Minęły Dziady, minął św. Marcin z gęsią pod pachą i według słowiańskich obyczajów ziemia zasnęła. I nie godzi się jej snu przerywać pracami ziemnymi. No, można przycinać gałęzie, można okrywać delikatne krzewy i byliny, ale już raczej nie przesadzać ani nie kopać. Ma to swoje biologiczne uzasadnienie - większość organizmów żywych wycofała się w głąb. Dla mnie to jest oczywiste, czuję ten sen ziemi i cieszę się, że nastały moje wakacje.
Ale dla mego męża wcale oczywiste nie jest. Pochodząc z innego klimatu, ba, ostatnie kilkadziesiąt lat spędziwszy na samym południu Francji, w zupełnie innej strefie, nie potrafi tego zrozumieć.Tam natura ma zupełnie inny rytm i dla wielu roślin własnie zima jest czasem rośnięcia, bo latem jest za gorąco i za sucho. Także wiele podręczników technicznych mówi o tym, że dopóki ziemia nie jest zamarznięta, to można pracować. No, u mego męża dochodzi jeszcze potrzeba ruchu na świeżym powietrzu, on po prostu nie umie usiedzieć na miejscu, a do prac typu remonty czy naprawy nie ma cierpliwości. Patrząc na naturę jak na maszynę, to oni mają rację. No bo co, wszak jeszcze nie zamarzło? Dyskutujemy o tym dużo i w końcu, cygańskim targiem, znaleźliśmy takie prace, że on może się wyżyć, a mnie serce nie boli z powodu budzenia Matki Ziemi.
W naszym klimacie przez wieki, a nawet tysiąclecia, natura przyzwyczaiła się do mroźnych zim, zapadając odpowiednio wcześnie w letarg. I kilka cieplejszych zim tego jeszcze nie zmieniło. Wystarczy przejść się po lasach i polach, żeby odczuć ten inny rytm, spowolniony, zwinięty do wewnątrz. Drzewa już śpią.
A ja wyciągam krosienka do haftu, szydełko i akwarele. Szkoda, że nie udało się jeszcze znalezienie kołowrotka takiego, jaki jest mi potrzebny. Bo kilka worków wełny już czeka. Oraz mam wielką ochotę na patrzenie w ogień, słuchanie jego muzyki, na zapalanie świec o zmierzchu.
Zaczęliśmy już dokarmiać ptaki. Kiedyś, za mojego dzieciństwa, często widywało się zarośla rozmaitych dzikich roślin - łopianów, ostów i innych. Teraz pola są wręcz sterylne, łąki podobnie. A nie wszystkie ptaki żywią się w lesie. A owadów już nie ma.
Prawdopodobnie w Niemczech w ciągu 2 lat populacja ptaków owadożernych zmniejszyła się o połowę. U nas nikt takich badań nie robił, ale widać gołym okiem, że jest ich o wiele mniej. Od kilku lat nie widziałam już kuropatw czy przepiórek, a na początku naszego pobytu tutaj było ich sporo. Spieszymy więc ratować, co się da. Na drzewach i krzewach zostało sporo owoców, ale potrzebne są też ziarna zasobne w tłuszcze, bo to tłuszcz jest siłą napędową ich mięśni. W naszym przypadku dokarmiamy słonecznikiem. Bardziej treściwe mieszanki i słonina dojdą zimą. Karmnik cieszy się dużym powodzeniem, głównie u sikorek i wróbli.
A dzięcioł ozdabia nam jabłonki szyszkami. Dzisiaj znalazłam szyszkę świerkową osadzoną na sztorc w dziupli na konarze jabłoni. Przypomina wyciągnięty w górę palec w wiadomym geście. Czyżby ptaki tez coś miały do wiadomego ministra? Pewnie te poniszczone lęgi w czasie wycinki w sezonie lęgowym... W tym roku szyszek na świerkach jest wyjątkowo dużo.
