wtorek, 24 stycznia 2017

Warto

       Dlaczego warto mieć ogród, a przynajmniej ogródek? Czy w ogóle warto? Kiedy człowiek patrzy na smutne spłachetki trawy otoczone przez cmentarne iglaki, to wydaje się, że wielu ludzi uważa, że nie warto.... Gdzie się podziały uśmiechnięte, radosne przedogródki, kipiące życiem i kolorami? Gdzie przydomowe warzywniki, pyszniące się głowami kapusty, szeptami między marchewką a szczypiorkiem? W jaki sposób, dosłownie w ciągu kilku - kilkunastu lat zabito w ludziach chęć do uPrawy ziemi, do tej kolorowej, rozbuchanej radości?

     A przecież warto, bardziej niż cokolwiek innego, warto wrócić do ogrodów, naturalnych, bujnych życiem podziemnym i powietrznym, pachnących jak kadzielnice, szemrzących na wietrze.

    Pierwszy powód jest taki, że coś w nas jest takiego, że jesteśmy szczęśliwsi w otoczeniu drzew i roślin, niż w najpiękniejszej architekturze. To tkwi głęboko w podświadomości i nie da się tego usunąć. Tak po prostu jest. Ziemia daje siłę, jak w micie o Anteuszu. Kiedy dotykamy ziemi, w naszym wnętrzu uruchamiają się rezerwy siły i spokoju.
   Drugi powód to taki, że naprawdę w ziemi żyją bakterie, które wyzwalają w naszym ciele hormon szczęścia. Trzeba tylko, żeby gleba była żywa, pełna naturalnej próchnicy i nieskażona herbicydami i innymi środkami chemicznymi, bo one zabijają wszelkie życie w glebie.

   Powód trzeci to taki, że to najzdrowsze spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Oprócz zróżnicowanej gimnastyki otwiera też "kanały twórcze" i daje niesamowitą satysfakcję, a także wymierne korzyści w przypadku warzywnika oraz korzyści estetyczne i zdrowotne.

     A czwarty powód jest taki:
Jeśli chcemy, aby nasze poŻywienie naprawdę nas żywiło i dawało zdrowie, musimy wziąć sprawy we własne ręce. Tym bardziej, że warzywnik też może być piękny. Nawet częściowe tylko uzupełnianie diety własnymi warzywami i owocami może nas postawić na nogi i dać taki zapas sił, jakiego nie dadzą sztuczne witaminy z apteki.
Ojciec Klimuszko twierdził, że w roślinach jest coś więcej, niż tylko substancje odżywcze i witaminy. Jest coś, co nazywał siłą życiową. Najwięcej mają jej rośliny dzikie z naturalnego, czystego środowiska. A zaraz po nich rośliny z naturalnych, ekologicznych warzywników, gdzie rosną w warunkach zbliżonych do naturalnych.

         Mając szczęście i zdrowie w zasięgu ręki, możemy z niego skorzystać w każdej chwili. To jeszcze narazie nie jest zabronione. Na szczęście! Schrońmy się więc w naszych ogrodach i czerpmy pełnymi garściami z dobra, jakie nam dają.
 Piękno i pożywienie, schronienie dla duszy i zdrowie dla ciała. Naprawdę warto uprawiać ogrody. Można to robić bez zbędnego wysiłku, na miarę naszych możliwości i naszej wyobraźni. Takie trochę dzikie, trochę niesforne są najpiękniejsze i najzdrowsze. I my w nich stajemy się piękniejsi i młodsi.


środa, 11 stycznia 2017

Nuda

         Pamiętam dobrze moje dzieciństwo i to bardzo wczesne, niektóre wspomnienia są nawet z czasów, kiedy jeszcze nie mówiłam. A zaczęłam mówić, zanim skończyłam rok. Prawdopodobnie była to w miasteczku sensacja - bobas na rękach, z czarną, zjeżoną czupryną, drobniutki, który mówi całymi zdaniami! Pamiętam więc momenty, kiedy się nudziłam. A były to tylko i jedynie momenty, kiedy zmuszano mnie do bycia "grzeczną" i krępowano moją wolność. Zostawiona sama sobie nigdy się nie nudziłam, wprost przeciwnie - świat był tak zajmujący, a możliwości tyle, że zapominałam nawet o jedzeniu.
        Pamiętam jedno takie zderzenie między pojmowaniem świata przez małe dziecko, a jego pojmowania przez dorosłych. Rodzice zabrali mnie na wózku na spacer drogą wiodącą nad rzekę (och, te rodzinne spacery - moja zmora aż do lat nastoletnich, kiedy wystrojone musiałyśmy odbyć niedzielny spacer z rodzicami, tak, jakbyśmy byli kochającą się rodziną, sztywny, nastawiony na "jak nas widzą"!). Po obu stronach drogi były łąki porośnięte firletką i jaskrami. Całym jestestwem małego człowieka chciałam biegać po tych łąkach, dotykać, widzieć i obserwować świat owadów i roślin. Robić coś, po krótce. Wyrywałam się z wózka, więc ojciec przeskoczył rów i przyniósł mi bukiecik kwiatów. co za pomyłka! Ja nie chciałam MIEĆ martwych kwiatów, ale uczestniczyć w życiu łąki! Upuściłam bukiecik i ciągle domagałam się wolności. Oczywiście, w ich mniemanu byłam paskudnym, rozpuszczonym brzdącem, które nie wie, czego chce.
       Zderzenie dwóch świadomości - dziecięcej, która chce uczestniczyć, odkrywać i być wolną i dorosłej, nastawionej na "mieć", zamiast "być".
     
        Tak ogólnie, to nuda często była konstruktywna. Iluż to rzeczy nauczyłam się, żeby przed nią uciec! Czytać i szydełkować nauczyłam się, zanim poszłam do szkoły. Moja matka pracowała w domu, dziergając serwetki szale dla spółdzielni chałupniczej, więc ją naśladowałam. Zatrzymywano mnie w domu w wypadku częstych chorób (jakoś nikt nie dostrzegł, że powracające bronchity i zapalenia oskrzeli to skutek przegrzania i alergii), więc czytałam, malowałam, lepiłam. Niechcący, przesiadując w kuchni z babcią, która świetnie gotowała i mówiła przy tym, co robi, nauczyłam się gotować...
        W szkole też często nudziłam się (ogólnie wspominam szkołę jako koszmar) - kiedy moi koledzy sylabizowali w elementarzu, ja czytałam pod ławką Trylogię albo Czterech Pancernych. Pamiętam jeszcze zdumienie na twarzy nauczycielki, kiedy wyciągnęła mi książkę spod ławki! Nic nie powiedziała. Nauczyłam się też dokładnie geografii. Co było robić, kiedy nauczyciel kazał przeczytać lekcję z książki, a sam wychodził pociągać alkohol w schowku na przyrządy gimnastyczne? Z czytaniem uporałam się w 10 minut, a przez resztę czasu studiowałam atlas geograficzny, wymyślając przyszłe podróże.

