Czasem nie można uniknąć kopania ziemi, nawet jeśli się tego nie pochwala. Zwłaszcza przy zakładaniu czy odnawianiu rabat bylinowych. Mamy taka jedną rabatę, bardzo długą, wzdłuż alejki centralnej. Na samym początku kwitną na niej prymulki, a razem z nimi krzew pigwowca japońskiego. Następnie wystrzelają w górę kaskadami chłodnego błękitu ostróżki "Blue Pacific", obok nich wabiące pszczoły i motyle kwiaty oregano, astry brodate... Kiedy ostróżki przekwitną, rabata barwi się na złoto-czerwono rozmaitymi odmianami liliowców, a jesienią na nowo niebieszczy astrami. tyle tylko, że mimo corocznego pielenia, po kilku latach wyglądała już bardzo nieciekawie. Kępy bylin zachodziły na siebie, poprzerastane gęsto perzem i innymi chwastami. Ziemia też stala się bardzo uboga.
Trudna rada, jak każdą rabatę bylinową trzeba było ją odnowić. Zaczęło się od wykopania roślin wraz z bryłami ziemi i pieczołowitym ułożeniu ich pod płotkiem warzywnika. Następnie mój niezmordowany mąż robił za koparkę, przekopując dokładnie ziemię i usuwając z niej chwasty, głównie korzenie perzu, mniszki, powoje. Najtrudniej było oczyścić Jego Kolczastość Pigwowca, ale i z nim daliśmy radę. Ja woziłam niezmordowanie coraz to nowe taczki kompostu, które mąż mieszał i lekko przykopywał.
Zmieniliśmy też trochę kształt rabaty, z jednej strony zyskała fantazyjne zawijasy zamiast nudnego prostokąta.
Dziś padał deszcz, więc w hangarze, nie na dworze, przygotowywaliśmy byliny do powtórnego sadzenia. Duże bryły trzeba było podzielić, usunąć z nich korzenie chwastów, przyciąć ich własne korzonki i przygotować do sadzenia.
Po południu rozłożyliśmy je na rabacie, planując nową kompozycję. Część posadziliśmy już, część posadzimy jutro. Już widzę, że będę musiała wyrzucić lub oddać sporo liliowców, oraz dosadzić nowe goździki i może jeszcze kilka innych roślin komponujących się z już istniejącymi.
Ta praca zajęła nam prawie tydzień... Zwłaszcza przekopywanie jest trudne. Na szczęście można sobie przy tym wyobrażać, jak nasze rośliny rozkwitną na nowo, jak dobrze poczują się we wzbogaconej ziemi. W zeszłym roku zaczęły już marnieć, a teraz dostają druga młodość.
Czeka na nas jeszcze czyszczenie innych rabat i oczywiście warzywniki! Mam nadzieję, że zdążymy.
Tak to wyglądało przed . Prawda, że niezbyt ciekawie?
A tak wygląda po oczyszczeniu i wzbogaceniu ziemi. Pierwsze roślinki już zajmują swoje miejsca.
Te białe kropki to padający deszcz, ale nas nic nie odstrasza, a co tam!
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
środa, 26 marca 2014
piątek, 21 marca 2014
Nareszcie się zaczęło!
Dzisiaj mieliśmy pierwszy naprawdę ciepły dzień! A jeszcze niedawno rankiem śnieg leżał... Rzuciłam się na ogród jak wygłodniały wilk na kości. Trzeba wszystko odkrywać, czyścić, wycinać badyle, budować grządki.
A tu ptaszory wrzeszczą, niebem klucze gęsi ciągną i kołują, pszczoły już latają i słoneczko świeci. Aż człowiek otrząsnął się po zimie, energii nabrał i dalej w busz! Wywiozłam niemało taczek owczego obornika, wspólnie z mężem postawiliśmy nowy słup w konstrukcji przytrzymującej powojniki botaniczne, powywoziliśmy śmieci.
Zrobiłam też wiosenny posiłek: kopiata micha salaty z samego ogrodu (roszponka, szpinak, szczaw, bluszczyk kurdybanek, pędy czosnku i cebuli siedmiolatki, mniszek i inna zielenina), zupę z pokrzyw i sok brzozowy do popicia. Od prawie 10 dni przestrzegam diety prawie że wegańskiej, jak to dawniej w Wielkim Poście robiono i już czuję efekty. Może nie widać, żebym schudła, ale czuję się dużo lżej, plecy mnie nie bolą nawet teraz, po całym dniu pracy, a przede wszystkim odzyskałam energię. Dzięki tym, którzy mnie do tego zachęcali i doradzali! Dzięki Utygan!
Możliwe, że teraz będę pisać rzadziej, bo w ogródku u nas wiosna wybucha jak pożar, ale postaram się zrobić trochę zdjęć. W tej chwili ogród wygląda dość nieporządnie i szaro-buro, ale już młodziutkie pąki wystawiają zielone noski, trawy aż szumią pod ziemią, szykując efektowne wejście, a pierwsze kwiatki przyciągają zgłodniałe pszczoły.
Nareszcie serce aż skacze z radości, robota idzie, aż miło. Po miesiącach zamknięcia w domu można spędzać prawie całe dnie na dworze. Tak dobrze...
A tu ptaszory wrzeszczą, niebem klucze gęsi ciągną i kołują, pszczoły już latają i słoneczko świeci. Aż człowiek otrząsnął się po zimie, energii nabrał i dalej w busz! Wywiozłam niemało taczek owczego obornika, wspólnie z mężem postawiliśmy nowy słup w konstrukcji przytrzymującej powojniki botaniczne, powywoziliśmy śmieci.
Zrobiłam też wiosenny posiłek: kopiata micha salaty z samego ogrodu (roszponka, szpinak, szczaw, bluszczyk kurdybanek, pędy czosnku i cebuli siedmiolatki, mniszek i inna zielenina), zupę z pokrzyw i sok brzozowy do popicia. Od prawie 10 dni przestrzegam diety prawie że wegańskiej, jak to dawniej w Wielkim Poście robiono i już czuję efekty. Może nie widać, żebym schudła, ale czuję się dużo lżej, plecy mnie nie bolą nawet teraz, po całym dniu pracy, a przede wszystkim odzyskałam energię. Dzięki tym, którzy mnie do tego zachęcali i doradzali! Dzięki Utygan!
Możliwe, że teraz będę pisać rzadziej, bo w ogródku u nas wiosna wybucha jak pożar, ale postaram się zrobić trochę zdjęć. W tej chwili ogród wygląda dość nieporządnie i szaro-buro, ale już młodziutkie pąki wystawiają zielone noski, trawy aż szumią pod ziemią, szykując efektowne wejście, a pierwsze kwiatki przyciągają zgłodniałe pszczoły.
Nareszcie serce aż skacze z radości, robota idzie, aż miło. Po miesiącach zamknięcia w domu można spędzać prawie całe dnie na dworze. Tak dobrze...
poniedziałek, 17 marca 2014
Wielka aukcja na Tymianki
Zbliża się wielka aukcja wyrobów artystycznych na "Dom Tymianka". Organizatorką jest Hana z Pastelowego Kurnika http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/
Można kupować, można też przysyłać fanty. Zabawa na pewno będzie przednia, a korzyść dla bezdomnych zwierząt jeszcze większa. Zaglądajcie więc czym prędzej.
Już teraz można sobie upatrzyć coś w straganie. Można też przysłać zdjęcia czegoś, co sami chcemy wystawić do sprzedania.
Świata może nie zmienimy, ale będzie on trochę lepszy.
Kilka moich koroneczek dla Tymianków. Dziergałam, prałam, krochmaliłam, prasowałam. Dlatego tak mało pisałam, mam nadzieję, że wybaczycie.
Można kupować, można też przysyłać fanty. Zabawa na pewno będzie przednia, a korzyść dla bezdomnych zwierząt jeszcze większa. Zaglądajcie więc czym prędzej.
