niedziela, 29 maja 2016

Kostki domina

          Wszyscy widzieliśmy nieraz ogromne i skomplikowane konstrukcje z kostek domina, gdzie wystarczy poruszyć jedną kostkę, żeby wszystko sukcesywnie się poprzewracało. Nieco podobnie jest w naturze. Dąży ona do harmonii i równowagi wielu elementów, żywych i nieożywionych. Wszystko jest ze sobą powiązane najrozmaitszymi zależnościami, nićmi, które ciągle jeszcze są słabo poznane.
         Wystarczy poruszyć jeden element, wyeliminować go i cała konstrukcja się chwieje. Wystarczy wyeliminować lub nieostrożnie wprowadzić jeden organizm i zaczynają się plagi i nieszczęścia.

        Przykład: w pewnej wiosce wyeliminowano koty wolno żyjące, bo "niszczą ptaki". Po eliminacji kotów nastała plaga gryzoni, które do tej pory występowały nielicznie. Wytruto więc gryzonie w wojnie totalnej. W następnym roku nie obrodziły rośliny strączkowe, które były podstawą upraw w tamtym regionie. Znikła z łąk koniczyna. Dlaczego? Bo rośliny motylkowe zapylane są przez trzmiele, tylko one mają dość długie ssawki, żeby tego dokonać. A trzmiele żyją w opuszczonych mysich norkach. Zabrakło myszy = zabrakło norek = zabrakło trzmieli = motylkowe nie zostały zapylone.

       Inny przykład: w Chinach jakiś "geniusz" obliczył kiedyś, ile ziarna nadermno zjadają ptaki. Postanowiono pozbyć się ptaków. Wszyscy Chińczycy rozpoczęli masakrę, zabijano ptaki, wycinano drzewa, na których przesiadywały. Dzieci dostawały w szkole nagrody za przyniesione martwe ptaki, dorośli musieli rozliczać się w zakładach pracy czy miejscowych komitetach. W niektórych okolicach ptaki całkowicie zniknęły i cieszono się, ileż to ryżu więcej będzie dla ludzi. W następnym roku nastała niespotykana plaga much i koników polnych i w rezultacie stracono o wiele więcej, niż wyjadały ptaki. I znowu wszyscy łapali much na chwałę Mao wielkim nakładem sił i czasu, a ptaki robiły to za darmo. No, prawie...

       Zaglądam na różne grupy ogrodnicze i widzę, jak krucha jest chęć ludzi do uprawy ekologicznej. Tak, chcą mieć zdrowe warzywa, ale wystarczy, że pojawi się cień jakiejś choroby czy szkodnika, kiedy zaczynają panikować no i cóż - sięgają po chemię. Eliminują krety, a potem dziwią się, że zbiory zjada im turkuć podjadek. Zabijają niewinne zaskrońce, bo boją się węży, wyrzucają ich jaja z kompostu, a potem dziwią się, że mają nornice. Sięgają więc po środki przeciw nornicom. A kostki domina padają, padają, padają... W końcu nie można już obejść się bez chemii. Wpadają ludziska w panikę na widok kolonii mszyc na liściach, pryskają chemią, nie bacząc, że zabijają też larwy biedronek i złotooków, które by im tę populację mszyc zmniejszyły za darmo...

      Oczywiście są też plagi niezawinione przez ogrodników, choć zawinione przez człowieka, jak hiszpańskie ślimaki, które w niektórych okolicach pożerają wszystko, co zielone. Żal mi tych ludzi, bo tu jest u nas w tej chwili jedna tylko rada: kaczki biegusy, które je pożerają. W swojej ojczyźnie te ślimaki mają naturalnych wrogów, nie tylko drapieżniki, ale też nicienie i organizmy, które na nich pasożytują, nie są więc zbyt wielkim problemem. U nas tych wrogów naturalnych chwilowo nie ma, ale cierpliwości - przyroda nie znosi próżni, niedługo się znajdą tak czy inaczej. W niektórych rejonach ich ilość już zaczyna spadać.

      I tu pojawia się słowo-klucz: cierpliwość. Aby naprawić podartą koronkę powiązań trzeba czasu. Trzeba też mądrości, a tę zdobywa się przez obserwację. Wiadomo, że w pierwszych trzech latach po przestawieniu się z chemii na ogrodnictwo czy rolnictwo naturalne mogą wystąpić masywne ataki szkodników. Pomału jednak organizm Matki - Przyrody wraca do równowagi, wszystko istnieje, ale nie ma plag. No, chyba że plaga suszy czy powodzie, ale to już inna rzecz. 

     W naszym społeczeństwie istnieje kult choroby, podczas gdy natura uprawia kult zdrowia. Jesteśmy tak dogłębnie przekonani, że trzeba leczyć, pryskać, sypać, bo przecież natura jest chora, że dla wielu z nas przejście na ekologię oznacza zastąpienie środków chemicznych środkami ekologicznymi. Stąd furorę robią przepisy na różne gnojówki, napary i inne bakcyle w proszku. Tymczasem należy dążyć do tego, żeby obejść się bez tego, żeby pozwolić naturze działać. Czasem tylko, w wyjątkowych okolicznościach, dajemy maleńką pomoc, jak np. opryskanie drożdżami pomidorów przy niesprzyjającej pogodzie.
      Szanujmy wszelkie życie, od bakterii glebowych do kretów, wężów, jeży i ptaków. Zapewnijmy im warunki do życia, ale nie asystujmy za bardzo. Przyroda pozbywa się organizmów chorych, niepotrzebnych lub w nadmiarze.
      Pewna znajoma dokarmia jeże na swojej działce kocim żarciem. Nie mówiąc już o tym, że kocie żarcie, choć smakowite, jest dla nich wysoko szkodliwe, bo zapycha nie dostarczając potrzebnych składników, to nażarte jeże nie chcą polować. Potem taka osoba dziwi się, że jeże nie chcą jeść ślimaków. A potem te "ukochane" jeżyki umierają w męczarniach z jelitami zapchanymi kocim żarciem, którego nie mogą strawić, albo nękane wyniszczającą biegunką.

       Jak radzi Fukuoka - nie zastanawiajmy się nad tym, co możemy zrobić, ale nad tym, CZEGO MOŻEMY NIE ZROBIĆ. I róbmy tylko to, co jest konieczne. I tak będzie tego po kokardę...

       Kierując się rozwagą i pomyślunkiem osiągnęłam taki stopień równowagi w ogrodzie, że nie stosuję ŻADNYCH lekarstw.  Sąsiedztwo roślin, obecność dzikich ziół, żywopłoty, cała wesoła hałastra dzikich zwierząt i zwierzątek dba o to, żeby żadna choroba czy szkodnik nie rozplenił się zbytnio. A jeśli coś uparcie choruje i nie chce rosnąć, mimo dobrego sąsiedztwa, pielęgnacji, karmienia i w razie potrzeby podlewania, to rezygnuję z tego, bo wiem, że tutejszy biotop po prostu temu nie odpowiada. Zastępuję to czymś innym, równie smakowitym czy ładnym, ale rosnącym zdrowo. Tak zrezygnowałam z brzoskwiń, którym ani ziemia ani klimat nie odpowiadają, a w zamian mam winogrona, jarzębinogrusze, świdośliwy, renklody i masę innych.  Ja dostarczam im tylko próchnicę i wodę w razie potrzeby, pielę trochę, żeby nie zostały zagłuszone, sadzę gatunki sprzyjające i w sumie to wszystko. Ale dojście do takiej równowagi zajęło nam około 7 lat....

       Wiadomo, że jeśli chcemy mieć mądre dziecko, to nie należy za niego odrabiać lekcji, ale trzeba go zainteresować światem, podsunąć książki, rozmawiać. Towarzyszyć mu. Nie odrabiajmy więc lekcji za Przyrodę, ale asystujmy jej i pozwólmy działać po swojemu. Ona jest miriady lat starsza od nas, wie, co robić.

sobota, 21 maja 2016

To lubię

       Przygotowanie grządek, siewy, sadzenie, stawianie nowego tunelu (przy pomocy miłych prawie-sąsiadów), obsadzanie go itp. już ogarnięte. Dzisiaj więc robiłam to, co lubię najbardziej, czyli pielenie.
       Po nawale prac fizycznych, przy których mój kręgosłup cierpiał, a reszta była paskudnie wymęczona, nareszcie sama przyjemność. Bo ja motyczki używam głównie na ścieżkach, na zagonach o tej porze i często w ogóle się nie da. Korzystając z żyzności wzniesionych grządek sieję i sadzę dość gęsto i to mieszane towarzystwo - no, nie za gęsto, żeby miało każde, co potrzeba, czyli światło i miejsce, ale gęściej, niż to się zazwyczaj robi. Między malutkimi siewkami chwasty wyrastają w trybie przyspieszonym i często jest to jeden zielony dywan, gdzie nie dojdziesz, co i gdzie. Trzeba ręcznie. Siadam więc sobie z łopatką i pazurkami na ciepłej, suchej słomie alejki uzbrojona w okulary i wyskubuję paskudniki. Całkiem szybko to idzie. Mąż twierdzi, że osiągnęłam już prawie szybkość zbieraczki herbaty z Cejlonu. To duży komplement, bo im ręce chodzą z szybkością światła.
      Siedzę więc lub klęczę sobie między grządkami, słońce do spółki z obłokami odstawia swój taniec, cieplutko, spokojnie. Bzy i konwalie pachną bez opamiętania, pszczoły bzykają, ptaki śpiewają, Tiki śpi. Pełnia szczęścia. Posuwam się sobie do przodu, a za mną zostają czyściutkie zagonki z rzędami młodych roślinek, prężącymi młodziutkie listeczki jak przedszkolaki udające wojsko. Rządki niezbyt równe, ale za to jakie dziarskie w swojej chęci do życia!