        Aby nie nudzić się w domu wolnym czasie i nie uczestniczyć w domowych konfliktach, chodziłam na wielogodzinne wędrówki po okolicy. Wiem, dla samotnej dziewczynki to niebezpieczne, ale nigdy nic złego mi się nie zdarzyło. To były najpiękniejsze chwile mego dzieciństwa i dojrzewania. Wiele cudów wtedy widziałam i doświadczyłam.

       A wspólne zabawy z innymi dziećmi? Ten dreszczyk emocji, te kłótnie i godzenie się. Miałam w tym czasie przyjaciółkę, słabą uczennicę, ale wspaniałą liderkę. To ona zabierała mnie na ryzykowne wyprawy przez płoty, żeby wykradać owoce i warzywa z ogrodów (mieliśmy swoje, ale liczył się dreszczyk emocji), ona zabrała mnie pod ziemię, żeby błądzić w labiryncie budowanych właśnie kanałów ściekowych, ona organizowała zawody w skokach wzwyż na kawałku piasku, z nią chodziłyśmy po liście do parku (żeby zrobić ściółkę kurom jej babci) i po resztki ziarna do pustych wagonów kolejowych, stojących przy elewatorze. To ona organizowała zawody w skokach z huśtawek na placu zabaw. Dzięki niej moje dzieciństwo miało kolor i smak przygody. Oczywiście, w domu obrywałam cięgi, bo to "nie było dobre towarzystwo" - nieślubne dziecko z biednej rodziny, ale już nauczyłam się, że "dorośli są głupi". Tak, jakby u nas było idealnie! A nie było.

     Dziś robi się wszystko, aby dzieci się nie nudziły. Cały czas mają zajęty, ciągle są pilnowane i kierowane. Zmuszane do tego, co lubią dorośli. Co za koszmar!

     Obecnie też lubię czasem się ponudzić. Patrzę w okno, na ptaki zlatujące się do karmników, na słońce i chmury. I myślę. Wiele wspaniałych myśli zrodziło się w ciszy i spokoju. Myślę, że nasi przodkowie spędzali wiele czasu zimą, patrząc w okno albo siedząc na przyzbie. A potem wstawali, szli i podbijali imperia (Rzym i Bizancjum), po czym wracali do swego okna i myśli lęgły się w ich głowach...

      Widzę, jak młodym często ciężko jest przeżyć pierwszą zimę na wsi. Nie umieją oswoić nudy, spojrzeć sobie w twarz i znaleźć tam potencjał twórczy. Muszą mieć zaplanowane zajęcia, rozrywki, żeby "zabić czas". Właśnie - zabić, a nie celebrować. Czasu zabić nie można, on jest i kpi z naszych prób zapomnienia o nim. Można go natomiast celebrować i wykorzystać. Nie myśleć o niczym konkretnym, nic nie musieć. Po prostu zapatrzyć się na świat. "Zapatrzony" - są takie obrazy. Tak nazywano ludzi, którzy w jakiś sposób zapatrzyli się, przebijając otoczkę "rzeczywistości". Rodziły się z tego zdumiewające rzeczy. Albo dla tej osoby, albo nawet dla świata.
  
      Nie bójmy się nudy, szukajmy jej. Ona nam podpowie, co możemy wydrzeć ze swoich trzewi, co możemy zrozumieć, co zrobić. Nie walczmy z nią. Ona jest naszym najlepszym sprzymierzeńcem.

    

sobota, 7 stycznia 2017

Zima na trzy piece

         Eskimosi miewają zimy na trzy psy, a my w tej chwili mamy zimę na trzy piece. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą: dawniej Eskimosi, żeby mroźną zimą nie zamarznąć w igloo brali ze sobą psy na posłanie; wyjątkowo mroźna zima była "zimą na trzy psy". U nas piece pełnią podobną rolę, jak psy w igloo, tyle, że nie bierzemy ich do łóżka. Jeden płonie, jak jest trochę zimno, dwa przy niższych temperaturach, a trzy naraz jak jest bardzo zimno.
         Dziś rano było -22 - więc trzy piece. Mamy śnieg, oddycha się lekko, a powietrze szczypie w nos i ma zapach, jak w dzieciństwie. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wysokiej górki i porządnych sanek do zjeżdżania, ale cóż nie można mieć wszystkiego.
        Koty i psy hibernują w ciepłych kątach. My też zwolniliśmy. Donosimy siano i letnią wodę zwierzakom, nosimy drewno i tyle.
        Ja robię polskie mandale, czyli serwetki szydełkowe. To niesamowicie uspokajające zajęcie. Kiedy te mandale robią mężczyźni w Tybecie, to jest z tym wielkie halo, a my, kobiety, robimy je spokojnie i bez uroczystej otoczki, ale skutek jest podobny. Powtarzający się rytm, symbole zaklęte we wzory...
      
       Do karmnika zlatują się ptaki.
       Trwaj, chwilo, bo jesteś piękna.


niedziela, 1 stycznia 2017

Zlot w Raju - potrzebne wiadomości

            Piękne jest to, że tyle osób interesuje się zlotem i kursem miłości do ogrodów zgodnych z naturą. Kochani, jesteście zaczynem nowego, lepszego świata. My jesteśmy częścią natury, więc świat zgodny z naturą jest też zgodny z nami, bardziej dla nas przyjazny i zrozumiały. Nad takim światem będziemy pracować. A jest to bardzo potrzebne.
            Obserwuję "gównoburzę" polityczną, jaka rozpętała się w mediach, ale, co jest o wiele gorsze, w głowach wielu wspaniałych i dobrych ludzi. Nawołuję, jak głos na puszczy, do zaprzestania tego wikłania się w matrixie i karmienia go naszą energią, ale mam wrażenie, że mało kto mnie rozumie, a jeszcze mniej - posłucha. Zostałam nawet oskarżona o eskapizm. Ha! Nie eskapizm proponuję, ale prawdziwe, realne życie. To medialne burze są eskapizmem i to szkodliwym. Bo co dobrego może wyniknąć dla ducha z podniecania się coraz bardziej agresywnymi i negatywnymi wiadomościami ze świata polityki? Jaki na to mamy wpływ realnie? To my jesteśmy dojeni z energii i używani jako pionki w grze.
              Proponuję więc dotknąć realnego życia - ziemi, roślin, zwierząt. Połączyć się w kręgu osób podobnie myślących.
              Zamiast rozmyślać o katastrofie, tę katastrofę ominąć. Zamiast przygnębiać się i desperować, zrobić coś dobrego najpierw dla siebie, potem dla Ziemi i innych. Człowiek nieszczęśliwy nie może nikogo uszczęśliwić, ani nikomu pomóc, ale człowiek, który znalazł spokój i szczęście w tym, co robi - tak.
             Nasz zlot będzie nastawiony głównie na zdrową żywność, więc warzywniki. Zdrowy warzywnik, to zdrowa gleba, a w dzisiejszych czasach potrzebuje ona uzdrowicieli, którzy pochylą się nad nią z czułością. Także pewna harmonia z naturą i wynikające z niej piękno. Przebywanie wśród piękna, zdrowe odżywianie się i tworzenie daje szczęście i siłę oraz kontakt ze światem RZECZYWISTYM, tym, co rośnie, lata, brzęczy wokół nas.
         
          Teraz szczegóły praktyczne.
     
