wtorek, 17 listopada 2020

Przyjazna ciemność

        Ucichłam ostatnio. Hibernuję. Dużo śpię, zwinęłam się jakby do wnętrza. We wnętrzu dzieje się wiele, ale na zewnątrz cisza i spokój. Mam wrażenie, że siły wyciekają ze mnie, jak z dziurawego wiadra.

       Pomalutku i spokojnie kończyłam zagospodarowywanie zbiorów. Rośliny korzeniowe już w piwnicy, szpinak w zamrażarce, kapusta już ukiszona. Każdego dnia po trochu. Szpinak, posiany na początku września, ciągle daje nam jeszcze piękne liście. Zbieram je, a same rośliny zostają w ziemi. Mam nadzieję, że przeżyją do wiosny i będziemy mieć wczesne zbiory.

     Dzieją się też inne rzeczy, bardzo miłe. Pewna piękna dusza, czytelniczka tego bloga i aktywna ogrodniczka, poprosiła mnie o recenzję jej książki. Przeczytałam w swoim ślimaczym ostatnio tempie, zastanowiłam się, i jestem zachwycona. Jako biolog z wykształcenia i ogrodniczka ekologiczna z przekonania, łączy ona te dwie domeny i przepięknie przybliża wiele zagadnień. Cieszę się bardzo, ze są tacy wspaniali młodzi ludzie, którzy przejmują teraz pałeczkę w propagowaniu wiedzy o samodzielnym hodowaniu zdrowej żywności, pomagają ludziom stać się bardziej sprawcami swego zdrowia i życia. To jest piękne.

                                                                                    Oto co napisałam jako recenzję:

 " Pisząc swój blog o ogrodnictwie naturalnym, puszczałam na wiatr ziarna wiedzy i doświadczenia. Różny może być los takich ziarenek, ale niektóre miały szczęście trafić do ludzi takich, jak Klaudia. Przygarnęła je, posiała razem z innymi ziarenkami, zebranymi z innych miejsc i od innych ludzi i wydały one wspaniałe plony. Klaudia ma wyczucie tych tajemniczych więzów, jakie łączą człowieka oraz całą Przyrodę w jedną całość, ale oprócz tego ma wiedzę naukową, pozwalającą te połączenia zrozumieć i wytłumaczyć. Jej książka łączy w jedno te dwie ścieżki: magię i naukę. A to połączenie sprawia, że jest pożyteczna i ciekawa dla wszystkich, chcących uprawiać ziemię w sposób naturalny. Gorąco ją polecam zarówno początkującym, jak i doświadczonym ogrodnikom, którzy chcą uprawiać własną żywność, żywą i leczniczą, którym nieobojętne są losy Ziemi."

        Autorka to Klaudia Sidorowicz, a bliżej zapoznać się z jej książką można tutaj:   https://ogrodprobiotyczny.pl/

       Zamieszkała też u nas nowa domowniczka, blablador (jak nazywa to pani wetka), czyli coś co wygląda na labradora, ale nim nie jest. 

      Latem odeszła Luna, nasz psi Biały Anioł. Serce ciągle mnie boli, bo chociaż wszystkie psiaki są cudowne, to tak wyjątkowej osobowości już chyba nie spotkam. Cierpiałam długo, cierpiał też Tiki, jej równolatek (13 lat). Aż w końcu przyśniła mi się i przyniosła szczeniaka. Wtedy zaczęłam rozglądać się za innym psem. Rozpytywałam, bo z jednej strony moje serce wyrywało się do Podhalanów, a z drugiej strony nie chciałam kupować szczeniaka z hodowli. Natomiast do adopcji były psy już dorosłe i często o trudnym charakterze. Tiki ma kłopoty z akceptacją innych zwierząt, dorosłego psa nigdy by nie zaakceptował. 

     Postanowiłam więc zdać się na los i poczekać, co samo do mnie przyjdzie. No i przyszło, do mojej koleżanki ze wsi obok, pod postacią wałęsającej się parki wiejskich kundli. Takich, co to niby mają właściciela, ale głodne, brudne i zaniedbane włóczą się' szukając jedzenia. Dobra dusza z tej Moniki, zaczęła je dokarmiać i dopieszczać, a sunia odwdzięczyła się jej przyprowadzając trzy szczenięta czarne jak ona sama. Dostały ciepłe legowisko w budynku gospodarczym i michę, aż przyszedł czas pójść do ludzi. Pieski dość szybko znalazły właścicieli, a czarna sunia trafiła do mnie. Jest już po wizycie u weta, uwolniona od obcego życia wewnętrznego i zewnętrznego, obejrzana, zważona, zmierzona i czeka na drugie szczepienie. Pierwsze miała u Moniki. Ma dwa miesiące mniej więcej. No i mam takie półdiablę weneckie, rozrabiające i skaczące jak na sprężynach.



Na tym zdjęciu tylko tak smętnie wygląda, ale to wulkan energii, który ściąga z człowieka kołdrę w nocy, kradnie kapcie, ściąga z nóg skarpetki, zaczepia łapką, robi kompletne przemeblowanie i wszystko gryzie. Oraz sika jak lejek. Zjadła już karton, porwała mi koszulę nocną i zrobiła sobie legowisko z mojej ciepłej tuniki, świeżo wypranej. Niewiniątko takie.

    Teraz idę zwinąć się w moje norce i medytować o rzeczach tego świata. Lubię ten czas długich wieczorów i cichych dni, kiedy ciemność pomaga zajrzeć w głąb, do korzeni spraw i rzeczy.


środa, 23 września 2020

Cebula ozima i inne rarytasy

       Nadszedł taki błogosławiony czas, że po posiłek człowiek udaje się do ogrodu i sadu. Mimo, że sztywne kolano i inne bolesne przejścia przeszkodziły mi tego lata w wykonywaniu na czas odchwaszczania i innych zabiegów, mimo powtarzających się upalnych okresów suszy, ogród wydał piękny plon. Zapełniają się słoiki, piwniczka i spiżarnia. A ze mną jest już dużo lepiej.



     Pięknie obrodziły pomidory, buraki, dynie i wiele innych smakowitości. Dynie rozsiały się nam nawet na dziko pod drzewami i krzewami, gdzie Pierre położył świeży kompost. Rosły przez lato, a teraz je zjadamy. Dobre są, nie gorzkie i wyraźnie w typie swego gatunku - Amazonki, Hokkaido i dynia olbrzymia.

     Skubię sobie maliny Polana, po raz pierwszy od kilku lat. W poprzednich latach susza nie dopuściła do zawiązania owoców.

     Jabłka są pyszne i urodziwe, mimo, że jest nieco więcej chorych, niż zwykle. Ale i tak wystarczy i dla nas i dla sąsiadów.

      Piękne, miękkie światło przelewa się przez liście, zachęcając do spacerów. Powietrze pachnie ziołami i kwiatami. Próbujemy już pierwszych winogron. Jeszcze jest zielono i ciepło, dopiero pierwsze przebłyski żółci i brązów wśród liści. Dzika winorośl ma kolor burgunda.

      Po sprzątnięciu wszystkich ziemniaków mieliśmy spore kawałki ziemi oczyszczone, zasilone popiołem drzewnym i czekające na kołderkę z liści. Na jednym zagonie zasieliśmy szpinak, sałatę i rzodkiewkę. Rzodkiewka jest jeszcze niewielka, ale może zdąży przed mrozami, ma wielkość ziaren fasoli. Szpinak w zasadzie nadawał by się na młodziutkie listki i chyba część z niego wyrwę w tym celu, bo wzeszedł za gęsto. Sałata malutka, późno wykiełkowała. Może urośnie jesienią, może dopiero na wiosnę. Wczoraj posadziliśmy czosnek ozimy między rzodkiewką a sałatą.

     A drugi zagon po ziemniakach też doczekał się lokatorów. Byłam wczoraj w naszej pobliskiej "Mrówce" po słoiki i zakrętki i patrzę: leży sobie dymka na półkach. Przyglądam się bliżej, a tam pisze jak byk "Dymka ozima do sadzenia jesienią". No to kupiłam dwie siateczki i zasadziliśmy na brzegu zagonu. Teraz się zastanawiam, czy nie posiać też marchewki ozimej. Słyszałam o takiej praktyce, ale nigdy tego nie robiłam. Zobaczymy.


     Rano zagotowałam wielki gar leczo z cebuli, papryki i pomidorów, zrobiłam sok jabłkowy na szybkie wypicie w wyciskarce wolnoobrotowej (inne niszczą enzymy i witaminy), zebrałam zioła, których wielki pęk pachnie teraz w domu. Werbena, szałwia biała do okadzania i zwyczajna do kuchni (kadzić też nią można), rozmaryn na rozproszenie smuteczków jesiennych. Zrobiłam obiad. Teraz pójdę odpocząć na huśtawce i cieszyć się kolorami i zapachami pierwszego dnia jesieni.

środa, 2 września 2020

Jesienne siewy

          Na zagonie, z którego wykopaliśmy wczesne ziemniaki, aż się prosiło, żeby coś posiać. No bo jak to? Taka piękna ziemia, wyczyszczona, odżywiona. Niby można zielony nawóz, ale akurat nie miałam nasion.

       Zgrabiliśmy więc resztki ściółki (ziemniaki grubo ściółkuję sianem, a przed sadzeniem dałam obornik). Niestety, trochę ślimaków znalazło nasz ogród i rozsądniej jest nie ściółkować młodych siewek. Ściółka poszła więc na kompost, a pod nią była piękna warstwa próchnicy. Zasialiśmy sałatę, rzodkiewkę, koperek i szpinak Olbrzym Zimowy. Trzy pierwsze zdążą spokojnie wyrosnąć. Ze szpinakiem może być różnie, ale jeśli się uda, to ten z jesiennego siewu zawsze jest najbardziej bujny.