Ktoś mnie pytał o kalendarze biodynamiczne. Otóż jedynym autentycznym kalendarzem biodynamicznym jest ten Marii Thun, w Polsce wydawany przez wydawnictwo Otylia. Jest on naprawdę rzetelny i w zgodzie z autentycznymi cyklami kosmicznymi, poza tym zawsze zawiera masę użytecznych porad. Reszta do przedruki i podróbki. Taką w miarę rzetelną podróbką jest kalendarz biodynamiczny Działkowca. Porównałam je z trzech kolejnych lat i raczej nie było błędów czy rozbieżności. Inne są okropnie nierzetelne i wręcz szkodliwe. Najczęstszym błędem jest brak zaznaczania dni szkodliwych dla prac ogrodowych - te wszystkie węzły, koniunkcje czy inne zaćmienia przekraczają możliwości naśladowców. A to akurat jest ważne. Jest też mylenie dat, znaków zodiaku i inne nierzetelności. Nic dziwnego, że niektórym kalendarz biodynamiczny zupełnie się nie sprawdza.
A tak wyglądają łąki za naszym domem. Jesienne wylewy Biebrzy i jej dopływów, nareszcie, po kilku suchych latach, dają nadzieję na odnowienie warstwy wodonośnej.
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ptaki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 listopada 2017
piątek, 28 sierpnia 2015
Sposób na szrotowiaka
Znacie go, prawda? To małe bydlę (przepraszam - owad), który sprawia, że już w lipcu kasztany pokryte są zeschłymi liśćmi. Przylazło to-to kilkanaście lat temu i zżera nasze ulubione drzewa, a raczej ich liście.
Kasztany jesienią... kto ze starszego pokolenia nie robił z nich ludzików? Całe wyprawy się urządzało, żeby zebrać jak najwięcej tych rudych skarbów. Poza robieniem ludzików dobrze je było nosić w kieszeni, a babcie pakowały je w woreczek i układały pod łóżkami, żeby zneutralizować żyły wodne. A jeszcze wiosną były cudowne, wyniosłe kwiaty, które swoim kwitnieniem przypominały, że "już nie czas się uczyć, kiedy kwitną kasztany".
Obecnie kasztanowce często to sobą smutny widok chorych, biednych drzew.
Jestem wierna drzewom mego dzieciństwa. Kasztanowiec był zresztą pierwszym drzewkiem, które wyhodowałam z nasiona jeszcze jako dziecko. Nic dziwnego, że posadziłam dwa na naszej posiadłości. Jeden z nich, młody, ale już duży i krzepki i kwitnący znajduje się na obecnym kurzym wybiegu. No i jest bardzo słabo zaatakowany przez szrotowiaka - w tej chwili ma na liściach trochę plam, ale tak ogólnie to jest cały zielony i krzepki.
Do tej pory całą zasługę przypisywałam kurom, które wydziobują larwy ze spadających liści i rozgrzebują ziemię w ich poszukiwaniu. Do wczoraj. Bo wczoraj poszłam na wybieg nakarmić kurczaki, a mam ich 18, plus koguta i dwie kury - matki, ale już "wyzwolone" od podrośniętego przychówku. Stoję ja sobie i podziwiam tę wielokolorową gromadkę (21 kur - 8 lub 9 ras), kiedy nad głową słyszę szum, jakby deszcz bębnił po liściach. A stałam pod tym kasztanowcem właśnie. Deszcz to najbardziej w tej chwili wyczekiwane dobro. Spoglądam więc do góry, a tam w liściach buszuje całe stado sikoreczek modrych, tych malutkich. Zaczepiają się łapkami w akrobatycznych iście pozach i gorliwie wydłubują z liści przebrzydłe larwy!
Uśmiechnęłam się do nich - na zdrowie, kochane. Odpłacają za zimowe dokarmianie, za wieszanie domków, za zostawianie dziuplastych drzew... Wiem, że te maluszki giną coraz częściej - od oprysków, herbicydów, całej tej ciężkiej chemii, którą człowiek próbuje zastąpić doskonałe dzieła Natury. No nic, dopóki żyję, będziecie u mnie miały oazę, w której jesteście najmilszymi gośćmi.
Pamiętacie, jak pisałam o małych pomocnikach, którzy robią za nas wiele z tego, co jest do zrobienia? To jeszcze jeden z przykładów. A inny to ten, że nie miałam w tym roku mszyc na bobie. Też widziałam te małe, niebieskie cuda, jak się wokół niego uwijały.
Rysunek znaleziony w necie.