           W podróży należy kierować się na północny wschód, powiat Augustów, gmina Sztabin, wieś Krasnybór. Tu mieszkamy. Dojazd jest dobry, prawie pod sam dom prowadzi asfaltowa droga.
            Najbliższa stacja kolejowa to Jastrzębna, ale zatrzymują się tam tylko pociągi lokalne Białystok-Suwałki. Pociągi pospieszne zatrzymują się albo w Dąbrowie Białostockiej, albo w Augustowie.
            Najbliższym większym przystankiem autobusowym jest Sztabin (dla autobusów relacji Białystok-Suwałki) lub Augustów.
               Odległości: Augustów- 24 km, Sztabin - 10 km., Dąbrowa Białostocka - 22 km, Lipsk nad Biebrzą - 11 km.

            Agroturystyki w pobliżu:
Leśny Dworek w Kryłatce - ok.5 km. od nas. Bardzo mili właściciele. Miejsca w pokojach kilkuosobowych lub całe domki. Ładnie położony w lesie.

Chatka w Puszczy w Lebiedzinie - ok.4 km. Położona na skraju jęzora Puszczy Augustowskiej i łąk. Właściciele pieką chleb i robią dobre sery w stylu korycińskich.

Kilka agroturystyk w Sztabinie -  10-11 km. od nas. Miejscowość sama w sobie niezbyt ciekawa, chyba że jako baza do spływu Biebrzą tratwami, a sam spływ jest niesamowity i gorąco polecam.

Lipsk nad Biebrzą - 10 km. miłe, typowo kresowe miasteczko, gdzie zaczyna się spływy Biebrzą.

Poza tym Jan Gołowacz proponuje kilka noclegów u siebie, w Kropiwnie 47, za "co łaska".
Jest też mała kwatera "U Zosi" w odległości 7 km., ale nie mogę znaleźć jej danych.

       Teraz data - długi weekend Bożego Ciała, czyli zaczynamy 15 czerwca, a kończymy 18. Można przyjechać dzień lub dwa wcześniej. Wiem, że nie każdemu to pasuje, dlatego planuję zrobić drugi zjazd w innym terminie.

       Czego się bać? KOMARÓW. Przez kilka suchych lat był spokój z tą plagą, ale w tej chwili są już duże rozlewiska na Biebrzy i dopływach. Czasem komarów jest tyle, że nie sposób wytrzymać na dworze. Trzymajcie kciuki, żeby nie było tak źle. Dlatego też wybrałam tę datę, a nie wcześniejszą - w drugiej połowie czerwca na ogół rozlewiska już wysychają i plaga krwiopijców się zmniejsza.

      Zapisy ogłoszę nieco później, kiedy już będzie więcej pewności, kto naprawdę może. Z pewnych względów wolałabym, żeby grupa nie przekroczyła 20 osób. Jednym z tych względów jest wielkość posiadanych garnków...

czwartek, 29 grudnia 2016

Zlot w Raju

          Zapuszczam sondę! Przez pewien czas zapraszano mnie do prowadzenia konferencji na temat uprawy ogrodów systemem permakultura+zdrowy rozsądek. Przestałam prowadzenia tych kursów z dwu powodów: po pierwsze nie podobało mi się podejście komercyjne, gdzie za to, co mi sprawia przyjemność, ludzie musieli płacić ciężkie pieniądze i po drugie zaczęło to być za bardzo męczące dla mnie.
           Uważam, że ten rodzaj wiedzy powinien być dostępny dla każdego, bez wikłania się w zależności finansowe. Jednocześnie odciąga mnie od pracy w ogrodzie, zajmuje czas i wymaga pewnego wysiłku. Trzeba więc to jakoś zrównoważyć.  Lubię dzielenie się wiedzą, spotkania, dyskusje.
           Wpadłam na pomysł zorganizowania "tłoki" u siebie. 3-4 dni poświęcone na dyskusje, wykłady i pracę w ogrodzie, okazja do spotkania się i świętowania.
           Jak ma to wyglądać organizacyjnie? Przede wszystkim zakwaterowanie - u nas jest tylko dość duże pomieszczenie na górze (wprawdzie kiedyś na materacach nocowało tam 20 osób, ale to ekstremum) oraz dużo miejsca na namioty i przyczepy. W okolicznych wioskach są też gospodarstwa agroturystyczne - opcja dla wymagających.
           Za kurs i uczestnictwo nie płaci się nic, natomiast przewidziany jest udział w wyżywieniu, albo pod postacią gotowych dań przywiezionych ze sobą, albo produktów oraz niewielka partycypacja w kosztach wody, elektryczności itp. w zależności od tego, co kto może, ale bez przesady. 10 zł. dziennie zupełnie wystarczy, można mniej albo więcej w zależności od możliwości i chęci. Poza tym ok. 2 godzin "tłoki" czyli pomocy w gospodarstwie dziennie, żeby wynagrodzić zajęty czas. Tłoka obejmuje prace w ogrodzie, pomoc w przygotowaniu posiłków, pomoc w drobnych pracach w gospodarstwie itp.
           W zamian oferuję ok. 4 godzin wykładów i dyskusji dziennie, ognisko lub kominek w altanie co wieczór, osobiste rozmowy w miarę możliwości.
           Chcę zrobić to teraz, gdy mam jeszcze dość sił, a ogród wygląda w miarę przyzwoicie. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, może w tej formie uda się pociągnąć to jeszcze kilka lat, mimo, że stajemy się z mężem coraz starsi i coraz bardziej tęsknimy za ciszą i odpoczynkiem.
            Teraz termin. Skoro mówimy o nocowaniu w namiotach, to w grę wchodzi czas od drugiej połowy maja do połowy sierpnia. Później noce są zbyt zimne. Proponuję czerwiec, wtedy jest najpiękniej, ale jestem otwarta na inne propozycje.
            Czy byłby ktoś chętny?


niedziela, 25 grudnia 2016

Było minęło...