       Deszcze pięknie nam to podlewają, temperatura jest łagodna. Poszłam dziś sprawdzić - to dopiero 4 dni, a rzodkiewka już wschodzi. 

       Jeśli więc ktoś ma wolne zagonki, zwłaszcza w regionach o łagodnym klimacie, to można jeszcze siać.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Zapachniało jesienią

       Od kilku dni leje i pada często i gęsto. Nareszcie, bo wcześniej susza była na całego. Niby normalnie, że podczas żniw sucho i gorąco, ale u nas ta susza pełza i się pogłębia już od kilku lat, a deszcze ratują nas tylko doraźnie.

     W każdym razie ochłodziło się i zapachniało jesienią, jak w piosence Jaskra-Zamachowskiego. A ja dopiero zaczęłam zbiory pomidorów. Pomidory w foliaku, razem z towarzyszącymi im selerami i papryką, to jedyne, co podlewałam w tym roku. A i tak z powodu dziwnych skoków temperatury i zimnej wiosny zaczęły owocować z opóźnieniem. Ale owocują pięknie i mam nadzieję, że to jeszcze potrwa. Zajadamy się nimi na okrągło i pierwsze słoiki przecieru już są w spiżarce. Smak, jak zwykle, cudowny, słodki i bogaty. To już któryś z kolei rok, kiedy rozmnażam pomidory z własnych nasion. Wcześniej kupiłam nasiona starych odmian i z tych, które mi najbardziej smakowały, wyjmowałam pestki, kładłam je na kawałku papierowego ręcznika i zostawiałam do wysuszenia. A wiosną razem z tym papierem sadziłam w skrzyneczce.

   Inne warzywa miały zapewniony survival w czasie suszy przeplatanej okresami ulewnych deszczy. Jednak obrodziły całkiem nieźle, jak na takie warunki. Ściółka jednak bardzo pomaga, ale nie stosuję jej wszędzie. Wybraliśmy z ziemi właśnie ziemniaki typu "Baranie rogi" - podłużne, bardzo zwięzłe i niezwykle smaczne. Nadają się najlepiej na frytki czy do sałatek, bo się nie rozsypują, ale ja przepadam za nimi po prostu pieczonymi w piekarniku, ze skórką. Co najwyżej te największe kroję na parę kawałków. Tujam je w oleju (ziemniaki w półmisku zalewam odrobiną oleju i mieszam rękami) i piekę na blasze. Pychota! Ta odmiana jest kapryśna i niezbyt wydajna, w handlu jej się nie znajdzie, ale jaka pyszna!

    Cebula jest niezbyt duża, ale łagodna i smaczna, wystarcza jej o wiele mniej, niż kupnej, żeby przyprawić danie. Ze względu na obostrzenia okołokoronawirusowe miałam bardzo mało dymki w tym roku, tylko jedną siateczkę, zbiory też są adekwatne. Ale jak ja ją lubię, tę cebulę ze swojego ogrodu!

     Marchewka, zwłaszcza ta średniopóźna, przez długi czas siedziała jak zaklęta i nie rosła, niedawno ruszyła i mam nadzieję, że przed zimą będzie miała szacowne rozmiary. Podobnie jest z pietruszką.

    Bardzo pięknie udała się fasolka szparagowa i buraczki. Fasola tyczna już gorzej, kwitła pięknie, ale coś słabo z zapylaniem. Strąki niewielkie i mało w nich ziaren. Wyglądało to tak, jakby kwiaty nie nektarowały. 

   A właśnie, z tym nektarowaniem dzieje się coś dziwnego. Lipy kwitły bardzo obficie, owady się wokół nich kręciły, ale okazało się, że pszczoły prawie nie zebrały miodu. Podobnie we wszystkich ulach w okolicy. Jedyne trochę pożytku mieli ci, co ustawili ule w rzepaku, ale i to nędznie. Słowem: miód u nas w tym roku nie wyszedł. Jeśli ktoś go ma, to dlatego, że karmił cukrem, ale co warty taki przetrawiony cukier? Nasze przeżyły lato na swoim miodzie, teraz Jan dokarmia je intensywnie przed zimą, bo inaczej nie przetrwały by, nie mają zapasów. Dziwi mnie to tym bardziej, że nawet bez lip, w ogrodzie jest bez liku kwiatów miododajnych - lawenda, lebiodka, słoneczniki, ogórecznik i wiele innych. Coś dziwnego dzieje się z tym nektarem.

       Pierre zaprzyjaźnia się z naszymi kurami i cieszy się, że jedzą mu z ręki. Poza tym jest aktywny, jak zawsze, ciągle coś robi, krząta się. A już 80 lat mu minęło... i coraz słabiej widzi. Któregoś dnia rzucił uwagę, że moje pomidorki koktajlowe nie chcą dojrzewać. Idę ja sprawdzić, o co chodzi, a on mi pokazuje ziemniaki rosnące w wieży ziemniaczanej, które owszem, mają owocki bardzo zielone. Bo z malutkich pomidorków posadziłam w foliaku tylko 3 krzaki takich ciemnofioletowych, zmieniających kolor na fioletowo-czerwony przy dojrzewaniu. Jedyne, które mi smakują spośród koktajlowych.

    Zioła się ładnie udały w tym roku, z wyjątkiem kopru. Zawsze go było zatrzęsienie, wielkiego i dorodnego, aż trzeba było walczyć jak z chwastami. W tym roku wzeszedł, a potem gdzieś zniknął, zostawiając tylko kilka rachitycznych łodyżek. Drugi rzut niewiele lepszy.

     Jabłonie pięknie zaowocowały. Jarzębiny za to wcale - był mróz w okresie ich kwitnienia. Jarzębinogrusze też pięknie kwitły, ale owoców nie dały.

     Jednym słowem - rok jak zwykle, jedno się udaje, inne wcale. Dlatego ważne jest, aby mieć różnorodne warzywa i owoce, a w ramach jednego gatunku - kilka odmian. Wtedy zawsze coś się uda.

A piosenka o zapachu jesieni jest tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=2Q0T0TSjQGg&list=RDfy_OFCTggl8&index=2

środa, 26 sierpnia 2020

Odświeżenie duszy

         Po dniach suszy żniwnej i upałów przyszedł deszcz, brzmiący jak najpiękniejsza muzyka. A z nim chłodne noce i rosiste, rześkie poranki. Co rano wychodzę z domu, często jeszcze w piżamie, i wędruję po zroszonej trawie na bosaka. O ile chodzenie w butach w takich warunkach jest niezbyt przyjemne, o tyle chodzenie na bosaka daje całą gamę pozytywnych uczuć. Potem staję wygodnie i celebruję ranek, ćwicząc Tai Chi Qigong, a przynajmniej to, co pamiętam. Cały mój organizm wycisza się, obmywa w rosie, powietrzu i wschodzącym słońcu. Czuję, jak dobra energia wchodzi we mnie i mam nadzieję na dobry dzień. Potem suszę stopy, wkładam ciepłe skarpety i idę robić śniadanie.

        Te momenty są dla mnie bardzo cenne, czuję, jak odświeżają moją duszę, odrywając ją od codziennych trosk i zabiegów. O ciało dbamy, myjemy je, kremujemy i odświeżamy bardzo często. A jak często robimy to dla duszy?



      U Tolkiena elfy rzadko i mało sypiają, ale zapadają w coś w rodzaju głębokiej medytacji, myśląc o rzeczach pięknych i wzniosłych. Często idą w tym celu przejść się po lesie albo podziwiają gwiazdy i księżyc. W pewnym momencie Legolas powiada, że kiedy jego towarzysze będą spać, to on pójdzie błądzić po lesie i to przyniesie jego duszy najlepszy odpoczynek i wytchnienie. Kiedy więc słyszę lub czytam o coraz bardziej popularnych kąpielach leśnych (Shinrin-yoku), brzmi to dla mnie bardzo swojsko i znajomo.

     Nasza dusza, skołatana niełatwą codziennością, potrzebuje ogromnie takiego odświeżenia. Inaczej opadnie z sił, zabłądzi, zacznie chorować. I odwrotnie: dobry stan duszy poprawia stan ciała oraz pozwala mądrze działać.

    Odświeżanie można przeprowadzać na wiele sposobów, ale jedno jest wspólne: wyjście poza strefę codziennej krzątaniny, zabiegów i myśli. Opuszczenie strefy profanum i wejście w strefę sacrum. Odnalezienie świętego miejsca dla naszej duszy.                                                                                                   Na czas odświeżania duszy musimy całkowicie wyłączyć się z codzienności, oderwać od zwykłego sposobu myślenia i potrzeby "robienia czegoś".

     Nasze myśli powinny odpłynąć w kierunku piękna i dobra, czegoś, co jest dla nas budujące i przyjemne. W przypadku spaceru po lesie (sądzę, że równie dobrze może to być spacer wśród pól, łąk, gór - ważne, aby był kontakt z naturą i spokój) jest to dość łatwe: zwracamy po prostu uwagę na to, co widzimy i czujemy, a dobroczynne drzewa i zioła pomagają nam, jak mogą. Dlatego kontakt powinien być bezpośredni, nie za pomocą obrazów czy filmów.