Kasztany jesienią... kto ze starszego pokolenia nie robił z nich ludzików? Całe wyprawy się urządzało, żeby zebrać jak najwięcej tych rudych skarbów. Poza robieniem ludzików dobrze je było nosić w kieszeni, a babcie pakowały je w woreczek i układały pod łóżkami, żeby zneutralizować żyły wodne. A jeszcze wiosną były cudowne, wyniosłe kwiaty, które swoim kwitnieniem przypominały, że "już nie czas się uczyć, kiedy kwitną kasztany".
Obecnie kasztanowce często to sobą smutny widok chorych, biednych drzew.
Jestem wierna drzewom mego dzieciństwa. Kasztanowiec był zresztą pierwszym drzewkiem, które wyhodowałam z nasiona jeszcze jako dziecko. Nic dziwnego, że posadziłam dwa na naszej posiadłości. Jeden z nich, młody, ale już duży i krzepki i kwitnący znajduje się na obecnym kurzym wybiegu. No i jest bardzo słabo zaatakowany przez szrotowiaka - w tej chwili ma na liściach trochę plam, ale tak ogólnie to jest cały zielony i krzepki.
Do tej pory całą zasługę przypisywałam kurom, które wydziobują larwy ze spadających liści i rozgrzebują ziemię w ich poszukiwaniu. Do wczoraj. Bo wczoraj poszłam na wybieg nakarmić kurczaki, a mam ich 18, plus koguta i dwie kury - matki, ale już "wyzwolone" od podrośniętego przychówku. Stoję ja sobie i podziwiam tę wielokolorową gromadkę (21 kur - 8 lub 9 ras), kiedy nad głową słyszę szum, jakby deszcz bębnił po liściach. A stałam pod tym kasztanowcem właśnie. Deszcz to najbardziej w tej chwili wyczekiwane dobro. Spoglądam więc do góry, a tam w liściach buszuje całe stado sikoreczek modrych, tych malutkich. Zaczepiają się łapkami w akrobatycznych iście pozach i gorliwie wydłubują z liści przebrzydłe larwy!
Uśmiechnęłam się do nich - na zdrowie, kochane. Odpłacają za zimowe dokarmianie, za wieszanie domków, za zostawianie dziuplastych drzew... Wiem, że te maluszki giną coraz częściej - od oprysków, herbicydów, całej tej ciężkiej chemii, którą człowiek próbuje zastąpić doskonałe dzieła Natury. No nic, dopóki żyję, będziecie u mnie miały oazę, w której jesteście najmilszymi gośćmi.
Pamiętacie, jak pisałam o małych pomocnikach, którzy robią za nas wiele z tego, co jest do zrobienia? To jeszcze jeden z przykładów. A inny to ten, że nie miałam w tym roku mszyc na bobie. Też widziałam te małe, niebieskie cuda, jak się wokół niego uwijały.
Rysunek znaleziony w necie.
środa, 5 lutego 2014
Co jeszcze można robić w lutym?
Pierwsze siewy (z wyjątkiem selera, który lubi dać na siebie czekać, więc można go ewentualnie wysiać teraz) dopiero pod koniec lutego, potem w marcu i ewentualnie jeszcze w kwietniu dla podkiełkowania tylko. Co więc można robić w tej chwili?
Na pewno można już instalować budki dla ptaków. Wiele ptaków, w tym sikorki, miejsce do gniazdowania często wybierają już w lutym. Jeśli więc będzie na nie czekał gotowy, zapraszający domek, to większe szanse, że potem, wiosną, w nim się osiedlą. A jedna sikorka zjada dziennie więcej owadów (w tym mszyc), niż sama waży. To policzcie - rodzice + dwa lęgi do 7 piskląt - ile one zjedzą "robaków"!
Oczywiście trzeba zadbać o bezpieczeństwo domków. Odkąd mamy koty, nie instaluję domków na drzewach. Marszałek P. to akrobata, do każdego się dostanie. Zaczepiam je na ścianach domu, na żelaznych tyczkach, ewentualnie podwieszone pod konarem.
