to skończyliśmy późną jesienią i zawsze coś tam było. Na dokładkę wyglądało bardzo ładnie.

     Te grządki nie są dla osób lubiących rzeczy uporządkowane i przewidywalne, bo to jest totalne zdanie się na Matkę Naturę i jej nieprzewidywalność, ale jedno jest pewne: nigdy nie zabraknie na nich czegoś do jedzenia.

     Sposobów zakładania takich grządek jest kilka, w zależności od tego, jaką ziemię mamy, czy raczej jaki stopień zachwaszczenia tej ziemi.

      1. Mamy czystą (w miarę) ziemię ogrodową, np. zeszłoroczne grządki albo zaścieloną wcześniej grubo ściółką. Wtedy dajemy na ziemię cienką warstwę ściółki. Na to siejemy mieszankę nasion i znowu przykrywamy ściółką. Dobrze, jeśli możemy dać razem z nią trochę kompostu. Najlepsza jest wspomniana przeze mnie "ściółka de luxe", najgorsza - sama słoma, bo jest zbyt przepuszczalna.

   2. Mamy ziemię trochę zachwaszczoną. W tym wypadku dobrze jest pozbyć się korzeni szczególnie uporczywych chwastów, ale jak się nie da, to trudno. Tu dajemy na ziemię bardzo grubą warstwę ściółki. Dobrze jest dać też, bezpośrednio na ziemię, warstwę obornika, na to ściółkę. Powinno tego być co najmniej 30 cm., a im więcej, tym lepiej. Moczymy, albo deszcz nam to moczy i odczekujemy kilka dni. Następnie siejemy mieszankę i przykrywamy drobną ściółką, najlepiej zmieszaną z ziemią kompostową, tym razem cienką warstwą.

    3. Mamy ziemię mocno zachwaszczoną lub ugór. Dajemy warstwę obornika wprost na ziemię, na to grubą warstwę kartonów. Jeśli komuś brakuje kartonu, to w składach budowlanych można kupić tekturę falistą. Jest nawet lepsza, bo bez nadruków. Musi jej być dość gruba warstwa, najlepiej podwójna lub potrójna. Na to dajemy grubą warstwę ściółki zmieszanej z ziemią kompostową. Im grubszą, tym lepiej. Spokojnie można dojść do metra. Znowu odczekujemy i siejemy mieszankę, przykrywając ściółką. Ta grządka może być trochę problematyczna w suchych latach, bo karton tamuje podsiąkanie wody. Dlatego ja wolę sadzić na niej ziemniaki, robiąc dziury w kartonie i w każdą dziurę wsadzając ziemniaka, sadzić kapustę w podobny sposób, cukinie, dynie, pomidory itp. Ewentualnie robimy dziurki i wtykamy w nie tzw. bomby nasienne - nasiona zmieszane z gliną, zlepione w kulkę. Pomiędzy ziemniakami, też w dziurki, wtykam ziarna bobu. Wtedy posadzone rośliny mają kontakt z ziemią i mogą czerpać z niej wilgoć. Jeśli jest wilgotno, to karton robi się miękki i korzenie roślin posianych po wierzchu mogą się przez niego przebić. Problem w tym, że niektóre szczególnie żywotne chwasty mogą od spodu zrobić to samo. U mnie tego rodzaju grządki sprawdzają się bardzo dobrze, jeśli chodzi właśnie o ziemniaki i kapustę. Tylko raz miałam problem podczas wyjątkowej suszy 3 lata temu, kiedy ziemia była wyschnięta na 2 metry w głąb, a podlewanie spływało po kartonie. Problem rozwiązały plastykowe butelki 5 l. z obciętym dnem, wbite szyjką aż do ziemi. Ten rodzaj grządki jest najbardziej żyzny od drugiego roku po założeniu, dlatego dobrze jest je zakładać pod koniec lata lub jesienią, a siać na wiosnę. Jeśli warstwa ściółki jest bardzo gruba i nie opadła w czasie czekania, to można zrobić takie jakby doniczki: wygrzebujemy w niej dołek, napełniamy ziemią (najlepiej kompostową z dodatkiem gliny) i sadzimy lub siejemy swoje roślinki. Ale, jak już powiedziałam, ten rodzaj grządek najlepiej zrobić jesienią. Przez zimę warstwa ściółki mocno opadnie.

         Można w tej chwili zakładać grządki rodzaju 3, ale z innymi radzę poczekać, aż się ziemia ogrzeje. Gruba warstwa ściółki zatrzymuje ogrzewanie (podobnie jak zatrzymuje ciepło), jak kołderka. Ja wręcz zgrabiałam ściółkę na zagonkach wiosną, żeby ziemia się szybciej ogrzała, a potem przykrywałam na nowo.

      Ogólnie rzecz biorąc mądrzy ludzie radzą wstrzymać się z siewem aż do Wielkanocy. Nie tyle o samą Wielkanoc tu chodzi, co o pierwszą wiosenną pełnię księżyca. Więc porządkujmy ogrody, przygotowujmy materiały, róbmy wały i grządki rodzaju 3, ale wstrzymajmy się z siewem, aż ziemia będzie ciepła. Wtedy roślinki będą wschodziły szybciej i będą silniejsze.

      Agatek przypomina mi o jednej rzeczy, o której zapomniałam przy pisaniu tego posta: metoda ściółkowania jest niezbyt praktyczna w regionach, gdzie jest plaga ślimaków. Chociaż miałam też sygnały, że cienka ściółka wcale nie zwiększa ich ilości, a wręcz przeciwnie, zwłaszcza jeśli są dorzucone do niej aromatyczne zioła: lawenda, wrotycz, mięta itp.



niedziela, 8 marca 2020

Jak pies do jeża

       Ponieważ w ostatnich dniach już kilkakrotnie spotkałam się z zapytaniami ludzi, którzy dopiero zaczynają zakładać ogród, to uznałam to za znak, żeby wrócić do tego tematu. Bo zdarza się, że człowiek stoi przed kawałkiem ugoru i nie bardzo wie, od czego zacząć. Podchodzi do tematu, jak pies do jeża i nie ma pojęcia, z której strony to ugryźć.
      Oczywiście to jest mój punkt widzenia, ktoś inny może zrobić inaczej. Jednak uważam, że to, co proponuję, jest logiczne. No i jeśli nie wiadomo, jak zacząć, to można tak właśnie.

     Ja zaczęłam od sadzenia żywopłotu. Żywopłot dla ogrodu jest tym, czym skóra dla ciała. Łagodzi wiatry, tworzy mikroklimat, daje schronienie i pożywienie ptakom, pożytecznym owadom, jeżom. Zamyka naszą osobistą przestrzeń, dając poczucie bezpieczeństwa. A dobrze dobrany przynosi też pożytki gospodarzowi w postaci owoców i kwiatów.
    Należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy: słońce i wiatr. Chodzi o to, żeby wyrośnięty żywopłot nie zacieniał zbytnio ogrodu, natomiast żeby chronił przed wiatrem. W Polsce dominujące wiatry są najczęściej z północnego zachodu. I z tej strony spokojnie możemy posadzić drzewa i duże krzewy. W miastach trzeba też pamiętać o przepisach, odległości od granicy działki itp.
    Możemy posadzić żywopłot owocowy (rokitnik, dereń jadalny, świdośliwa, śliwa ałycza, leszczyna, dzika róża itp.), możemy kwiatowy (bez lilak, jaśminowiec, kalina, forsycja itp.),a możemy wszystko pomieszać. Mądrzy ogrodnicy ustalili, że w żywopłocie mieszanym 1/3 powinny stanowić krzewy i drzewa iglaste. Ma to swój sens - są mocnym, zielonym akcentem zimą, kiedy inne stają się bezlistnymi patykami, wtedy dają też schronienie ptakom. Dobra jest kosodrzewina, jałowiec i nawet pojedyncze tuje (pamiętajmy tylko, że tuje wyrastają z czasem w wielkie drzewa). Jednym z moich ulubionych krzewów żywopłotowych jest pęcherznica, która może mieć różne kolory liści, całkiem ładnie kwitnie, a do tego jej nasiona są ulubionym pokarmem licznych ptaków - u mnie odwiedzają ją chmary szczygłów i gilów. No i rośnie na każdej glebie.
       Także duża ilość materii organicznej, którą dają żywopłoty, jest ważna dla polepszenia struktury gleby. Nie trzeba grabić liści opadłych jesienią - one same się rozłożą, dając nam dobrą, bogatą ziemię. Na glebach słabszych dobrze jest pomyśleć o karaganie i olchach prowadzonych w formie krzewów - na ich korzeniach żyją w symbiozie bakterie azotowe, które wiążą azot z powietrza w formę przyswajalną dla roślin.
      W tej chwili jest bardzo dobry moment na sadzenie żywopłotów.