    Są też inne drogi, jeśli nie można od razu wyjechać do lasu lub na łąki. Zawsze trzeba wyłączyć się najlepiej, jak można, z codziennego życia, zapewnić swobodne oddychanie i spokój. Wtedy możemy posłużyć się potęgą swoich myśli i wyobraźni. Takim prościutkim ćwiczeniem, które bardzo lubię, jest po prostu myślenie o czymś, co wzbudza we mnie uwielbienie, cześć i podziw. Tutaj wierzący mają łatwo, bo to po prostu modlitwa, ale dla wątpiących czy niewierzących znajdzie się też dużo tematów do rozważań - można rozważać piękne idee i pojęcia (miłość czysta, jasność, piękno, ideał matki, bezinteresowność itp). Wiele osób myśli wtedy o aniołach. Ważne, aby nie przymierzać tego do siebie lub, nie daj Bóg, do innych - to klasyczny schemat wpędzania się w poczucie winy. Po prostu patrzeć, podziwiać i być szczęśliwym, że się to widzi. Możemy konkretnie wyobrażać sobie coś pięknego i doskonałego: dom, ogród, ludzi uśmiechniętych, szczęśliwych i życzliwych. Takie obcowanie z ideałami. Uwaga: nie prosimy też o nic, nie pożądamy - po prostu rozważamy i podziwiamy.

      Dla bardziej zaawansowanych jest klasyczna medytacja. Tu nie będę się rozpisywać, bo to jest temat-rzeka i popełniono już wiele ksiąg, które o tym traktują. Każdy dobiera to, co mu pasuje. ja bardzo lubię słowiański sposób: człowiek kładzie się na plecach i patrzy w niebo. Najlepiej na trawie, ale nie zawsze jest to możliwe czy wygodne. Nic nie szkodzi, można na leżaku czy materacu.

     Czasem zdarzają się niespodziewanie takie momenty, kiedy zapatrzymy się i zamieramy z zachwytu: niespodziewany widok nieba o zachodzie słońca, kwiat na wodzie, tańczący światłocień liści prześwietlonych słońcem, płonący ogień, płynąca, szemrząca woda. Te momenty są cenne, jak klejnoty.

     Zadbajmy o miejsce na takie chwile w naszym życiu i o miejsce fizyczne, które nam o tym przypomina. Zadbajmy o muzykę, zapachy, kadzidełka, piękne przedmioty, świece czy dzwonki wietrzne. Ja ostatnio nabyłam dzwonki Koshi i wystarczy ich melodyjny dźwięk, żeby moja dusza odlatywała do krainy piękna i spokoju.  W podlaskich domach był zwykle Święty Kąt - to kąt zwrócony na wschód, gdzie do tej pory ustawia się ikony, wieczne światełko, kwiaty i zawiesza ręczniki obrzędowe. Mam wrażenie, że zwyczaj jest jednak dużo starszy, niż chrześcijaństwo. Zwracanie się w kierunku wschodu życiodajnego Słońca...Co nam przeszkadza stworzyć dla siebie, według swoich gustów i świętości, taki Święty Kąt?

    Tylko zadbajmy, wszyscy, o odświeżanie naszej duszy. To niezwykle ważne dla nas jako ludzi, po prostu.


środa, 5 sierpnia 2020

Bezcenne książki, zioła i telewizja

       Kocham książki, wszelakie. Pochłaniam je w ilościach hurtowych, kupuję namiętnie, kiedy tylko mogę. Ale nie byle co. Książka, żeby mnie oczarować, musi mieć treść, która coś we mnie ożywia, która trafia do serca i duszy. Jeśli przy okazji ma piękną formę, jest dobrze wydana, to wielki plus. Obcowanie (wirtualne) z przepięknymi manuskryptami przy nauce kaligrafii wyrobiło we mnie tęsknotę za książkami-skarbami, pięknymi w formie i treści.

     W doborze książek do własnej biblioteczki jestem dość grymaśna. Na przykład kiedyś pasjami gromadziłam książki o ziołach i ogrodach. Od dawna przestałam, znużona niepełną informacją, powierzchownością, niechlujnymi wydaniami i być może tym, że mam dostęp do internetu, a tam obszerne wiadomości z każdej dziedziny.
  
    Pewnego dnia wpadłam jednak na opis nowej książki o ziołach. I poczułam, że to jest to, że chcę ją mieć. Bo jak się nie zachwycić, czytając takie słowa: "Zgłębianie tajemnic zielonego świata roślin to moja duchowa ścieżka. Wydeptana przez przodkinie: wiedźmy, zielichy, akuszerki, szeptuchy, uzdrowicielki. Sianie ziaren wiedzy na temat mocy zaklętej w roślinach to moje powołanie. Praktykowanie ziołolecznictwa rodzi we mnie poczucie niczym nieograniczonej obfitości. Dobrostanu. I wdzięczności większej niż ocean. Radości tak autentycznej, że dusza we mnie śpiewa." (cytat za zgodą autorki)
    Sama mogła bym napisać te słowa, gdybym umiała tak ładnie... A są to słowa Ruty Kowalskiej, wyjęte z jej podręcznika ziołolecznictwa "O czym szumią zioła".

    Mam już tę wyjątkową książkę u siebie i nie przestaję się nią zachwycać! Przede wszystkim jest piękna: oprawiona w płótno, szyta, nie klejona, z delikatną kwiatową akwarelą na okładce. A wewnątrz skarb! Połączenie rzetelnej wiedzy z chemii i biologii z poezją i magią. Nie tylko dokładny opis danego zioła z obfitością dobrych zdjęć i ilustracji, nie tylko dokładne wyjaśnienie, na co pomaga i w jakiej postaci, nie tylko liczne przepisy na maceraty, hydrolaty, nalewki i inne cuda, ale też wyjaśnienia, do czego każde z nich stosować. Czasem napar z danego zioła ma inne właściwości, niż alkoholowy macerat. To również jest wyjaśnione. Tego mi brakowało w innych książkach o ziołach. 
     Ale nie tylko wiedza wypełnia stronice, także wielka miłość i magia. Rozważania Ruty są tak samo cenne, jak informacje. Jej podejście do świata, do ducha i materii, jest mi niezwykle bliskie.

    
  
       Księgi tej (w pełni zasługuje na to miano) nie dostaniecie w księgarniach, można ją kupić tylko na stronie autorki.  https://oczymszumiaziola.pl/
   Ma swoją cenę, ale w sumie jest bezcenna. To książka, którą wystawia się na honorowym miejscu w biblioteczce, traktuje jak skarb i przekazuje następcom. Jest w tym echo dawnych iluminowanych ksiąg, wartych kilku wsi. Naprawdę wartych. 

     A że nie tylko książki służą do komunikacji, przekonałam się na własnej skórze dwa dni temu. Otóż "napadnięto" mnie w bardzo sympatyczny sposób i znów wirtualnie, a raczej telewizyjnie, wysłano w świat.
    Wyglądało to tak: dostaję telefon od znajomego pana, który ma plantację ekologicznej aronii w sąsiedztwie. Pan dużo robi dla ocalenia starych odmian drzew owocowych, działa w różnych stowarzyszeniach i często gości u siebie telewizję. A potem zwykle ciągnie ich po okolicznych "ekolo". Mam zaszczyt być zaliczona do tego grona. A telefon był taki, ze jest u niego telewizja i zaraz do mnie przyjeżdżają. Zaraz, rozumiecie? Najpierw go ochrzaniłam, bo akurat nie czułam się specjalnie dobrze, a potem się zgodziłam, nie wiedząc kto zacz, z czym i dlaczego. W końcu już tyle lat nie oglądam telewizji, że się nie orientuję.
     Przyjechali, wyszłam zbolała i najeżona, bo w ogrodzie bałagan, susza i w ogóle nie lubię być oglądana, jak małpa w ZOO. A tu przyjemna niespodzianka: przesympatyczna dziennikarka i kamerzysta, oboje tryskający pozytywną energią. Mieli zostać pół godziny, zostali pięć. Mieli filmować stare jabłonie, sfocili wszystko. Byłam zupełnie nieprzygotowana, ale coś tam udało mi się wydukać.


    Przemiła dziennikarka to Maria Sikorska z Polsat News, a program to "Z klimatem i z pasją". Będzie emitowany od września, ale nie znam daty, kiedy pojawi się reportaż z naszego ogrodu.

      A co z chatką? Rośnie pomału i można już sobie zacząć wyobrażać, jak będzie wyglądać.
A w chatce będą zioła, maceraty, nalewki, kremy i inne cuda. Zielona szklana kula, dzwonki wietrzne, kadzidła i magia.


sobota, 11 lipca 2020

Zajączek i chatka Baby Jagi

      Piszę coraz rzadziej, może to zmęczenie materiału, a może wszystko, co wiedziałam, już napisałam. W tej chwili cieszę się piękną, pulchną ziemią regularnie podlewaną przez deszcze, bujną roślinnością i pięknem natury. Walczę z chwastami, niezbyt skutecznie. Mamy pierwsze zbiory i pierwsze przetwory - dżem z rabarbaru, dżemy i soki z truskawek i porzeczek.
   Moje wyrywanie chwastów wygląda tak, że po kwadransie pracy muszę się chwilę zrelaksować na fotelu, bo kręgosłup nie może dłużej. To są piękne momenty, obserwuję wszystko wokoło, patrzę na obłoki, na ptaki, na to, czego nie widzę mając nos przy ziemi.
    Kilka dni temu oderwałam wzrok od obłoków, a byłam akurat w Nowym Warzywniku, najdalszym od domu. No i widzę w truskawkach dorodnego zająca, jak ze znawstwem degustuje owoce. Łypnął na mnie okiem, zobaczył, że go widzę i nic, wrócił do jedzenia. A był dosłownie z 7 metrów ode mnie. Przez dłuższą chwilę tak łypaliśmy na siebie, w końcu pomachałam do bezczelnika i zawołałam: "Hej, ja tu jestem! Zostaw moje truskawki!". Myślicie, że rzucił się w panice na siatkę? A gdzie tam! Wolno i spokojnie pokicał do wyjścia z ogrodu, tego za tunelem, które prowadzi do dzikiej części z laskiem. Nawet Tiki, który obudził się w tej chwili, nie zdołał go nastraszyć.
   Przypomniał mi się zaraz maleńki zajączek, którego widywałam w pobliżu Nowego Warzywnika rok temu. Też był taki oswojony, że przez pewien czas myślałam, że to królik miniaturka, który uciekł komuś z klatki. Też pasł się kilka metrów ode mnie w całkowitym spokoju. Potem zniknął, a przynajmniej przestałam go widywać. Możliwe, że to on. Przyjemnie mi pomyśleć, że przetrwał.
   Ten duży zając ma z tym małym jedną cechę wspólną: nie tykają kapusty ani innych warzyw, chociaż, jak widać, truskawki im smakują.