Już teraz można sobie upatrzyć coś w straganie. Można też przysłać zdjęcia czegoś, co sami chcemy wystawić do sprzedania.
Świata może nie zmienimy, ale będzie on trochę lepszy.
Kilka moich koroneczek dla Tymianków. Dziergałam, prałam, krochmaliłam, prasowałam. Dlatego tak mało pisałam, mam nadzieję, że wybaczycie.
piątek, 14 marca 2014
Ser, ser, ser...
Tak sobie podśpiewuję, ciesząc się na warsztaty serowarskie w Kryłatce. To sąsiednia wieś, a Leśny Dworek mieści się w zabytkowym budynku dawnej szkoły i naprawdę w lesie. W tymże lesie, w którym co jesieni zbieram liczne koszyki grzybów. Będę więc miała wszystko tuż obok.
A na przekór wielkim korporacjom, to ja lubię robić, oj lubię. Znając dobrze właścicielkę Leśnego Dworku, wiem, że wyżerka będzie nieziemska - ta kobita ma smak absolutny, a zabawa jeszcze lepsza. No i cena, w porównaniu z innymi warsztatami, bardzo dostępna. Mam nadzieję, że rozpalą banię, coby się wypocić przed Wielkanocą, jak obyczaj każe. Pomalutku to my tu takiego czadu damy z naturalną żywnością, że niech świat się trzyma.
Teraz idę czarować pogodę, żeby nam dopisała. Bo po tej wyżerce trzeba będzie na spacery do lasu chodzić, żeby choć trochę spalić kalorie, coby ubrań nie zwężały nocami.
Gosia ma też warsztat tkacki, na razie prosty, na którym tka na początek chodniki, kołowrotek i len do przędzenia. Ja mam wełnę i szczery zamiar, żeby nauczyć się prząść. Znowu pewnie będzie się działo! Ale już trochę później, tak pod jesień.
A na przekór wielkim korporacjom, to ja lubię robić, oj lubię. Znając dobrze właścicielkę Leśnego Dworku, wiem, że wyżerka będzie nieziemska - ta kobita ma smak absolutny, a zabawa jeszcze lepsza. No i cena, w porównaniu z innymi warsztatami, bardzo dostępna. Mam nadzieję, że rozpalą banię, coby się wypocić przed Wielkanocą, jak obyczaj każe. Pomalutku to my tu takiego czadu damy z naturalną żywnością, że niech świat się trzyma.
Teraz idę czarować pogodę, żeby nam dopisała. Bo po tej wyżerce trzeba będzie na spacery do lasu chodzić, żeby choć trochę spalić kalorie, coby ubrań nie zwężały nocami.
Gosia ma też warsztat tkacki, na razie prosty, na którym tka na początek chodniki, kołowrotek i len do przędzenia. Ja mam wełnę i szczery zamiar, żeby nauczyć się prząść. Znowu pewnie będzie się działo! Ale już trochę później, tak pod jesień.
poniedziałek, 10 marca 2014
Zakwaszanie i odkwaszanie gleby
Nareszcie dwa słoneczne, ciepłe dni po szarudze i mgłach. Niebem gęsi lecą i drą się. Wczoraj nawet widziałam stado mieszane, gęsio-łabędzie. Aż przyjemnie trochę w ogródku popracować. Ściągałam stroisz z róż, ale kopczyki jeszcze zostawiłam. Mam duże plany przemeblowania części ozdobnej, nie wiem tylko, czy ślubny się zgodzi (bo zawsze ciężka robota na niego spada).
Kalina pytała mnie o zakwaszanie gleby, napiszę o tym jeszcze raz, bo nie wszyscy znajdą to w komentarzach. W naszym przypadku jest to dość proste - mamy łąki dokoła, bierzemy torf z kretowisk. Tyle, że ten torf, tzw. niski, jest tylko lekko kwaskowaty. Poza tym zawiera niewiele substancji odżywczych, mimo brunatnego, smakowitego koloru. Mieszamy więc z obornikiem albo nie do końca rozłożonym kompostem (też kwaskowaty), jednak to też nie wystarczy. Dodajemy więc sporo naturalnego zakwaszacza, jakim są igły sosen i świerków. Już rosnące rośliny kwasolubne można zaścielać obficie tymi igłami, dając pod nie odrobinę obornika. W przypadku nagłej potrzeby można zawiesić chwilowo niechęć do chemii i użyć zakwaszacza rozpuszczalnego, kupionego w ogrodniczym. Chodzi o OIOM dla cierpiących roślin, żeby uratować im zdrowie i życie, inaczej igły powinny wystarczyć. Ściółkujemy dość szeroko, poza zasięg korzeni.
Teraz odwrotna sytuacja - mamy kwaśną glebę i chcemy ją zneutralizować. Przede wszystkim bez paniki - większość warzyw i kwiatów dobrze znosi lekki kwasek. No tak, ale są inne, wybitnie zasadolubne, jak lawenda. Wtedy nie warto wapnować wapnem, nawet ogrodniczym. Ono jest bardzo szybko wypłukiwane przez deszcz i tworzy się w glebie huśtawka: kwaśno-dużo wapna-znów kwaśno. Ani glebie i żyjącym w niej organizmom, ani roślinom nie wychodzi to na zdrowie. Lepiej już sięgnąć po dolomit, który jest naturalną skałą wapienną i rozkłada się powoli. Dawka zależy od tego, jaki mamy odczyn i co chcemy osiągnąć. Ja tak leciutko przyprószam raz na rok, siejąc go z fartucha. Potem sąsiedzi plotkują: "Ona mówi, że ekologicznie wszystko ma, a te nawozy to tylko sieje i sieje..." He he he. Nie tylko dolomit tak rozsiewam, także popiół drzewny, zwłaszcza w sadzie. Też odkwasza i dostarcza sporo potasu i innych minerałów, ale już nie azot.
Z racji zawartości potasu nadaje się też do kwiatów oraz warzyw "owocowych", jak pomidor, ogórek i inne. Tylko trzeba mieć lekką rękę, dawać go po troszeczku, jak sól i pieprz do potraw. Można też dodawać do kompostu, ale nie w jednej bryle, tylko rozsiany. I nie więcej, niż 4% całej masy kompostowej. Oczywiście o ile drewno nie było zaimpregnowane środkami chemicznymi.
Jeśli chcemy stworzyć kącik skalniakowy z glebą zasadową, to dobrze jest użyć kawałków wapienia, a nawet kawałków z cementu. Cement jest sztuczną skałą wapienną, o składzie prawie identycznym z naturalną. Dlatego jeśli mamy np. cementowy murek, to możemy przy nim (po odpowiednim użyźnieniu gleby) posadzić rośliny lubiące glebę zasadową i będą ją miały bez dodatkowych zabiegów. No i recykling - często w obejściu poniewiera się gruz cementowy. Zakopać to-to i posadzić na wierzchu lawendę, szałwię i inne... Wszystko się może przydać.
Kalina pytała mnie o zakwaszanie gleby, napiszę o tym jeszcze raz, bo nie wszyscy znajdą to w komentarzach. W naszym przypadku jest to dość proste - mamy łąki dokoła, bierzemy torf z kretowisk. Tyle, że ten torf, tzw. niski, jest tylko lekko kwaskowaty. Poza tym zawiera niewiele substancji odżywczych, mimo brunatnego, smakowitego koloru. Mieszamy więc z obornikiem albo nie do końca rozłożonym kompostem (też kwaskowaty), jednak to też nie wystarczy. Dodajemy więc sporo naturalnego zakwaszacza, jakim są igły sosen i świerków. Już rosnące rośliny kwasolubne można zaścielać obficie tymi igłami, dając pod nie odrobinę obornika. W przypadku nagłej potrzeby można zawiesić chwilowo niechęć do chemii i użyć zakwaszacza rozpuszczalnego, kupionego w ogrodniczym. Chodzi o OIOM dla cierpiących roślin, żeby uratować im zdrowie i życie, inaczej igły powinny wystarczyć. Ściółkujemy dość szeroko, poza zasięg korzeni.