            Mijają to święta narodzenia, światła, pokoju. I to prawda, ale jednocześnie przez tkaninę chrześcijańskiej tradycji prześwieca dawne święto stania słońca, poświęcane przodkom i wspomnieniom. Mnie też zebrało na wspomnienia o tym, co już dziś zupełnie zaginęło i pewnie mało kto  pamięta, że kiedyś istniało. "A przecież byłem, a przecież byłem..."
           Nocni stróże. W naszym miasteczku byli to najczęściej weterani wojenni, którzy przez całą noc patrolowali centrum miasta. Ubrani w kożuchy, z baranicą na głowie i długim, okutym kijem wzbudzali w nas, dzieciach, przestrach nasączony dreszczykiem tajemnicy. Pewnie latem nie nosili kożuchów, ale latem też nigdy ich nie widywałam, bo służbę zaczynali po zapadnięciu ciemności.
          Wóz rozwożący chleb. W miasteczku była jedna duża piekarnia, na kilometr pachnąca świeżym chlebem. Pieczywo, jeszcze cieplutkie, rozwożono konnym wozem, ale innym od tych znanych. Była to drewniana budka, podobna do domku lub dyliżansu. Woźnica siedział na ławeczce pod daszkiem, a w razie deszczu z boków opuszczał jeszcze gumowe zasłony. Budka to był domek na kółkach i kiedy otwierał drzwi, żeby wyjąc kosze z pieczywem i wnieść je do sklepy, zapach parujących bochenków roznosił się dookoła.
         Mniej poetyczne i malownicze były wozy z wozakami, czekające na wynajem na placu. Wożono nimi węgiel, piasek, meble przy przeprowadzce - jednym słowem wszystko to, co dzisiaj załatwiają ciężarówki.
          Pompy uliczne na wodę. Takie, gdzie przyciskało się rytmicznie długie ramię, a do podstawionego wiadra leciała woda. Były takie w wielu punktach miasta, na podwórzach kamiennic, przy placach i uliczkach i całkiem często z nich korzystano.
          Pastusi wiejscy i miejscy. Widziałam takich i w naszym miasteczku, i na wsi u rodziny. Rano o wschodzie słońca przechodzili ulicami, grając na rogu (to na wsi) lub świstając na specjalnej świstawce. Wtedy otwierały się drzwi obórek i wybiegały krowy, czerwone, polskie. Po jednej, po dwie, rzadko trzy i dołączały do stada spieszącego na wspólne pastwiska. Przed zmierzchem powtarzał się ten spektakl, tylko w odwrotnym kierunku. Tym razem krowy z pełnymi wymionami spieszyły się na dojenie, biegły galopem. Takie rozpędzone ulicą stado było niebezpieczne, chroniliśmy się na płotach i przyglądaliśmy spektaklowi. Było w tym coś pierwotnego i mocnego.
       Targowiska, podzielone na część "babską" i "chłopską", gdzie dwa razy w tygodniu odbywał się targ. W części babskiej sprzedawano żywność, w tym mięso rąbane siekierą na pieńkach obficie posypanych solą, jajka, drób, ubrania (w tym bajecznie kolorowe chustki i kapy), garnki, masło, ser, śmietanę, jajka i wszelką inną drobnicę. W części "chłopskiej" sprzedawano konie, krowy, świniaki i owce. Te parady z końmi do sprzedania, które czasem się płoszyły! To były emocje! Można było zdrowo oberwać, jeśli się znalazło w nieodpowiednim miejscu. Podobnie przy buhajach.
         Jeszcze jeden mały obrazek, jeszcze czasem spotykany, ale już rzadko w naszych stronach: gołębniki i gołębiarze. Co drugi dorosły mężczyzna pasjonował się hodowlą gołębi. Gołębniki były wszędzie - wolno stojące na wysokich nogach budki, zaadoptowane na strychach i budynkach gospodarczych i całkiem okazałe, murowane budowle. Każda z wybiegiem i drucianą klapą podnoszoną sznurkiem. Niezbędnym wyposażeniem każdego gołębiarza była też szmata na kiju, którą poganiał je do lotu i zasób odpowiednich sygnałów gwizdanych, na które gołębie miały reagować. Kiedy w pewnych godzinach całe stada podrywały się do lotu w różnych miejscach, a potem zataczały nad miasteczkiem magiczne kręgi, połyskując w słońcu piórami, był to czarowny spektakl. Gołębiarze starali się wtedy podebrać jedni drugim podopiecznych, bo czasem zdarzało się, że jakiś gołąb odłączał się od swego stada i przyłączał do innego. To była taka kradzież honorowa. Poza tym wymieniano się i sprzedawano różne gatunki gołębi, bardzo różniące się między sobą.
        Chłopcy grający "w guziki", rzucający nimi z rozpędu o mur i potem mierzący odległości, dyskutujący. Najlepsze były guziki od żołnierskich mundurów i te gracze starali się zdobyć za wszelką cenę. Albo wyłudzić od żołnierzy z pobliskiej jednostki, albo wykupić, albo innym sposobem zdobyć. Jeśli jakiś żołnierzyk na przepustce popił sobie i zasnął w krzakach, mógł obudzić się w mundurze bez guzików.
        Jesienne latawce. Kiedy zaczynały wiać jesienne wiatry, na pobliskiej łące gromadziły się starsze dzieci z latawcami. Czasem w niebo wzbijało się ich ponad dwadzieścia jednocześnie. Latawce były robione samodzielnie, pracowicie klejone z patyczków i papieru pakowego Różne. Obok zwyczajnych, w kształcie kwadratu lub trapezu, bardziej wyszukane skrzynkowe lub wieloboczne. Z ogonami w kokardki wijącymi się na wietrze.
        Zimowa sanna i łyżwy. Na każdej górce roiło się od zjeżdżających - na sankach, na "bojerach" z trzech łyżew i zbitych na krzyż desek, na nartach samoróbkach i wprost na butach. Były różne trasy, łatwiejsze i trudniejsze, progi, skocznie i slalomy. Były też lodowiska - przy każdej szkole i wśród bloków osiedla mieszkaniowego. Najpiękniejsze było jednak niewielkie jeziorko w pobliżu naszego domu, otoczone wieńcem trzcin i bagien. Czasem mi się jeszcze śni, że wiruję na nim jak w Jeziorze Łabędzim (byłam kiedyś bardzo dobrą łyżwiarką). Albo że zjeżdżam z górki daleko, daleko w zamarznięte łąki, gdzie nie dociera słabe światło żółtych ulicznych latarni, i patrzę na niebo w gwiazdy zapalające się na niebie, leżąc jeszcze przez chwilę na sankach.
      Chciałabym przeżyć jeszcze kiedyś taką zimę...

   

piątek, 9 grudnia 2016

Masakra piłą spalinową

      Rzecz zdarzyła się we wtorek. Zastanawiałam się, czy o tym pisać w tutejszych rajskich tematach, ale ponieważ dotyczy właśnie naszego ogrodu, to zdecydowałam się napisać.
      Tego dnia wczesnym rankiem usłyszałam piłowanie. Zajmowałam się normalnymi sprawami, czyli śniadaniem naszym i zwierząt, zamiataniem, zmywaniem, przejrzeniem prasówki, bo byłam pewna, że to nasz sąsiad. Wspominał wcześniej o tym, że ma wyciąć jakieś drzewa na łące przylegającej do naszego ogrodu.
     Kiedy w końcu wyszłam do ogrodu, to zobaczyłam przerażający widok. Duża część rosnących u nas drzew i krzewów została wycięta, inne zmasakrowane, ucięte w połowie, połamane. Dwaj pilarze na mój widok szybciutko uciekli inną alejką.
    Wszystko to dokonało się w świetle prawa, bo nad naszym terenem przechodzi linia średniego napięcia i wycięto wszystko, co rosło pod nią i kilka metrów w bok. W sumie nie mam pretensji, mus to mus, ale mogli chociaż uprzedzić, zapukać. Weszli przecież na teren ogrodzony, do czyjegoś prywatnego ogrodu. I czy musieli np. wycinać kosodrzewinę, którą wyhodowałam z nasionka? Dobrze chociaż, że oszczędzili rokitnik!

    W tej chwili ogród przypomina pobojowisko, połamane drzewa, podarta siatka. Chociaż altana i tunele zostały oszczędzone.