     Zaściółkowane grzędy może nie wyglądają jak z żurnala, ale jaka na nich ziemia! Cudowna - ciepła, miękka, urodzajna. I nic to, że plątają się liście, słoma i patyczki - niedługo ich nie będzie widać.
      Górą gdzieś wieje wiatr, korony drzew tańczą frenetycznie, ale w warzywniku między żywopłotami zacisznie jest i cieplutko. Kładę się na słomie, podziwiam grę obłoków i wykonaną pracę. Przyjemnie. Bose stopy czują energię wzbierającą w tej ziemi, to bujne życie dookoła.

     Kwiaty jakby szły w zawody, rozkwitają coraz inne, coraz więcej. Świerki wypuściły malutkie, delikatne łapki. W słońcu pachną miodem...

     Piękny dzień, aż szkoda, kiedy się kończy. To nic, jutro będzie jeszcze lepsze.



sobota, 9 kwietnia 2016

Rzecz o kurach i kurnikach

          Fajnie jest mieć kury i własne jajka, dobrze jest jednak przy tym pamiętać o kilku rzeczach.

          Jedną z nich jest przestrzeń i to zarówno w kurniku, jak i na zewnątrz. W kurniku, bo zimą kury niechętnie wychodzą, a podczas pluchy lepiej ich nie wypuszczać, ponieważ zmokła kura = chora kura.  Czyli powinny tam mieć tyle miejsca, żeby się czuć swobodnie.
          Wybieg zewnętrzny jest nieodzowny, jeśli chcemy mieć szczęśliwe zwierzęta. Potrzebne im słońce, piach, zielenina i owady. Maleńki kawałek gołego placyku nie załatwia sprawy, żeby kura była szczęśliwa musi grzebać i dziobać w czymś innym, niż ziemia skażona jej własnymi odchodami. Na dodatek kury nie mają zębów, więc żeby trawić i rozcierać ziarna połykają codziennie sporo kamyków, takiego żwirku. Lepiej, żeby nie zarażały się wtórnie jakimiś pasożytami.

      Druga: kury są wszystkożerne. Oprócz ziarna potrzebne jest im wysokowartościowe białko i zielenina, tudzież nasiona inne, niż zboże. Na wolnym wybiegu same zdobywają owady, które nie tylko dostarczają im białka, ale również chityny nieodzownej do budowania skorupek. Jeśli wybieg jest niezbyt duży, to zarówno owady lub dżdżownice, jak i zieleninę należy im dostarczać codziennie w dużych ilościach. Niektórzy mają durne pomysły - takim jest zawieszanie gnijącego mięsa, żeby kury jadły wylęgające się tam robaki. Obrzydliwe i trupi jad nikomu nie wyjdzie na zdrowie. Lepiej już założyć hodowlę dżdżownic, zakładając kompost z kurzej ściółki.

       Trzecia: kuraki są zwierzętami haremowymi, czyli jeden kogut ma harem wielu kurek. Jeśli ktoś chce mieć tylko 2-3 kurki na jajka dla własnej rodziny, to lepiej nie mieć koguta. Potrafi on zamęczyć swoimi zalotami te kilka kurek, powyrywać im pióra z grzbietu itp. Kury bez koguta mogą się obejść, najsilniejsza wtedy rządzi innymi. Jajka też znoszą tak samo (a nawet więcej, nie będąc męczone). Na jednego koguta powinno przypadać co najmniej 7 kurek, 5 - jeśli kogut jest leciwy i spokojny.

      Najfajniej jest im, kiedy żyją na wolności. Tyle, że nie zawsze można z powodu drapieżników, psów, ruchliwych dróg i innych przeszkód. Można więc postawić kurnik w sadzie, jak w Bec Hallouin, kury dbają wtedy o zdrowe owoce, wyjadając robaki ze spadów, wygrzebując je z ziemi i nie pozwalając się rozwinąć.
    Można im zrobić wybieg w kształcie tunelu, który można przestawiać i zmieniać.
    Można też wykorzystać ich zdolność do ogałacania  i nawożenia gleby. Wtedy z kurnika mamy dwa wyjścia i dwa wybiegi. Każdy z nich służy przez jeden sezon. W tym czasie kury wygrzebują całe zielsko i użyźniają ziemię. W następnym roku kury przenoszą się na drugi wybieg, a na tym pierwszym sadzi się warzywa. Czyli co roku ogród i wybieg zamieniają się miejscami. Po zbiorze warzyw wysiewa się zboże ozime i cały cykl zaczyna się na nowo. Na rysunku widać też pryzmę kompostową, gdzie składamy resztki z warzywnika i ściółkę z kurnika, a jednocześnie od czasu do czasu wybieramy trochę dżdżownic dla kuraków.
     W kurniku dobrze jest przewidzieć oddzielne miejsce dla wysiadywania kurcząt, tak kwoczki są spokojne, inne kury nie dorzucają im jajek, a świeżo wyklute pisklęta są bezpieczne, bo wstyd powiedzieć - czasem własne ciotki są kanibalami! dotyczy to tylko świeżo wyklutych piskląt.

      U nas jest to zorganizowane nieco inaczej, bo trzeba było przystosować się do warunków. Przy wyjściu z kurnika jest mały wybieg, zaścielony słomą lub/i sianem, ok. 30 m.kw. Z niego jest wyjście na ogromny wybieg, porośnięty drzewami i krzewami - ok. 400 m.kw. Kiedy wyjeżdżamy, moje stadko musi zadowolić się małym wybiegiem, bo jastrzębie, mimo zabezpieczeń (rozciągnięte gęsto sznurki z flarami) potrafią je zaatakować na dużym.

     Jedzenie. Kury jedzą wszelkie ziarna, jedne mniej, inne bardziej chętnie. Najchętniej jedzą pszenicę, ale nie należy dawać jej samej, bo jest zbyt rozgrzewająca i może powodować choroby wątroby. Najlepiej mieszać różne ziarna i rozsypywać po wybiegu. Te, których kury nie zjedzą, wykiełkują, dając im karmę zieloną. Owies powinien być dodawany do każdej porcji, nie więcej jednak, niż 20%. Dobry jest też ostropest - chroni wątrobę. Dobry dodatek słonecznika ze względu na tłuszcz. Moje kury przepadają za gotowanymi ziemniakami i w ogóle gotowanymi warzywami zmieszanymi z osypką. Jeśli dodamy do nich maślanki lub białego sera to otrzymamy pełnowartościową karmę zimową. Można też gotować im strączkowe, zwłaszcza zimą. W ogóle można dawać resztki z obiadu, byle niezbyt słone - zbyt duża dawka soli (np. wędlin) może być letalna. Można dawać resztki mięsa lub ryb. Należy jednak uważać z chlebem i pieczywem w ogóle - może fermentować w żołądku i powodować choroby. Oczywiście trochę okruszków nie zaszkodzi. Moje uwielbiają jabłka, więc wszystkie ogryzki, obierki itp., a także owoce lekko podgniłe do nich idą. Kiedy tylko można, trzeba im dawać zieleninę i to jak najwięcej. Teraz, kiedy wyrywam chwasty i całe płaty darni, to zawożę je do kurnika, na mały wybieg. Kiedy tylko zobaczą mnie z taczką, to biegną z daleka i zażarcie grzebią w tym, co przyniosłam. Fakt, dorzucam im czasem kilka dżdżownic...
      No i oczywiście stały dostęp do czystej wody. Ja myję naczynie do pojenia po kilka razy dziennie, bo brudzą je strasznie! Nawet jeden dzień bez dostatecznej ilości wody może skutkować zatrzymaniem niesienia jajek!
      Przez jakiś czas stosowałam karmnik napełniany raz na kilka dni. Nie zdał egzaminu - wewnątrz kurnika przyciągał szczury i myszy, na zewnątrz wróble i inne ptaki. Kiedy szczur wydusił mi całe gniazdo podrośniętych już kurczaczków, wyrzuciłam to karmidło w kibini mater. Ziarno sypię na ziemię, w kilka kupek, bo inaczej te silne odganiają słabsze.
      No i żwirek, niezbędny kurom do trawienia. Dobrze mieć zapas na zimę i dawać im w oddzielnym naczyniu.

sobota, 26 marca 2016

Budzenie ziemi

     W naszym ogrodzie na ogół nie pracuję w ziemi przed Wielkanocą - no, chyba że jest baaardzo późna. Jakoś tak aura nie sprzyja temu, bo nawet jeśli są chwilowe ocieplenia, to zaraz za nimi przychodzą przymrozki i śniegi. Ziemia jest mokra, senna i niechętna. Nie ma co jej budzić przedwcześnie, niech sobie jeszcze odpoczywa. W naszym regionie wiosna przychodzi późno. W tej chwili wszystko jest jeszcze szarobure obydwa... a nie, to inna bajka...