    Remont domu jest już praktycznie skończony, pokoik na strychu znów zdatny zamieszkania, więc możemy znowu przyjmować gości. Warunki takie same jak zwykle: 4 godziny pomocy w ogrodzie w zamian za mieszkanie i wyżywienie.

    A w parkowym zagajniku nad dużym stawem powstaje nowość: domek ogrodowy, docelowo pracownia. Trafiłam na majstra, który podobnie jak ja zachwyca się starymi technikami i bawimy się na całego. Chatka Baby Jagi powstaje z bali drewnianych, na czterech kamieniach węgielnych, bez fundamentów. Dawniej tak zawsze budowano w tej okolicy. Bale są łączone na obce pióro i uszczelniane lnem, narożniki na jaskółczy ogon. Zaciosy wzmacniane są kołkami. No mówię Wam, pełny czad. Za wzór posłużyły nam tutejsze spichlerze oraz pewna chatka w skansenie w Ciechanowcu, chociaż moja będzie jeszcze mniejsza.
  To ta chata w skansenie:

A u nas na razie wygląda to tak:

Widzicie zaciosy i kołki? Po prawej stronie jest przyszła futryna drzwi, po lewej - okno. Pod progiem złożyliśmy ofiarę zakładzinową, jak to czynili przodkowie od tysięcy lat:


Więcej zdjęć jest na stronie https://www.facebook.com/2handchata/ . Nawet filmiki są. A jeśli ktoś chce obejrzeć mistrza przy pracy, to zapraszam.

Ostrzeżenie: komary obrodziły u nas obficie po ostatnich deszczach, trzeba się liczyć, że wszyscy przebywający tutaj muszą stawić im czoła.

wtorek, 12 maja 2020

Tworzenie rzeczywistości

    Bardzo dziękuję wszystkim za przemiłe komentarze i listy, za zainteresowanie moim zdrowiem. Ciepło się na sercu robi za tyle troski. Nie jest tak źle, po prostu muszę zwolnić. Ale mam też wiele planów, przemyśleń. Ogród też jest całkiem nieźle zadbany, głównie dzięki memu mężowi, ale to ja go karmię, a co! Sama mam czystą przyjemność z siewu i sadzenia.
    Jeszcze wczoraj było ciepło i cudnie, jabłonie kwitną, cała kwiatowa czereda, pszczoły brzęczą, żaby kumkają. A dziś obudziliśmy się pod śniegiem. W sumie to nic niezwykłego, Zimni Ogrodnicy zawsze są u nas srodzy, ale kontrast wielki. W sumie ten śnieg nie był zły, otulił roślinki i na razie nic nie przemarzło. Bardziej boję się przymrozków w pogodne noce. Ale przynajmniej chwilowo susza zażegnana, rośliny wciągają wodę na potęgę, ziemia pije z rozkoszą. Oby więcej tej wody!

     A ja korzystam z chwilowego bezrobocia i snuję swoje czary. Bo widzicie, ostatnio się jakieś paskudne energie uaktywniły, a raczej zostały uaktywnione. Przede wszystkim strach, ale nie tylko. Oraz dość paskudna wizja możliwej rzeczywistości, gdzie jesteśmy kontrolowani, zmuszani, zniewoleni.  Wiele osób tę wizję rzeczywistości uznaje za prawdopodobną lub wręcz już wchodzącą w życie i świat duchowy aż wibruje złymi, trudnymi emocjami.
    Walczyć raczej nie trzeba, oni są na to przygotowani i pokonają nas łatwo, ale walka ma też inny aspekt. Otóż nasze emocje, myśli i obawy karmią to, czego się boimy. Karmimy złego wilka nie tylko adorując go i przystając do jego zgrai, ale także bojąc się go i walcząc z nim. To jak w tym przysłowiu: "Nie dyskutuj z idiotą, bo sprowadzi Cię do swego poziomu, a następnie pokona doświadczeniem." Walka sprowadza nas do poziomu naszych przeciwników. Szkodzimy sobie, jednocześnie dokarmiając niechcianą wizję. Bo tej wizji wszystko jedno, czy energia będzie miała ładunek pozytywny, czy negatywny, byle była skierowana w jej stronę.

     Równie niekorzystne jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie dzieje. Afirmowanie z wysilonym uśmiechem, że wszystko jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej.

     Co więc pozostaje? Kreatywne tworzenie rzeczywistości. Według fizyki kwantowej sama nasza intencja ma wpływ na zachowanie materii, a nasze myśli wpływają na ogólną świadomość i podświadomość całej ludzkości. Nie będę się tu zagłębiała w szczegóły i dowody, one są i łatwo je znaleźć. Począwszy od prof. Sedlaka, poprzez wiele współczesnych odkryć z dziedziny fizyki.

     To nic, ze spadł śnieg, jest on dobroczynną wilgocią i kołderką dla roślin. Pod nim są kwiaty, nietknięte.


    Co można zrobić? Przede wszystkim wyrazić mocno i dobitnie swój sprzeciw wobec takiej wersji rzeczywistości, odetniemy się wtedy od złego wilka i przestaniemy go żywić. Co więcej - możemy mu zabrać energię i przekierować na taki wariant, który nam odpowiada. Po prostu trzeba stanąć, spojrzeć na swoje lęki i dobitnie powiedzieć:' ODMAWIAM  PRAWA  DO  ISTNIENIA TEJ WERSJI  RZECZYWISTOŚCI". Lub inną, podobną afirmację. Należy przy tym unikać słowa "nie" lub "brak", bo nasza podświadomość ich nie rozumie, więc je omija. Jeśli więc mówimy "nie chcę", to podświadomość słyszy "chcę". Można pomyśleć "Anihiluję tę wersję rzeczywistości" albo coś podobnego. Zniszczyć ją w sobie samym i w wachlarzu możliwości na przyszłość.
     Teraz zacząć wyobrażać sobie i tworzyć tę wersję, którą chcemy, żeby się urzeczywistniła. Widzimy dobrych, mądrych ludzi, którzy współpracują ze sobą, dzielą się. Ludzi uśmiechniętych i zadowolonych. Kraj, w którym panuje wolność i obfitość. Oraz co najważniejsze: my sami powinniśmy myśleć i zachowywać się tak, jak chcemy żyć w tej wersji świata. To często bardzo trudne, bo zakłada, że nie zwalamy winy na żadnych innych, nie usprawiedliwiamy się, że inni to czy tamto. Inni są odpowiedzialni przed sobą, a może kiedyś będą też odpowiedzialni przed prawem. W tej chwili jesteśmy odpowiedzialni za siebie. Taka postawa nie dopuszcza złych uczuć, chęci odwetu, walki czy konfrontacji, ale czasem może zaistnieć konieczność biernego oporu. Z uśmiechem.

      To ważne: nie dążymy do konfrontacji z kimkolwiek. Tworzymy nasz świat niejako obok, nasz dobry, mądry świat. Będziemy wtedy przyciągać ludzi myślących podobnie i zdarzenia, które są nam przyjemne. Bo przyciągamy to, o czym myślimy.

     Mam taki mały przykład: od kilku lat nie mam siły, żeby zajmować się naszymi pszczołami, a bardzo chciałam, żeby były u nas i żeby były zaopiekowane. Ten jeden rój, który przeżył na dziko przez ten czas, żeby miał szansę. I oto zjawił się zawodowy pszczelarz, który jest nimi zainteresowany, a także tym, żeby u nas była część jego uli. Sam będzie wszystko przy nich robił (ja nigdy nie byłam w tym dobra), a my za użyczenie miodnego miejsca będziemy mieli trochę miodu. Rój już jest przeniesiony do nowego ula, chodzi po kwiatach, aż miło. Widzicie? Pszczółki ciągle są u mnie, a będzie ich jeszcze więcej, ja nie muszę robić tego, czego nie daję rady, nawet miód będę miała, chociaż tylko część, ale nam wystarczy. Pszczelarz też zadowolony (mam nadzieję). Tak to działa. Nie ma przegranych, tylko wygrani.