    Musieliśmy znaleźć kogoś, kto za niewielką opłatą pomoże nam choć trochę to uporządkować. Na szczęście się udało bez trudności, będziemy mieć miłe towarzystwo i pomoc. A im pewnie przyda się niewielki zastrzyk gotówki na święta i pień ściętego modrzewia. Jesteśmy niesłychanie wdzięczni, że nie musimy użerać się z miejscowymi pijaczkami.

     Znalazłam dwa dobre punkty w tym wszystkim: nowy warzywnik będzie miał więcej światła, a my będziemy na przyszły rok mieli sporo drewna na opał.

     Ale serce boli, bo tych widoków już nie zobaczymy:
Może jutro uda mi się pożyczyć aparat, to zrobię zdjęcia, jak to teraz wygląda.

czwartek, 8 grudnia 2016

Ai, ai, ai aioli

       Zrobiłam dzisiaj słoiczek aioli z naszego czosnku, tego, który aromatem zabija muchy w locie. Od dzieciństwa lubię czosnek i często go podjadałam, czym ściągałam na siebie gromy całej rodziny, która uznawała go tylko w kiełbasie, oraz przezwisko śmierdziucha. dla mnie czosnek pachnie wręcz niebiańsko, co prawda taki świeży, a nie wydychany. Bo to jest niesamowicie rodzinne warzywo - jeśli wszyscy jedzą go zespół wespół to nikt potem nie czuje nieprzyjemnego zapachu, za to jeśli ktoś nie je, to cóż.... cierpieć musi.
      A moja matka zmieniła swoje upodobania i bardzo teraz czosnek lubi. Może dlatego, że cierpi na wysokie ciśnienie i jej organizm mądrze domaga się tego, co mu pomaga? Bo czosnek ma niesamowite właściwości lecznicze. Powtórzę za dr.Różańskim:

sobota, 3 grudnia 2016

Leniwa zima

         No i mamy zimę. Nie pierwszy raz w tym roku, bo było już kilka dni w połowie listopada, kiedy temperatury spadały do -10 stopni, a śnieg był powyżej kostek. przez kilka dni żyliśmy w bajce, ale bajki za szybko się kończą. Teraz znowu śnieży trzyma lekki mrozek. zobaczymy, jak będzie dalej. W każdym razie w tym roku po raz pierwszy od kilku lat mieliśmy jesienne rozlewiska nad Biebrzą. To znaczy, że nasza łąka jest częściowo zalana. To znaczy też, że susza, która sprawiła, że ludziom wyschły studnie, a wiele drzew w lesie umarło, być może w końcu nam odpuściła.

    W tej chwili żyjemy powolutku. Dłoń Pierra goi się i palce są wyprostowane (ostatni nie do końca, ale byliśmy o tym uprzedzeni - za długo zwlekał i staw odkształcił się bardzo mocno). Możliwe, że już niedługo będzie mógł posługiwać się normalnie lewą ręką. Nareszcie! W tej chwili jednak się oszczędza i narzeka na nudę, bo on bez pracy nie może żyć. Za to ja złapałam okropny ból w obu łokciach. Ciągnie się to za mną z różnym nasileniem, prawie od wiosny. Też będę musiała chyba się leczyć, bo jak tu żyć, kiedy nie da się podnieść ani kubka ani garnka z zupą.
     Dobrze, że to zima, więc tak pomalutku, "półgębkiem", jakoś radzimy sobie z obrządkiem, noszeniem wody, siana i ziarna zwierzakom, przynoszeniem drewna i węgla (to Pierre, którego prawa ręka jest silna i sprawna). Natomiast ja wczoraj próbowałam wyszorować kafelki w łazience i musiałam się poddać przed końcem roboty. Nie mogę tez wyżymać szmaty od podłogi, więc do łask wrócił mop, który się wykręca na wiadrze. Zapowiada się mocno leniwa zima w bałaganie. A co mi tam! Mądrzy ludzie żyli w brudzie. Będziemy odgruzowywać po wierzchu.
     To wszystko sprawia, że zadajemy sobie pytanie, co będzie dalej z ogrodem. I tutaj ciesze się, że od kilku lat uprawiam prawie bez kopania. Trzeba będzie na nowo przemyśleć, co robić, jak i ile. Bo nie ma mowy, żeby odpuścić całkowicie. Przynajmniej jeszcze nie. A ile lat jeszcze damy radę? To się zobaczy. Ogród jest tak rozplanowany, że ogromną część można potraktować jako naturalny zagajnik i puścić wolno. A co do reszty, to będę prosić o pomoc jak przyjdzie co do czego.

     Tymczasem, niepoprawna, planuję już, co będę siać na wiosnę. A także czego nie będę. Na pewno nie będę siać miniaturowych ogóreczków. Ładne są, ale niezbyt smaczne. Ani na surowo, ani w przetworach nie smakują tak dobrze, jak poczciwe korniszony. Posieję też dynię amazonkę i więcej marchwi i cebuli.
     Ten rok dał się we znaki wszystkim roślinom ciepłolubnym (pomidory, papryki, oberżyny, rozmaryn), a nawet ziemniakom. Ale przecież każdy rok jest inny. W przyszłym roku może być zupełnie odwrotnie. Tego nigdy nie można wiedzieć wcześniej, więc trzeba siać jak najbardziej różnorodne rośliny. Zawsze jakaś się uda.

     Odkryłam też fajną alternatywę dla trawnika. Kiedyś posadziłam na skalniaku miniaturową macierzankę, taką ściśle przylegającą do ziemi, jak mech. Od tej pory rozsiała się w kilku miejscach i na trawniku tworzy całkiem już spore wysepki. A że lubi ziemie kwaśną i suchą, jest idealna na piaski i dla tych, którzy nie chcą poświęcać czasu i wody dla trawnika. Tworzy piękny, soczyście zielony dywan - następny zysk: nie trzeba kosić. Kwitnie w czerwcu lub lipcu i pachnie, kiedy się po niej chodzi. Czegóż chcieć więcej? sprawdziłam - jedna sadzonka kosztuje od 4 do 5 zł. To sporo, ale one się rozrastają. No i odpada nawożenie, napowietrzanie, podlewanie, koszenie.... Można w ten sposób mieć zielony dywan nawet pod sosnami. Można też zrobić, jak u nas: zostawiliśmy zwykłą trawę z wsiewką z białej koniczynki i tylko ją kosimy czasem w sezonie. I też jest ładnie.

Zdjęcie znalezione w necie, żeby było widać, o co chodzi z tą macierzanką miniaturową. To ten zielony dywan na pierwszym planie.

poniedziałek, 28 listopada 2016

W poszukiwaniu ukrytego świata

       Ponieważ mamy czas Adwentu, czyli czas przed przesileniem zimowym, kiedy duch szuka spraw i krain tajemnych, kiedy świat duchowy jest o włos od świata materialnego, pozwólcie mi na małą wyprawę w świat zupełnie paranormalny. Mój malutki raj nie byłby tym, czym jest, gdyby nie poszukiwania na granicy marzeń i jawy. Można wierzyć lub nie, ale teraz, kiedy śnieg pada za oknem, dnie są krótkie, a noce długie, wiele rzeczy wydaje się innymi, niż przywykliśmy. Pozwalam sobie na wędrówkę po świecie mitów i legend, w których zwykle jest pewne ziarno prawdy.

