Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owady pożyteczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą owady pożyteczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 lutego 2014

Umiar i rozsądek

         Do umiaru i rozsądku można dodać jeszcze cierpliwość... Wszystkie te cechy potrzebne są i przydatne w ogrodzie. Ja sobie często powtarzam: "Człowieku, nie daj się zwariować!" oraz "Pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł".
        Zaczyna się od siewów na oknach - nie ma co szarżować z ilością (chyba, że ktoś ma już wprawę i wie dobrze, co zrobi z nadliczbowymi sadzonkami). Maleńkie nasiona stają się dość szybko sporymi roślinkami, które pragną miejsca i światła. Lepiej mieć kilka tylko, a zadbanych, niż wiele byle jakich. Trzeba też liczyć się z tym, ile jesteśmy w stanie zjeść. O ile pomidory da się zagospodarować prawie w każdej ilości, o tyle gorzej np. z kalarepką. Zawsze kilka brakujących sadzonek można dokupić. Umiar należy też stosować w żyzności ziemi. Niemieccy biodynamicy wręcz polecają, żeby ziemia do sadzonek nie była zbyt żyzna, taka umiarkowana. Wtedy sadzonki są może mniejsze, ale mają dobrze rozbudowane korzenie i są zahartowane. Kiedy przesadzimy je na żyzną ziemię na zagonach, to szybko czują się jak w raju i rosną na potęgę. Natomiast te, które miały bardzo żyzną ziemię w doniczkach, są leniwe i przypominają rozpieszczone, wydelikacone dzieci. Trudno dają sobie radę na zagonach, nie chcą szukać pożywienia w głębi ziemi, chorują i marnie się rozwijają.
        Przy siewie do gruntu potrzebna jest przede wszystkim cierpliwość. Często mamy ochotę siać przy pierwszych cieplejszych dniach. Tymczasem ziemia musi ogrzać się i osuszyć. W zimnej ziemi nasiona kiełkują powoli, często gniją. W ciepłej - kiełkują szybko i już po paru tygodniach nie widać różnicy między tymi wysianymi wcześnie, a tymi później. A późne wschody są lepsze. Temperaturą graniczną ziemi (ziemi, nie powietrza) jest +15 stopni. Poniżej nie warto siać, chyba że rzodkiewkę, która ma małe wymagania w tej dziedzinie.
      Jeśli chcemy przyspieszyć moment siewu, ten najbardziej doniosły i wzruszający moment w życiu ogrodnika, to można postawić na wybranych grządkach mini-tuneliki (koniecznie otwarte na bokach dla wietrzenia) lub przykryć ziemię ciemną agrowłókniną. Wszelkie folie i inne takie, które nie przepuszczają powietrza i pary wodnej są do odrzucenia - więcej z nich szkody, niż pożytku.
       Na wałach oraz w skrzyniach podniesionych grządek ziemia nagrzewa się szybciej, stąd ich rola w przyspieszaniu siewów.

     Rozsądek i czujność przydają się zawsze, bo w przyrodzie nie ma rzeczy "jedynie słusznych". Na przykład tak fajna rzecz, jak ściółka - w przypadku bardzo wilgotnego lata spleśniała i gnijąca ściółka może być źródłem chorób, a nie pomocą. Są też rośliny, które nie lubią ściółkowania, jak np. marchew i cebula. Nie lubią też niedojrzałego kompostu.

    Kompost. Do niego to trzeba mieć cierpliwość! Po pierwsze dlatego, że niedojrzały kompost zakwasza ziemię, dopiero w pełni dojrzały zmienia się w słodką próchnicę. Jest tez najlepszym, zrównoważonym nawozem.