     Warzywnik powinien być blisko domu, żeby nie uprawiać biegów przełajowych, kiedy potrzeba nam koperku, kilku liści sałaty czy szczypiorku. Także łatwiej go doglądać, jeśli jest "pod ręką". Powinien być nasłoneczniony i dość odległy od drzew i ich korzeni.
Ja zrobiłam pewien błąd - część mego warzywnika jest w zasięgu korzeni ogromnej lipy. No cóż, te 25 lat temu miałam mniej doświadczenia i odległość prawie 10 metrów wydawała mi się prawidłowa. Tyle tylko, że to lipa-olbrzym i jej korzenia sięgają bardzo daleko poza obrys korony. Na dokładkę kiedy wyczuła dobrą ziemię, to specjalnie rozwija je w tym kierunku. No trudno, jakoś muszę sobie radzić, budując wały co 3 lata, zamiast co kilkanaście, i obficie ściółkując. Czyli warzywnik z daleka od dużych drzew!
Natomiast widziałam warzywniki, w których rosły niewielkie drzewa i krzewy owocowe, rozstawione na tyle rzadko, że ich cień nie szkodził warzywom.
     Sam sposób uprawy warzywnika jest sprawą indywidualną - czy będą to skrzynie, czy wały, czy zagonki wzbogacane kompostem. Wszystko jest dobre, jeśli polegamy na procesach naturalnych.
     Bardzo dla zdrowia i urody warzywnika służy obwódka z ziół i kwiatów, najlepiej wieloletnich. Można też pokusić się o robienie rabat mieszanych, warzywno-ozdobnych. Ostatnio są one hitem na Zachodzie. We Francji widziałam je nawet na kwietnikach pośrodku miasta, gdzie kapusta i sałata rosły wśród niecierpków i innych złocieni, groszek wśród traw ozdobnych, marchew kwitła w towarzystwie "motylków". Skomponowane tak, ze wyglądały niesamowicie pięknie.

   
     Sad może znajdować, się ciut dalej, niż warzywnik, ale nie musi. Bardzo przyjemnie jest, stojąc na ganku lub tarasie, skubnąć wiśnię lub inne winogrono. Najbardziej ekologiczne są sado-laski, czyli pomieszane ze sobą drzewa i krzewy owocowe. Można je umieścić od strony, z której wieje wiatr, będą wtedy dodatkowym zabezpieczeniem.

wtorek, 3 marca 2020

Powrót do warzywników

      Jestem już dość stara, żeby pamiętać czasy, kiedy każdy ogródek przydomowy służył głównie do hodowania warzyw, kiedy na działkach pracowniczych sadzono marchew i kartofle, a nie strzyżone trawniki.
        Nie były to smutne ogrody, o nie. Uroczy bałagan warzyw, owoców i kwiatów wylewał się na wszystkie strony. Kolorowy patchwork zmieniał się od wiosny do późnej jesieni, kiedy to piwniczki i spiżarnie pęczniały od własnych plonów. Zapachy w takich ogrodach były niezapomniane, mocne, a zarazem subtelne, a powietrze pełne ruchu motyli, pszczół i innych owadów.
        Była to oczywista, codzienna obfitość, kiedy wystarczyło skubnąć truskawkę czy porzeczki z krzaka, wyciągnąć z ziemi młodą marchewkę czy inną rzodkiewkę, obetrzeć szybko o ubranie i schrupać. Jabłka i śliwki spadały wprost na nasze ręce czy głowy.Między krzewami porzeczek czy malin były nasze tajne bazy i kryjówki, za zasłoną z malw czy marcinków.


     Kiedy dziś patrzę na uporządkowane pod linijkę ogrody, trawniki i iglaki, to czegoś mi bardzo żal. Tej bałaganiarskiej dżungli, w której można było się zagubić, gdzie co krok to jakaś niespodzianka.
     Te domowe ogródki żywiły nas zdrowo przez wiele pokoleń. Nawet jeśli część żywności kupowano na zewnątrz, to to była żelazna rezerwa i pewność przetrwania. Uczta dla oczu, nosa i żołądka.

   
 Dziś czytam coraz częściej, jak bardzo podrożała żywność.  Oraz biadania ludzi, że będzie głód. A przecież kiedyś było o wiele biedniej, a jakoś nikt nie biadał. Obfitość pierwszorzędnego jedzenia wydawała się czymś naturalnym, przynależnym. No, może niektórzy biadali z powodu braku mięsa, ale dobrze wiemy obecnie, że nie jest ono niezbędne.
      Jakim sposobem ludzie wpadli w sidła takiej wyuczonej bezradności, takiej zależności? Ze wstydem muszę przyznać, ze nawet moi wiejscy sąsiedzi coraz rzadziej uprawiają warzywa i coraz mniej...
      Jedzenie z własnego ogrodu, bez sztucznych wspomagaczy, miało niepowtarzalny smak i aromat, do którego wiele osób wzdycha do dzisiaj. Tymczasem naukowcy biją na alarm - w ciągu ostatnich dwudziestu-trzydziestu lat przemysłowo hodowane warzywa i owoce straciły dużą część swoich walorów odżywczych i smakowych, a "zyskały" szkodliwe substancje chemiczne.
    Może to dobra chwila, żeby zamienić trawniki na warzywniki? Żeby przypomnieć sobie smaki, aromaty, teksturę liści, korzeni i owoców? Odzyskać część wolności i darmowej obfitości, jaką Natura nam przygotowała?
    Trudno mi zrozumieć, w imię czego można zrezygnować z takiej przyjemności, z takiej oazy odrodzenia ducha i ciała.
    Wróćmy do ogrodów!
 

sobota, 15 lutego 2020

Celebrując życie

      Mija powoli dziwna zima. W naszym ogrodzie kwitną już przebiśniegi, inne cebulki powytykały czerwone noski z ziemi. Skołowane sikorki i inne wróble ciągle odwiedzają karmnik, ale ćwierkają już zupełnie wiosennie.
      Nie będzie w tym roku roztopów, ale ziemia, nie zamarznięta, dobrze wchłonęła wilgoć. Roztopy były dawniej, kiedy zgromadzony miesiącami śnieg topniał, a ziemia ciągle zamarznięta, nie wpuszczała wody w głąb. Wtedy malutka rzeczka, dopływ Biebrzy, rozlewała się na łąkach w jezioro. Ale kiedy tylko ziemia rozmarzała, wchłania wodę wręcz błyskawicznie. No to w tym roku wchłaniała stopniowo przez całą zimę. Po kilkuletniej suszy ziemia była przesuszona głęboko, na 2 metrach ciągle nie było śladu wilgoci. Wprawdzie trawa się zieleniła, korzystając z opadów, ale nie docierały one w głąb. Była to tzw. "zielona susza".W tej chwili grunt jest wilgotny. A wiemy to z powodu dość smutnego - odeszła nasza ostatnia owca i trzeba było jej wykopać głęboki grób.
    Jedną owcę pochowaliśmy latem, stąd moje wiadomości o suchym gruncie. Drugą niedawno - w wykopie zebrała się woda, mimo, że ziemia na wierzchu wyglądała na suchą.
    Są też niewielkie rozlewiska na łąkach - czyli bagno już nie wchłania wody. Czyli nie jest źle, zapasy odnowione.