    Ostatnio czuję jakąś zmianę w powietrzu, w wodzie i w Ziemi, zmianę na dobre. Mamy teraz szansę, żeby skierować ten zwariowany świat na lepsze tory, wykorzystajmy więc ją.
    Pamiętacie etapy? Odmowa prawa do istnienia złej wersji teraźniejszości i przyszłości, a następnie tworzenie w swoim umyśle, w swoim zachowaniu, w swoich emocjach tej lepszej wersji. Skoro anihilujemy tę złą wersję, to cała energia, którą skierowano na jej tworzenie, jest wolna. I możemy ją przekierować, jak rzekę, w nowe koryto.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Życie księżniczki

        Wygląda na to, że świat cały oszalał. Emocje, ograniczenia, lęk, poświęcenie. Wszystko miesza się ze sobą i wstrząsa posadami świata, jaki znamy. A u nas w domu prawie nic się nie zmieniło... Tyle, że mamy mniej gości i już nie jeździmy razem do miasta, przy okazji wstępując do naszego ulubionego baru przy Rynku. Ale do miasta i tak jeździliśmy raz na tydzień, więc to przemyka niezauważone.
      Nadejście wiosny ciągnie się w ślimaczym tempie, jeszcze wczoraj był mróz i padał śnieg. Zimniej jest, niż w styczniu i lutym, bywały przez ostatnie dni nocne przymrozki do -9 i -7 stopni. Nic więc dziwnego, że nie działamy jeszcze w ogrodzie. Na razie zamówiłam trochę nasion. Może uda się nam coś zrobić, bo... no właśnie, czas przejść do meritum, czyli życia księżniczki, jakie jestem zmuszona ostatnio prowadzić. To znaczy: prawie żadnej pracy, dużo lenistwa, dobre jedzenie, odpoczynek, sen i zajmowanie się samymi przyjemnymi sprawami, jak medytacja, kaligrafia, robótki ręczne i czytanie. Nie, nie złapałam tego czegoś w koronie. Po prostu moje ciało mówi mi "stop!" już od dłuższego czasu.
       Zaczęło si e już kilka lat temu bólami w plecach i silnym zmęczenie. Tak, byłam u dobrego lekarza. Orzeczono zwyrodnienie kręgosłupa i zaproponowano środki przeciwbólowe. A ponieważ ja wolę trzymać się od nich z daleka, z różnych powodów, to trzeba było zwolnić tempo życia i nauczyć się żyć z bólem. Jednak lekarstwa to ostateczność. Moja matka, wskutek przyjmowania przez lata środków przeciwbólowych, dostała krwotoku wewnętrznego i zmarła z tego powodu - tak mi powiedział lekarz w szpitalu. No więc oswajałam ból, na szczęście na tyle spolegliwy, że przechodzi po kilku-kilkunastu minutach odpoczynku. Ciągle jednak starałam się robić, co mogłam. No więc moje ciało powiedziało: "Czego tu nie rozumiesz? Trzeba cię jeszcze przekonywać? No to masz!" No i mam - jakieś zapalenie stawów, naderwanie ścięgien w lewym kolanie i jeszcze większe osłabienie. Noga puchnie i boli przy dłuższym używaniu. I byłam, byłam u ortopedy. No i jak myślicie, co zaproponował? Oczywiście środki przeciwbólowe. W sumie to nie jest źle z tymi mymi kolanami, tylko meniski starte. A boleć - boli i puchnąć - puchnie. Na szczęście kiedy siedzę lub leżę, to wszystko jest cudownie.
     Mogę chodzić na niezbyt długie spacery i podziwiać to, co w naturze się dzieje, słuchać ptaków, podglądać żurawie. Jedynie pracować nie mogę, codzienne czynności w domu to wszystko, co daję radę ogarnąć.

     W zasadzie jest mi całkiem dobrze, jedynie ogrodem nie daję rady się zająć. Trudno, zapuścimy tu las i też będzie pięknie. A kilka grządek dam radę obrobić, mam nadzieję.  No cóż, nie wygląda ten ogród w tej chwili pięknie, oj nie. Chciałam zrobić pospolite ruszenie, czyli zaprosić do siebie tych, którzy chcieli by mi pomóc i przenieść oraz nakryć nową folią tunel na pomidory (drzewa porosły i jest już w dużej części w cieniu), ale wirus w koronie tu namieszał. Widocznie tak ma być. Może jakoś się uda. A już planowałam, że zrobimy piknik, dobre żarełko, ognisko i długie rozmowy...

      Miałam kilka różnych pomysłów, między innymi taki, żeby wynająć ogród komuś, kto chce uprawiać ziemię ekologicznie i z miłością, za przysłowiową złotówkę. Tylko ten pomysł nie był chyba dobry na obecną chwilę, pozostaje w odwodzie na przyszłość.

     Pierre robi, co może. Ale on też poszkodowany na ciele, bo spadł z roweru i mocno nadwerężył sobie żebra, coś tam pękło i goi się bardzo pomału. No cóż, skończył już 80 lat i jemu też czas trochę odpocząć, chociaż zapiera się, że nie. Ale widać, że nie daje rady pracować przy kopaniu ziemi.

      Nagle mamy czas na wszystko, na co nigdy nie mieliśmy czasu. Mamy też tu, w sąsiedztwie, dobre duchy, które nam sporo pomagają i zawsze mogę na nich liczyć.

     W sumie życie emeryta jest fajne, naprawdę. Tylko muszę Was ostrzec: ogród nie jest już pokazowy ani zadbany. Tak, że jak to wirusowe szaleństwo się uciszy, to oczywiście, można nas odwiedzać. Ogromnie lubimy gości. Ale na pokazówkę raczej nie liczcie.
     Gdyby świat był taki, jak być powinien, to teraz ogrodem zajmowało by się młode pokolenie, a my służyli byśmy pomocą i wiedzą. Byłby gwar, baśnie i śmiech, muzyka i opowieści. Może kiedyś tak będzie.



środa, 25 marca 2020

Jak pies do jeża 2, czyli grządki

        Poproszono mnie, żebym jeszcze raz napisała o metodzie Patryka na grządki. Dobrze wypada, bo właśnie grządki są kolejnym etapem zakładania ogrodu.
        Pokrótce: grządki Patryka to sianie wszystkich warzyw, ziół oraz kwiatów razem, rzutowo, na grubej warstwie ściółki. Do tej metody to ja podchodziłam, jak pies do jeża, nie bardzo jej ufając. Mam wrodzone i utrwalone zamiłowanie do akuratności i porządku, a tu taka nonszalancja i zdanie się na łut szczęścia! Aż kiedyś spróbowałam. Późno już było, druga połowa maja, kiedy został nam kawałek ogrodu, przygotowany i oczyszczony przez męża, a nie wiadomo było, co dokładnie z nim zrobić. Zebrałam więc wszystkie resztki nasion, które jeszcze miały szansę wyrosnąć: rzodkiewki, sałaty, buraki, marchewki, jarmuż, pietruszki, ogórki, nagietki, facelię itp., wymieszałam to ze sobą i wysieliśmy na powierzchnię ziemi. Potem przykryliśmy ściółką "de luxe", czyli sianem i słomą zmielonymi kosiarką z koszem i zmieszanymi z trawą ze strzyżenia podwórka. Na obrzeżach powtykałam jeszcze fasolkę szparagową, która mi została. Słuchajcie! Ta grządka była najbardziej płodna ze wszystkich! Nawet zabłąkany kabaczek pięknie owocował. Jak zaczęliśmy od zbierania rzodkiewki i sałaty w 3 tygodnie po siewie, to skończyliśmy późną jesienią i zawsze coś tam było. Na dokładkę wyglądało bardzo ładnie.

     Te grządki nie są dla osób lubiących rzeczy uporządkowane i przewidywalne, bo to jest totalne zdanie się na Matkę Naturę i jej nieprzewidywalność, ale jedno jest pewne: nigdy nie zabraknie na nich czegoś do jedzenia.

     Sposobów zakładania takich grządek jest kilka, w zależności od tego, jaką ziemię mamy, czy raczej jaki stopień zachwaszczenia tej ziemi.

      1. Mamy czystą (w miarę) ziemię ogrodową, np. zeszłoroczne grządki albo zaścieloną wcześniej grubo ściółką. Wtedy dajemy na ziemię cienką warstwę ściółki. Na to siejemy mieszankę nasion i znowu przykrywamy ściółką. Dobrze, jeśli możemy dać razem z nią trochę kompostu. Najlepsza jest wspomniana przeze mnie "ściółka de luxe", najgorsza - sama słoma, bo jest zbyt przepuszczalna.

   2. Mamy ziemię trochę zachwaszczoną. W tym wypadku dobrze jest pozbyć się korzeni szczególnie uporczywych chwastów, ale jak się nie da, to trudno. Tu dajemy na ziemię bardzo grubą warstwę ściółki. Dobrze jest dać też, bezpośrednio na ziemię, warstwę obornika, na to ściółkę. Powinno tego być co najmniej 30 cm., a im więcej, tym lepiej. Moczymy, albo deszcz nam to moczy i odczekujemy kilka dni. Następnie siejemy mieszankę i przykrywamy drobną ściółką, najlepiej zmieszaną z ziemią kompostową, tym razem cienką warstwą.