    Nie znaczy to jednak, że nic nie robimy: odsłaniamy róże, winorośle i inne wrażliwsze krzaki i byliny z zimowych osłon, robimy inspekty, w tym jeden wielki w tunelu, sprzątamy, sadzimy drzewka w dzikim lasku. Z samym sprzątaniem jest sporo roboty.

    Pierre także zerwał darń z niektórych ścieżek w warzywniku i w zamian przykryliśmy je grubą warstwą ściółki. Alejki te były zbyt wąskie, żeby wjechać na nie z kosiarką, wymagały więc koszenia wykaszarką, na dodatek trawa z nich ruszała bez przerwy na podbój grządek, dodając mi pracy. Zostawiliśmy zadarnione większe aleje, bo to ładnie wygląda, a poza tym dzikie trawy wnoszą coś specyficznego do klimatu ogrodu.

     Przy okazji przygotowywania nowego inspektu znaleźliśmy zapomniane główki czosnku, już ze sporymi pędami. Trzeba było je szybko posadzić, ale gdzie? Rozejrzałam się dookoła i mój wybór padł na 3 letni wał, który tak się rozłożył, że stał się właściwie lekko tylko kopulasto wybrzuszoną grządką. No to po narzędzia - grabie i motyczkę. W mig zgrabiłam zaścielające go liście i siano, po prostu na ścieżki po obu stronach. Mało się tego zrobiło, jakby ubyło przez zimę. Ta resztka będzie chronić ścieżki przed wysychaniem, udeptywaniem i porośnięciem chwastami, a przy okazji dostarczać próchnicy, bo przecież korzenie nie ograniczają się do grządek.
     Następnie przedziabałam ziemię motyczką, wyrywając kilka nieśmiałych chwastów. Znowu zagrabiłam. W mniej, niż pół godziny była gotowa grządka szeroka na metr dwadzieścia, a długa na 6 metrów. Ziemia na niej jest pulchna, ciemna i przyjemna. Idealna do sadzenia i siewu. Wyobrażacie sobie, że musiała bym ją najpierw przekopywać? Zeszły by mi ze dwa dni, bo ból w plecach nie pozwoliłby mi skończyć. Jak ja kocham metodę uprawiania bez kopania! Na dodatek grządka jest czyściutka i tak samo ładna i pulchna, jak te kopane. Ma za to jeszcze więcej dobrej próchnicy.

     Szybciutko posadziłam czosnek bez żadnych narzędzi, po prostu robiąc dołki palcami. Niech sobie rośnie. A kiedy ziemia się ogrzeje (trudno powiedzieć, kiedy, bo nocami bywa u nas i -7), to dostanie do towarzystwa marchewkę wczesną (połączenie neutralne), buraki (połączenie korzystne) oraz może selery i fasolkę szparagową. A może posadzę tam truskawki na koniec sezonu?
   

     Na grządkach staram się sadzić jak największą różnorodność roślin, unikając jedynie wyraźnie szkodliwych wzajemnie połączeń. Rośliny są dość zagęszczone, ale nie przesadnie - tak, żeby każda miała miejsce dla korzeni. Liście i łodygi rozwijają się na różnych poziomach, maksymalnie wykorzystując światło słoneczne i jednocześnie zacieniając glebę.



sobota, 12 marca 2016

Dostałam taki list

Dostałam taki list. I co ja mam z tym zrobić? Jak wiecie jestem obsobaczona i okocona do imentu i to przez charakterne zwierzaki. A pięknych jamniczek szkoda... Może ktoś coś?

Droga Pani Krystyno

Jestem czytelniczką Pani bloga. Miałam kiedyś przez kilkanaście lat własny ogród. Marzę, żeby jeszcze kiedyś mieć a na razie podczytuję i poznaję nowe sposoby uprawy.
Wiem, że kocha Pani zwierzęta i ma "szczęśliwą rękę" do adopcji zwierzaków. Dlatego ośmieliłam się prosić o pomoc.
Opiekuję się od miesiąca dwoma pieskami przyjaciela, który jest w szpitalu. Mieszkał sam, złamał rękę. Z tą złamana ręką wyprowadzał psy na spacer i spadł ze schodów. Uderzył się poważnie w głowę i niestety po 6 tygodniach rokowania są mało optymistyczne. Stracił pamięć o ostatnich latach, przestał być samodzielny.
O psy jeszcze nie zapytał. Kochał je najbardziej na świecie a teraz ich nie pamięta.
Jego jedyny syn nie ma warunków, by opiekować się psami, no i musi się teraz zająć ojcem. Jedyne co może zrobić, to oddać je do schroniska. Wtedy może znajdą nowy dom, ale pewnie zostaną rozdzielone. To byłoby bardzo smutne, bo są razem od szczeniaka, straciły już pana a teraz mogą stracić siebie nawzajem. Chciałabym tego uniknąć. Może jest jakaś szansa.
To dwa jamniki szorstkowłose, miniaturowe, z rodowodami ale na wystawach nie bywały. Piesek kastrowany i suczka niekastrowana. Mają po 8,5 roku. Są zdrowe i w świetnej kondycji. Nigdy nie doznały żadnej krzywdy, więc kochają wszystkich ludzi, są bardzo ufne i łagodne dla dzieci.
To psy myśliwskie, ale nigdy nie polowały. Lubią natomiast gonić koty i rozkopywać mysie nory. Mieszkały na stałe w mieście ale często bywały na wsi.
Ja mogę się nimi zająć jeszcze miesiąc, góra dwa ale to wszystko, bo nie jestem u siebie i na więcej nie mam zgody. Mieszkam aktualnie z córką i zięciem, pracuję u nich jako babcia-niania. Jestem z psami na wsi pod Poznaniem.
Może znajdzie się wśród czytelników bloga ktoś, kto je przyjmie i pokocha.

Z góry dziękuję za jakąkolwiek pomoc
Pozdrawiam serdecznie 

sandra2611@o2.pl

P.S. Autorka listu powiadamia, że psiaczki znalazły fajny dom! Dzięki Waszym udostępnieniom!



środa, 9 marca 2016

Jest taki deszcz

      Koniec zimy bywa paskudny i depresyjny. Szaro, mokro, buro. Beznadzieja. Bladzi, wymęczeni ludzie łapią przeziębienia i wędrujące smuteczki. Jednym słowem - ciężkie czasy (jak mawiał ruski sołdat kradnąc zegar z wieży kościelnej).
     A potem nagle przychodzi deszcz. Trudno mi powiedzieć, dlaczego zawsze zaczyna się deszczem, rzęsistym i takim jakimś innym. I nagle wszystko się zmienia, jakby bura ziemia umyła sobie twarz i postanowiła się obudzić. Nagle, po nocy, wszystko pachnie inaczej. Światło robi się perłowe. Niebo zaptasia się bardzo, ciągną klucze rozmaite. domowe sikorki i wróble zaczynają jakoś inaczej popiskiwać. Wśród suchych liści bieleją przebiśniegi. Nawet bura murawa ma jakąś nieśmiałą nutkę zieleni. I to wszystko praktycznie po jednej nocy.
    Otóż u nas właśnie dwa dni temu przeszedł TEN deszcz. A w nas pomału wstępują siły i chęć do pracy, rozmywa się zimowa ospałość. Na razie jeszcze powoli, nieśmiało. Ale już niedługo wybuchnie fajerwerkami energii i wiosennej krzątaniny.
    Rozłożyłam nasiona, planuję siewy. Gdzie ja to wszystko zmieszczę?

    Dziś zrobiliśmy grzejącą grządkę w tunelu, tam, gdzie mamy skrzynię. Wyrzuciliśmy wszystką ziemię, używaną od poprzedniego razu, czyli od 3 lat. Wypełniliśmy skrzynię gnojem ze słomą. Mieszankę wyborową mamy w tym roku, bo trochę od kur, dużo od naszych owiec i sporo krowiego od sąsiada. Obornik owczy grzeje prawie tak samo dobrze, jak koński, krowi rozluźnia wszystko, a kurzy daje kopa azotowego do rozkładu słomy. Warstwa obornika musi mieć co najmniej 40 cm. Dobrze zmoczyliśmy ją wężem i dobrze udeptałam ją centymetr po centymetrze. Na wierzch poszła duża część wydobytej poprzednio ziemi, tak przynajmniej 20 cm. Ziemia ciągle jest żyzna, bo cały czas była ściółkowana. Z satysfakcją zamknęliśmy tunel i pozwoliliśmy grządce pracować. Za kilka dni pójdzie na nią pierwszy rzut rzodkiewek, sałatki i takich tam nowalijek.
   