     Dni są spokojne, złoto-srebrne. Smakuję je,smakuję słońce wstające w jednym oknie, a zachodzące w drugim, widok gałęzi drzew na chłodnym niebie, księżyc i gwiazdy, które czasami pojawiają się wśród tych gałęzi. Dużo czytam, dużo myślę.
     Nareszcie mój pokój jest skończony. Odnowione ściany i podłoga, wstawione nowe meble. Nagle mam masę miejsca na książki! Cudownie. Wysprzątałam też do błysku łazienki przy pomocy myjki parowej. Oj, nie będę się chwalić, jak brudna była woda z mycia kafelków! Ale nareszcie, po roku zamętu i bałaganu, jest jasno, czysto i porządnie.

     Miałam dość trudne dni, kiedy przyplątało się zapalenie stawów. Wszystkich, ale głównie w kolanach. W tej chwili jest dużo lepiej, jeszcze tylko lewe kolano  mocno dokucza i mam trudności z chodzeniem. Na dokładkę mąż spadł dziś z roweru i stłukł sobie żebra. No to teraz polegujemy i stękamy do spółki. Ciekawa jestem, jak będzie z noszeniem drewna. Ale jakoś damy radę, po małym koszyku.  Wygląda, jakby cały Wszechświat chciał, żebym poświęciła więcej czasu na medytację. No to robię to i w nagrodę mam niesłychane przeżycia duchowe oraz wielką pogodę ducha.

   Planuję już prace na przyszły rok, pomalutku i spokojnie. Pierre tej zimy ścinał nasze olchy i z gałęzi zrobił masę zrębków, które złożył na pryzmę. Okazało się, że pryzma jest pięknie przerośnięta grzybnią. To dobrze - grzyby rozkładają ligninę, to pierwszy etap do uzyskania żyznego kompostu.

     Mamy tu takiego prawie oswojonego liska, którego często obserwuję w biały dzień, jak myszkuje po łąkach. Pilnuję naszych kur, ale nie sposób nie lubić tej Rudej Mordeczki, kiedy widzi się, jak przemyślnie przygotowuje się do przejścia przez drogę, albo wyszukuje gryzonie. Bobry za to chyba wyniosły się po zbudowaniu tamy. Może woda zalała ich nory? Codziennie słyszę stukanie dzięciołów, czasem widzę je w karmniku. Jest dzięciołek i dzięcioł pstry. Teraz wręcz szaleją ze stukaniem, pewnie mają zamówienia na przytulne dziuple i próbują wyrobić się w terminie.

   Kwitnie leszczyna i wierzba.
   Teraz wiosna wydaje się już bliska i realna.

piątek, 3 stycznia 2020

Tworzenie życia

        Skupiam się ostatnio na celebrowaniu każdego dnia, na przeżyciu, stąd mało mnie na blogach. Trwający prawie rok bałagan pożarowo-remontowy, choroba płuc, którą złapałam po pożarze i kilka innych zdarzeń sprawiły, że czuję się bardzo krucha i zmęczona. Stąd celebracja i świętowanie każdego dnia, niespiesznie i z uwagą.
       Odkryłam gimnastykę Qigong (to część Tai-Chi). To gimnastyka lecznicza, odpowiednia dla wszystkich. Bardzo mi pomaga na bóle w plecach, ale nie tylko. To jest jak medytacja w ruchu, po skończeniu seansu człowiek czuje się jednocześnie uspokojony i pełen dobrej energii, myśli są jaśniejsze, a jednocześnie zasypia się łatwiej. Widzę sporo podobieństw między tą gimnastyką, a kaligrafią. Z pozoru wydają się łatwe i proste, a są niezwykle złożone. Podobnie można w nieskończoność cyzelować każdy ruch, każdą kreskę. I podobnie uruchamiają coś niezwykłego w moim mózgu, jakieś nowe miejsca, nowe możliwości.
       Przygotowuję dania z warzyw, celebruję herbatki ziołowe i owocowe, dobre książki, ogień w nowym piecu. Dziś zrobiłam bardzo pożywne danie z samych warzyw: ziemniaki, cebula, dynia, fasolka. Doprawione ziołami, różową solą kłodawską i śmietaną. Nawet mój mąż, wielki zwolennik mięsa, przyznał, że najadł się do syta.
     Pierre ma teraz zajęcie przy wycinaniu młodych olch i cięciu ich na klocki  do pieca. Dostał ode mnie krajzegę, więc robota idzie szybko i jest mniej męcząca. Olchy odrosną w formie krzewów, a my za jakieś 2 lata będziemy mieli górę opału. Dobrze, że mąż ma zajęcie, bo brak zajęć na świeżym powietrzu jest dla niego nie do zniesienia. Czytanie książek stało się problematyczne, odkąd wzrok mu się pogarsza. Natomiast ani przy telewizorze ani przy audiobookach nie wysiedzi zbyt długo. W wieku 80 lat jest żywotny i silny bardziej, niż wielu 50-latków.
      Właśnie Pierre przyniósł mi przed świętami nowinę, że nasz staw jest pełny tak, że się przelewa. Dziwne to bardzo, bo długotrwała susza sprawiła, że wody są niskie. Zaledwie kilka dni wcześniej widziałam staw wypełniony dość skromnie. Poszliśmy razem, żeby sprawdzić. Rzeczywiście lustro wody podniosło się co najmniej o metr. Dziwy, bo nie było opadów. No to robimy przegląd okolicy. Idąc wałem oddzielającym staw od strumyka słyszę szum wodospadu i już wiem, komu zawdzięczamy ten nieoczekiwany przybór wody. Bobry! Mąż ich nie lubi, bo powalają mu zasadzone przez niego drzewa, ale ja mam dla nich pełną podziwu czułość. No bo jak ich nie podziwiać? Odkryły rurę, którą pan kopiący nam staw zainstalował w wale. Zainstalował niezbyt mądrze, nieco zbyt wysoko. Niby miała służyć do napełniania stawu przy niskiej wodzie, ale jak woda była niska to i w strumieniu też jej było niewiele. Bez sensu. A przy wysokiej wodzie ryby uciekały nią ze stawu. Lata temu zatkałam tę rurę i zapomniałam o niej. A tu bobry ją wyczaiły, oczyściły, zbudowały porządną tamę na strumieniu, spiętrzyły wodę i wypełniły staw. Rzecz wspaniała przy takiej suszy! Wokół stawu pełno śladów bobrowania: całe drogi i ścieżki wydeptane do zarośli wierzb-samosiejek, stos gałęzi w stawie "na zaś", inne drogi i dróżki w różnych kierunkach. Wierzb nam nie szkoda, niech jedzą na zdrowie. Bóbr też musi z czegoś żyć. Tym bardziej, że już pokolenia ich formowały te zarośla w gąszcz krzewów. Ścinają mądrze - nigdy wszystkich konarów na pniaku, zawsze zostawiają co najmniej 2 na przyszłość. A retencja wody przy tej suszy jest czymś bardzo pożądanym.

       Obserwuję ptaki w karmniku. Ludzie sobie puszczają filmiki z takimi ptakami na uspokojenia, podobnie jak filmiki z trzaskającym ogniem czy szumiącą wodą. A ja mam to na żywo. Chyba mogę nazywać się szczęściarą.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Kocie szczęście

     Wczoraj był dzień czarnego kota. przy tej okazji zaczęłam sobie przypominać historię naszych kociambrów. Przez długi czas mieszkały z nami głównie czarne koty i czarne psy. Kiedy najukochańsza, czarna jak smoła, Mićka odeszła, a niedługo potem jej syn, mąż orzekł, że do towarzystwa dla czarniutkiej Kity trzeba kota, ale już nie czarnego, na litość! Zaczęłam szukać kotów do adopcji poprzez przeróżne stowarzyszenia, ale tu natknęłam się na mur: "Dom wychodzący? Nie wydajemy kotów do domu wychodzącego". No paranoja jakaś! Bo o ile rozumiem konieczność uwięzienia zwierzęcia w domu, jeśli mieszka się w wieżowcu albo przy ruchliwej ulicy, o tyle jest to bez sensu w przypadku domu stojącego wśród tysięcy hektarów łąk, pól i lasów, gdzie do najbliższej drogi, zresztą niezbyt ruchliwej, jest ponad 300 metrów. Więzienie, nawet luksusowe, pozostaje więzieniem i nikt z nas nie chciał by spędzić czasu zamknięty w domu pod pretekstem, że świat jest niebezpieczny. Koty to esencja wolności i niezależności. Jeśli więc mają możliwość poznać świat zewnętrzny bez narażania się natychmiast na wypadek, to trzeba im to umożliwić. Wystarczy widzieć, z jaką radością i błyskiem w oku nasze koty przetrząsają ogród i szuwary nad stawem, ostrzą pazurki o drzewa, śpią w sianie, towarzyszą nam wszędzie w ogrodzie i na łące!