     O mitycznej Szambali usłyszałam już jako nastolatka. Ma być to dolina w Tybecie, a może też kompleks jaskiń, gdzie żyją ludzie będący mądrością i dobrocią, Mędrcy, ale też i wojownicy strzegący swego kraju i pozwalający wejść tam tylko nielicznym.
     Podobne wierzenia mają ludy Ałtaju, które tę mityczną krainę nazywają Białowodje. Nic w tym dziwnego - Ałtaj leży po drugiej stronie Himalajów.

      Niektórzy twierdzą, że dotarli albo do samego kraju, albo do jego przyczółków granicznych i spotkali się z ludźmi STAMTĄD. Do nich należą między innymi Apolloniusz z Tiany oraz mnich Sergiusz z Kijowa, a z bardziej współczesnych Mikołaj Konstanowicz Roerich,
Andrew Thomas, madame Błatska oraz wielu lamów i poszukiwaczy mądrości. 

      W tradycji europejskiej istnieją podobne legendy - mityczny Avalon lub świat po drugiej stronie lustra wody. A jeszcze nie grzebałam dostatecznie głęboko...
    
     Ostatnio zaczęłam czytać "Władcę Pierścieni" innym okiem, odkąd dowiedziałam się, że niektórzy uważają, iż Tolkien miał głęboką wiedzę ezoteryczną czy też rodzaj jasnowidzenia i zawarł w swoim dziele pewne prawdy ponadczasowe pod przykrywką powieści przygodowej. dostarczyło mi to sporo zabawy, bo widzieć, jak Tolkien, wierzący katolik, wije się, żeby wytłumaczyć nieśmiertelność elfów bądź ich reinkarnację tak, żeby nie popaść w konflikt z doktryną kościoła katolickiego... 

     W książkach Tolkiena są Elfowie, których kocham i którzy mnie zachwycają. Otóż Elfowie udają się do krainy na zachodzie, która jest ukryta przed ludzkimi oczyma i możliwościami dotarcia.  Tam żyją wiecznie lub prawie wiecznie, zachowując mądrość całego istnienia Ardy (czyli Ziemi). Ich mądrość i dobroć przekracza zrozumienie śmiertelników.
     W Szambali żyją istoty wieczne, które osiągnęły stan wyzwolenia z kręgu reinkarnacji i które są mądre i dobre. Według opisów tybetańczyków i chińczyków są wysokiego wzrostu, ubierają się głównie na biało, są wyjątkowo sprawne fizycznie oraz... uzbrojone w długie łuki. "Na początku XX wieku wychodząca w Indiach gazeta Statesman opublikowała historię o brytyjskim majorze, który widział wysokiego, lekko ubranego mężczyznę o długich włosach, który wspierał się na długim łuku i obserwował dolinę. Po zauważeniu majora mężczyzna skoczył w dół pionowego stoku i zniknął.""Na jednym ze swoich obrazów Roerich portretuje Śnieżną Pannę pośród skał i śniegu, która również trzyma łuk. Pomimo lodowców i najwyraźniej ostrego zimna jest ona lekko ubrana, jakby chroniła ją przed chłodem ciepła aura."  Potrafią porozumiewać się telepatycznie i czuwają nad ludzkością, dając im impulsy do rozwijania dobra i mądrości. "Ich główne osiągnięcia dotyczyły wytworzenia wewnętrznych wymiarów umysłu. Cała ich społeczność posiadła piękną intensywność duchową, jaką we współczesnej materialistycznej kulturze posiedli tylko nieliczni. Posiedli oni niezwykłą psychologiczną mądrość. Byli w stanie kontrolować swoje własne odczucie i nauczyli się telepatycznej łączności na ogromne odległości. Posiedli wielką zdolność przewidywania przyszłości, zaś ich społeczna struktura była efektywniejsza od tych, jakie dotąd istniały." Coś to Wam przypomina?

    

 Obejrzałam też rysunki, przedstawiające Szambalę - bardzo przypominają Imladris Tolkiena, które sam narysował. Tak, ta ilustracja przedstawia Szambalę według relacji podróżników.



     Pomijam dywagacje na temat kosmitów (czy wszystko, co mądre i dobre ma pochodzić spoza Ziemi)?  
      Teraz coś, co uważam za mój największy skarb: Elfowie nie odeszli na zawsze, są w swojej krainie poza czasem i naszą przestrzenią i w razie potrzeby komunikują się z nami, pomagając dążyć ku dobru i światłu. Nie wierzę też, że żyją pod ziemią. Możliwe, że są tam przejścia do tego innego wymiaru tudzież biblioteki mądrości przeznaczone dla ludzi odwiedzających ich świat, ale nie jest to prawdziwe miejsce ich przebywania.  

     
     Ciekawe, co się wyłania, kiedy tak pogrupować legendy, prawda?

     Moje serce przebywa w świecie Nieśmiertelnych, stamtąd czerpie inspirację i otuchę.  

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie o Szambali i Białowodziu, to odsyłam tutaj:

http://cudmilosci.net/index.php?option=com_content&view=article&id=200:szambala-dolina-niesmiertelnych&catid=89&Itemid=486

http://emrism.agni-age.net/polish/shambala/shambpol.htm

https://wolnemedia.net/z-altaju-widac-wiecej-bielowodzie-czyli-rosyjska-szambala/

sobota, 26 listopada 2016

A życie się toczy

        Kiedy wracam z miasta, zmęczona i przytłoczona, mam takie miejsce magiczne, kiedy całe moje jestestwo robi wielkie Uffff! i znowu wkraczam w przestrzeń piękna i spokoju. Miejsce dość banalne - skręt z drogi krajowej na gminną, otoczoną lasami. Czuję się wtedy jak wygnaniec wracający do domu, jak wędrowiec na pustyni, który dotarł do oazy. Nie ma takiej pory roku ani takiej pogody, kiedy lasy by były brzydkie. Nasz ogród, wzorowany na lesie, ma podobne właściwości.
       Moim wielkim marzeniem jest zamieszkać w maleńkiej chatce na skraju lasu i łąk. Zawsze lubiłam takie granice, przejścia z jednego biotopu w inny. Teraz mam blisko, ale jeszcze to nie to. Próbuję więc stworzyć coś takiego u siebie. Dlatego namawiam znajomych, którzy mają dużo ziemi, a mało sił - sadźcie las! Jego magicznej siły nic nie może wyrazić lepiej, jak pobyt w nim i pełne zachwytu spojrzenie. Pamiętajcie przy tym, że polskie lasy były głównie liściaste, z domieszką tylko iglaków. Tak mniej więcej 2/3 liściastych i 1/3 iglastych będzie doskonała. Oczywiście, zależy to jeszcze od gleby i od regionu.
      
       Operacja mego męża przebiegła pomyślnie - żadnego bólu, żadnych komplikacji. Teraz przechodzimy przez skomplikowany proces gojenia i przywracania sprawności palcom, które były latami coraz bardziej przykurczone. To jest jeden z powodów częstych bytności w mieście. Mąż ma nadmiar energii, której chwilowo nie może rozładować w pracy, więc nie jest łatwo. Na dodatek dorobiłam się chyba łokcia tenisisty i to w obu rękach. Dziwna dolegliwość - dotkliwy ból przy pewnych pracach, całkiem znośny przy innych.