Teraz odwrotna sytuacja - mamy kwaśną glebę i chcemy ją zneutralizować. Przede wszystkim bez paniki - większość warzyw i kwiatów dobrze znosi lekki kwasek. No tak, ale są inne, wybitnie zasadolubne, jak lawenda. Wtedy nie warto wapnować wapnem, nawet ogrodniczym. Ono jest bardzo szybko wypłukiwane przez deszcz i tworzy się w glebie huśtawka: kwaśno-dużo wapna-znów kwaśno. Ani glebie i żyjącym w niej organizmom, ani roślinom nie wychodzi to na zdrowie. Lepiej już sięgnąć po dolomit, który jest naturalną skałą wapienną i rozkłada się powoli. Dawka zależy od tego, jaki mamy odczyn i co chcemy osiągnąć. Ja tak leciutko przyprószam raz na rok, siejąc go z fartucha. Potem sąsiedzi plotkują: "Ona mówi, że ekologicznie wszystko ma, a te nawozy to tylko sieje i sieje..." He he he. Nie tylko dolomit tak rozsiewam, także popiół drzewny, zwłaszcza w sadzie. Też odkwasza i dostarcza sporo potasu i innych minerałów, ale już nie azot.
Z racji zawartości potasu nadaje się też do kwiatów oraz warzyw "owocowych", jak pomidor, ogórek i inne. Tylko trzeba mieć lekką rękę, dawać go po troszeczku, jak sól i pieprz do potraw. Można też dodawać do kompostu, ale nie w jednej bryle, tylko rozsiany. I nie więcej, niż 4% całej masy kompostowej. Oczywiście o ile drewno nie było zaimpregnowane środkami chemicznymi.
Jeśli chcemy stworzyć kącik skalniakowy z glebą zasadową, to dobrze jest użyć kawałków wapienia, a nawet kawałków z cementu. Cement jest sztuczną skałą wapienną, o składzie prawie identycznym z naturalną. Dlatego jeśli mamy np. cementowy murek, to możemy przy nim (po odpowiednim użyźnieniu gleby) posadzić rośliny lubiące glebę zasadową i będą ją miały bez dodatkowych zabiegów. No i recykling - często w obejściu poniewiera się gruz cementowy. Zakopać to-to i posadzić na wierzchu lawendę, szałwię i inne... Wszystko się może przydać.
sobota, 8 marca 2014
Pogwarki przy płocie
Gwarzą sobie przy ogrodowym płocie dwie kobiety:
- Pani, ja to żadnej chemii... żadnej, bo to trucizna.
- A wie pani, ja też. Takie warzywka bez chemii to inaczej smakują, a i samo zdrowie w nich.
Podsłuchujący sąsiad, z tych "uczonych", parska śmiechem:
- Same nie wiecie, co mówicie! Przecież wszystko na świecie to związki chemiczne. Nawet najbardziej ekologiczne warzywa, to chemia. składają się z wędlowodanów, polifenolów i....
- Ej, nie rób pan wody z mózgu. Każdy wie, o jaką chemię chodzi. A pan pod płotem niech tych swoich świństw nie sypie, bo nie chcemy mieć trujących warzyw, jak te pańskie!
Dwa różne spojrzenia, dwa różne rodzaje mówienia. Z jednej strony naukowa precyzja, z drugiej mowa potoczna, może nie naukowo precyzyjna, ale zrozumiała dla tych, którzy chcą zrozumieć.
Traktuję ten blog jako takie pogaduszki pod płotem, opowiadam o swoich doświadczeniach i przemyśleniach. W każdym razie, kiedy mówię o jakichś faktach naukowych, to sprawdzam je kilka razy w różnych źródłach, więc są prawdą. Ale mówię normalnie, czasem może ciut nielogicznie, nie siląc się na naukowy żargon. Jeśli ktoś chce pogłębić pewne rzeczy naukowo, to jest naprawdę dużo świetnych opracowań i podręczników, ja tu prowadzę takie niezobowiązujące pogwarki przy płocie. Jeśli komuś to odpowiada, to czyta, jeśli nie - to nie musi.
Teraz wynikła poprzednio sprawa z kompostem - jest czy nie jest nawozem. W języku polskim mówi się o nawożeniu kompostem, to prawda. Jednak wiele tekstów źródłowych, z których korzystam, traktuje kompost jako coś innego, coś samoistnego. Po francusku istnieją nawet dwa odrębne słowa, trudno przetłumaczalne. Mniej więcej tak: nawozami się nawozi, a kompostem się wzbogaca. Niezbyt idealne tłumaczenie, ale oddaje istotę sprawy. Mnie się to podoba, przyjęłam ten sposób myślenia. Dla mnie to jest logiczne. Ktoś inny może myśleć inaczej, jego sprawa. Z resztą nie tylko kompost jest ujęty w odrębną kategorię, kilka innych substancji również: dolomit, margiel, glina... Chodzi tam o to, że to, "nawozy" działają doraźnie, bez trwałych zmian w strukturze gleby. Istnieje przy tym pewne niebezpieczeństwo przedawkowania, nawet nawozami ekologicznym. Są one czasem przydatne, jednak z pewnymi zastrzeżeniami. Na początku, kiedy ziemia była bardzo słaba, kompost dopiero się robił, podobnie jak pierwsze wały porośnięte dyniami, a ja chciałam mieć dobre plony, to robiłam gnojówkę z pokrzyw i krowich placków, używając jej do podlewania, ale bardzo ostrożnie... Użyźniacze natomiast poprawiają trwale strukturę gleby, a przynajmniej na bardzo długi czas, oraz raczej nie można ich przedawkować. Tu uwaga: mówię o dojrzałym kompoście, niedojrzały można przedawkować. Trudno, będę tkwić w takiej, a nie innej filozofii i już. Tak mi się podoba najbardziej.
W każdej dziedzinie nauki są teorie i kontrteorie, tezy i antytezy. A teza i antyteza kończy się bójką i protezą, jak pisał ksiądz Twardowski. Mam nadzieję, że tak źle nie będzie....
Kiedyś, pisząc o doświadczeniach zesłańczych pewnej tutejszej babci (na innym forum), przytoczyłam jej słowa o syberyjskich czarnoziemach. Też jakiś purysta mnie zaatakował, że nie znam się geologii oraz agronomii i że na Syberii nie ma czarnoziemów. Odpowiedziałam, że ta babcia też nie zna się na geologii, ale jest rolniczką z dziada pradziada i praktykiem. I dla niej czarna, żyzna ziemia z dużą zawartością próchnicy to czarnoziem i już. Znowu konflikt między oficjalną nauką, a doświadczeniem. Tymczasem czytam w tej chwili książkę Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" i znajduję tam jak wół "żyzne łany czarnoziemu" w opisie Syberii. A w końcu był to chemik i przyrodnik. Gdzie jest więc racja?
Tak więc pozostaję przy swoich twierdzeniach i swoim sposobie wyrażania się, mam nadzieję, że mnie zrozumiecie i nie weźmiecie tego za złe, jeśli gdzie indziej znajdziecie wyrażone to inaczej. Chodzi przecież o sedno sprawy. Jest takie przysłowie: "Jak go zwał, tak go zwał, byle by się dobrze miał".
Niniejszym wszystkim życzę, żebyście się dobrze mieli, jak najlepiej!
- Pani, ja to żadnej chemii... żadnej, bo to trucizna.
- A wie pani, ja też. Takie warzywka bez chemii to inaczej smakują, a i samo zdrowie w nich.
Podsłuchujący sąsiad, z tych "uczonych", parska śmiechem:
- Same nie wiecie, co mówicie! Przecież wszystko na świecie to związki chemiczne. Nawet najbardziej ekologiczne warzywa, to chemia. składają się z wędlowodanów, polifenolów i....
- Ej, nie rób pan wody z mózgu. Każdy wie, o jaką chemię chodzi. A pan pod płotem niech tych swoich świństw nie sypie, bo nie chcemy mieć trujących warzyw, jak te pańskie!