     W czasie tych bezskutecznych poszukiwań kota pojechaliśmy do znajomego mechanika z jakąś drobnostką. A on do nas, czy nie chcemy kotka, bo się do warsztatu przybłąkał, a do domu go wziąć nie może, bo koci rezydenci się nie zgadzają. Mąż poszedł zobaczyć (ja od razu byłam na tak!) i wychodzi z kotkiem w ramionach. Kotek nie taki malutki, raczej koci nastolatek, smukły i cały jakby z aksamitnych wstążeczek. Czarnych oczywiście. Ale ma białe bułki na policzkach, patrzy bursztynowymi, ogromnymi ślepkami i wtula się w męża, mrucząc namiętnie. No i następny czarny kot zagościł u nas. Zapytałam znajome z forum wieśniaczek, jak go nazwać. Zwyciężyła propozycja Agniechy: Piłsudski. Prawdopodobnie ma identyczny wąs i spojrzenie.
     Marszałek P. jest już z nami 8 lat, korzysta wedle swojej woli z domu i z ogrodu. Wykastrowaliśmy go, oczywiście, żeby nie biegał po całej wsi za amorami. To jednak może być niebezpieczne: samochody, psy, ludzie nie zawsze dobrze usposobieni, choroby...

     Jest to kot arystokratyczny, delikatny, subtelny, ale zdecydowany. Ciekawski bardzo, wchodzi, gdzie się da. Kiedyś wszedł pod boazerię, w miejsce gdzie idą rury i trzeba go było wyciągać, bo nie dał rady się odwrócić. Na szczęście część panelu jest odkręcana, żeby tych rur można było doglądać. Niedawno upodobał sobie buszowanie w pustce między dwoma stropami, a właściwie stropem i podłogą na strychu. Na szczęście dziura już zamknięta. Bardzo czuły i cierpliwy w stosunku do nas, zdziczał jeśli idzie o obcych. Kiedy mamy gości - nie ma kota. Goście tylko wyjadą, a czarny, połyskliwy łebek wyłania się gdzieś zza węgła. Uwielbia wskakiwać mi w ramiona i kłaść łebek na lewym ramieniu, tuż przy szyi. Sierść ma niezwykle delikatną, mięciutką, jak najmiększy jedwab. Je z apetytem, ale nie żarłocznie. O jedzenie prosi grzecznie i bez natarczywości.

   

      Przy tym arystokracie nasz młody rudzielec wygląda i zachowuje się jak wiejski łobuziak, ale kochany łobuziak. Trafił do nas dwa lata temu przez Danielę, żonę Jana, która znalazła w zimny listopadowy dzień trzy małe, porzucone kocięta. No i zagościło u nas takie małe, rozwrzeszczane i rozrabiające coś. Zagarnęło zaraz całe jedzenie dla siebie, a żarłoczny jest bardzo. Zagarnęło też nasze serca. A potrzebowało dużo opieki i starań: najpierw zapadł na jakąś tajemniczą chorobę jako maluch i była cała akcja z dostaniem się do weterynarza, ponieważ my byliśmy uwięzieni w domu z powodu rozkopanej bez uprzedzenia drogi prywatnej, później okazało się, że jest jednojajeczny, więc tutejszy weterynarz usunął mu tylko jedno jądro, bo drugiego nie mógł znaleźć. Potem okazało się, że to drugie jest i działa, kiedy niespełna 6 miesięczny kociak polazł w marcu na amory i nie było go kilka dni. Oczy sobie wypłakiwaliśmy, bo ten wesoły sowizdrzał był naszym najmłodszym oczkiem w głowie, spał na mojej szyi i na wszystkie sposoby okazywał nam swoją miłość. Kiedy wrócił, capnęłam go i pojechałam aż do Ełku, do dobrego weterynarza. Okazało się, że jest chory i najpierw trzeba go leczyć. W międzyczasie znowu zwiał. W końcu pani doktor go zoperowała, usunęła co trzeba i wydawało się, że już będzie spokój, kiedy po niedługim czasie wrócił koci katar w bardzo ostrej formie. Jedno leczenie - niewielka poprawa i znowu choroba. Dopiero drugie pomogło. Teraz Ruda Morda Zdradziecka cieszy się pełnym zdrowiem.

 

  Jest dość bezceremonialny, głośnym krzykiem domaga się jedzenia, jedzenia i jeszcze raz jedzenia, ale przy tym tak mile rozdaje całuski i baranki, że nie idzie się na niego gniewać. Przez długi czas budził mnie przed świtem, wsuwając pazurzastą łapę pod kołdrę i drapiąc mnie w podeszwy stóp. Teraz trochę zgrzeczniał, kiedy śpię na ogół daje mi spokój, ale niech no się poruszę czy wstanę do łazienki! Umierający z głodu tygrysek domaga się swego... Jego futerko jest bardziej szorstkie, niż Marszałka, ale też miłe. Uwielbia być ze mną, spać, miziać się (aby nie za dużo), leżeć na biurku przed komputerem z łebkiem na moim ramieniu. Wieczny dzieciak, łobuzowaty i rozkoszny. Dobry łowca, połapał w domu wszystkie myszy, robiąc czasem rumor w środku nocy. I dobrze. Ma jedną śmieszną i rozczulającą cechę: siedzi sobie i patrzy na nas z miłością. Oczka robią mu się coraz bardziej maślane, rozczulone i robi nagle zeza z tej miłości. Tylko wtedy, nigdy poza tym.

 
  Obecnie oba koty wyczaiły już dobrą miejscówkę na piecu i co rusz widzę zwisający stamtąd ogon albo łapy.

   

     Od niespełna roku mamy też trzeciego, nielegalnego rezydenta. Ale on nie daje się do siebie zbliżyć. Czasem tylko widzimy go, jak się przemyka. Przybłąkał się i został w budynkach gospodarczych. Ma tam dużo siana i ciepłą budkę w sianie, dostaje jeść, ale złapać się nie da. Jest caluśki czarny. Mam wrażenie, że dzięki niemu w końcu pozbyliśmy się szczurów z kurnika. Często tam przebywa, mieliśmy nawet wrażenie, że podjada jajka, ale nie. Albo uważa się za kurę, albo poluje na gryzonie.




czwartek, 7 listopada 2019

Jak się grzać czysto, tanio i wygodnie

       W komentarzach pod jednym z poprzednich postów ktoś napisał, że piece to przeżytek. Uśmialiśmy się z tego komentarza porządnie i postanowiłam, że zamiast odpowiadać pod nim, napiszę oddzielny post. Bo to i materiału sporo i warto wyłożyć swój punkt widzenia.
      A tak w ogóle, to mimo obaw, że nie zdążę i nie dam rady dałam radę z warzywnikiem. Wszystko zebrane, dwa baniaki kapusty ukiszone, reszta warzyw w piwniczce czeka na dalsze przerabianie, ale już na spokojnie. A w ogrodzie ciągle jest sałata, rzodkiewki i trochę ziół. Posadziłam czosnek zimowy między truskawkami. Będę miała czosnek, truskawki - ochronę przed chorobami, a nornice może się w końcu wyniosą.

       A teraz wracając do ogrzewania. Zacznijmy od początku: w naszym klimacie trzeba dogrzewać dom, no chyba że ktoś ma jakiś super pasywny i daje radę go ogrzać tylko własnym ciepłem. My takiego nie mamy, podobnie jak większość ludzi. Czyli grzać trzeba. Przejrzyjmy kolejne alternatywy.