      Mimo to przerabiam dalej plony z ogrodu. Tym razem na tapecie są chrzan i buraczki. Poprzednio zrobione słoiki chrzanu zeszły w tempie ekspresowym, więc przygotowałam następne. Z buraczkami i octem z jabłek domowej roboty. Sporo buraczków zamknęłam też w słoikach w postaci "półproduktu" - ugotowane w skórce buraki obieram, tarkuję na dużej tarce, doprawiam solą, cukrem, kminkiem i octem i pasteryzuję. Tak przygotowane mogą służyć za jarzynę na ciepło i na zimno, za dodatek do sałatek i za podstawę do zupy. Wystarczy do zwykłego rosołu lub krupniku dodać parę łyżek takiego koncentratu, a mamy wspaniałą zupę buraczkową. Robię to dopiero teraz, bo buraki dobrze się przechowują, a w sezonie mam tyle pracy, że trzeba dobrze planować i przenosić na później, co się da.

       Niedawno dałam na fejsbuku artykuł o tym, że według wierzeń naszych przodków razem z początkiem adwentu należy zostawić ziemię w spokoju. Nawet, kiedy pogoda jest odpowiednia, nie należy jej ruszać, przesadzać, mieszać. dołożę do tego jeszcze jedno wierzenie - że nie należy ziemi kaleczyć przed Wielkanocą, bo wtedy jest ciężarna i bardzo wrażliwa. Nie mam żadnych naukowych uzasadnień na te wierzenia, ale widząc, jak wiele podobnych ludowych wierzeń znajduje stopniowo potwierdzenie w nowoczesnych odkryciach, była bym gotowa uwierzyć. Stosuję to od dawna i wiecie - to jest wielka ulga: "Nie muszę już nic robić w ogrodzie!" Aż do wiosny!
       Mój mąż nie chciał w to wierzyć i dwa lata temu, korzystając z wyjątkowo ciepłego listopada i grudnia przesadził maliny Polana. No i fiasko! Rosły słabiutko, chwastów było 5 razy więcej, niż zazwyczaj. Dopiero w tym roku wydały trochę owoców na malutkich, słabych łodygach. a poprzednio miały bujne łodygi uginające się od nadmiaru owoców! Tym bardziej radzę: przestrzegajcie odpoczynku ziemi. Wy, my, też odpoczywajmy i róbmy coś innego. Choćby spacer do lasu...

niedziela, 20 listopada 2016

Luna superstar

      Nasza Luna robi karierę modelki i muzy poetyckiej! Została właśnie dziewczyną listopada w kalendarzu Dzikich Kur! Nie jest on jeszcze tak znany, jak kalendarz niejakiego Firellego, ale jest na dobrej drodze.
    Co to jest kalendarz Dzikich Kur? A właściwie dwa kalendarze, jeden z satyrycznymi wierszykami i podobiznami naszch ulubieńców, a drugi z najpiękniejszymi zdjęciami zwierzaczków, które znajdowały się pod opieką właśnie tych Dzikich Kur, a właściwie jednej z nich, Gosianki, i znalazły swoje domy po wyleczeniu, zaszczepieniu, odpchleniu itp.

  Kalendarz można zobaczyć tutaj (a nawet zamówić): http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/2016/11/biaa-kura-2017-w-penej-krasie.html

Tymczaski Gosianki można poznać tutaj: http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/

    Pieniądze z kalendarzy idą do skarpety, a skarpeta służy do różnych akcji, kiedy w grę wchodzi dobro zwierząt i sytuacja jest trudna pod względem finansowym. Różne zwierzaki już z niej skorzystały, odzyskały zdrowie, trafiły do dobrych domów. Czasem uratowano im życie. Warto więc kupić taki kalendarz. Z jednej strony będziemy mieli niebanalną ozdobę, pożyteczną i pełną uśmiechów, a z drugiej strony pomożemy zwierzakom w potrzebie.

    Jak kupować kalendarze wyjaśnione jest tutaj: http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/2016/11/jest-jest-jest.html

A oto bohaterka listopada 2017:

   Teraz o dość trudnych realiach: Luna już jako malutkie szczenię była piękna, ale już wtedy chodziła z wielkim trudem. To chyba dlatego mąż zabrał ją od gaździny, która sprzedawała szczeniaki z kartonu. Bo jaki los czekał niepełnosprawnego szczeniaczka? Potem, w miarę rozwoju i pod wpływem troskliwości i dobrego odżywiania zaczęła chodzić normalnie. Ba, nawet czasem biegała. Tyle, że widać było, że przychodzi jej to z wysiłkiem. Jak bardzo nienaturalne to było, zdałam sobie sprawę dopiero kiedy jej syn, który był u dobrych ludzi i przyjechał do nas w odwiedziny, podobny do niej jak dwie krople wody, bez wysiłku przesadził ogrodzenie dla owiec i płotek przy warzywniku. Luna nigdy nie skakała. Po raz pierwszy musieliśmy ją leczyć, kiedy miała zaledwie rok. No a teraz regularnie musi przechodzić kuracje podtrzymujące. Uważam, widząc, jak źle sprawa przedstawiała się od początku, że i tak to niezłe osiągnięcie, że w 9 roku życia jeszcze chodzi. Wiem też, że dla człowieka ważne jest, żeby jego pupil nie cierpiał. Wiem, jaki to jest wydatek. My dajemy radę, raz lepiej, raz gorzej, ale dajemy. Ale są ludzie których nie stać na leczenie ukochanego pupila. Dlatego skarpeta jest ważna, ta skarpeta, do której idą pieniądze za kalendarze. Bo przynajmniej niektórym ludziom w trudnej sytuacji można wtedy pomóc w leczeniu ich przyjaciół na czterech łapkach.

wtorek, 8 listopada 2016

Pożegnanie jesieni

      Za oknem świeci żółty księżyc nad sztywną od szronu trawą. Przymrozek jest po raz pierwszy taki "na poważnie" - czuć go w nosie, na policzkach i we wszystkich dwudziestu palcach.

        Dziś, w ciągu dnia, pięknym akordem zakończyłam prace w ogrodzie: skończyłam następny wał. Nasze owce produkują obornik, jakby brały udział w konkursie i trzeba im systematycznie obórkę czyścić, aby nie znalazły się pod sufitem. No a jak wyprzątnąć z obórki, to też zagospodarować. Na spód poszły łodygi kukurydzy i słoneczników, na to 5 taczek obornika. Na obornik rozmaite resztki z ogrodu i liście. Na koniec przykryłam ziemią ze ścieżki. Wał nie jest zbyt wysoki, ale też nie na wysokości mi tym razem zależało, ale na próchnicy. Akurat w tym miejscu przechodzi żyła żywej gliny, zbitej i trudnej w uprawie. Od lat już tam hoduję glebę i widzę ogromną poprawę struktury i żyzności. Ale że u mnie ze ściółkowaniem latem różnie bywa, bo rzadko starcza mi materiału na więcej, jak 1/3 ogrodu, to muszę budować wały częściej, niż raz na 18 lat. Ale i tak jest o wiele lżej, niż gdybym musiała przekopywać to wszystko. Taki nieduży wał na 5 lat starczy. A i potem gleba jest piękna, gruzełkowata. Trzeba ją tylko dokarmić.