    3. Mamy ziemię mocno zachwaszczoną lub ugór. Dajemy warstwę obornika wprost na ziemię, na to grubą warstwę kartonów. Jeśli komuś brakuje kartonu, to w składach budowlanych można kupić tekturę falistą. Jest nawet lepsza, bo bez nadruków. Musi jej być dość gruba warstwa, najlepiej podwójna lub potrójna. Na to dajemy grubą warstwę ściółki zmieszanej z ziemią kompostową. Im grubszą, tym lepiej. Spokojnie można dojść do metra. Znowu odczekujemy i siejemy mieszankę, przykrywając ściółką. Ta grządka może być trochę problematyczna w suchych latach, bo karton tamuje podsiąkanie wody. Dlatego ja wolę sadzić na niej ziemniaki, robiąc dziury w kartonie i w każdą dziurę wsadzając ziemniaka, sadzić kapustę w podobny sposób, cukinie, dynie, pomidory itp. Ewentualnie robimy dziurki i wtykamy w nie tzw. bomby nasienne - nasiona zmieszane z gliną, zlepione w kulkę. Pomiędzy ziemniakami, też w dziurki, wtykam ziarna bobu. Wtedy posadzone rośliny mają kontakt z ziemią i mogą czerpać z niej wilgoć. Jeśli jest wilgotno, to karton robi się miękki i korzenie roślin posianych po wierzchu mogą się przez niego przebić. Problem w tym, że niektóre szczególnie żywotne chwasty mogą od spodu zrobić to samo. U mnie tego rodzaju grządki sprawdzają się bardzo dobrze, jeśli chodzi właśnie o ziemniaki i kapustę. Tylko raz miałam problem podczas wyjątkowej suszy 3 lata temu, kiedy ziemia była wyschnięta na 2 metry w głąb, a podlewanie spływało po kartonie. Problem rozwiązały plastykowe butelki 5 l. z obciętym dnem, wbite szyjką aż do ziemi. Ten rodzaj grządki jest najbardziej żyzny od drugiego roku po założeniu, dlatego dobrze jest je zakładać pod koniec lata lub jesienią, a siać na wiosnę. Jeśli warstwa ściółki jest bardzo gruba i nie opadła w czasie czekania, to można zrobić takie jakby doniczki: wygrzebujemy w niej dołek, napełniamy ziemią (najlepiej kompostową z dodatkiem gliny) i sadzimy lub siejemy swoje roślinki. Ale, jak już powiedziałam, ten rodzaj grządek najlepiej zrobić jesienią. Przez zimę warstwa ściółki mocno opadnie.

         Można w tej chwili zakładać grządki rodzaju 3, ale z innymi radzę poczekać, aż się ziemia ogrzeje. Gruba warstwa ściółki zatrzymuje ogrzewanie (podobnie jak zatrzymuje ciepło), jak kołderka. Ja wręcz zgrabiałam ściółkę na zagonkach wiosną, żeby ziemia się szybciej ogrzała, a potem przykrywałam na nowo.

      Ogólnie rzecz biorąc mądrzy ludzie radzą wstrzymać się z siewem aż do Wielkanocy. Nie tyle o samą Wielkanoc tu chodzi, co o pierwszą wiosenną pełnię księżyca. Więc porządkujmy ogrody, przygotowujmy materiały, róbmy wały i grządki rodzaju 3, ale wstrzymajmy się z siewem, aż ziemia będzie ciepła. Wtedy roślinki będą wschodziły szybciej i będą silniejsze.

      Agatek przypomina mi o jednej rzeczy, o której zapomniałam przy pisaniu tego posta: metoda ściółkowania jest niezbyt praktyczna w regionach, gdzie jest plaga ślimaków. Chociaż miałam też sygnały, że cienka ściółka wcale nie zwiększa ich ilości, a wręcz przeciwnie, zwłaszcza jeśli są dorzucone do niej aromatyczne zioła: lawenda, wrotycz, mięta itp.



niedziela, 8 marca 2020

Jak pies do jeża

       Ponieważ w ostatnich dniach już kilkakrotnie spotkałam się z zapytaniami ludzi, którzy dopiero zaczynają zakładać ogród, to uznałam to za znak, żeby wrócić do tego tematu. Bo zdarza się, że człowiek stoi przed kawałkiem ugoru i nie bardzo wie, od czego zacząć. Podchodzi do tematu, jak pies do jeża i nie ma pojęcia, z której strony to ugryźć.
      Oczywiście to jest mój punkt widzenia, ktoś inny może zrobić inaczej. Jednak uważam, że to, co proponuję, jest logiczne. No i jeśli nie wiadomo, jak zacząć, to można tak właśnie.

     Ja zaczęłam od sadzenia żywopłotu. Żywopłot dla ogrodu jest tym, czym skóra dla ciała. Łagodzi wiatry, tworzy mikroklimat, daje schronienie i pożywienie ptakom, pożytecznym owadom, jeżom. Zamyka naszą osobistą przestrzeń, dając poczucie bezpieczeństwa. A dobrze dobrany przynosi też pożytki gospodarzowi w postaci owoców i kwiatów.
    Należy zwrócić uwagę na dwie rzeczy: słońce i wiatr. Chodzi o to, żeby wyrośnięty żywopłot nie zacieniał zbytnio ogrodu, natomiast żeby chronił przed wiatrem. W Polsce dominujące wiatry są najczęściej z północnego zachodu. I z tej strony spokojnie możemy posadzić drzewa i duże krzewy. W miastach trzeba też pamiętać o przepisach, odległości od granicy działki itp.
    Możemy posadzić żywopłot owocowy (rokitnik, dereń jadalny, świdośliwa, śliwa ałycza, leszczyna, dzika róża itp.), możemy kwiatowy (bez lilak, jaśminowiec, kalina, forsycja itp.),a możemy wszystko pomieszać. Mądrzy ogrodnicy ustalili, że w żywopłocie mieszanym 1/3 powinny stanowić krzewy i drzewa iglaste. Ma to swój sens - są mocnym, zielonym akcentem zimą, kiedy inne stają się bezlistnymi patykami, wtedy dają też schronienie ptakom. Dobra jest kosodrzewina, jałowiec i nawet pojedyncze tuje (pamiętajmy tylko, że tuje wyrastają z czasem w wielkie drzewa). Jednym z moich ulubionych krzewów żywopłotowych jest pęcherznica, która może mieć różne kolory liści, całkiem ładnie kwitnie, a do tego jej nasiona są ulubionym pokarmem licznych ptaków - u mnie odwiedzają ją chmary szczygłów i gilów. No i rośnie na każdej glebie.
       Także duża ilość materii organicznej, którą dają żywopłoty, jest ważna dla polepszenia struktury gleby. Nie trzeba grabić liści opadłych jesienią - one same się rozłożą, dając nam dobrą, bogatą ziemię. Na glebach słabszych dobrze jest pomyśleć o karaganie i olchach prowadzonych w formie krzewów - na ich korzeniach żyją w symbiozie bakterie azotowe, które wiążą azot z powietrza w formę przyswajalną dla roślin.
      W tej chwili jest bardzo dobry moment na sadzenie żywopłotów.

     Warzywnik powinien być blisko domu, żeby nie uprawiać biegów przełajowych, kiedy potrzeba nam koperku, kilku liści sałaty czy szczypiorku. Także łatwiej go doglądać, jeśli jest "pod ręką". Powinien być nasłoneczniony i dość odległy od drzew i ich korzeni.
Ja zrobiłam pewien błąd - część mego warzywnika jest w zasięgu korzeni ogromnej lipy. No cóż, te 25 lat temu miałam mniej doświadczenia i odległość prawie 10 metrów wydawała mi się prawidłowa. Tyle tylko, że to lipa-olbrzym i jej korzenia sięgają bardzo daleko poza obrys korony. Na dokładkę kiedy wyczuła dobrą ziemię, to specjalnie rozwija je w tym kierunku. No trudno, jakoś muszę sobie radzić, budując wały co 3 lata, zamiast co kilkanaście, i obficie ściółkując. Czyli warzywnik z daleka od dużych drzew!
Natomiast widziałam warzywniki, w których rosły niewielkie drzewa i krzewy owocowe, rozstawione na tyle rzadko, że ich cień nie szkodził warzywom.
     Sam sposób uprawy warzywnika jest sprawą indywidualną - czy będą to skrzynie, czy wały, czy zagonki wzbogacane kompostem. Wszystko jest dobre, jeśli polegamy na procesach naturalnych.
     Bardzo dla zdrowia i urody warzywnika służy obwódka z ziół i kwiatów, najlepiej wieloletnich. Można też pokusić się o robienie rabat mieszanych, warzywno-ozdobnych. Ostatnio są one hitem na Zachodzie. We Francji widziałam je nawet na kwietnikach pośrodku miasta, gdzie kapusta i sałata rosły wśród niecierpków i innych złocieni, groszek wśród traw ozdobnych, marchew kwitła w towarzystwie "motylków". Skomponowane tak, ze wyglądały niesamowicie pięknie.

   
     Sad może znajdować, się ciut dalej, niż warzywnik, ale nie musi. Bardzo przyjemnie jest, stojąc na ganku lub tarasie, skubnąć wiśnię lub inne winogrono. Najbardziej ekologiczne są sado-laski, czyli pomieszane ze sobą drzewa i krzewy owocowe. Można je umieścić od strony, z której wieje wiatr, będą wtedy dodatkowym zabezpieczeniem.

wtorek, 3 marca 2020

Powrót do warzywników

      Jestem już dość stara, żeby pamiętać czasy, kiedy każdy ogródek przydomowy służył głównie do hodowania warzyw, kiedy na działkach pracowniczych sadzono marchew i kartofle, a nie strzyżone trawniki.
        Nie były to smutne ogrody, o nie. Uroczy bałagan warzyw, owoców i kwiatów wylewał się na wszystkie strony. Kolorowy patchwork zmieniał się od wiosny do późnej jesieni, kiedy to piwniczki i spiżarnie pęczniały od własnych plonów. Zapachy w takich ogrodach były niezapomniane, mocne, a zarazem subtelne, a powietrze pełne ruchu motyli, pszczół i innych owadów.
        Była to oczywista, codzienna obfitość, kiedy wystarczyło skubnąć truskawkę czy porzeczki z krzaka, wyciągnąć z ziemi młodą marchewkę czy inną rzodkiewkę, obetrzeć szybko o ubranie i schrupać. Jabłka i śliwki spadały wprost na nasze ręce czy głowy.Między krzewami porzeczek czy malin były nasze tajne bazy i kryjówki, za zasłoną z malw czy marcinków.