1. Ogrzewanie elektrycznością, obojętnie czy będą to grzejniki, czy pompa ciepła. Elektryczność jest coraz droższa, to jedno. A drugie - jest produkowana przy pomocy spalania węgla, czyli paliwa kopalnego. Ewentualnie w elektrowniach jądrowych (kupujemy elektryczność na Litwie), z ryzykiem, jakie to niesie. Jaki sens jest spalać węgiel, produkować elektryczność, przesyłać ją na wielkie odległości ze stratami, jakie to niesie, żeby na końcu używać do ogrzewania? To już lepiej by było ten węgiel spalić na miejscu, bez strat energii na każdym etapie przetwarzania. Ale ciągle jest to paliwo kopalne, zwiększające emisję dwutlenku węgla.

2.Ropa lub gaz - podobnie paliwa kopalne, wydobywane ze szkodą dla środowiska (polecam pooglądać sobie, jak wyglądają miejsca wydobycia), przesyłane na ogromne odległości przy wielkich kosztach. Drogie, kłopotliwe i czasem niebezpieczne w użyciu. Niezdrowe dla środowiska, dla nas samych i miejsca, w którym mieszkamy.

3. Centralne ogrzewanie - zależy, czym się pali. Bo można wszystkim, są piece na węgiel, ekogroszek (ta nazwa to wielka ściema, jest produkowany przy użyciu substancji szkodliwych, transportowany itp), nawet trociny. Są tu dwa mankamenty, jednym jest ilość opału, drugim fakt, że trzeba podtrzymywać ogień przez cały czas, bo ten rodzaj ogrzewania ma małą zdolność akumulacji ciepła. Wydajne, dobre piece do CO są uzależnione od elektroniki, która często się psuje, a w przypadku braku prądu zawodzi. Cena też jest niebagatelna, zarówno dobrego pieca, jak i opału do niego. A jak wygląda palenie w kopciuchach, to może się każdy przekonać. I jak śmierdzi oraz zanieczyszcza powietrze.

4. Kominek - jest nieekonomiczny, większość ciepła "idzie w komin", czasem aż 90%. Poza tym również nie kumuluje ciepła i dom wyziębia się natychmiast po zgaśnięciu ognia.

5. Piec - moim zdaniem najlepsza alternatywa. Oczywiście są piece i piece, ale mówmy o takim dobrze zbudowanym, który zbiera i akumuluje większość ciepła. Na wyjściu jest to spory wydatek, chociaż można postawić tradycyjny piec kaflowy lepiony gliną już za 7 - 8 tysięcy. Ja poszłam w luksus z najwyższej półki, ale to osobista decyzja. Piec stawiamy raz na całe życie, więc wydatek nie jest aż tak wielki. Moja kuzynka, która ma centralne ogrzewanie, co kilka lat musi wymieniać piec, a też tani nie jest. Ciągłe awarie zmusiły ich po posiadania 2 pieców, jak jeden się zepsuje, to grzeją się drugim, bo na naprawę trzeba czasem dość długo czekać. Do mego pieca używam wysuszonego drewna drzew liściastych, ogrzewanie zimą kosztuje mnie dwukrotnie ( teraz pewnie czterokrotnie mniej), niż moja matka płaciła za ogrzanie kawalerki w bloku, a oszczędzała na nim, jak mogła. Kawalerka 37 m.kw., a dom 120 m.kw.  Niedługo prawdopodobnie będziemy już całkowicie samowystarczalni, jeśli chodzi o drewno. Nasza plantacja olchy energetycznej rozwija się nad podziw. Co ważniejsze - nie uśmiercamy przy tym drzew, prowadzimy je w formie krzaków i wycinamy najgrubsze pędy.  Krzaki rozrastają się z roku na rok bujniej i asymilują w sezonie z naddatkiem dwutlenek węgla wyrzucony do atmosfery w trakcie spalania, czyli ujemny bilans węglowy.
Drewno jest surowcem odnawialnym, węgiel w nim skumulowany pochodzi z ostatnich lat, a nie z epoki dinozaurów. I owszem, mamy w Polsce dosyć miejsca, żeby hodować drewno opałowe. Wystarczy rozsądnie wykorzystać nieużytki. Ponieważ w nowych piecach potrzeba go niewiele w zamian za wiele godzin równomiernego ciepła. Trzeba jeszcze, żeby palenisko pieca było dostosowane do ekonomicznego spalania i żeby sam delikwent czyli posiadacz pieca, umiał w nim palić. W tradycyjnych piecach palenisko zwykle jest za małe, żeby załadować je na jeden raz i rozpalić od góry, tymczasem w zduństwie nowoczesnym robi się duże paleniska z szybą, mam więc zalety kominka: widok na żywy ogień i zalety pieca: wielką moc akumulacji. Taki piec załadowuje się raz i rozpala od góry. Ilość drewna zależna jest od temperatury, którą chcemy utrzymać w domu. U mnie w tej chwili jest to wiaderko wysezonowanego drewna.
Rozpalanie od góry jest bardzo ważne, bo to, co daje najwięcej ciepła, to gazy wydzielające się z drewna. Przy słaby paleniu i od dołu, idą w komin. Sadza to czysty węgiel, który zostaje zmarnowany, podobnie jak niedokładnie spalone drewno. W palenisku powinna być odpowiednia temperatura (tzw. niebieski płomień), żeby wszystko zostało doszczętnie spalone bez strat. Czyli musi hajcować na całego. Zmniejszanie płomienia wcale nie jest oszczędnością, a brudzi tylko przewody sadzą, która mogła by w innych warunkach dać ciepło.  Prawie całe to ciepło kumulowane jest w przewodach grzewczych, a potem przez wiele godzin (u mnie 12) oddawane równomiernie. Kiedy już wszystko ładnie się wypali, a piec przestanie huczeć jak rakieta, nawet węgle przestaną już się żarzyć, można zamknąć dopływ powietrza,co sprzyja zachowaniu ciepła w masie pieca. Ale nie wcześniej, jak po całkowitym wypaleniu, bo inaczej wydziela się czad. Reasumując: jedno wiaderko dębowych kawałków (odpadki z tartaku) grzeje mi dom przez 12 godzin. Pali się ok. 2-3 godzin, potem działa akumulacja. Kiedy temperatury spadną, pewnie trzeba będzie dawać tego drewna nieco więcej. Popiołu jest zadziwiająco mało. Z komina, po kilkunastu minutach od rozpalenia, lecą tylko czyste gazy, bez pyłu. Widać jedynie drganie powietrza, a nie siwy dym. Żadnych przykrych zapachów, leciutki przyjemny zapach palonego drzewa.

        Wszystko to sprawia, że uważam piece na drewno za doskonałą alternatywę, przyszłościową. Oszczędną i przyjazną środowisku. Oszczędzamy na każdym poziomie: pozyskanie surowca, transport (na ogół drewno pochodzi z najbliższej okolicy lub wręcz z siedliska), brak strat przy przesyłaniu ciepła, brak drogich urządzeń, które mogą się popsuć. Chociaż istnieje alternatywa dla ludzi, którzy nie mogą zostać w domu i czekać, aż się wypali, żeby zamknąć dopływ powietrza. Istnieją elektroniczne sterowniki, które to robią. Same otwierają i zamykają szyber przy rozpalaniu, same zamykają dopływ powietrza w odpowiednim momencie. Właściciel ma tylko załadować piec i rozpalić go zgodnie z zasadami sztuki. Jeśli ktoś nie ma innego wyjścia i ufa elektronice, to może je zamontować.
Dla tych, co nie wiedzą, co to szyber - kiedy rozpalamy piec przy zimnym kominie, dobrze jest na początku skierować ciepło wprost do komina, żeby złapać ciąg. Do tego służy szyber, taka płytka, którą wyciągamy do siebie, a po kilkunastu minutach, kiedy płomień jest już silny, zasuwamy. Ja często rozpalam bez użycia szybra, bo piec jest jeszcze ciepły po poprzednim paleniu i łapie ciąg błyskawicznie.

czwartek, 24 października 2019

Odysei piecowej dalszy ciąg

       No i przyjechało 5 zdunów i zduńskich uczniów i pracowali przez 5 dni po 12 godzin dziennie. Wszędzie ich było pełno, bałagan niesamowity, ale piec rósł. Gotowałam w altanie, na początku z pomocą kochanej Zuzi, która specjalnie w tym celu przyjechała z Warszawy, potem sama, bo dziecko musiało wrócić do szkoły.    Gotowałam w wielkim kociołku żeliwnym emaliowanym, na ognisku, które rozpalałam na grillu. Trudno się odnaleźć w takiej prowizorce, gdzie wszystko trzeba przynosić z kuchni, nie ma wody ani zlewu, ale miski i wiadra. Jakoś dałam radę. Ale zduni chwalili, więc nie było tak źle.