      Znalazłam nowe miejsce na konstrukcję fasolową, wiecie, tę z wysokiego drąga z kołem od roweru na szczycie. Muszę je jeszcze wyczyścić, ale z tym akurat nie ma pośpiechu.

     Pierre podsypał kompostu na grządkę z ziołami aromatycznymi. Już coś tam powolutku zaczyna wychodzić z ziemi. Odkrywamy powoli róże i zbieramy gałęzie choiny, chroniące niektóre krzewy.

      Samej ziemi jeszcze nie tykamy, jeszcze za wcześnie. Nie będziemy jej wyrywać tak nagle ze snu, niech się budzi w swoim rytmie. Za to za kilka dni odkryję część wałów, żeby się nagrzały, bo na trzyletnich można już wysiewać marchewkę.

      Być może przyjdą jeszcze zimne dni, może nawet pośnieży. Tyle, że przełom już się dokonał. Już żurawie otwierają niebo swoimi głosami, już ziemia łapie oddech. Przyszedł magiczny moment, który co roku mnie zadziwia i zachwyca. Ogłaszam niniejszym koniec zimy!


czwartek, 25 lutego 2016

Permakultura - jak to wygląda?

           Permakultura to pełny szacunek dla natury i dla człowieka. Jak to jednak wygląda w praktyce? Udajmy się w odwiedziny do takiego idealnego permakulturowego siedliska. Ma ono swoje centrum, od którego jak kręgi na wodzie rozchodzą się różne strefy. W formie koncentrycznych kręgów była zbudowana Atlantyda, Dante zarówno Niebo jak i Piekło podzielił na kręgi, głos i światło rozchodzą się po okręgu. Tyle, że jak wszystko w permakulturze, nie są one idealne, wchodzą nawzajem na siebie, przenikają się, płynnie zaślubiają teren.  Zobaczmy je okiem wędrowca, który zbliża się z zewnątrz.
         Najdalszy krąg to dzika przyroda, w naszym klimacie będzie to prawdopodobnie las. Nie taki sadzony pod sznurek, ale dziki, mieszany i majestatyczny. Człowiek zjawia się tu tylko jako obserwator, więc i my przemykamy na paluszkach.
         Dalej jest strefa, gdzie człowiek przychodzi czasem by pracować i coś pozyskać. Połacie lasków, gdzie czasami ścina się drzewa na opał lub do budowania i natychmiast za każde ścięte zasadza 7 innych przenikają się z pastwiskami i sianożęciami. Grają owady, śpiewa skowronek, bo oto wchodzimy w trzecią strefę - pól i upraw nie wymagających stałej opieki.
       Pola są niewielkie, bo nie używa się maszyn spalinowych, tylko koniki. Mają różne kształty i kolory, na niektórych rosną rośliny wieloletnie. Stąd już tylko kilka kroków i wchodzimy do sadu.
       Sad jest podobny do urodzajnego lasku, gdzie rosną pomieszane rozmaite drzewa i krzewy dające owoce. Jest on jak kochające ramiona otaczające centrum, chroniące je od wiatrów i dające wspaniałe owoce. W sadzie "pasą się" kury - zjadają one opadłe owoce i wszystkie robaki, które spadają razem z nimi, a przy okazji nawożą ziemię.Mają też w pobliżu swój kurnik. Wszystkie zwierzęta mają swoje schronienia w pobliżu miejsc wypasu i niedaleko domu, ale nie tuż przy nim. Możliwe, że pasie się też pod wyniosłymi jabłoniami ulubiony kucyk. Może jest tam też cieplarnia, albo bliżej domu, w strefie ogrodu.
      Ostatnia strefa to ogrody warzywne. Gdzieś na styku tych stref, przecinając je i urozmaicając, błyszczy staw. Ponieważ najbogatsze i najurodzajniejsze są strefy przejściowe pomiędzy różnymi środowiskami, to tak wszystko zaplanowano, że przeplatają się one ze sobą, tworząc meandry i zakątki. Nie ma linii prostych, ale łagodne krzywizny. Wśród warzyw można też znaleźć drzewo owocowe lub krzew, kwiaty rosną po trochu wszędzie, pachną zioła. W zacienionym zakątku stoi kilka uli... A po ogrodzie biegają kaczki. Dlaczego właśnie kaczki? Bo zjadają ślimaki. Według B.Mollisona nie ma problemu ze ślimakami, może być tylko za mało kaczek.
     Oto dochodzimy do punktu 0, centrum całego tego mikroświat - czyli do domu. Jest on wtopiony w swoje środowisko, naturalny, wygodny i piękny. Piękno jest ważne - wszystko jest tu zaplanowane tak, by cieszyć oczy.
     Taki układ przestrzeni zaoszczędza wiele pracy i niepotrzebnego dreptania. To, czego musimy doglądać często i czego potrzebujemy do przygotowania posiłku, znajduje się pod ręką.
      Ogród, uprawiany ze znajomością sztuki, z ćwierci hektara może wyżywić jedną rodzinę. A jest jeszcze sad i pola, las i jego jagody i grzyby, staw z rybami. Całość może zamknąć się w kilku hektarach.
       W domu, w punkcie zerowym, jest serce i mózg tego rajskiego zakątka - Człowiek. Człowiek, który wstając rano idzie do pracy jak do zabawy. Człowiek, który nie niszczy, nie brudzi, nie śmieci, ale tworzy wokół siebie życie i piękno.

      Słuchajcie, wiem, że to wersja nieco bajkowa i utopijna, ale czy ta utopia nie jest możliwa? Może warto chociażby spróbować?





wtorek, 23 lutego 2016

Permakultura - jaki sens?

         Kiedy zaczynałam swoją przygodę z naturalnym ogrodnictwem, to słowo było nieznane. Obecnie odmienia się je na wszystkie sposoby, coraz częściej używa się go na oznaczenie takich czy innych grządek, sposobów uprawy. A co to tak naprawdę znaczy? Ni mniej ni więcej, tylko całkowitą rewolucję ludzkich postaw i sposobu działania, sposobu życia.
         Nasza cywilizacja jest cywilizacją niesamowicie drapieżną i agresywną. Mamy toczyć walkę o byt, walczyć ze sobą o pozycję, o wyższe plony i większą wydajność. Mamy walczyć o oceny, zdobywać uznanie, zwalczać owady i nieprawidłowe postawy. Mamy czynić ziemię sobie poddaną, wydzierać jej plony, rozdzierać orką, a wszystko to w pocie i łzach. Hajda, wielkie, ryczące maszyny! Podbijemy i zgwałcimy ziemię, byle mieć zysk i być lepszym i bogatszym od innych! Zaciśnij zęby i walcz, albo giń!Ta cywilizacja zrodziła rabunkową gospodarkę, gdzie wszyscy wydzierają wszystko przyrodzie i sobie nawzajem. Schematy działania i myślenia są czysto mechaniczne i sprowadzają się do mechanicznego, bezmyślnego stosowania pewnych procedur i zabiegów.
          Tyle, że ta rabunkowa gospodarka doszła już do ściany. Zatruta, martwa ziemia daje coraz mniejsze plony przy coraz większych nakładach. Produkowana mechanicznie żywność ma coraz mniejszą wartość, a nawet staje się trująca. Zwierzęta cierpią milionami i giną bez sensu, bo ich śmierć już nas nie żywi, a jedynie podtrzymuje wegetację... Pokolenie naszych dzieci będzie pierwszym od dziesięcioleci, które będzie żyło krócej i w gorszych warunkach, niż ich rodzice.

        Jest jednak inna alternatywa, inna mądrość, która powraca do nas z głębi wieków, która przychodzi od ostatnich niedobitków ludów pierwotnych, która mamy tam gdzieś zapisaną w pamięci genetycznej. Ta mądrość mówi, że jesteśmy cząstką przyrody i jesteśmy z nią nierozerwalnie związani. Natura wykształciła się przez miliardy lat w system tak skomplikowany i tak doskonały, że nie możemy tego pojąć. Uczeni zobaczyli w kosmosie i w cząstkach kwantowych niepojęta tajemnicę i magię, która nie ma równej w swojej złożoności i doskonałości.
        My jesteśmy dziećmi ziemi, a nie jej zdobywcami. Nie powinniśmy jej czynić poddaną, ale troszczyć się o nią. TROSKA  O  ZIEMIĘ  jest pierwszą zasadą permakultury. Wypływa z tego podejście pełnego miłości dziecka i ucznia, który działa łagodnie, w zgodzie z zasadami, które natura sama mu podsuwa. Nie ma tu schematów, mechanicznego powtarzania - jest obserwacja, nauka i dostosowanie się do miejsca, czasu, klimatu, siebie samych...
       Ta cywilizacja nie prze z hukiem i brzękiem stali, nie jest cywilizacją zabójców, gwałcicieli i rabusiów, ale łagodnie, jak woda, omija przeszkody i z radością idzie przed siebie niosąc życie.
   