     Kiedy dziś patrzę na uporządkowane pod linijkę ogrody, trawniki i iglaki, to czegoś mi bardzo żal. Tej bałaganiarskiej dżungli, w której można było się zagubić, gdzie co krok to jakaś niespodzianka.
     Te domowe ogródki żywiły nas zdrowo przez wiele pokoleń. Nawet jeśli część żywności kupowano na zewnątrz, to to była żelazna rezerwa i pewność przetrwania. Uczta dla oczu, nosa i żołądka.

   
 Dziś czytam coraz częściej, jak bardzo podrożała żywność.  Oraz biadania ludzi, że będzie głód. A przecież kiedyś było o wiele biedniej, a jakoś nikt nie biadał. Obfitość pierwszorzędnego jedzenia wydawała się czymś naturalnym, przynależnym. No, może niektórzy biadali z powodu braku mięsa, ale dobrze wiemy obecnie, że nie jest ono niezbędne.
      Jakim sposobem ludzie wpadli w sidła takiej wyuczonej bezradności, takiej zależności? Ze wstydem muszę przyznać, ze nawet moi wiejscy sąsiedzi coraz rzadziej uprawiają warzywa i coraz mniej...
      Jedzenie z własnego ogrodu, bez sztucznych wspomagaczy, miało niepowtarzalny smak i aromat, do którego wiele osób wzdycha do dzisiaj. Tymczasem naukowcy biją na alarm - w ciągu ostatnich dwudziestu-trzydziestu lat przemysłowo hodowane warzywa i owoce straciły dużą część swoich walorów odżywczych i smakowych, a "zyskały" szkodliwe substancje chemiczne.
    Może to dobra chwila, żeby zamienić trawniki na warzywniki? Żeby przypomnieć sobie smaki, aromaty, teksturę liści, korzeni i owoców? Odzyskać część wolności i darmowej obfitości, jaką Natura nam przygotowała?
    Trudno mi zrozumieć, w imię czego można zrezygnować z takiej przyjemności, z takiej oazy odrodzenia ducha i ciała.
    Wróćmy do ogrodów!
 

sobota, 15 lutego 2020

Celebrując życie

      Mija powoli dziwna zima. W naszym ogrodzie kwitną już przebiśniegi, inne cebulki powytykały czerwone noski z ziemi. Skołowane sikorki i inne wróble ciągle odwiedzają karmnik, ale ćwierkają już zupełnie wiosennie.
      Nie będzie w tym roku roztopów, ale ziemia, nie zamarznięta, dobrze wchłonęła wilgoć. Roztopy były dawniej, kiedy zgromadzony miesiącami śnieg topniał, a ziemia ciągle zamarznięta, nie wpuszczała wody w głąb. Wtedy malutka rzeczka, dopływ Biebrzy, rozlewała się na łąkach w jezioro. Ale kiedy tylko ziemia rozmarzała, wchłania wodę wręcz błyskawicznie. No to w tym roku wchłaniała stopniowo przez całą zimę. Po kilkuletniej suszy ziemia była przesuszona głęboko, na 2 metrach ciągle nie było śladu wilgoci. Wprawdzie trawa się zieleniła, korzystając z opadów, ale nie docierały one w głąb. Była to tzw. "zielona susza".W tej chwili grunt jest wilgotny. A wiemy to z powodu dość smutnego - odeszła nasza ostatnia owca i trzeba było jej wykopać głęboki grób.
    Jedną owcę pochowaliśmy latem, stąd moje wiadomości o suchym gruncie. Drugą niedawno - w wykopie zebrała się woda, mimo, że ziemia na wierzchu wyglądała na suchą.
    Są też niewielkie rozlewiska na łąkach - czyli bagno już nie wchłania wody. Czyli nie jest źle, zapasy odnowione.

     Dni są spokojne, złoto-srebrne. Smakuję je,smakuję słońce wstające w jednym oknie, a zachodzące w drugim, widok gałęzi drzew na chłodnym niebie, księżyc i gwiazdy, które czasami pojawiają się wśród tych gałęzi. Dużo czytam, dużo myślę.
     Nareszcie mój pokój jest skończony. Odnowione ściany i podłoga, wstawione nowe meble. Nagle mam masę miejsca na książki! Cudownie. Wysprzątałam też do błysku łazienki przy pomocy myjki parowej. Oj, nie będę się chwalić, jak brudna była woda z mycia kafelków! Ale nareszcie, po roku zamętu i bałaganu, jest jasno, czysto i porządnie.

     Miałam dość trudne dni, kiedy przyplątało się zapalenie stawów. Wszystkich, ale głównie w kolanach. W tej chwili jest dużo lepiej, jeszcze tylko lewe kolano  mocno dokucza i mam trudności z chodzeniem. Na dokładkę mąż spadł dziś z roweru i stłukł sobie żebra. No to teraz polegujemy i stękamy do spółki. Ciekawa jestem, jak będzie z noszeniem drewna. Ale jakoś damy radę, po małym koszyku.  Wygląda, jakby cały Wszechświat chciał, żebym poświęciła więcej czasu na medytację. No to robię to i w nagrodę mam niesłychane przeżycia duchowe oraz wielką pogodę ducha.

   Planuję już prace na przyszły rok, pomalutku i spokojnie. Pierre tej zimy ścinał nasze olchy i z gałęzi zrobił masę zrębków, które złożył na pryzmę. Okazało się, że pryzma jest pięknie przerośnięta grzybnią. To dobrze - grzyby rozkładają ligninę, to pierwszy etap do uzyskania żyznego kompostu.

     Mamy tu takiego prawie oswojonego liska, którego często obserwuję w biały dzień, jak myszkuje po łąkach. Pilnuję naszych kur, ale nie sposób nie lubić tej Rudej Mordeczki, kiedy widzi się, jak przemyślnie przygotowuje się do przejścia przez drogę, albo wyszukuje gryzonie. Bobry za to chyba wyniosły się po zbudowaniu tamy. Może woda zalała ich nory? Codziennie słyszę stukanie dzięciołów, czasem widzę je w karmniku. Jest dzięciołek i dzięcioł pstry. Teraz wręcz szaleją ze stukaniem, pewnie mają zamówienia na przytulne dziuple i próbują wyrobić się w terminie.

   Kwitnie leszczyna i wierzba.
   Teraz wiosna wydaje się już bliska i realna.

piątek, 3 stycznia 2020

Tworzenie życia

        Skupiam się ostatnio na celebrowaniu każdego dnia, na przeżyciu, stąd mało mnie na blogach. Trwający prawie rok bałagan pożarowo-remontowy, choroba płuc, którą złapałam po pożarze i kilka innych zdarzeń sprawiły, że czuję się bardzo krucha i zmęczona. Stąd celebracja i świętowanie każdego dnia, niespiesznie i z uwagą.
       Odkryłam gimnastykę Qigong (to część Tai-Chi). To gimnastyka lecznicza, odpowiednia dla wszystkich. Bardzo mi pomaga na bóle w plecach, ale nie tylko. To jest jak medytacja w ruchu, po skończeniu seansu człowiek czuje się jednocześnie uspokojony i pełen dobrej energii, myśli są jaśniejsze, a jednocześnie zasypia się łatwiej. Widzę sporo podobieństw między tą gimnastyką, a kaligrafią. Z pozoru wydają się łatwe i proste, a są niezwykle złożone. Podobnie można w nieskończoność cyzelować każdy ruch, każdą kreskę. I podobnie uruchamiają coś niezwykłego w moim mózgu, jakieś nowe miejsca, nowe możliwości.
       Przygotowuję dania z warzyw, celebruję herbatki ziołowe i owocowe, dobre książki, ogień w nowym piecu. Dziś zrobiłam bardzo pożywne danie z samych warzyw: ziemniaki, cebula, dynia, fasolka. Doprawione ziołami, różową solą kłodawską i śmietaną. Nawet mój mąż, wielki zwolennik mięsa, przyznał, że najadł się do syta.
     Pierre ma teraz zajęcie przy wycinaniu młodych olch i cięciu ich na klocki  do pieca. Dostał ode mnie krajzegę, więc robota idzie szybko i jest mniej męcząca. Olchy odrosną w formie krzewów, a my za jakieś 2 lata będziemy mieli górę opału. Dobrze, że mąż ma zajęcie, bo brak zajęć na świeżym powietrzu jest dla niego nie do zniesienia. Czytanie książek stało się problematyczne, odkąd wzrok mu się pogarsza. Natomiast ani przy telewizorze ani przy audiobookach nie wysiedzi zbyt długo. W wieku 80 lat jest żywotny i silny bardziej, niż wielu 50-latków.
      Właśnie Pierre przyniósł mi przed świętami nowinę, że nasz staw jest pełny tak, że się przelewa. Dziwne to bardzo, bo długotrwała susza sprawiła, że wody są niskie. Zaledwie kilka dni wcześniej widziałam staw wypełniony dość skromnie. Poszliśmy razem, żeby sprawdzić. Rzeczywiście lustro wody podniosło się co najmniej o metr. Dziwy, bo nie było opadów. No to robimy przegląd okolicy. Idąc wałem oddzielającym staw od strumyka słyszę szum wodospadu i już wiem, komu zawdzięczamy ten nieoczekiwany przybór wody. Bobry! Mąż ich nie lubi, bo powalają mu zasadzone przez niego drzewa, ale ja mam dla nich pełną podziwu czułość. No bo jak ich nie podziwiać? Odkryły rurę, którą pan kopiący nam staw zainstalował w wale. Zainstalował niezbyt mądrze, nieco zbyt wysoko. Niby miała służyć do napełniania stawu przy niskiej wodzie, ale jak woda była niska to i w strumieniu też jej było niewiele. Bez sensu. A przy wysokiej wodzie ryby uciekały nią ze stawu. Lata temu zatkałam tę rurę i zapomniałam o niej. A tu bobry ją wyczaiły, oczyściły, zbudowały porządną tamę na strumieniu, spiętrzyły wodę i wypełniły staw. Rzecz wspaniała przy takiej suszy! Wokół stawu pełno śladów bobrowania: całe drogi i ścieżki wydeptane do zarośli wierzb-samosiejek, stos gałęzi w stawie "na zaś", inne drogi i dróżki w różnych kierunkach. Wierzb nam nie szkoda, niech jedzą na zdrowie. Bóbr też musi z czegoś żyć. Tym bardziej, że już pokolenia ich formowały te zarośla w gąszcz krzewów. Ścinają mądrze - nigdy wszystkich konarów na pniaku, zawsze zostawiają co najmniej 2 na przyszłość. A retencja wody przy tej suszy jest czymś bardzo pożądanym.