Dwa różne spojrzenia, dwa różne rodzaje mówienia. Z jednej strony naukowa precyzja, z drugiej mowa potoczna, może nie naukowo precyzyjna, ale zrozumiała dla tych, którzy chcą zrozumieć.
Traktuję ten blog jako takie pogaduszki pod płotem, opowiadam o swoich doświadczeniach i przemyśleniach. W każdym razie, kiedy mówię o jakichś faktach naukowych, to sprawdzam je kilka razy w różnych źródłach, więc są prawdą. Ale mówię normalnie, czasem może ciut nielogicznie, nie siląc się na naukowy żargon. Jeśli ktoś chce pogłębić pewne rzeczy naukowo, to jest naprawdę dużo świetnych opracowań i podręczników, ja tu prowadzę takie niezobowiązujące pogwarki przy płocie. Jeśli komuś to odpowiada, to czyta, jeśli nie - to nie musi.
Teraz wynikła poprzednio sprawa z kompostem - jest czy nie jest nawozem. W języku polskim mówi się o nawożeniu kompostem, to prawda. Jednak wiele tekstów źródłowych, z których korzystam, traktuje kompost jako coś innego, coś samoistnego. Po francusku istnieją nawet dwa odrębne słowa, trudno przetłumaczalne. Mniej więcej tak: nawozami się nawozi, a kompostem się wzbogaca. Niezbyt idealne tłumaczenie, ale oddaje istotę sprawy. Mnie się to podoba, przyjęłam ten sposób myślenia. Dla mnie to jest logiczne. Ktoś inny może myśleć inaczej, jego sprawa. Z resztą nie tylko kompost jest ujęty w odrębną kategorię, kilka innych substancji również: dolomit, margiel, glina... Chodzi tam o to, że to, "nawozy" działają doraźnie, bez trwałych zmian w strukturze gleby. Istnieje przy tym pewne niebezpieczeństwo przedawkowania, nawet nawozami ekologicznym. Są one czasem przydatne, jednak z pewnymi zastrzeżeniami. Na początku, kiedy ziemia była bardzo słaba, kompost dopiero się robił, podobnie jak pierwsze wały porośnięte dyniami, a ja chciałam mieć dobre plony, to robiłam gnojówkę z pokrzyw i krowich placków, używając jej do podlewania, ale bardzo ostrożnie... Użyźniacze natomiast poprawiają trwale strukturę gleby, a przynajmniej na bardzo długi czas, oraz raczej nie można ich przedawkować. Tu uwaga: mówię o dojrzałym kompoście, niedojrzały można przedawkować. Trudno, będę tkwić w takiej, a nie innej filozofii i już. Tak mi się podoba najbardziej.
W każdej dziedzinie nauki są teorie i kontrteorie, tezy i antytezy. A teza i antyteza kończy się bójką i protezą, jak pisał ksiądz Twardowski. Mam nadzieję, że tak źle nie będzie....
Kiedyś, pisząc o doświadczeniach zesłańczych pewnej tutejszej babci (na innym forum), przytoczyłam jej słowa o syberyjskich czarnoziemach. Też jakiś purysta mnie zaatakował, że nie znam się geologii oraz agronomii i że na Syberii nie ma czarnoziemów. Odpowiedziałam, że ta babcia też nie zna się na geologii, ale jest rolniczką z dziada pradziada i praktykiem. I dla niej czarna, żyzna ziemia z dużą zawartością próchnicy to czarnoziem i już. Znowu konflikt między oficjalną nauką, a doświadczeniem. Tymczasem czytam w tej chwili książkę Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" i znajduję tam jak wół "żyzne łany czarnoziemu" w opisie Syberii. A w końcu był to chemik i przyrodnik. Gdzie jest więc racja?
Tak więc pozostaję przy swoich twierdzeniach i swoim sposobie wyrażania się, mam nadzieję, że mnie zrozumiecie i nie weźmiecie tego za złe, jeśli gdzie indziej znajdziecie wyrażone to inaczej. Chodzi przecież o sedno sprawy. Jest takie przysłowie: "Jak go zwał, tak go zwał, byle by się dobrze miał".
Niniejszym wszystkim życzę, żebyście się dobrze mieli, jak najlepiej!
piątek, 7 marca 2014
Ach te automaty!
Mój blog został opanowany przez spam, nie nadążam z wyrzucaniem tego śmiecia. Według wszelkich oznak generowanego przez automaty. Postanowiłam więc na jakiś czas włączyć weryfikację obrazkową, do czasu, aż te automaty się odczepią. Przepraszam Was bardzo za chwilowe utrudnienia, komentujcie proszę, chociaż z przeszkodami :)))).
Przednówek
Way poprosiła, żebym napisała coś o przednówku do jej przeglądu "BOBIO". Pomyślałam, że podzielę się tymi przemyśleniami także na blogu.
Przednówek to nie tyle nazwa jakiegoś dokładnego odcinka czasu, ile stanu biedy i braku żywności. Kiedy skończyło się jedzenie z zeszłorocznych zbiorów, a nowe jeszcze nie urosło, to był przednówek. Dla niektórych, bardzo ubogich, zaczynał się on w środku zimy, dla innych dopiero późną wiosną. Ludzie dawniej zasadniczo żywili się zbożem i, od ok.XVIII wieku, ziemniakami; oraz mlekiem i nabiałem. Warzywa, owoce i grzyby były tylko uzupełnieniem tej diety, podstawą był chleb lub kasza, ewentualnie groch, doprawiony tylko innymi składnikami. Mięso, bardzo pożądane, bo kaloryczne, jadano raczej rzadko - z okazji świąt, przy niedzieli itp. Kury niosły się głównie wiosną i latem. Także gama rodzajów warzyw, które uprawiano, była dość uboga: kapusta, cebula, czosnek, marchew, buraki, groch, bób, szczaw, czasem sałata i ogórki. Tutaj pewna anegdota: moi dziadkowie ze strony ojca byli bardzo zachowawczy, uprawiali tylko to, co było uświęcone tradycją. Moja mama w czasie pobytu u nich na próżno szukała selera, pora, czy pietruszki na zupę. Dziadek oznajmił, że to pańskie fanaberie i oni tego nie jedzą. Dopiero żona mego wujka, osoba bardziej wykształcona i obyta, rozszerzyła ilość uprawianych warzyw. Do tej pory tutaj, gdzie mieszkam, prawie nikt nie zna szpinaku, zdarzyło się nawet, że pewna kobieta pytała mnie, jak wyglądają pory, bo ona jadła u znajomych taką dobrą sałatkę, a nie wie, co to jest....
Oczywiście, sytuacja była różna w różnych regionach i nawet w różnych wsiach w tym samym regionie. Moja druga babcia, z miasteczka, znała przed wojną nawet szparagi i karczochy, bo ogrodnicy okoliczni je hodowali na potrzeby "państwa".
Cechą tych warzyw i zbóż jest to, że dojrzewają dopiero pod koniec lata i jesienią, natomiast zapasy często kończyły się już po Wielkanocy. I tutaj pojawiał się paradoks: na świecie piękna, bujna wiosna, a w garnkach pusto. Kury często wtedy już zasiadały na jajkach, więc przestawały się nieść, bydło, czyli krowy, dopiero odzyskiwało siły po zimie, cieliło się i zaczynało dawać trochę mleka. Starsi gospodarze opowiadali mi, że po zimie, zwłaszcza jeśli była długa, krowy były czasem tak osłabione, że trzeba je było wynosić z obory na dwór. Zdarzało się też, że kiedy zabrakło siana i słomy, to rozbierano strzechy na budynkach gospodarczych, żeby nakarmić bydełko. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich, byli też bogaci gospodarze, którzy przednówka się nie bali.