       W tej nowej cywilizacji człowiek nie walczy z innymi, nie rywalizuje i nie gnębi, ale stara się zapewnić sobie i swoim bliskim jak najlepszy byt przy jak najmniejszym zużyciu energii, paliw, surowców... Nikt nie da rady być tak zupełnie sam. Czas dojrzeć i przestać być dziećmi, które chcą tylko dla siebie, ale zacząć troszczyć się o ludzi - o siebie samego i innych. TROSZCZ  SIĘ  O  LUDZI - to druga reguła permakultury. Nie tylko o innych, ale też o siebie samego.

       Trzecią zasadą ...hmmm ... najpierw brzmiała ona "ogranicz populację i konsumpcję", ale potem została zmieniona na "dziel się nadmiarem". Jak dla mnie są to dwie różne rzeczy, obie słuszne.

     Cywilizacja techniczna polega na sztywnych zasadach, nakazach i zakazach. Nowa cywilizacja jest bardziej intuicyjna, polega na wiedzy, obserwacji, uczuciu i współdziałaniu. Nie na pocie i łzach, ale na radości i tworzeniu przy minimalnym nakładzie pracy. Jest miękka, ale nieustępliwa.

       Co ciekawe, to malutkie fermy prowadzone według zasad permakultury okazują się być bardziej produktywne, niż te techniczne. Są też o wiele piękniejsze i bardziej przyjazne ludziom. W domach zbudowanych na tych zasadach mieszka się wygodnie i przyjemnie bez zadłużania się na całe życie i bez bycia podtruwanym rozmaitymi oparami.

       Nie jest łatwo zmienić sposób widzenia świata, jeśli przez pokolenia byliśmy tresowani w innej optyce, ale ten świat przyjazny Ziemi, ludziom i zwierzętom jest w nas. Ta odwieczna tęsknota za rajem utraconym, za utopią, za Wyspami Szczęśliwymi. Jest to możliwe...

      I tak na koniec - nie lubię słowa "permakultura", jakoś tak zgrzyta mi i chrzęści. Ideę uwielbiam, ale słowo... Nasze słowo "uprawa" w swoim pierwotnym, niezmienionym sensie bardziej by mi leżało. "U-Prawa", czyli coś zgodne z odwiecznym Prawem, ale też Prawe w sensie uczciwe i prawdziwe. Należące do Prawii. Szkoda, że dzisiaj tak zmieniono i wypaczono jego znaczenie, że wielu ludziom kojarzy się z bezkresnymi polami i kombajnami...



niedziela, 14 lutego 2016

Gliniane garnki

          Lubię historię, ale nie monotonną litanię dat i bitew, ale dociekanie, jak żyli i myśleli ludzie w dawnych czasach. Czytając kiedyś pewną książkę o naszych przodkach i ich kuchni dowiedziałam się, że nie wiadomo dlaczego upierali się przy prymitywnych glinianych garach, "w których jedzenie z jednej strony było przypalone, a z drugiej pół surowe". Jakże mylił się autor tego tekstu! Nie wiem, co oni mają, ci historycy, że na siłę próbują przedstawić naszych przodków jako głupich prymitywów.


          Jeśli gospodynie słowiańskie tak ceniły garnki gliniane, to nie bez racji. Ostatnio się o tym przekonuję, używając nagminnie takiego gara, zwanego "garnkiem rzymskim".
           Moje widzenie glinianych garów zaczęło się zmieniać, kiedy na Litwie posmakowałam czenaków, czyli jednoosobowych, polewanych garnuszków, wypełnionych kapustą z mięsem i warzywami i zapiekanych w piecu. Takie proste, a smak niepowtarzalny!

           Jakiś czas temu kupiłam więc glinianą brytfankę z pokrywą i... trzeba było mi nauczyć się zupełnie innego sposobu gotowania. Nie można jej traktować, jak normalnego garnka czy blachy. Trzeba ją najpierw wymoczyć, następnie wypełnić tym, czym chcemy (warzywa, kasze, mięso itp) i wstawić do ZIMNEGO pieca. Dopiero potem rozpalić piec i pozwolić zapiekać się powoli temu wszystkiemu.

         Jest jeszcze inna korzyść z używania tego ustrojstwa: prawie brak zapachów w kuchni. Wiadomo, że smażenina np. w pierwszej chwili pachnie przyjemnie, ale potem zasmradza cały dom. Z gara dobywa się tylko leciutki, przyjemny zapach. Nawet przy zapiekaniu bigosu.
        Nie wiem, co one mają, te gliniane naczynia, ale coś muszą mieć, bo smak potraw jest pyszny i niepowtarzalny. Inny, niż tych samych potraw zapiekanych w naczyniu żeliwnym.
        Inne naczynia, inny sposób gotowania, inne podejście do kuchni. Wcale nie mniej wyrafinowane, niż używanie naczyń metalowych, a na pewno zdrowsze.

      Dla mnie ten sposób gotowania ma też inną zaletę. Jako że obiad jadamy wcześnie, to nieraz narzekałam, że ledwie posprzątam po śniadaniu i wyjdę do ogrodu, to już muszę przerywać i lecieć gotować obiad. Teraz mogę, przygotowując śniadanie, załadować mego gliniaka, wstawić go do pieca, niech sobie pyrka i spokojnie pracować tam, gdzie lubię (czyli w ogrodzie) aż do momentu posiłku. O odpowiedniej porze wyjmuję gotowe, pyszne danie. Zaręczam, że jest ugotowane równomiernie i rozpływa się w ustach.

     Mamy takie przyzwyczajenie, że wyobrażamy sobie naszych przodków jako takich ja my, tylko bardziej prymitywnych i głupszych. Tymczasem oni mieli zupełnie inne pojmowanie świata i podejście do wielu spraw, często inteligentniejsze od naszego i wygodniejsze. Wymagające niemało wiedzy, choć innej, niż ta przez nas praktykowana.

       Oprócz garnków z wypalanej gliny istnieją też polewane, które lepiej pasują do potraw płynnych, zup, polewek itp. chociaż mój gar po kilku użyciach, kiedy przesiąknął olejem, zrobił się również nieprzemakalny totalnie i mogę spokojnie zalać w nim jaglankę wodą czy wywarem i dopiero potem piec.


        Wyobrażam już sobie smak świeżych jarzyn z ogrodu, przygotowanych w glinianym garnku. A że wszystko, co dobre, ma u mnie tendencję rozrostową, to teraz mam ochotę powiększyć ich ilość i różnorodność, choćby na wypadek gdyby do stołu mieli zasiąść pospołu wegetarianie i mięsożercy.
aha - mała rada praktyczna: lepiej nie dawać surowej cebuli, pieczona ma dość dziwny smak i zapach, raczej nieprzyjemny. Podsmażam trochę na oliwie przed dodaniem.
Zdjęcia pochodzą z netu.

wtorek, 9 lutego 2016

Im więcej gwiazd

    Wczoraj wieczorem wyszłam na dwór. Spojrzałam na nasz jesion i zamarłam z zachwytu. Na nagich konarach, wznoszących się jak delikatna koronka w niebo, przysiadła cała masa magicznych, świetlistych owoców. Tylu gwiazd nie widziałam już od dawna. Rozejrzałam się wokół - całe niebo było obsypane światełkami. To jeden z tych momentów, kiedy piękno w najczystszej postaci przenika naszą duszę, a wspomnienie zostaje na zawsze.

      Im więcej gwiazd na czystym niebie, tym jest piękniej. Im więcej żywych, czystych ogrodów na ziemi - tym lepszy i piękniejszy świat. Dlatego cieszę się za każdym razem, kiedy odkrywam jakiś nowy ogród, gdzie ludzie dbają o ziemię, o wszystkie istoty żyjące, gdzie tworzą piękno i swoje szczęście przy okazji. Nasza Ziemia potrzebuje lekarzy, którzy ją uratują. wiecie, że gdyby wszyscy ludzie na Ziemi zużywali tyle żywności, ile my w Europie, to potrzebne by były TRZY globy ziemskie, żeby ich wyżywić? Niestety, mamy tylko jeden i trzeba o niego dbać, bo innego nie dostaniemy.