      Wykopaliśmy krzak chrzanu, który za bardzo się rozpanoszył na grządce. Zebrałam korzenie, te ładniejsze, i dziś wieczorem tarłam je do wtóru chlipania i kichania. Niesamowicie ostry ten nasz chrzan! Potem doprawiłam solą, cukrem i własnej roboty octem jabłkowym, ubiłam w słoiku i teraz czeka na ćwikłę.

      Mam wrażenie, że nie tylko mnie lato zleciało nie wiadomo kiedy i gdzie. większość warzyw też tak uważa. Ziemniaki, marchewki i selery są mniejsze, niż zazwyczaj, chociaż równie smaczne. Tylko pietruszka-przekora większa, niż w latach poprzednich.
      Byliśmy tak nękani przez stonkę, że chyba w przyszłym roku dam sobie spokój z sadzeniem większej ilości ziemniaków. Ot, dam po jednym krzaczku to tu to tam na bieżące potrzeby.
     Jednym z warzyw, które bardzo lubię, jest brokuł. Na początku lata daje piękną różę, a kiedy ją zetnę, aż do jesieni wypuszcza sukcesywnie niewielkie, ale smaczne różyczki. Ostatnie zjedliśmy dzisiaj. Mało które warzywo daje plony tak długo i w rozsądnych ilościach - ot, akurat na jeden obiad.
    Przedwczoraj robiłam zapiekankę z oberżyny. Przez długi czas podchodziłam do tego warzywa, jak kot do jeża, nie bardzo wiedziałam, z czym to się je, poza ratatują. Teraz wymyśliłam pycha zapiekankę i już jej nie zapomnę! Najpierw przygotowuję sos, jak do pizzy: na oliwie podsmażam cebulkę i czosnek, dodaję przecier pomidorowy i zagęszczam wszystko. Sól i pieprz, oczywiście i co kto tam lubi. Sos wylewam na dno ceramicznej formy do tarty, na to kładę posolone plastry oberżyny, posypuję kawałkami papryki, rozmaitymi serami, oliwkami i kaparami (miałam jakieś resztki). Na to oregano i trochę garam masali. Wstawiam do piekarnika na 220 stopni, potem obniżam temperaturę do 150. Piecze się około pół godziny. Pyszna zapiekanka i bardzo syta. Mąż był pewny, że jest w niej mięso, bo ma taki właśnie smak umami, jakby było.
    
     Ziarna dla ptaków już kupione, karmnik wyciągnięty. Psy i koty niechętnie wychodzą z domu (a ja codziennie sprzątam góry kłaków). Przedzimie zaczęło gościć w naszej okolicy.

czwartek, 3 listopada 2016

Do sklepu chodzi tylko po sól

         Do przeczytania bardzo ciekawy wywiad z jednym z pionierów rolnictwa ekologicznego, p.Babalskim.  Bardzo pięknie ujął to, że rolnictwo ekologiczne jest całościową współpracą z naturą, nie tylko zaprzestaniem stosowania nawozów sztucznych i pestycydów, ale też współpracą między ludźmi, wymianą, uzupełnianiem się.
       Ogromna dawka wiedzy także na temat sposobów na samoleczenie i zastosowania dzikich roślin jako lekarstw. Inny ciekawy temat, to nasiona. Otóż nasiona zaprawiane powodują, że roslina nie jest normalnie rozwinięta, nie ma informacji o zwalczaniu zagrożeń. Dlaczego? Warto poczytać...

http://m.torun.wyborcza.pl/torun/1,106521,20905718,do-sklepu-chodze-tylko-po-sol-zdrowa-zywnosc-kontra-chemia.html


czwartek, 27 października 2016

Ostatnie liście

       Ostatnie liście spadają z drzew... tylko dęby i buki zatrzymają swoje do wiosny. Teraz w pełni doceniam soczystą zieleń sosen, świerków, jałowców i cisów. Podziwiam też koronkowe fraktale gałęzi i fakturę kory. Szczególnie monumentalnie wyglądają nasz jesion i lipa - obydwa chyba już kwalifikują się jako pomniki przyrody. Teraz, kiedy liście opadły, widać wyraźnie mocarne, ogromne konary i pień. Lipa przez tych kilkanaście lat wyrosła wyrosła niesamowicie. Mam wrażenie, że to częściowo dzięki temu, że jej korzenie sięgają aż do połowy warzywnika i bezwstydnie wyżerają, co się da. Wały muszę tam budować nowe co kilka lat, bo ziemia jałowieje o wiele szybciej. Ale nic to - kocham tę lipę. Co ciekawe - kilkanaście metrów dalej, za płotem, rośnie druga lipa. Kiedy tu przyjechaliśmy, były obie podobnej wielkości, teraz ta nasza jest o wiele wyższa. I to chyba nie tylko dobra ziemia, bo tamta mniejsza też rośnie w bardzo dobrej ziemi, w miejscu, gdzie kiedyś były obory, a teraz jest gąszcz pokrzyw... Czyli ziemia jest porównywalna. Czyżby ta nasza odpowiadała tak bujnym wzrostem na naszą troskę i uwagę?
      Kiedy potrójny pień zaczął się rozpękać, wezwaliśmy specjalistę, który powiązał koronę... Lubimy ją, podziwiamy i przyglądamy się jej z upodobaniem. Czyżby to pomagało rosnąć na równi z nawozem?

      Z pewnych oznak sądzę, że zima będzie w tym roku mocno śnieżna. Jak będzie z mrozem, trudno powiedzieć, ale jak duży śnieg, to zwykle i mroźno jest. Z jednej strony lubię to bardzo, ale jest strona praktyczna: drogi są odśnieżane, ale niezwykle śliskie i z koleinami. Już kilka razy zaliczyliśmy rowy w takie śnieżne zimy. Poślizg to nic przyjemnego, a jaki może być niebezpieczny! Zwłaszcza jeśli coś jedzie z przeciwka. To okropne wrażenie, kiedy samochód nagle zaczyna kręcić się na drodze i pędzi nie wiadomo gdzie! Czyli prawdopodobnie będę uziemiona w środku pięknego, śnieżnego pejzażu. Muszę pomyśleć o zapasach mąki na chleb, kaszy i innych takich, zwłaszcza że mąż, który mniej boi się ośnieżonych dróg prawdopodobnie przez pewien czas nie będzie mógł prowadzić. W listopadzie ma mieć operację lewej ręki - choroba Dupuytrena. Nie jest to niebezpieczne, ale upierdliwe, bo palce zginają się jak szpony i nie ma w nich władzy. Nie ma na to żadnego lekarstwa, jedyne, co można zrobić, to wyciąć zdrewniałe ścięgno. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.

      W każdym razie w tym roku rośnie u nas wyjątkowo dużo jaskółczego ziela. Według tego, co mówią doświadczone szeptuchy - jeśli coś wyrasta bujnie, to znak, że jest nam w tej chwili potrzebne.
O właściwościach jaskółczego ziela tutaj: http://luskiewnik.strefa.pl/chelidonium.html