Wiosną gospodynie ratowały się, jak mogły, tym, co dawała dzika natura. Gotowały zupy i polewki z dzikich ziół. Najpopularniejsza (i bardzo smaczna) była pokrzywa i lebioda, czyli komosa, ale też młode pędy pałki wodnej, barszcz, dzika sałata, szczaw itp. Paradoksalnie to "głodowe pożywienie" dostarczało wielu potrzebnych o tej porze witamin i minerałów. Jednak, jeśli nie było "wzmocnione" kaszą, mąką czy mlekiem, powodowało na dłuższą metę rozstrój żołądka. Także jego mała kaloryczność sprawiała, że człowiek czuł się ciągle głodny. Dlatego bardzo pożądane były wszelkie dodatki - trochę mąki, tłuszczu czy mleka. Z braku słoniny, olej był bardzo pożądany. A uzyskiwano go z czego się tylko dało. Śmiało można powiedzieć, że ilość znanych i używanych olejów była większa, niż dzisiaj. Olej z konopi, z lnu, z maku, z rzepaku, ze słonecznika, nawet z orzechów (choć ten ostatni to był luksus, orzechy lepiej było zjeść całe).
Ratunkiem było wtedy mleko krowie, bo kiedy krówki już najadły się świeżej trawy i wydały na świat cielęta, było go nawet sporo. Nie na darmo krowę nazywano "karmicielką".
Dziś do łask wracają sałatki z dzikich ziół, prawdziwa bomba witaminowo-mineralna. Świeże, młode listki są bardzo smaczne i zdrowe. Można spokojnie jeść pokrzywę, jasnotę, podagrycznik, młode listki lipy, krwawnik, babkę itp. Także korzenie łopianu, jeszcze przed wydaniem liści, są po ugotowaniu bardzo smaczne, przypominają salsefię. Lepiej jednak zaczynać od niewielkich ilości, zwłaszcza osoby o delikatnym żołądku i jelitach powinny dawkować sobie dzikie zioła stopniowo.
A teraz dygresja, nie związana z przednówkiem, która nasuwa mi się przy tej okazji. Czasem ukazują się publikacje, gdzie jakaś roślina spożywcza "odkrywana" jest jako trująca ponieważ zawiera związki, które mogą być szkodliwe. Na ogół nie podaje się ilości tych szkodliwych związków, wiadomo... Otóż wszystkie, naprawdę WSZYSTKIE warzywa i rośliny jadalne zawierają śladowe ilości trucizn. Tak, nawet jabłko i marchewka. Najmniej ich mają nasiona zbóż (z wyjątkiem tych nowoczesnych, bogatych w gluten). Stąd zjawisko "przejedzenia", kiedy po zjedzeniu większej ilości jakiegoś warzywa albo owocu "nie możemy już na niego patrzeć". Dlatego też najzdrowszy sposób odżywiania to taki, który jest jak najbardziej różnorodny i zawiera wszystkiego po trochu. W ten sposób szkodliwe związki nie kumulują się w organizmie.
Teraz wybaczcie, idę zbierać listki na przednówkową sałatkę. W ogrodzie zieleni się wysiana jesienią roszponka, szpinak i cebula siedmiolatka. Pokrzywy i inne zioła tez wystawiają pędy z ziemi. Mam nadzieję, że te witaminy dodadzą mi siły do pracy, bo coś ostatnio z tym nie najlepiej.
Przednówek to nie tyle nazwa jakiegoś dokładnego odcinka czasu, ile stanu biedy i braku żywności. Kiedy skończyło się jedzenie z zeszłorocznych zbiorów, a nowe jeszcze nie urosło, to był przednówek. Dla niektórych, bardzo ubogich, zaczynał się on w środku zimy, dla innych dopiero późną wiosną. Ludzie dawniej zasadniczo żywili się zbożem i, od ok.XVIII wieku, ziemniakami; oraz mlekiem i nabiałem. Warzywa, owoce i grzyby były tylko uzupełnieniem tej diety, podstawą był chleb lub kasza, ewentualnie groch, doprawiony tylko innymi składnikami. Mięso, bardzo pożądane, bo kaloryczne, jadano raczej rzadko - z okazji świąt, przy niedzieli itp. Kury niosły się głównie wiosną i latem. Także gama rodzajów warzyw, które uprawiano, była dość uboga: kapusta, cebula, czosnek, marchew, buraki, groch, bób, szczaw, czasem sałata i ogórki. Tutaj pewna anegdota: moi dziadkowie ze strony ojca byli bardzo zachowawczy, uprawiali tylko to, co było uświęcone tradycją. Moja mama w czasie pobytu u nich na próżno szukała selera, pora, czy pietruszki na zupę. Dziadek oznajmił, że to pańskie fanaberie i oni tego nie jedzą. Dopiero żona mego wujka, osoba bardziej wykształcona i obyta, rozszerzyła ilość uprawianych warzyw. Do tej pory tutaj, gdzie mieszkam, prawie nikt nie zna szpinaku, zdarzyło się nawet, że pewna kobieta pytała mnie, jak wyglądają pory, bo ona jadła u znajomych taką dobrą sałatkę, a nie wie, co to jest....
Oczywiście, sytuacja była różna w różnych regionach i nawet w różnych wsiach w tym samym regionie. Moja druga babcia, z miasteczka, znała przed wojną nawet szparagi i karczochy, bo ogrodnicy okoliczni je hodowali na potrzeby "państwa".
Cechą tych warzyw i zbóż jest to, że dojrzewają dopiero pod koniec lata i jesienią, natomiast zapasy często kończyły się już po Wielkanocy. I tutaj pojawiał się paradoks: na świecie piękna, bujna wiosna, a w garnkach pusto. Kury często wtedy już zasiadały na jajkach, więc przestawały się nieść, bydło, czyli krowy, dopiero odzyskiwało siły po zimie, cieliło się i zaczynało dawać trochę mleka. Starsi gospodarze opowiadali mi, że po zimie, zwłaszcza jeśli była długa, krowy były czasem tak osłabione, że trzeba je było wynosić z obory na dwór. Zdarzało się też, że kiedy zabrakło siana i słomy, to rozbierano strzechy na budynkach gospodarczych, żeby nakarmić bydełko. Oczywiście nie dotyczyło to wszystkich, byli też bogaci gospodarze, którzy przednówka się nie bali.
Wiosną gospodynie ratowały się, jak mogły, tym, co dawała dzika natura. Gotowały zupy i polewki z dzikich ziół. Najpopularniejsza (i bardzo smaczna) była pokrzywa i lebioda, czyli komosa, ale też młode pędy pałki wodnej, barszcz, dzika sałata, szczaw itp. Paradoksalnie to "głodowe pożywienie" dostarczało wielu potrzebnych o tej porze witamin i minerałów. Jednak, jeśli nie było "wzmocnione" kaszą, mąką czy mlekiem, powodowało na dłuższą metę rozstrój żołądka. Także jego mała kaloryczność sprawiała, że człowiek czuł się ciągle głodny. Dlatego bardzo pożądane były wszelkie dodatki - trochę mąki, tłuszczu czy mleka. Z braku słoniny, olej był bardzo pożądany. A uzyskiwano go z czego się tylko dało. Śmiało można powiedzieć, że ilość znanych i używanych olejów była większa, niż dzisiaj. Olej z konopi, z lnu, z maku, z rzepaku, ze słonecznika, nawet z orzechów (choć ten ostatni to był luksus, orzechy lepiej było zjeść całe).
Ratunkiem było wtedy mleko krowie, bo kiedy krówki już najadły się świeżej trawy i wydały na świat cielęta, było go nawet sporo. Nie na darmo krowę nazywano "karmicielką".
Dziś do łask wracają sałatki z dzikich ziół, prawdziwa bomba witaminowo-mineralna. Świeże, młode listki są bardzo smaczne i zdrowe. Można spokojnie jeść pokrzywę, jasnotę, podagrycznik, młode listki lipy, krwawnik, babkę itp. Także korzenie łopianu, jeszcze przed wydaniem liści, są po ugotowaniu bardzo smaczne, przypominają salsefię. Lepiej jednak zaczynać od niewielkich ilości, zwłaszcza osoby o delikatnym żołądku i jelitach powinny dawkować sobie dzikie zioła stopniowo.