      We Francji istnieje takie gospodarstwo permakulturowe, które jest w tej chwili bardzo mediatyzowane. Powodów jest kilka, moim zdaniem. Po pierwsze - jest niezaprzeczalnie piękne! Po drugie daje utrzymanie i pracę wcale sporej grupce ludzi ( 6 osobowa rodzina + kilku pracowników), oraz produkuje wspaniałe warzywa na zaskakująco małej powierzchni. W dobie bezrobocia, braku perspektyw itp. jest jak napływ świeżego powietrza. Na dokładkę jest pierwsze, gdzie ilość plonów, ilość wkładanej pracy i inne czynniki są dokładnie badane prze niezależne organizmy naukowe. A wyniki są takie, że dech zapiera. Używając tylko narzędzi ręcznych i konnych, potrafią wyhodować na parceli 1 000 metrów kw. dziesięciokrotnie więcej warzyw, niż inni ekologiczni ogrodnicy, używający maszyn, a kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy więcej, niż ogrodnicy tradycyjni i to przy żadnych prawie kosztach produkcji. Gdyby wszystkie warzywa z tego kawałka były sprzedawane po średniej cenie, obowiązującej w regionie, to w pierwszych latach dały by dochód ponad 30 000. euro rocznie, a obecnie ponad 50 000, co jest średnim dochodem rocznym we Francji. Oczywiście, to tylko wydzielona parcela w o wiele większym ogrodzie.

     Wprawdzie klimat jest tam nieco łaskawszy, niż u nas, więc trzeba wziąć poprawki. Z resztą oni też mają sporo szklarni, bo to jednak region na północy, zimą bywa tam do -10 stopni (rzadko), a chcą mieć warzywa przez cały rok. Jednak perspektywa, że można utrzymać się w sposób całkiem przyzwoity z ćwierci hektara wydaje się niesamowita. Oczywiście, potrzeba do tego wielkiej wiedzy i wiele praktyki, ale jest możliwe.
      Zapraszam Was do wizyty w ogrodach w Bec Hellouin w Normandii, założonych przez Perrine i Charles'a Herve-Gruyer.
       Na początku była to dolinka otwarta na wszystkie wiatry z bardzo słabiutką ziemią, która nigdy w historii nie była uprawiana - właśnie z powodu tej słabej gleby i gliniastego podglebia. Były to łąki, na których pasły się owce, bo dla krów były za ubogie.
     Około 12 lat temu osiedliło się tam pewne małżeństwo z dziećmi, którym marzyła się samowystarczalność i zdrowe warzywa dla dzieci, alergicznych na chemię. Na początku było ciężko, bo z góry założyli, że nie będą używać maszyn, a poza tym żadne z nich nie było rolnikiem ani ogrodnikiem (on - żeglarz i pisarz, ona - prawnik). Kiedy jednak odkryli permakulturę i ideę mikro-fermingu, kiedy ze starych podręczników douczyli się, jak gospodarowali ogrodnicy w XIX wieku, ruszyło wszystko z kopyta. Teraz twierdzą, że hodują nie tylko rośliny i owoce, ale przede wszystkim glebę. Wszystko jest tam przemyślane, piękne... Żywią się tym sami, sprzedają, mając całkiem przyzwoity dochód, mając też, jak twierdzą, niesamowitą przyjemność z pracy. A że takie ogrody mają tendencję rozrostową, to zatrudnili też kilka osób, co w kraju, gdzie bezrobocie jest problemem narodowym, też jest na wagę złota. Prowadzą również staże i formują przyszłych ogrodników.

      Zamieścili w internecie całą serię filmów, gdzie opowiadają o tym, co robią, jak i dlaczego. Piękne to wszystko i mądre, przemyślane i dobrze zrobione. I wiecie co jest dla mnie najbardziej uderzające? Że ludzie, z którymi nigdy nie rozmawiałam, którzy czytali inne książki, mieszkają o kilka tysięcy kilometrów stąd, mówią to samo, co ja od początku tego blogu. Nawet niektóre sformułowania są podobne. Oczywiście - mówią też inne rzeczy, ale duch całości jest ten sam. No i nie ma co ukrywać: oni robią to LEPIEJ.





     Podaję link do ich filmików. Wiem, że tylko niektórzy zrozumieją to, co oni mówią, ale warto obejrzeć choćby dla przepięknych widoków. No i można podpatrzyć niektóre metody.
https://www.youtube.com/watch?v=FXaD3NGRQQo&list=PLYgVyAQ6d9kkiceRF5USDg1oRimS7gCUk

     

niedziela, 31 stycznia 2016

Każdy ma swojego guru

Każdy ma jakiegoś guru... Moimi nauczycielami są państwo Bourgignon. Od nich wiele się nauczyłam o pielęgnacji ziemi, o jej życiu, o jej powiązaniach. Nauczyłam się też wiele o odwadze, kiedy odeszli z instytucji państwowych, które niszczyły ich "nieprawomyślne" poglądy i utrudniały pracę.
        Mieli ciepłe posadki w tamtejszym Krajowym Instytucie Rolnictwa, dobre zarobki i pewność posady do końca kariery, ale kiedy kazano im podpisywać rzekome wyniki badań, sprzeczne z tym, co sami widzieli i odkrywali i rzucać kłody pod nogi przy ogłaszaniu ich prac o życiu gleby, to nie zawahali się rzucić tego wszystkiego i pójść za głosem sumienia. Zaczęli pracować sami, ale nie przestali głośno mówić o tym, co widzą i czym to grozi. Założyli własne laboratorium.Pomagali tym, którzy chcieli przestawić się na rolnictwo ekologiczne, badając profil gleby i polecając odpowiednie zabiegi. Wszędzie, gdzie mogli, publikowali artykuły i filmiki, chociaż na początku pociągało to za sobą drwiny i bojkot środowiska "naukowego".  Dziś mają swoją godzinę chwały, bo okazuje się, że mieli na 100% rację i tylko oni zostali, aby w ostatniej chwili ratować francuskie pola... Gorzkie to zwycięstwo po latach niszczenia przez "aparatczyków", ale jednak. Zamieszczam ich najnowszy post z facebooka razem z tłumaczeniem. Program w nim wspomniany wyemitował jeden z największych państwowych kanałów w TV francuskiej. A kiedy u nas takie programy i taki minister? Może my, w naszym kraju, opamiętamy się, zanim będzie za późno?
Tłumaczenie:
70 lat intensywnego rolnictwa przemysłowego wyczerpało prawie doszczętnie francuską glebę. Plony spadają coraz bardziej i dobra ziemia na polach znika jak śnieg na wiosnę.
Produkty chemiczne i agresywne zabiegi mechaniczne powodują całkowite wyjałowienie hektara po hektarze. Co będzie, jeśli Francja, z dawien dawna kraj rolniczy, pokryje się całkowicie jałowymi polami w ciągu następnego ćwierćwiecza?
WYBÓR AGROEKOLOGII
Magazyn "13h15 le dimanche" wyemitował na kanale France 2 spotkanie z "lekarzami ziemi" Claude i Lydią Bourgignon. Biolodzy ci twierdzą, że "rolnictwo konwencjonalne (stosujące chemię i głębokie uprawy) jest masakrą dla gleby... Niszczy ono bezpowrotnie jej urodzajność." To oni szukają i propagują sposoby pielęgnowania i leczenia śmiertelnie osłabionej ziemi. Natomiast Jean-Christophe Bady, "nawrócony" dawny zwolennik rolnictwa mechanicznego nie używa obecnie ani nawozów sztucznych ani pestycydów z powodów zdrowotnych i to bez żadnej pomocy ze strony urzędów państwowych.
Emmanuelle Chartoire, Clement Monfort, Dawid Geoffrion i Mathieu Houd poszli w ślady ministra rolnictwa Stephane Le Foll, dla którego agro-ekologia ma same plusy: zdrowsza, tańsza, trwale poprawiająca stan gleby i nawet bardziej produktywna. Producent warzyw i owoców Charles-Herve Gruyer prowadzi od 10 lat modelowe gospodarstwo agro-ekologiczne na najwyższym poziomie, mając plony dziesięciokrotnie wyższe od farmerów klasycznych (posługujących się chemią) przy o wiele mniejszych nakładach finansowych.
Prekursorzy zmian są już przy pracy, pielęgnując nasze wspólne dobro - Ziemię.


 http://www.francetvinfo.fr/replay-magazine/france-2/13h15/13h15-du-dimanche-31-janvier-2016_1283737.html

Są w tym reportażu dwa zdarzenia, które mnie uderzyły. Pierwsze to kiedy tamtejszy dyrektor INRA (instytut badań rolniczych, dyktujący rolnikom, co mają robić) podczas spotkania u ministra, zapytany, co sądzi o eko rolnictwie, nerwowo odpowiada, uciekając oczyma: "Nie mamy wyboru! Nie mamy wyboru! Nic tak nie motywuje, jak brak innej możliwości!" Ma się czego wstydzić - to oni przez lata narzucali te śmiertelne metody i propagowali je wśród rolników.
Inny mocny punkt, to pewien starszy pan, rolnik z dziada pradziada, który kiedy dowiedział się w wieku 55 lat, że zabija własną ziemię, to padł na kolana i błagał ją o wybaczenie. Było to 25 lat temu i od tamtego czasu twierdzi, że zaczęło się dla niego inne życie. I dla jego ziemi również.

środa, 27 stycznia 2016

Nie boję się chemii, ale...