O tym, jaki ptak zagnieździ się w budce decyduje trochę rozmiar otworu - dla szpaków jest największy, mniejszy dla wróbli i malutki dla sikorek. A sikory, zwłaszcza modre, przekorne są. Mając piękne, obszerne budki, gnieżdżą się u mnie uparcie i od lat wewnątrz metalowego słupa odrodzeniowego, który podtrzymuje bramkę. Wlatują otworem na zamek, takim 3 cm na 1,5. Skoro im tak się podoba :))))
Wszystkie ptaki karmią młode owadami, nawet te, które jako dorosłe jedzą coś innego. Wszystkie więc są miłymi gośćmi. Zostawmy więc również sterty gałęzi w zacisznych kątach, niektóre ptaki wiją gniazda nisko przy ziemi.
Pod koniec lutego w niektórych regionach można już przycinać gałęzie jabłoni, grusz i porzeczek. U nas raczej trzeba poczekać do marca.Tu nie ma konkretnej daty, chodzi o ten moment, kiedy duże mrozy już nie grożą, a soki jeszcze nie ruszyły.
Nie jesteśmy zwolennikami dużego cięcia, ale zabiegi kosmetyczne są bardzo potrzebne - wystarczy spojrzeć na jabłonie w opuszczonych sadach. Żądamy od nich owoców, więc dajmy im od czasu do czasu pobyt u kosmetyczki i fryzjera.
Od czego zacząć? Od oczywistości: najpierw usuwamy gałęzie martwe i połamane oraz opanowane przez choroby (zgrubienia raka bakteryjnego). Następnie te, które z konarów bocznych wyrastają pionowo do góry. Pionowo powinien rosnąć tylko pień główny. A potem to już oko artysty musi samo zobaczyć, gdzie są gałązki skrzyżowane, grożące załamaniem lub dziki gąszcz. Lepiej mieć lekką rękę i nie ciąć "na grubym", ale czasem się musi. Zbyt ciężkie konary łatwo się łamią, kalecząc pień. Po zabiegu drzewa mają wyglądać tak, jakby cięcia nie było, naturalnie, a jednocześnie być lżejsze, zrównoważone.
Miejsca ran należy zasmarować maścią ogrodniczą, a w przypadku dużych cięć można po prostu zamalować emulsją.
Teraz kolej na maseczkę piękności. Kupujemy wapno do malowania drzew, mieszamy je z taką samą ilością gliny, czystymi krowimi odchodami i wodą. Zostawiamy na co najmniej 24 godziny. Uzupełniamy wodę i malujemy pnie drzew oraz niskie konary. Wapno chroni je trochę przed larwami owadów, które chcą wspiąć się wyżej, jak też przed promieniami słońca, które na przedwiośniu mogą w ciągu dnia zbytnio rozgrzać pień, który nocą, na mrozie, może pękać. Potem wapno pomalutku wymywane jest do ziemi, gdzie regularnie, powoli ją odkwasza - jabłonie i grusze nie lubią kwasnej gleby. Glina to krzemionka czyli krzem, również potrzebny, a krowie gówienka również mają działanie odkażające i żywią glebę, spływając z deszczem.
Pewien znajomy udowadniał mi, że przez korę nie przedostają się żadne minerały ani witaminy, "naukowo" to on ma rację, ale ja swoje wiem - drzewka lubią tę maseczkę piękności, podobnie jak nasze twarze. Czują się wtedy piękne i zadbane, a jak się czują, to są.
Porzeczki - wycinamy stare pędy tak, żeby krzewy trochę rozluźnić. Zostawiamy te 2 letnie, bo one najlepiej owocują. Wycinamy też karłowate i cherlawe. Znowu - trzeba tu wyczucia i oka artysty.
Trzeba tylko dobrze wyczaić odpowiedni moment, w każdym regionie to będzie trochę inaczej. W sumie można to określić tak: kiedy już są roztopy, ale ziemia jest jeszcze zamarznięta. Wtedy można ciąć. Nocą może ( a nawet powinno) wtedy jeszcze trochę mrozić, w dzień być na małym plusie.
Na pewno można już instalować budki dla ptaków. Wiele ptaków, w tym sikorki, miejsce do gniazdowania często wybierają już w lutym. Jeśli więc będzie na nie czekał gotowy, zapraszający domek, to większe szanse, że potem, wiosną, w nim się osiedlą. A jedna sikorka zjada dziennie więcej owadów (w tym mszyc), niż sama waży. To policzcie - rodzice + dwa lęgi do 7 piskląt - ile one zjedzą "robaków"!