A teraz dygresja, nie związana z przednówkiem, która nasuwa mi się przy tej okazji. Czasem ukazują się publikacje, gdzie jakaś roślina spożywcza "odkrywana" jest jako trująca ponieważ zawiera związki, które mogą być szkodliwe. Na ogół nie podaje się ilości tych szkodliwych związków, wiadomo... Otóż wszystkie, naprawdę WSZYSTKIE warzywa i rośliny jadalne zawierają śladowe ilości trucizn. Tak, nawet jabłko i marchewka. Najmniej ich mają nasiona zbóż (z wyjątkiem tych nowoczesnych, bogatych w gluten). Stąd zjawisko "przejedzenia", kiedy po zjedzeniu większej ilości jakiegoś warzywa albo owocu "nie możemy już na niego patrzeć". Dlatego też najzdrowszy sposób odżywiania to taki, który jest jak najbardziej różnorodny i zawiera wszystkiego po trochu. W ten sposób szkodliwe związki nie kumulują się w organizmie.
Teraz wybaczcie, idę zbierać listki na przednówkową sałatkę. W ogrodzie zieleni się wysiana jesienią roszponka, szpinak i cebula siedmiolatka. Pokrzywy i inne zioła tez wystawiają pędy z ziemi. Mam nadzieję, że te witaminy dodadzą mi siły do pracy, bo coś ostatnio z tym nie najlepiej.
wtorek, 4 marca 2014
Krecia robota i mleczko od krowy
Od dwóch dni doprowadzam do porządku nasz sad, w którym krety zrobiły makietę Himalajów. Trzeba te wszystkie górki rozgrabić i to zanim trawa zacznie rosnąć. Wcześniej były zamarznięte, ale teraz już zmiękły i dają się splantować grabiami. Co ciekawe są tylko w części sadu, druga część jest prawie od nich wolna. Co jeszcze dziwniejsze - ta wolna od kretowisk część ma o wiele lepszą ziemię. Granica przebiega prawie dokładnie wzdłuż ścieżki prowadzącej nad staw i sznurka, wyznaczjącego pastwisko dla owiec. Tam, gdzie pasą się częściej, kretów nie ma. Takie to filozoficzne rozważania o kreciej naturze prowadziłam nad grabiami.
Nic więcej nie mogę w tej chwili robić - zimno, przejmujący wiatr, rano biały szron. Ani kwitnące przebiśniegi i pierwsze krokusy, ani żurawie pasące się na polach tego nie zmienią. Jak mówi nasz sąsiad: "Jeszcze wiosną nie pachnie..."
Dzięki mojej uroczej sąsiadce Gosi, właścicielce przemiłego pensjonatu "Leśny Dworek", a mojej koleżance, poznałam w końcu w sąsiedniej wsi ludzi, od których mogę kupić wspaniałe mleko prosto od krowy, śmietanę taką, że nożem można ją kroić i pyszne serki. Bo miałam dylemat: mieszkając wśród krowich potentatów (po 30-40 krów) nie miałam skąd brać dobrego mleka. Dlaczego? Po pierwsze - podpisują z mleczarnią jakiś kontrakt, że nikomu nie będą sprzedawać. Po drugie - karmią krowy śmierdzącą sianokiszonką i mleko jedzie jak nie wiadomo co. Po trzecie - od razu dodają coś do tego mleka, żeby nie kisło i nie można go na zsiadłe nastawić. Po czwarte - dojarki myją mocno agresywnymi środkami chemicznymi i mam wrażenie, że nawet mimo płukania, czuć te środki w ich mleku. Czyli byliśmy podobni do rozbitków na oceanie, którzy mają pełno wody wkoło, a napić się nie mogą. A teraz znaleźliśmy przemiłych gospodarzy, co mają tylko dwie krówki i doją je dla siebie, a karmią sianem, marchewką i osypką. Mniam, jakie pyszne to wszystko, co od nich mam... Szkoda, że nie mogę Was poczęstować....
A w Leśnym Dworku przed Wielkanocą odbędzie się staż pieczenia chleba, robienia serów podpuszczkowych i przygotowywania tradycyjnych potraw wielkanocnych. Oczywiście tam będę, dawno już chciałam nauczyć się robić sery podpuszczkowe. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to można skontaktować się z Gosią pod tel. 512 479 870 lub Joanną (organizatorka warsztatów) 505 061 237.
Nic więcej nie mogę w tej chwili robić - zimno, przejmujący wiatr, rano biały szron. Ani kwitnące przebiśniegi i pierwsze krokusy, ani żurawie pasące się na polach tego nie zmienią. Jak mówi nasz sąsiad: "Jeszcze wiosną nie pachnie..."
Dzięki mojej uroczej sąsiadce Gosi, właścicielce przemiłego pensjonatu "Leśny Dworek", a mojej koleżance, poznałam w końcu w sąsiedniej wsi ludzi, od których mogę kupić wspaniałe mleko prosto od krowy, śmietanę taką, że nożem można ją kroić i pyszne serki. Bo miałam dylemat: mieszkając wśród krowich potentatów (po 30-40 krów) nie miałam skąd brać dobrego mleka. Dlaczego? Po pierwsze - podpisują z mleczarnią jakiś kontrakt, że nikomu nie będą sprzedawać. Po drugie - karmią krowy śmierdzącą sianokiszonką i mleko jedzie jak nie wiadomo co. Po trzecie - od razu dodają coś do tego mleka, żeby nie kisło i nie można go na zsiadłe nastawić. Po czwarte - dojarki myją mocno agresywnymi środkami chemicznymi i mam wrażenie, że nawet mimo płukania, czuć te środki w ich mleku. Czyli byliśmy podobni do rozbitków na oceanie, którzy mają pełno wody wkoło, a napić się nie mogą. A teraz znaleźliśmy przemiłych gospodarzy, co mają tylko dwie krówki i doją je dla siebie, a karmią sianem, marchewką i osypką. Mniam, jakie pyszne to wszystko, co od nich mam... Szkoda, że nie mogę Was poczęstować....
A w Leśnym Dworku przed Wielkanocą odbędzie się staż pieczenia chleba, robienia serów podpuszczkowych i przygotowywania tradycyjnych potraw wielkanocnych. Oczywiście tam będę, dawno już chciałam nauczyć się robić sery podpuszczkowe. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to można skontaktować się z Gosią pod tel. 512 479 870 lub Joanną (organizatorka warsztatów) 505 061 237.
piątek, 28 lutego 2014
Żywa gleba czy nawożenie
Mam wrażenie, że powinnam dokładnie określić mój stosunek do nawożenia. Otóż w zasadzie jestem zdecydowanie przeciwna wszelkiemu nawożeniu. To jest dość brutalna ingerencja w naturalne życie ogrodu, na ogół nie dająca nic dobrego. Mam na myśli nawożenie także środkami naturalnymi, jak gnój, gnojowica, gnojówki czy wszelkie napary.
W zasadzie uznaję je tylko w przypadku roślin w doniczkach, bo one i tak są w środowisku nienaturalnym. Czasem, ale rzadko, trzeba też naprawić błędy (jak posadzenie młodych drzewek w jałowej glebie), ale to są wyjątki.
Zamiast podlewać czy podsypywać, wolę traktować z szacunkiem tę delikatną strukturę, jaką jest gleba i pracować z nią nad poprawieniem jej właściwości. Zamiast przyklejać plasterek, wolę leczyć cały organizm. Stąd moje upodobanie do kompostu, wałów, ściółki - wszystkiego, co sprawia że CAŁY ekosystem staje się lepszy, a nie tylko doraźnie łata dziury.