       Należę  do pewnej grupy dyskusyjnej neowieśniaków. Wrzuciłam tam taki post i niektórzy żalą się, że nie mogą go skopiować. Daję więc go tutaj, bo może kogoś zainteresuje.
       Gorące dyskusje na temat mięsa mamy za sobą i przed sobą, to może wrzucę kamyczek w inny staw. Chodzi o chemię w rolnictwie. Wiadomo - nie używam. Tyle że nie z powodu jakiegoś irracjonalnego strachu, a z przyczyn logicznych i naukowych. Taka już jestem - muszę mieć dowody, żeby coś przyjąć. Z góry przepraszam, że dowody, którymi operuję pochodzą z Francji, ale w Polsce takich nie znalazłam. Pestycydy, biocydy, nawozy sztuczne i inne -ydy są takie same.
Otóż: we Francji uznano chorobę Parkinsona prowokowaną przez pestycydy jako chorobę zawodową rolników. Dotyczy ona także tych, którzy stykają się stale z produktami w ten sposób traktowanymi (pracownicy skupów, młynów, przetwórni) oraz konsumentów. Drugą chorobą uznaną za zawodową dla rolników i ich rodzin są nowotwory spowodowane również pestycydami i herbicydami. Najczęściej ich ofiarą padają dzieci rolników. Kilka innych chorób czeka w kolejce na uznanie za takie.
Druga rzecz: ponad 80% gleb uprawnych we Francji to gleby martwe. To znaczy, że nie ma w nich żadnego życia. Materia organiczna nie może być rozłożona. Nie ma próchnicy. Erozja powodowana przez wiatr i wodę osiąga rozmiary klęski narodowej. Pozostaje czysty piasek, na którym nie da się niczego uprawiać bez masywnego dostarczania nawozów sztucznych i wody. A to kosztuje... Powodzie, nieznane dawniej, a tak częste dzisiaj, zaczęły się w tym kraju w momencie, kiedy usunięto żywopłoty oddzielające pola i zaczęto na dużą skalę stosować środki chemiczne.
Mechanizm jest już znany i uznany: na początku stosowanie nawozów i środków chemicznych zwiększa spektakularnie plony. Nic dziwnego - gleba jest jeszcze żywa. Szybko jednak plony spadają, pojawiają się nowe choroby i trzeba coraz więcej środków chemicznych, coraz więcej wody... coraz drożej wychodzi wyprodukowanie plonów.
Stwierdzili też ostatnio, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, że specjalizacja i gospodarstwa wielkopowierzchniowe wcale nie są wydajne. Niewielkie, zróżnicowane gospodarstwa ekologiczne mają takie same, a nawet wyższe plony z hektara, przy o wiele mniej kosztownych metodach. Skutek: dochód jest o wiele wyższy. Trzeba tylko znać metody, posiadać wiedzę o wiele większą, niż w rolnictwie chemicznym oraz większą elastyczność. Bo są sposoby i na chwasty i na nawożenie. Po prostu dobre rolnictwo ekologiczne wymaga większej inteligencji...
Trzecia sprawa, też naukowa: stwierdzono spadającą na łeb na szyję wartość odżywczą warzyw i owoców. Widziałam nawet tabelki, ile było danej witaminy czy mikroelementów w danym owocu 25 lat temu, a ile dzisiaj.
Nie boję się chemii, po prostu widzę, że to ślepy zaułek bez przyszłości. Za starzy już byliśmy, żeby zająć się uprawą pól i za mało mieliśmy wiedzy, ale zajęliśmy się ogrodem i warzywami. I jedno Wam powiem: można na słabej ziemi osiągnąć duże, zdrowe plony o nieporównywalnym smaku i wartości. Poza tym sama ziemia polepsza się z roku na rok, zamiast ubożeć. Są sposoby, żeby praca nie była zbyt ciężka. Jednak to prawda, jest jej trochę więcej. Ale to może lepiej? Mniej by było bezrobocia.
Korzystałam z wielu materiałów,większość z nich jest niestety, w języku francuskim, ale np. artykuł o spadku właściwości odżywczych ma odsyłacze do źródeł angielskich. Niektóre z nich to:
1. Publikacje państwa Lydia i Claude Bourgignon, naukowców specjalizujących się w mikrobiologii gleby.
2. Artykuł zamieszczony tutaj (o właściwościach odżywczych owoców i warzyw):  http://www.bastamag.net/Faudra-t-il-bientot-manger
3. Film "Zanim przeklną nas dzieci" https://www.youtube.com/watch?v=9-h6e86stIQ&list=PLB0189586657DBFC1   i     https://www.youtube.com/watch?v=WuW-XejeZJE
4. Lista chorób zawodowych rolników we Francji wraz z komentarzami.

niedziela, 24 stycznia 2016

Żywię się powietrzem

        Przygotowywałam post o drzewach i warzywniku, a przy okazji rozważania zaprowadziły mnie w tak interesujące rejony, że zdominowały mi temat główny. Czyli teraz o powietrzu i pożywieniu, a nastepnym razem o drzewach w warzywniku, trudno, myśli biegną cudownymi manowcami...

      Jak wygląda w przybliżeniu obieg materii w przyrodzie, wie każdy, kto miał biologię w szkole. Ja też o tym pisałam przy różnych okazjach. Czyli: martwe szczątki roślin i zwierząt oraz ich wydzieliny (elegancka nazwa odchodów) rozkładane są przez całą armię mikroflory i mikrofauny. Powstaje humus, który dalej się rozkłada do prostych soli organicznych. A sole albo przechwytywane są przez korzenie roślin, albo wymywane w głąb gleby i, jeśli trafią na jaskinię, tworzą malownicze stalaktyty. Mogą też być wypłukiwane do rzek, a przez nie do oceanów. To dlatego morza i oceany są słone...

     Dlaczego więc materii organicznej i gleb nie ubywa, a przybywa i stają się coraz bardziej żyzne? Ano dlatego, że rośliny oprócz czerpania soli organicznych żywią się też powietrzem! Ba, nawet przede wszystkim powietrzem. Z powietrza pobierają azot (za pośrednictwem bakterii) oraz dwutlenek węgla. Także tlen, bo jak wszystkie organizmy żywe - oddychają. Ale w sumie produkują więcej wolnego tlenu, niż zużywają, z czego korzystamy także my.

    Bakterie wiążące azot z powietrza przebywają w glebie, jednak najlepsze warunki pobytu, taki luksusowe, znajdują na korzeniach niektórych roślin - głównie motylkowych (wiem, że obecnie nazywają się bobowate, ale wybaczcie, wolę starą nazwę) oraz na korzeniach olch. Tam sobie żyją w takich brodawkach, robią swoje, a rośliny korzystają z wyprodukowanych przez nie związków azotu.

    Dwutlenek węgla jest absorbowany głównie przez liście i służy do budowy cukrów, ale nie tylko.

    Dlatego, mimo strat, ilość substancji organicznej w glebie nie zmniejsza się, ale zwiększa. Czyli jedząc pyszną sałatę, marchewkę, buraczka czy innego pomidora - jemy w dużej mierze powietrze.

    Także dlatego tam, gdzie gleby są martwe, bez mikro-życia dochodzi bardzo szybko do erozji i zostaje czysty piasek, który wywiewa wiatr. Tam rośliny giną z głodu i powstaje pustynia. Pomyślmy o tym, zanim sięgniemy po jakieś środki chemiczne, które trują całą mikroflorę....

     Czyli TO ROŚLINY TWORZĄ GLEBĘ, A NIE ODWROTNIE.



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Orły, sokoły, herosi

        Czasem pochwalę się, że nie oglądam telewizji, ale to nie do końca prawda. Fakt, polskiej telewizji w ogóle nie znam, ale telewizor mamy i mój ci on ogląda, głównie zimą. Przede wszystkim francuską Arte, bo bardzo dobra jest. Dla niego to jedyny właściwie kontakt z ojczyzną i ze światem w ogóle. A przy okazji czasem coś ciekawego można się dowiedzieć. To jest kanał, który wyemitował "Świat według Monsanto" i "Zanim przeklną nas dzieci" i wiele innych reportaży, ciekawych i dających do myślenia.
      Teraz zima, niewiele roboty, więc mój ogląda i przychodzi czasem do mnie podyskutować o tym, co go ruszyło. Dziś przyszedł z jakąś nową aferą w sporcie, przy okazji dowiedział się, ile zarabiają uznani sportowcy. I twierdzi, że nie rozumie: za czasów jego rodziców nie zarabiało się na sporcie - startowało się dla przyjemności zwycięstwa lub po prostu udziału, czasem dostało bukiet kwiatów, czasem jakiś prezent za zajęcie medalowego miejsca....
     Potem rozgadaliśmy się o pewnych profesjach, które uwikłane są w duże pieniądze i sławę, a mój małżonek nie rozumie zupełnie, w czym są lepsze od innych, żeby tak być na świeczniku. Postawiliśmy sobie zwykłe pytanie: "Dlaczego tak jest?" I w tym momencie zobaczyłam taki obraz: Dziecko takie w wieku tuż przed nastolatkowym, zapatrzone w swojego bohatera.