     Niestety, nie skończyli, a musieli wyjechać. Na szczęście duży piec już był zdatny do użytku, bo przyszły zimne dni. Wrócili po tygodniu, znowu udana ekipa, tylko Rafał został zamieniony na Bartka. Rafał poprzednio dojeżdżał autostopem z Górnego Śląska i spędził noc, wietrzną i mokrą, na stacji benzynowej przytulony do dystrybutora, bo stację na noc zamknęli. Nad ranem stróż się nad nim ulitował i zaprosił do stróżówki, żeby się zagrzał. Dojechał późnym rankiem i zaraz rzucił się do pracy. Tym razem w 3 dni skończyli płytę i piec chlebowy. Zostały dziury w ścianach, tynk na niektórych częściach pieców do pomalowania, dziury w suficie w łazience, zlew do umocowania na nowo. To kończy już Jan z "Chaty z Secondhanda".


To wszystko, co jest otynkowane na szaro, to także powierzchnie grzewcze. Piec grzeje mój pokój swoimi "pleckami", a kuchnia łazienkę. Ponieważ temperatura jest równomierna i nigdy zbyt wysoka (rzędu 40 stopni C.), można to po prostu zatynkować i zamalować odpowiednią farbą. Ja wybrałam farby i tynki na bazie gliny.

    Na szare części pójdzie farba na bazie gliny i tynk gliniany. Z kafelkami trzeba jakoś będzie kombinować, bo mąż nie pozwoli skuć tych żółto-beżowych. Sam je kładł i wybierał z miłością, więc łzy mu się zaczęły kręcić w oczach na pomysł, żeby je skuć. Będzie niezła mieszanka różnych kolorów i stylów, ale trudno, może polubię. Najważniejsze, że piec grzeje pięknie przy małym zużyciu drewna. Jest bezpieczny i ładny. A przy okazji chleb można upiec, pizzę, podpłomyki... I koty będą miały gdzie kudłate tyłki grzać.

poniedziałek, 30 września 2019

Gwiazdka z nieba i kafelek z pieca

         Doczekałam się wreszcie! Dziś wieczorem zjeżdżają zduni i stażyści, żeby postawić nowy kombajn w kuchni oraz dokończyć reperację komina.
         Wprawdzie pożar naruszył tylko komin, ale kombajn kuchenny już od dawna prosił się o wymianę. Ścianówka od strony pokoju wybrzuszała się, kafle pękały i tylko patrzeć, jak by się zawaliła, wnętrze kuchni już było zawalone. Na dodatek nie grzał już zbyt dobrze i bardzo ciężko było czyścić sadzę - wyczystki malutkie, zawsze miałam poranione ręce po czyszczeniu, na dokładkę drzwiczki do nich nie trzymały się na swoim miejscu i trzeba było je oklejać gliną. Skoro więc przebudowujemy komin, to zdecydowałam się na budowę od nowa całego ustrojstwa.

Tak to wyglądało:

Od maja, kiedy stare piece rozebrano, żyjemy tak:


A nowy piec ma wyglądać tak:


      Dałam się namówić Piotrowi Baturze, przewodniczącemu Cechu Zdunów Polskich, na zduństwo nowoczesne. Zasady są nieco inne, niż w piecach lepionych z gliny. Stosuje się tam palenisko stalowe, bardzo dużo szamotowych elementów i tylko okazjonalnie kafle. Można się obyć bez kafli, ale ja bardzo chciałam... Dla mnie prawdziwy piec, to piec kaflowy. Pokazano mi więc kafle stosowane w tym rodzaju pieców, z kaflarni Rival. No i oczy mi wyszły na wierzch! Takie cuda, jakie tam mają, w pełni uzasadniają powiedzenie, że ktoś chce "gwiazdkę z nieba i kafelek z pieca". Przepiękne! Jednak nie zaszalałam za bardzo - piec będzie kremowy i tylko fryz u góry mniej więcej taki:


      Widziałam te piece w działaniu, są nie tylko super wydajne, nie trzeba do nich bez przerwy podkładać - po jednym naładowaniu i rozpaleniu od góry trzymają ciepło przez 12 godzin (można zbudować na więcej, ale tyle jest praktyczne), są też ekologiczne. Pali się drewnem liściastym, dobrze wysezonowanym, czyli nie paliwo kopalne, tylko surowiec odnawialny. Tym bardziej, że nasza plantacja olchy energetycznej już częściowo dojrzała do zbiorów. Dla przypomnienia: ścięta olcha daje odrosty, jak wierzba i po kilku latach można ją ścinać na nowo, nie wyjaławia gleby (symbioza z bakteriami brodawkowymi), a CO2 wydzielany przy spalaniu jest z nadmiarem wchłonięty podczas następnego sezonu wegetacyjnego. Spalenie odbywa się całkowicie, prawie nie ma sadzy i bardzo mało popiołu. Spala się drewno i gazy, z komina nie leci dym (poza pierwszymi minutami po rozpaleniu), tylko ciepłe powietrze.

      Czyli na stare lata będę se grzała gnaty przy dobrym, cieplutkim piecu. A na dokładkę będę miała piec chlebowy, czego mi bardzo brakowało.

       Praca zaczyna się we wtorek i kończy w piątek. Są to warsztaty otwarte, można wpaść, zobaczyć, dotknąć i skorzystać z wiedzy Piotra Batury.

czwartek, 19 września 2019

Rozważania przy przecieraniu

     Wczoraj zrobiłam przecier pomidorowy, pierwszy i chyba jedyny raz w tym roku. Plony pomidorów są niewielkie i bardzo spóźnione. Tak, mimo upałów zaczęły owocować późno. Najpierw późne przymrozki (koniec maja) do -7 stopni sprawiły, że część sadzonek zmarła, a reszta zatrzymała się w rozwoju. Tu dość dobrze sprawiły się 5 litrowe butle po wodzie, które użyłam jako mini-szklarenki do posadzonych już pomidorów. Czyli rosły w tunelu i na dodatek każdy przykryty swoim kloszem. Mimo to w okres plonowania weszły bardzo późno, na koniec sierpnia.
      Podobnie te, które w czasie przymrozków były jeszcze w doniczkach. U nich, mimo okrycia agrowłókniną, była hekatomba. Przetrwały głównie pomidorki koktajlowe. Nie wiem dlaczego, po kilku latach nieuprawiania tych maluchów, w tym roku zachciało mi się je posadzić. Kupiłam mix i wysiałam. Z nich wszystkich tylko fioletowe pomidorki "kwiatuszkowe" (bo mają czerwony kwiatuszek na skórce w miejscu szypułki) są bardzo smaczne. Inne nie smakują mi zupełnie, nawet czarne. Na szczęście przetrwało sporo pomidorów z moich własnych nasion, a zbieram ich dwa rodzaje: jedne podłużne, o dużej zawartości suchej masy, doskonałe do przetworów i suszenia, mają smak dobry, ale nie więcej. Najsmaczniejsze są duże, okrągłe i bardzo soczyste. Nie wiem już, od jakiej odmiany starych rosyjskich pomidorów pochodzą, ale są przepyszne!
     Późniejsze upały na zmianę z chłodami - u nas prawie cały lipiec był zimny - też nie sprzyjały plonom. No i mam, co mam. Przynajmniej najadamy się do syta.