Mamy glebę zbyt gliniastą? To zamiast nawozów dostarczmy jej piasku, torfu i dużo próchnicy. Mamy glebę zbyt piaszczystą? To dodajmy do niej gliny, węgla drzewnego i dużo, dużo próchnicy. Zamiast walić młotem gnojówek i nawozów - pozwólmy organizmom glebowym i naziemnym robić swoje. Pomóżmy im tylko, zamiast chcieć samemu ręcznie wszystko zmieniać. Jesteśmy za głupi i za mało wiemy, żeby to zrobić dobrze. Na ogół większość z nas nie stara się sama zbudować czy naprawić komputera, a w porównaniu z przyrodą jest on maszyną prymitywną i prościutką.
Natura, PRZYRODA, jest kimś delikatnym i nieskończenie skomplikowanym, więc nie z młotem i łopatą, ale delikatnie, z czułością. Wszystkie żyjące organizmy, naziemne, podziemne i powietrzne, oraz minerał, woda, powietrze, światło, cały Kosmos są ze sobą powiązane miriadami niezwykłych powiązań i współzależności, chcą pracować, dążąc do coraz bujniejszego rozkwitu. Tymczasem my włazimy ze swoimi wielkimi buciorami jak słoń do składu porcelany i uważając, że wiemy lepiej, zrywamy i niszczymy te powiązania.
A może by tak porzucić postawę pana i władcy, co to "lepiej wie", a zacząć być bardziej współpracownikiem i uczniem?
Wynika stąd jeszcze jeden wniosek: należy obserwować uważnie. Nie ma jednej dobrej recepty na wszystko. Każdy ogród jest inny, pogoda jest inna. Trzeba być elastycznym, adaptować się, naśladować naturę.
My, ludzie, lubimy panować i gwałcić, lubimy dominować. Nic dobrego nam to jednak nie dało. Dlatego może teraz kolej na trochę pokory? Bóg czy inne siły umieściły nas we Wszechświecie, który jest jedną wielką szkołą dla nas. Zacznijmy więc się uczyć. Do czego doprowadza społeczeństwo chęć dominowania i posiadania, to doskonale widać - zatrute ziemie, zatruta woda, trujące powietrze, żywność, ubrania. Na szczęście są pewne iskierki światła w tym chaosie. Wróćmy więc i my do Ziemi, jak do kochającej i kochanej Matki i pracujmy razem z nią, uczmy się od niej. Ona naprawdę sama sobie świetnie poradzi, tylko pomóżmy jej, dajmy szansę. Naśladujmy ściółkę leśną, robiąc kompost i ściółkując. Poznajmy naturę sadzonych roślin i ich pochodzenie - jedne są ze stepów, inne z lasów, jedne z gór, inne z moczarów, jedne potrzebują ciepła, inne nie. Wiadomo, że ich wymagania będą różne. Dostosujmy uprawiane rośliny do naszego pola czy ogrodu, do naszego klimatu, a nie odwrotnie. Sadźmy drzewa iglaste i jałowce obok drzew owocowych - one zapewnią im ochronę. Wprowadźmy zwierzęta trawożerne, bo one są konieczne w obiegu materii. Zaprośmy ptaki. A przede wszystkim: obserwujmy i wyciągajmy wnioski.
W zasadzie uznaję je tylko w przypadku roślin w doniczkach, bo one i tak są w środowisku nienaturalnym. Czasem, ale rzadko, trzeba też naprawić błędy (jak posadzenie młodych drzewek w jałowej glebie), ale to są wyjątki.
Zamiast podlewać czy podsypywać, wolę traktować z szacunkiem tę delikatną strukturę, jaką jest gleba i pracować z nią nad poprawieniem jej właściwości. Zamiast przyklejać plasterek, wolę leczyć cały organizm. Stąd moje upodobanie do kompostu, wałów, ściółki - wszystkiego, co sprawia że CAŁY ekosystem staje się lepszy, a nie tylko doraźnie łata dziury.
Mamy glebę zbyt gliniastą? To zamiast nawozów dostarczmy jej piasku, torfu i dużo próchnicy. Mamy glebę zbyt piaszczystą? To dodajmy do niej gliny, węgla drzewnego i dużo, dużo próchnicy. Zamiast walić młotem gnojówek i nawozów - pozwólmy organizmom glebowym i naziemnym robić swoje. Pomóżmy im tylko, zamiast chcieć samemu ręcznie wszystko zmieniać. Jesteśmy za głupi i za mało wiemy, żeby to zrobić dobrze. Na ogół większość z nas nie stara się sama zbudować czy naprawić komputera, a w porównaniu z przyrodą jest on maszyną prymitywną i prościutką.
Natura, PRZYRODA, jest kimś delikatnym i nieskończenie skomplikowanym, więc nie z młotem i łopatą, ale delikatnie, z czułością. Wszystkie żyjące organizmy, naziemne, podziemne i powietrzne, oraz minerał, woda, powietrze, światło, cały Kosmos są ze sobą powiązane miriadami niezwykłych powiązań i współzależności, chcą pracować, dążąc do coraz bujniejszego rozkwitu. Tymczasem my włazimy ze swoimi wielkimi buciorami jak słoń do składu porcelany i uważając, że wiemy lepiej, zrywamy i niszczymy te powiązania.
A może by tak porzucić postawę pana i władcy, co to "lepiej wie", a zacząć być bardziej współpracownikiem i uczniem?
Wynika stąd jeszcze jeden wniosek: należy obserwować uważnie. Nie ma jednej dobrej recepty na wszystko. Każdy ogród jest inny, pogoda jest inna. Trzeba być elastycznym, adaptować się, naśladować naturę.
My, ludzie, lubimy panować i gwałcić, lubimy dominować. Nic dobrego nam to jednak nie dało. Dlatego może teraz kolej na trochę pokory? Bóg czy inne siły umieściły nas we Wszechświecie, który jest jedną wielką szkołą dla nas. Zacznijmy więc się uczyć. Do czego doprowadza społeczeństwo chęć dominowania i posiadania, to doskonale widać - zatrute ziemie, zatruta woda, trujące powietrze, żywność, ubrania. Na szczęście są pewne iskierki światła w tym chaosie. Wróćmy więc i my do Ziemi, jak do kochającej i kochanej Matki i pracujmy razem z nią, uczmy się od niej. Ona naprawdę sama sobie świetnie poradzi, tylko pomóżmy jej, dajmy szansę. Naśladujmy ściółkę leśną, robiąc kompost i ściółkując. Poznajmy naturę sadzonych roślin i ich pochodzenie - jedne są ze stepów, inne z lasów, jedne z gór, inne z moczarów, jedne potrzebują ciepła, inne nie. Wiadomo, że ich wymagania będą różne. Dostosujmy uprawiane rośliny do naszego pola czy ogrodu, do naszego klimatu, a nie odwrotnie. Sadźmy drzewa iglaste i jałowce obok drzew owocowych - one zapewnią im ochronę. Wprowadźmy zwierzęta trawożerne, bo one są konieczne w obiegu materii. Zaprośmy ptaki. A przede wszystkim: obserwujmy i wyciągajmy wnioski.
czwartek, 27 lutego 2014
Sadzenie i nawożenie drzewek i krzewów
Ziemia u nas słabiutka, więc na początku sadziliśmy drzewka w tzw. dole romańskim. Czyli wykopywaliśmy duży dół i napełnialiśmy go dobrą, kompostową ziemią. Niestety, krety i inne gryzonie ciągnęły jak do miodu do tych dołów i podkopywały ukochane drzewka, tak, że albo trzeba było bez przerwy czuwać i przesadzać, albo drzewka padały.
Dlatego teraz robimy inaczej. Sadzimy drzewka w ziemię, jaka jest. Wokół pnia robimy zagłębienie, które służy do podlewania. Bo w pierwszym roku, a czasem też w drugim, w czasie suszy trzeba drzewka podlewać. Mają one maleńką bryłę korzeniową, często uszkodzoną i nie mogą sięgnąć po wodę w głąb. Jeśli jest sucho, to raz na 4-7 dni trzeba wlać tak ze 30 litrów wody, a nawet więcej.