    Wiadomo, że dziecko czy młodszy nastolatek potrzebuje swojego idola, kogoś, kogo podziwia, czci i chce naśladować. Każde dziecko, chłopiec czy dziewczynka powinno utożsamiać się z jakimś wzorem.

     Otóż podczas dzieciństwa naszych dziadków, rodziców, a także nawet jeszcze naszego, ci bohaterowie byli niezwykle konstruktywni. Bo kogo taki dzieciak podziwiał? Czasem bohatera wojennego (to akurat jest trochę dyskusyjne, ale jednak był to wzór honoru, odwagi i poświęcenia), czasem podróżnika czy innego łowcę przygód. Nie wiem za bardzo, kogo podziwiały dziewczynki, bo sama miałam dość męskiego idola czyli dzielnego Winnetou, ale nawet jeśli podziwiały księżniczki, to jak pozytywny wychowawczo może być taki wzór, wiedzą wszyscy, którzy czytali "Małą Księżniczkę".
       Od takiego idola można było nauczyć się wiele wspaniałych, dobrych rzeczy, wypracować sobie charakter, nauczyć się żyć pięknie i dla innych.

      Tymczasem kogo dziś wysuwa się jako idoli dla młodych charakterów? Przez sztucznie zawyżone zarobki są to uwikłani w afery dopingowe sportowcy, piosenkarze o schrzanionym życiu i wielu nałogach i anorektyczne modelki. Takie są wzory do naśladowania, proponowane naszym dzieciom. Na ile można wokół nich budować swój charakter?

      Naszym dzieciom odebrano bohaterów, a podsunięto kukiełki.

      Jako że moim idolem był Winnetou, zaczęłam interesować się życiem Indian, ich historią i wierzeniami. Czego się nauczyłam? Ano, bardzo dużo i do tej pory z tego korzystam: umiem chodzić po lesie bez jednego szmeru, znam zioła i sposoby budowania schronienia oraz przetrwania w niesprzyjających warunkach. Starałam się wypracować w sobie spokój i stoicyzm(jako osoba bardzo emocyjna miałam z tym problemy), odwagę, wytrzymałość na ból. Dzięki pracy nad tą wytrzymałością poleczyłam sobie wszystkie zęby, bo wówczas wizyta u dentysty była baaardzo bolesna. A sprawy głębsze? Cóż, szacunek do natury, poczucie jedności z nią i jej mądrości weszły mi w krew na dobre. A może krew rozpoznała to, co jej bliskie, po prostu?

      A czy Wy mieliście swoich bohaterów, wzorce dzieciństwa? Czy czegoś Was nauczyli?
Jak myślicie, czy dzisiejsze dzieci jeszcze mają kogoś takiego? Poza plakatami aktualnych szansonistek i chwilowych gwiazd? Czy od nich można nauczyć się, jak żyć?

    

niedziela, 10 stycznia 2016

Niech Moc będzie z Tobą!

           Wielu ludzi, całe rodziny, grupy, nawet miejscowości żyją w stanie marazmu i zastoju, który w młodości nazwałam ZNIEMOŻENIEM.   Ten stan jest grząski, jak śmierdzące bagno i oblepiający jak pajęczyna. Życie toczy się jakby ponad ludźmi, którzy nie mają na nie żadnego wpływu. Nic się nie dzieje wielkiego ani radosnego, ciągle te same skisłe żale, szarpanina, letarg. Najważniejsze jest "co ludzie powiedzą", stąd monologi (nazywane rozmową) - "...bo on mi powiedział... a na to jemu... a ona tak powiedziała..." Pretensje, podchody, zawiści. Nie jest to świat spokoju ani letargu, gdyby takim był, byłaby nadzieja przebudzenia, ale świat jątrzących się żalów, nerwów w strzępach i niemocy. Straszny świat.
         W takim świecie nic nie można zmienić, człowiek, który chce coś zrobić, zaraz jest mocniej spowijany zwojami pajęczyny, dezaprobaty, zniechęcenia, nudy.
          Nawet kiedy pojawia się chęć, iskierka czegoś nowego, co mogło by wnieść świeży powiew, to zwykle na gadaniu się kończy, chęci się rozpływają. Pięknie ujął to Łysiak w felietonie "Jest taki statek". Jest taki statek, który wystarczy tylko wyremontować z grupką kolegów, a potem wypływamy. Egzotyczne wyspy i wszystkie morza będą nasze, nasza będzie przygoda. Coś przeżyjemy, coś prawdziwego... Ale jeszcze nie teraz, bo teraz matura, bo matka chora, bo studia, bo dziewczyna, bo jestem w trakcie załatwiania... I lata mijają, chłopcy się starzeją, nigdy nie zobaczywszy morza i tylko czasem któryś westchnie: "Jest taki statek"...

       Wielu innych pisarzy opisuje ten stan: Dorota Terakowska w "Ono", Ziemkiewicz zahacza o niego w "Polactwie"

       Istnieją osoby, które ten stan satysfakcjonuje, ale większość w nim się dusi. Niektórzy szarpią się, a potem ulegają, inni szukają wyjścia w destrukcji, tej najłatwiej dostępnej, jak alkohol i ostatnio narkotyki. Niektórzy uciekają w świat marzeń czy lektur.

      Stan zniemożenia niejedno ma oblicze, ale jeden wspólny mianownik: brak wpływu na własny los, brak jasności widzenia świata.

      Szczęśliwi ci, którzy tego nie zaznali. Ja spędziłam tak dzieciństwo i młodość i chęć wyrwania się była przemożna. Możliwe, że moje wybory nie zawsze były najmądrzejsze, ale zawsze o krok przybliżały mnie do celu: wolności, oddechu pełna piersią, kreatywnego kierowania swoją rzeczywistością.
      Można i trzeba wyrwać się z tego stanu, bo jest to stan duszy, nie miejsce. Chociaż na początku dobrze jest fizycznie zmienić miejsce bycia, to o wiele ważniejsze jest dokonanie zmiany w sobie, w swoim postrzeganiu świata i wpływaniu na niego. Czasem bodźcem do tego jest nasza własna chęć, czasem jakieś wstrząsające przeżycie. Wtedy pomału, na początku nieudolnie, zaczynamy sami kształtować swoją rzeczywistość. Przestajemy bać się zmian, Widzimy coraz jaśniej świat i jego zależności. Zaczynamy po prostu żyć.
           Jest to jak zaczerpnięcie oddechu pełna piersią po wyjściu ze smrodliwego śmietnika, jak przejście do innego świata, gdzie wyraźnie widzimy nici mocy i energii i potrafimy je splatać (dzięki, Kalino, za tę metaforę). Nie musimy w tym celu ani udawać się na pustynię, ani w Himalaje (chociaż możemy, jeśli mamy ochotę, wszystko możemy). Egzotyka jest w nas i wokół nas. Możemy realizować swoje marzenia, a będą one błogosławione i przyniosą owoce. Nie będzie to pot i znój, ale radosny trud, a pokonywanie przeszkód jest wtedy sportem z fajną dozą adrenaliny, nie szarpaniną.

        Wsiadamy na swój statek i chwytamy w żagle wiatr. Czasem niesie nas on w rzeczywiste egzotyczne krainy, czasem fizycznie zostając w tym samym miejscu, odbywamy największą podróż wewnętrzną. Bo to, co najważniejsze, dzieje się w nas. Odkrywamy radość sterowania własnym życiem, radość rozwoju, realizacji marzeń. Jesteśmy niby w tym samym świecie, ale widzimy go inaczej, jakbyśmy żyli w świecie równoległym. Pięknie to jest opisane w książce "Transerfing rzeczywistości" Vadima Zelanda.
        Niektórzy z nas dokonują skoku przeniesienia się z miasta na wieś. To dobry początek, jeśli takie życie nas nęci. Tylko trzeba uważać, żeby nie wrócić w stare koleiny zniemożenia, kiedy już opadnie pierwszy zapał i entuzjazm. Żeby nie zacząć czuć się związanym, zmuszonym i rozczarowanym. Bo wtedy to nie ma sensu. Rzecz przecież nie tylko w zmianie otoczenia, ale w zmianie naszego wewnętrznego oprogramowania. Może trochę wysiłku to wymaga, ale bardzo wyzwalające jest, rzecze Mistrz Yoda. Bo tak w ogóle to obejrzałyśmy z córką prawie wszystkie odcinki i mistz Yoda bardzo mi się podoba! W tym, co mówi, dużo prawdziwej prawdy jest, o ile nie słucha się tego, jak sloganów, ale tak naprawdę.
       Więc uczmy się ciągle, ćwiczmy swój umysł w tym, że nie ma rzeczy niemożliwych. I kochajmy to, co mamy, ale nie dajmy się temu spętać. Bądźmy wolni!
   NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!