    Dziś przetwarzam papryki, które z kolej dały przepiękne, choć też późne, plony. Wysadzałam swoje, dość mizerne, sadzonki i duże kupne. W tej chwili nie widać różnicy. Są soczyste, duże i pachnące.

    Poległam w tym roku na podlewaniu, czyli podlewałam przez prawie całe suche lata. Po prostu, kiedy na początku lata robiliśmy wykop na grób dla naszej owcy, stwierdziliśmy, że nawet na 2 metrach w głąb ziemia jest sucha jak popiół. Nie było możliwości, żeby rośliny korzeniami dostały się do wilgoci w głębszych warstwach.
      Za to mam przepiękne plony marchwi, buraków, pietruszki, fasolki szparagowej, kapusty, selerów... Ziemniaki też niezłe, duże i ładne. Fasola tyczna zapatrzyła się na pomidory, bo ma podobnie późne i niewielkie plony. Jest co jeść jednak, w myśl zasady, że jak jedno się nie uda, to drugie nadrabia.

      Owoce także niezbyt udane: mało truskawek i malin, zupełnie brak śliwkowych, jabłka dla nas wystarczą, ale tylko dlatego, że duży sad. Za to miałam przyjemną niespodziankę: po raz pierwszy zaowocowała nasza jarzębinogrusza! Dzielne maleństwo! Jakie są owoce? Z wyglądu do złudzenia przypominają dzikie gruszki, żółciutkie i pokryte czerwonym rumieńcem. Za to smak jest wspaniały: delikatne, słodkie, soczyste, wręcz rozpływają się w ustach. Tak, że z czystym sercem mogę polecić każdemu.
       Porzeczki zaowocowały poprawnie, ale niedługo po tym zaczęły cierpieć z powodu suszy, chować i tracić liście. Oczyściliśmy ziemię wokół, podlaliśmy i zaściółkowaliśmy owczą wełną, która świetnie zatrzymuje wodę w glebie, a przy tym nawozi powoli i nienachalnie.
      Winogrona za to wysypały się jak z rogu obfitości - liczne, piękne i słodkie. Im susza widać niestraszna. Dobrze wiedzieć na przyszłość - jakby co, to zawsze można zakładać winnice.

wtorek, 30 lipca 2019

Tak łatwo, tak smacznie

       Niektórzy z Was znają Elfa Patryka i wiedzą, że i on sam i jego metody są bardzo oryginalne i nietuzinkowe, a mimo to dają zdumiewające efekty. Ten post powstał na jego prośbę i opowiada o jego metodzie uprawy warzyw "tak łatwej, że aż wstyd".
       Sprawdziłam to w zeszłym roku u siebie - rezultaty były zadziwiające. I mimo mego wcześniejszego lekkiego oporu przed takim "bałaganem" stałam się fanką tego typu uprawy. Nadaje się ona świetnie dla ludzi, którzy mają niewiele czasu a zbyt wielki ogród albo dla tych, którzy nie mają sił na tradycyjną czy nawet permakulturową uprawę, albo bywają na swojej ziemi od czasu do czasu, a mimo to chcieli by zebrać jakieś plony.
       To jest smaczny, bujny i urokliwy prztyczek w nos dla wszystkich miłośników sztywnej geometrii, porządku oraz "potu i łez", bo pracy wymaga niewiele, podlewania też. Świetnie nadaje się do zakładania nowych ogrodów czy powiększania starych.


       Ci, którzy znają Elfa Patryka wiedzą, że jego miłość do Ziemi i wszystkiego, co rośnie oraz zrozumienie istot żywych jest wręcz niesamowite. Mimo młodego wieku ma też spore doświadczenie w gospodarowaniu na różnych glebach, do których dostosowuje się instynktownie. Poza tym Patryk uwielbia nasiona. Dać mu kilka worków rozmaitych nasion, a będzie siedział z błogą miną i mieszał je ze sobą. Właśnie na mieszaniu wszelakich nasion warzyw i kwiatów polega ta metoda. Dostałam od niego woreczek takiej mieszanki, część rozdałam w czasie warsztatów tej wiosny.


      Co jest w tej mieszance nasion? Zapytajcie lepiej, czego tam nie ma! Z grubsza są to kwiaty uznane za "lekarzy gleby", czyli nagietek, aksamitka, facelia, nasturcja, gryka jak śnieg biała i inne jednoroczne oraz rozmaite warzywa: jarmuż, rzodkiewka, buraczki, marchew, pietruszka, pasternak, słoneczniki, groszek, sałaty, ogórki i sporo innych, tajemniczych. Jednym słowem wziął wszystkie torebki ze sklepu, pomieszał, nasączając je dobrą energią i przygotował do siewu.

     A siew odbywa się też nietuzinkowo. Po prostu wprost na grubej warstwie ściółki. Wiem, że w różnych miejscach przygotowanie ziemi trochę się różniło.
     Zakładając tę grządkę na ugorze i słabej ziemi Patryk dawał najpierw wprost na ziemię trochę obornika. Na to kartony, zmoczone przez deszcz lub podlewanie. Na kartony gruba warstwa słomy, siana i wszelkich resztek roślinnych. W tę ściółkę wrzuca nasiona pradawnym gestem siewcy i czasem jeszcze je przykrywa cienką warstwą ściółki zmieszaną z ziemią. W tym roku, na żyznych lessach Chełmskiej Ziemi, poruszonych już wcześniej, dał po prostu grubą warstwę z lekka przegniłej słomy, służącej wcześniej do ogacenia chaty. Bez kartonów i bez obornika, bo ich nie miał.


       Tak zasiane rośliny wschodzą w malowniczym bałaganie, przypominając kwietne kobierce. Jeśli zdarzy się łysa plama, to tym lepiej - sadzi w tym miejscu a to kapustę z rozsady, a to ziemniaka, fasolę, czy inne warzywko albo zioło. Aby posadzić ziemniak lub rozsadę, należy wyciąć dziurę w kartonie i zasadzone przykryć ściółką. W tej metodzie gruba warstwa ściółki jest podstawą. Wszystko rośnie w radosnym bałaganie, żadnych rządków i porządków, a mimo to taki ogród jest niesłychanie wydajny i nie potrzebuje prawie pielęgnacji. Ja bym jednak podlała w wypadku super uciążliwej suszy...
      Patryk twierdzi, że warzywa mają zupełnie inny smak, kiedy rośnie ich 40 rodzajów obok siebie. Oraz inną zupełnie moc. No, naprawdę - on potrafi to wyczuć. I że mu prawie wstyd cieszyć się taką obfitością, nie wkładając w to prawie żadnej pracy.

    Oczywiście, uprawia też bardziej tradycyjne grządki, ale dzięki tym samoobsługującym się mieszankom może radośnie zagospodarować spory kawałek ziemi, przywrócić mu żyzność i powiększyć ogród.

      W takiej mieszance szkodniki nie wypatrzą łatwo roślin, np. jest większa szansa, że kapustnik bielinek ominie kapustę schowaną wśród kwiatów i ziół. Natomiast ślimaki trzeba zbierać regularnie. Renata, która stosuje podobną metodę, powiedziała mi właśnie, że co rano o świcie zbiera ślimaki i nie ma z nimi problemu, mimo, że inni narzekają. I że niechętnie wchodzą na suchą ściółkę, tak, jakby sucha słoma je odstraszała.

   My w zeszłym roku na małym kawałku sprawdziliśmy tę metodę. I rzeczywiście! Ten kawałek był najbardziej wydajnym zagonem w naszym ogrodzie. Od wiosny do późnej jesieni coś z niego zbieraliśmy, a jesienią ścięta mrozem masa łodyg i liści stworzyła fantastyczną ściółkę.

Zdjęcia z tegorocznego ogrodu Patryka. Na wiosnę był tam smutny ugór, teraz dostarcza obfitych, zdrowych i smacznych plonów.