Oczywiście trzeba zadbać o bezpieczeństwo domków. Odkąd mamy koty, nie instaluję domków na drzewach. Marszałek P. to akrobata, do każdego się dostanie. Zaczepiam je na ścianach domu, na żelaznych tyczkach, ewentualnie podwieszone pod konarem.
O tym, jaki ptak zagnieździ się w budce decyduje trochę rozmiar otworu - dla szpaków jest największy, mniejszy dla wróbli i malutki dla sikorek. A sikory, zwłaszcza modre, przekorne są. Mając piękne, obszerne budki, gnieżdżą się u mnie uparcie i od lat wewnątrz metalowego słupa odrodzeniowego, który podtrzymuje bramkę. Wlatują otworem na zamek, takim 3 cm na 1,5. Skoro im tak się podoba :))))
Wszystkie ptaki karmią młode owadami, nawet te, które jako dorosłe jedzą coś innego. Wszystkie więc są miłymi gośćmi. Zostawmy więc również sterty gałęzi w zacisznych kątach, niektóre ptaki wiją gniazda nisko przy ziemi.
Pod koniec lutego w niektórych regionach można już przycinać gałęzie jabłoni, grusz i porzeczek. U nas raczej trzeba poczekać do marca.Tu nie ma konkretnej daty, chodzi o ten moment, kiedy duże mrozy już nie grożą, a soki jeszcze nie ruszyły.
Nie jesteśmy zwolennikami dużego cięcia, ale zabiegi kosmetyczne są bardzo potrzebne - wystarczy spojrzeć na jabłonie w opuszczonych sadach. Żądamy od nich owoców, więc dajmy im od czasu do czasu pobyt u kosmetyczki i fryzjera.
Od czego zacząć? Od oczywistości: najpierw usuwamy gałęzie martwe i połamane oraz opanowane przez choroby (zgrubienia raka bakteryjnego). Następnie te, które z konarów bocznych wyrastają pionowo do góry. Pionowo powinien rosnąć tylko pień główny. A potem to już oko artysty musi samo zobaczyć, gdzie są gałązki skrzyżowane, grożące załamaniem lub dziki gąszcz. Lepiej mieć lekką rękę i nie ciąć "na grubym", ale czasem się musi. Zbyt ciężkie konary łatwo się łamią, kalecząc pień. Po zabiegu drzewa mają wyglądać tak, jakby cięcia nie było, naturalnie, a jednocześnie być lżejsze, zrównoważone.
Miejsca ran należy zasmarować maścią ogrodniczą, a w przypadku dużych cięć można po prostu zamalować emulsją.
Teraz kolej na maseczkę piękności. Kupujemy wapno do malowania drzew, mieszamy je z taką samą ilością gliny, czystymi krowimi odchodami i wodą. Zostawiamy na co najmniej 24 godziny. Uzupełniamy wodę i malujemy pnie drzew oraz niskie konary. Wapno chroni je trochę przed larwami owadów, które chcą wspiąć się wyżej, jak też przed promieniami słońca, które na przedwiośniu mogą w ciągu dnia zbytnio rozgrzać pień, który nocą, na mrozie, może pękać. Potem wapno pomalutku wymywane jest do ziemi, gdzie regularnie, powoli ją odkwasza - jabłonie i grusze nie lubią kwasnej gleby. Glina to krzemionka czyli krzem, również potrzebny, a krowie gówienka również mają działanie odkażające i żywią glebę, spływając z deszczem.
Pewien znajomy udowadniał mi, że przez korę nie przedostają się żadne minerały ani witaminy, "naukowo" to on ma rację, ale ja swoje wiem - drzewka lubią tę maseczkę piękności, podobnie jak nasze twarze. Czują się wtedy piękne i zadbane, a jak się czują, to są.
Porzeczki - wycinamy stare pędy tak, żeby krzewy trochę rozluźnić. Zostawiamy te 2 letnie, bo one najlepiej owocują. Wycinamy też karłowate i cherlawe. Znowu - trzeba tu wyczucia i oka artysty.
Trzeba tylko dobrze wyczaić odpowiedni moment, w każdym regionie to będzie trochę inaczej. W sumie można to określić tak: kiedy już są roztopy, ale ziemia jest jeszcze zamarznięta. Wtedy można ciąć. Nocą może ( a nawet powinno) wtedy jeszcze trochę mrozić, w dzień być na małym plusie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