     A właśnie w nawożeniu należy najbardziej zachować umiar i rozsądek. Rośliny przenawożone, zwłaszcza azotem, mogą być tak samo szkodliwe, jak te pędzone chemią! Azotyny i azotany odkładają się w tych pięknych, rozbuchanych warzywach i szkodzą nam! Precz z guanem i płynnym obornikiem! Można czasem (raz na 10 dni) zasilić rośliny mocno rozcieńczoną gnojówką z pokrzyw (najlepiej z dodatkiem żywokostu) lub gnojówką z obornika krowiego. Dawka to 1:15 (czyli litr gnojówki na 15 litrów wody). Kuro Neko pięknie to opisała na swoim blogu, kiedy ryż z plantacji ekologicznych, ale intensywnie nawożony azotem, zalany wodą, zgnił nawet szybciej, niż ten z rolnictwa tradycyjnego, chemicznego. Natomiast ryż uprawiany naturalnie, bez uderzeniowych dawek nawozów, zamienił się w ocet i miał przyjemny zapach. Nie chodzi nam o wyhodowanie rekordowo wielkich warzyw, ale warzyw zdrowych.

     Zdrowe warzywa mogą być dosyć bujne, ale w granicach rozsądku. Nie psują się zbyt łatwo, nie zawierają szkodliwych azotanów.

     Podobnie umiar i rozsądek potrzebny jest w naszym stosunku do "szkodników" i chorób. Dopóki ich ilość jest niewielka i nie zagraża życiu rośliny, to są czymś naturalnym. Zmasowany atak szkodników świadczy zaś o jakiejś nieprawidłowości. Lepiej wytropić i usunąć przyczynę, niż rzucać się na ogród z całym arsenałem środków, choćby biologicznych. Jeśli ziemia jest zdrowa, a równowaga zachowana, to natura sama sobie poradzi. Pamiętam, jak kiedyś mszyce opanowały młode sadzonki karczocha. Normalnie atak zmasowany. Miałam przygotowaną gnojówkę z pokrzyw i czarne mydło, ale najpierw przez 2 dni był deszcz, potem musiałam na 2 dni wyjechać i nie mogłam przeprowadzić oprysków. Na piąty dzień lecę do sadzonek, a one są aż czerwone od biedronek i zielone od złotooków i ich larw (dorosłe złotooki żywią się czym innym, tylko larwy są mszycożerne). I tak mój ogród poradził sobie sam, bez mojej interwencji.

       Zachowuję też umiar, rozsądek i zdrową nieufność do wszystkich nowinek. Nawet tych, okrzykniętych cudownymi. Nie ufam tak do końca EM-om, bo nie wiem dokładnie, jaka jest ta mieszanka, co w niej się znajduje i na ile jest ona zgodna z organizmami naturalnymi, żyjącymi w naszej glebie. Mikroorganizmy glebowe są różne, zależy to od stref klimatycznych, od rodzaju gleby itp. Ich różnorodność jest nieskończona. Jak więc mikroorganizmy wyhodowane w Azji mogą być odpowiednie do naszych gleb? Podobnie jest z florą bakteryjną w przewodzie pokarmowym. U każdego jest ona inna. Kto mi zaręczy, że wprowadzając nieznane mi mikroorganizmy, nie wprowadzam konia trojańskiego?

    Natomiast wierzę w potęgę ziół i prostych środków, takich jak ocet owocowy, szare mydło, popiół. Znam przepisy na całą masę naparów i gnojówek, ale prawdę powiedziawszy robię tylko i jedynie gnojówkę z pokrzywy i żywokostu, którą czasem wzmacniam rośliny. Wolę zapobiegać, niż leczyć. A zioła sadzę wszędzie - na obrzeżach warzywnika, między roślinami na grządkach. Nadmiar ściętych ziół używam do ściółkowania. Takie podejście pozwala mi zaoszczędzić sporo pracy i nerwów, pozwala też na twórcze przemyślenia o tym, co zrobić, by plony były jak najzdrowsze.
Pomidory boją się zimnych nocy - więc uprawiam je pod osłonami, ziemniaki mają skłonność do zarazy - więc uprawiam je na wzniesionych grzędach, gdzie szybko schną i mają ciepło oraz unikam wielkich pól obsadzonych tą samą rośliną (z wyjątkiem truskawek). Kiedy coś nie chce mi rosnąc w jakimś miejscu, to staram się zrozumieć, dlaczego i zamiast na siłę podtrzymywać roślinę tam, gdzie jej się nie podoba - szukam jej miejsca bardziej odpowiedniego.
    Dużo pogody ducha i cierpliwości Wam życzę!