       Obserwuję ptaki w karmniku. Ludzie sobie puszczają filmiki z takimi ptakami na uspokojenia, podobnie jak filmiki z trzaskającym ogniem czy szumiącą wodą. A ja mam to na żywo. Chyba mogę nazywać się szczęściarą.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Kocie szczęście

     Wczoraj był dzień czarnego kota. przy tej okazji zaczęłam sobie przypominać historię naszych kociambrów. Przez długi czas mieszkały z nami głównie czarne koty i czarne psy. Kiedy najukochańsza, czarna jak smoła, Mićka odeszła, a niedługo potem jej syn, mąż orzekł, że do towarzystwa dla czarniutkiej Kity trzeba kota, ale już nie czarnego, na litość! Zaczęłam szukać kotów do adopcji poprzez przeróżne stowarzyszenia, ale tu natknęłam się na mur: "Dom wychodzący? Nie wydajemy kotów do domu wychodzącego". No paranoja jakaś! Bo o ile rozumiem konieczność uwięzienia zwierzęcia w domu, jeśli mieszka się w wieżowcu albo przy ruchliwej ulicy, o tyle jest to bez sensu w przypadku domu stojącego wśród tysięcy hektarów łąk, pól i lasów, gdzie do najbliższej drogi, zresztą niezbyt ruchliwej, jest ponad 300 metrów. Więzienie, nawet luksusowe, pozostaje więzieniem i nikt z nas nie chciał by spędzić czasu zamknięty w domu pod pretekstem, że świat jest niebezpieczny. Koty to esencja wolności i niezależności. Jeśli więc mają możliwość poznać świat zewnętrzny bez narażania się natychmiast na wypadek, to trzeba im to umożliwić. Wystarczy widzieć, z jaką radością i błyskiem w oku nasze koty przetrząsają ogród i szuwary nad stawem, ostrzą pazurki o drzewa, śpią w sianie, towarzyszą nam wszędzie w ogrodzie i na łące!

     W czasie tych bezskutecznych poszukiwań kota pojechaliśmy do znajomego mechanika z jakąś drobnostką. A on do nas, czy nie chcemy kotka, bo się do warsztatu przybłąkał, a do domu go wziąć nie może, bo koci rezydenci się nie zgadzają. Mąż poszedł zobaczyć (ja od razu byłam na tak!) i wychodzi z kotkiem w ramionach. Kotek nie taki malutki, raczej koci nastolatek, smukły i cały jakby z aksamitnych wstążeczek. Czarnych oczywiście. Ale ma białe bułki na policzkach, patrzy bursztynowymi, ogromnymi ślepkami i wtula się w męża, mrucząc namiętnie. No i następny czarny kot zagościł u nas. Zapytałam znajome z forum wieśniaczek, jak go nazwać. Zwyciężyła propozycja Agniechy: Piłsudski. Prawdopodobnie ma identyczny wąs i spojrzenie.
     Marszałek P. jest już z nami 8 lat, korzysta wedle swojej woli z domu i z ogrodu. Wykastrowaliśmy go, oczywiście, żeby nie biegał po całej wsi za amorami. To jednak może być niebezpieczne: samochody, psy, ludzie nie zawsze dobrze usposobieni, choroby...

     Jest to kot arystokratyczny, delikatny, subtelny, ale zdecydowany. Ciekawski bardzo, wchodzi, gdzie się da. Kiedyś wszedł pod boazerię, w miejsce gdzie idą rury i trzeba go było wyciągać, bo nie dał rady się odwrócić. Na szczęście część panelu jest odkręcana, żeby tych rur można było doglądać. Niedawno upodobał sobie buszowanie w pustce między dwoma stropami, a właściwie stropem i podłogą na strychu. Na szczęście dziura już zamknięta. Bardzo czuły i cierpliwy w stosunku do nas, zdziczał jeśli idzie o obcych. Kiedy mamy gości - nie ma kota. Goście tylko wyjadą, a czarny, połyskliwy łebek wyłania się gdzieś zza węgła. Uwielbia wskakiwać mi w ramiona i kłaść łebek na lewym ramieniu, tuż przy szyi. Sierść ma niezwykle delikatną, mięciutką, jak najmiększy jedwab. Je z apetytem, ale nie żarłocznie. O jedzenie prosi grzecznie i bez natarczywości.

   

      Przy tym arystokracie nasz młody rudzielec wygląda i zachowuje się jak wiejski łobuziak, ale kochany łobuziak. Trafił do nas dwa lata temu przez Danielę, żonę Jana, która znalazła w zimny listopadowy dzień trzy małe, porzucone kocięta. No i zagościło u nas takie małe, rozwrzeszczane i rozrabiające coś. Zagarnęło zaraz całe jedzenie dla siebie, a żarłoczny jest bardzo. Zagarnęło też nasze serca. A potrzebowało dużo opieki i starań: najpierw zapadł na jakąś tajemniczą chorobę jako maluch i była cała akcja z dostaniem się do weterynarza, ponieważ my byliśmy uwięzieni w domu z powodu rozkopanej bez uprzedzenia drogi prywatnej, później okazało się, że jest jednojajeczny, więc tutejszy weterynarz usunął mu tylko jedno jądro, bo drugiego nie mógł znaleźć. Potem okazało się, że to drugie jest i działa, kiedy niespełna 6 miesięczny kociak polazł w marcu na amory i nie było go kilka dni. Oczy sobie wypłakiwaliśmy, bo ten wesoły sowizdrzał był naszym najmłodszym oczkiem w głowie, spał na mojej szyi i na wszystkie sposoby okazywał nam swoją miłość. Kiedy wrócił, capnęłam go i pojechałam aż do Ełku, do dobrego weterynarza. Okazało się, że jest chory i najpierw trzeba go leczyć. W międzyczasie znowu zwiał. W końcu pani doktor go zoperowała, usunęła co trzeba i wydawało się, że już będzie spokój, kiedy po niedługim czasie wrócił koci katar w bardzo ostrej formie. Jedno leczenie - niewielka poprawa i znowu choroba. Dopiero drugie pomogło. Teraz Ruda Morda Zdradziecka cieszy się pełnym zdrowiem.

 

  Jest dość bezceremonialny, głośnym krzykiem domaga się jedzenia, jedzenia i jeszcze raz jedzenia, ale przy tym tak mile rozdaje całuski i baranki, że nie idzie się na niego gniewać. Przez długi czas budził mnie przed świtem, wsuwając pazurzastą łapę pod kołdrę i drapiąc mnie w podeszwy stóp. Teraz trochę zgrzeczniał, kiedy śpię na ogół daje mi spokój, ale niech no się poruszę czy wstanę do łazienki! Umierający z głodu tygrysek domaga się swego... Jego futerko jest bardziej szorstkie, niż Marszałka, ale też miłe. Uwielbia być ze mną, spać, miziać się (aby nie za dużo), leżeć na biurku przed komputerem z łebkiem na moim ramieniu. Wieczny dzieciak, łobuzowaty i rozkoszny. Dobry łowca, połapał w domu wszystkie myszy, robiąc czasem rumor w środku nocy. I dobrze. Ma jedną śmieszną i rozczulającą cechę: siedzi sobie i patrzy na nas z miłością. Oczka robią mu się coraz bardziej maślane, rozczulone i robi nagle zeza z tej miłości. Tylko wtedy, nigdy poza tym.

 
  Obecnie oba koty wyczaiły już dobrą miejscówkę na piecu i co rusz widzę zwisający stamtąd ogon albo łapy.

   

     Od niespełna roku mamy też trzeciego, nielegalnego rezydenta. Ale on nie daje się do siebie zbliżyć. Czasem tylko widzimy go, jak się przemyka. Przybłąkał się i został w budynkach gospodarczych. Ma tam dużo siana i ciepłą budkę w sianie, dostaje jeść, ale złapać się nie da. Jest caluśki czarny. Mam wrażenie, że dzięki niemu w końcu pozbyliśmy się szczurów z kurnika. Często tam przebywa, mieliśmy nawet wrażenie, że podjada jajka, ale nie. Albo uważa się za kurę, albo poluje na gryzonie.