P.S. Patryk napisał, że jeśli dawał karton i nawóz zwierzęcy, to raczej sadził ziemniaki i dynie, natomiast mieszankę wysiewał w drugim roku. Można ją też wysiewać w ziemię, jeśli jest w dobrej kulturze i tylko lekko przykryć po wierzchu.

niedziela, 14 lipca 2019

Świetliki i pech

Wczoraj wieczorem, jak już zawieźliśmy wolontariuszkę na pociąg i przy okazji zwizytowaliśmy rodzinę, zachciało mi się do lasu świetliki oglądać. Kiedyś były i było to dla mnie święto, takie oglądanie. Uwielbiam wszystko, co świeci po ciemku. 
Poczekałam więc, aż się porządnie ściemniło i pojechałam z pewnymi trudnościami, bo auto nie chciało zapalić. Ale mężowi się udało, życzył mi pięknych widoków i wrócił do wyra. No to pojechałam, w odświętnej kiecce do ziemi, ale za to bez torebki i telefonu. Blisko przecież, tylko jakieś 7 km. No i kiedy byłam w tym ciemnym lesie autko rozkraczyło się jak żaba i ani mru mru. Kontrolki tylko migały, kiedy przekręcałam kluczyk, wycieraczki same się włączały, a silnik nic. Pamiętałam,że mężowi odpalił, więc odczekiwałam chwilę i próbowałam na nowo. Za którymś razem kluczyk rozpadł mi się w rękach. No kicha zupełna.
W lesie było nawet przyjemnie, księżyc świecił, pachniało. Tylko coś się darło okrutnie, jakby olbrzymiego kruka mordowali po kawałku, ale przestało.

Już się przygotowałam do spania w aucie, kiedy zatrzeszczał żwir i zaświeciła latarka. To małż przyszedł z rowerem mnie szukać. Przyszedł, bo po żwirówce bał się po ciemku. Zdecydowaliśmy, że jednak pójdę do domu, a bidne autko zostanie samo w lesie. Lasu się nie boję nocą,nawet tych wilków co w nim są (puszcza na A), ale wsiowych psów tak. A mieliśmy długą wieś do przejścia. Jednak dobrze było, jakieś burki tylko raz czy dwa burknęły zza płotu, nie to, co dawniej.

Ludzie, jak mnie kręgosłup bolał! To w takich chwilach czuję się kaleką, bo przecież jeszcze nie tak dawno spacer 10km. to była czysta przyjemność.

Na asfalcie mąż wsiadł na rower pojechał szybko do domu po traktorek, czyli kosiarkę z przyczepką, bo widać było, że nie dojdę. Ostatni kawałek więc przejechałam w charakterze ładunku na przyczepce. Gdyby nie smrodek spalin, to było by absolutnie cudownie, bo nawet miękką kołdrę do siedzenia miałam.

A na drugi dzień kołomyja - najpierw mąż poleciał autka pilnować, a ja wisiałam na telefonie. Najpierw znaleźć kogoś, żeby przyholował autko na podwórko, potem znaleźć mechanika - też droga przez mękę, bo albo nie odbierają, albo nie mogą. Stanęło, że samochód musi iść do serwisu Peugeota aż do Białegostoku. No to lawetę trzeba było zorganizować.

Po tym wszystkim padłam na wyrko i spałam kilka godzin. Bo nocą to mało co oko zmrużyłam.
I tak to jesteśmy uziemieni bez auta na co najmniej trzy tygodnie .
Świetlika widziałam. Jednego.

Fotografia znaleziona w czeluściach netu, nie miałam ze sobą aparatu.
A tak w ogóle to larwy świetlików żywią się ślimakami.

piątek, 14 czerwca 2019

Uspokajacze sumienia

       Pięknie jest w ogrodzie, na łące i w polu, mimo że sucho.Wczoraj przeszła burza, trochę popadało, chociaż przydało by się więcej. A mi jakoś smutnawo... Musiałam zostawić odłogiem kilka grządek, po prostu nie dałam rady. Nieuchronny bieg czasu redukuje nasze siły i chociaż oczyma człowiek zrobił by wiele, to sił fizycznych nie starcza. Naturalnie powinna być sukcesja - młodzi wspierają starych, a potem ich zastępują. My jesteśmy sami. Musimy więc dostosować tryb życia i pracy do naszych możliwości.
      Na sprawy osobiste nakłada się niepokój o przyszłość naszej planety, wszystkiego, co na niej żyje. A trywialnie także niepokój o własne dzieci, te rodzone i te "dzieci serca", które duchowo zaadoptowałam.
     Według prognoz naukowców zostało nam 30 lat istnienia. I nie będą to spokojne lata - susze, powodzie, wzmożona migracja z terenów niezdatnych do zamieszkania, wojny, głód i pragnienie...
      Przez długi czas pocieszałam się, że rosnąca u ludzi świadomość ekologiczna potrafi to odwrócić, że "jakoś tam będzie" i wszystko ułoży się na nowo. Może inaczej, lepiej, bardziej zgodnie z naturą. Pielęgnowałam moją oazę bioróżnorodności i Żywej Ziemi z nadzieją, że kiedyś z takich wysepek wykipi ona na resztę świata.
      Teraz nie mogę opędzić się od myśli, że jest za późno. Elfie Dusze, schodzące na ten świat, żeby go ratować, nie dają już rady.

      Kiedyś myślałam, że wzrost świadomości ludzi będzie przekładał się na wybory zdrowszego życia i skutecznych działań. A kiedy osiągnie masę krytyczną, nastąpi zmiana społeczeństwa. Mogło tak się stać, bo świadomość rośnie. Tyle, że ci, którzy decydują o losach społeczeństw świadomie kierują ludzkie wysiłki na ślepe tory. Nazywam te akcje "uspokajaczami sumienia". Wskazując ludziom jakieś działanie, skądinąd słuszne i pożądane, ale o znikomych skutkach globalnych, uspokaja się jednostki, które chcą coś zrobić dla naszej przyszłości. Czują one, że "coś robią". I przestają patrzeć decydentom na ręce oraz widzieć całokształt sytuacji.
      Mam kilka takich przykładów, np. głośna akcja przeciwko plastykowym słomkom. Skądinąd słuszna, ale... u nas plastykowe odpady trafiają do spalarni, słomki też. A stanowią one promil prawie niewidoczny w powszechnym zalewie plastykowych odpadów. Najwięcej odpadów generuje przemysł żywnościowy i transport zapakowanych towarów. Następnie są butelki, torby i wszystkie wyroby z plastyku. A trafiają one na wysypiska nawet na innym krańcu Ziemi.

      Nawołuje się ludzi do oszczędzania wody. Słusznie. Tyle, że w naszym kraju prawie 80% wody pitnej zużywa przemysł, 11% - leśnictwo i rolnictwo. A dopiero resztę gospodarstwa domowe. Dobrze, oszczędzam wodę. Tylko na ile zmieni to całą sytuację? Nawet gdyby wszyscy Polacy przestali się myć, na ile by to zmieniło dane statystyczne?
   
      Ale ludzie dają się nabrać na te akcje i czują się ważni, że robią coś dla planety. Tylko, że przypomina to pielęgnowanie pryszcza, kiedy cały organizm Gai umiera na raka...
      Oczywiście - należy to robić, to i o wiele więcej, ale nie zapominać, że to kropelka w morzu. Powinno to wypływać z całościowej zmiany naszej postawy i stylu życia, być fragmentem w totalnej przemianie świadomości, a nie uspokajaczem naszej czujności.

      Czekałam na wybory, mając nadzieję, że zaprezentują się ludzie wykazujący choćby trochę zrozumienia dla sytuacji i proponujące jakieś trwalsze, mocniejsze rozwiązania. Niestety! Co mnie obchodzi, że ci spod znaku tęczy naparzają się z tymi spod znaku krzyża, kiedy wszyscy tym samym wózkiem jadą w stronę przepaści?
   
Jak sobie radzić w tej zmieniającej się rzeczywistości? Częściowo odpowiada na to artykuł z "Zielonych Wiadomości". Zachęcam do przeczytania i wyciągnięcia wniosków! http://zielonewiadomosci.pl/tematy/ekologia/aktywizm-w-obliczu-katastrofalnego-upadku-ekosystemow/?fbclid=IwAR35KoUl2tOKFCrWFc0lULfYXOFdRqLgUfxMypRfl8dKV15e9cUVNPSJhH8