Przed posadzeniem, jeśli kupimy drzewa z nagimi korzeniami, to je pralinujemy. Pralina dla drzewek to nie cukierek, ale błotko z gliny i krowiego obornika, takie o konsystencji śmietany. Zanurzamy w nim korzenie na kilka godzin, następnie sadzimy w przygotowanym dołku, udeptujemy i obficie podlewamy.
Dopiero potem "dożywiamy" drzewko czy krzak, rozkładając wokół niego obficie ściółkę, ale nie przy samym pniu (to ważne!), zostawiamy wolną kuwetę do podlewania. Ściółkę rozkładamy grubym pierścieniem w odległości ok. pół metra od pnia. Nawet jeśli krety i norniki pod nią ryją, ro nie wykorzenią nam sadzonki. Spokojnie, substancje odżywcze dotrą do korzeni, albo korzenie dotrą do nich. Kiedyś ułożyłam kompost pod drzewem i kiedy go wybierałam, to zauważyłam, że jest poprzerastany korzeniami tegoż drzewa. W tym miejscu korzenie rosły do góry, bo "zwęszyły" dobre jedzonko!
Jeśli przez pierwszy rok czy dwa drzewka rosną słabo, to nie martwmy się. Jeśli tylko mają wodę i ziemię, a żadnej widocznej choroby czy objawów usychania, to jest to normalne. One na ogół przez pierwsze trzy lata pracują w podziemiu, rozwijając korzenie. Dopiero potem wystrzelają w górę.
Czasem mamy drzewko już podrośnięte i chcemy mu dać porządną dawkę nawozu, bo marniutkie jest. Wtedy na obrzeżach korony, nieco dalej, niż sięgają gałęzie, wykopujemy kilka dołków. Ilość jest różna, od 2 do 10, w zależności od wielkości drzewa. Dołki są niewielkie, ale głębokie co najmniej na pół metra. Wypełniamy je obornikiem i na powrót przykrywamy darnią. Krety mogą sobie kopać - korzeniom nie zaszkodzą, a drzewko samo znajdzie cieniutkimi korzonkami tę stołówkę.
Po paru latach, kiedy kuweta wokół pnia nie jest już potrzebna, zasypujemy ją i pozwalamy wyrosnąć trawie i ziołom.
Często w tych kuwetach sadzę rośliny, które chronią drzewa owocowe przed chorobami i szkodnikami. Jest to chrzan, czosnek, wrotycz, szczypiorek i aksamitki. Niektórzy dorzucają jeszcze nasturcje, jako rośliny pułapkowe dla mszyc. Takie młode drzewko pośrodku takiej rabaty wygląda prześlicznie. A wydzielane przez rośliny towarzyszące substancje powoli, w sposób naturalny, chronią je przed szkodnikami i chorobami. Służą też za pełnowartościową ściółkę, zapewniającą ziemi temperaturę i wilgotność.
Dlatego teraz robimy inaczej. Sadzimy drzewka w ziemię, jaka jest. Wokół pnia robimy zagłębienie, które służy do podlewania. Bo w pierwszym roku, a czasem też w drugim, w czasie suszy trzeba drzewka podlewać. Mają one maleńką bryłę korzeniową, często uszkodzoną i nie mogą sięgnąć po wodę w głąb. Jeśli jest sucho, to raz na 4-7 dni trzeba wlać tak ze 30 litrów wody, a nawet więcej.
Przed posadzeniem, jeśli kupimy drzewa z nagimi korzeniami, to je pralinujemy. Pralina dla drzewek to nie cukierek, ale błotko z gliny i krowiego obornika, takie o konsystencji śmietany. Zanurzamy w nim korzenie na kilka godzin, następnie sadzimy w przygotowanym dołku, udeptujemy i obficie podlewamy.
Dopiero potem "dożywiamy" drzewko czy krzak, rozkładając wokół niego obficie ściółkę, ale nie przy samym pniu (to ważne!), zostawiamy wolną kuwetę do podlewania. Ściółkę rozkładamy grubym pierścieniem w odległości ok. pół metra od pnia. Nawet jeśli krety i norniki pod nią ryją, ro nie wykorzenią nam sadzonki. Spokojnie, substancje odżywcze dotrą do korzeni, albo korzenie dotrą do nich. Kiedyś ułożyłam kompost pod drzewem i kiedy go wybierałam, to zauważyłam, że jest poprzerastany korzeniami tegoż drzewa. W tym miejscu korzenie rosły do góry, bo "zwęszyły" dobre jedzonko!
Jeśli przez pierwszy rok czy dwa drzewka rosną słabo, to nie martwmy się. Jeśli tylko mają wodę i ziemię, a żadnej widocznej choroby czy objawów usychania, to jest to normalne. One na ogół przez pierwsze trzy lata pracują w podziemiu, rozwijając korzenie. Dopiero potem wystrzelają w górę.
Czasem mamy drzewko już podrośnięte i chcemy mu dać porządną dawkę nawozu, bo marniutkie jest. Wtedy na obrzeżach korony, nieco dalej, niż sięgają gałęzie, wykopujemy kilka dołków. Ilość jest różna, od 2 do 10, w zależności od wielkości drzewa. Dołki są niewielkie, ale głębokie co najmniej na pół metra. Wypełniamy je obornikiem i na powrót przykrywamy darnią. Krety mogą sobie kopać - korzeniom nie zaszkodzą, a drzewko samo znajdzie cieniutkimi korzonkami tę stołówkę.
Po paru latach, kiedy kuweta wokół pnia nie jest już potrzebna, zasypujemy ją i pozwalamy wyrosnąć trawie i ziołom.
Często w tych kuwetach sadzę rośliny, które chronią drzewa owocowe przed chorobami i szkodnikami. Jest to chrzan, czosnek, wrotycz, szczypiorek i aksamitki. Niektórzy dorzucają jeszcze nasturcje, jako rośliny pułapkowe dla mszyc. Takie młode drzewko pośrodku takiej rabaty wygląda prześlicznie. A wydzielane przez rośliny towarzyszące substancje powoli, w sposób naturalny, chronią je przed szkodnikami i chorobami. Służą też za pełnowartościową ściółkę, zapewniającą ziemi temperaturę i wilgotność.
wtorek, 25 lutego 2014
Międzyczas i miód na sercu
U nas trwa międzyczas - już nie zima, a jeszcze nie wiosna. Wprawdzie bazie i przebiśniegi rozkwitły, ptaki się drą, żurawie też, ale ziemia jeszcze zamarznięta i w cieniu płachty śniegu leżą. W dzień wierzchnia warstwa ziemi rozmarza i robi się błocko, nocą wszystko na nowo zamarza. Mam wrażenie, że ten międzyczas potrwa jeszcze dość długo.
Siedziałam ja sobie w dużym pokoju, dłubałam coś na tymiankową giełdę i jednym uchem słuchałam, co mąż w telewizji ogląda. I nagle miód na serducho: jakiś utytułowany mistrz kucharski, co to koronowanym głowom i innej śmietance potrawy przygotowuje, mówi z miłością o swoim warzywniku, który ma przy restauracji. Bo onaż, ta restauracja, nie w mieście, ale w pałacyku za miastem, z własnym ogrodem na zapleczu. Patrzę, a ten ogród takutki, jak nasze: trochę normalnych grządek, trochę podniesionych, jakieś skrzynki. Chwastów też pełno (u nich we Francji już prawdziwa wiosna, zwłaszcza w południowej części), ale pod kontrolą. A ten płacze prawie z zachwytu nad selerem z grządki (w łagodnym klimacie korzeniowe można przechowywać w ziemi), co to zaczął już listki puszczać. Jaki zapach! Jaka delikatność! On sobie w ogóle nie wyobraża, żeby potrawy mógł gotować z warzyw kupionych, nawet na targu. To nie to!
A potem komponował wiosenną sałatkę z chwastów. Akurat tak, jak ja robię co wiosny: trochę liści mlecza, trochę szczawiu, trochę podagrycznika i szczypiorku oraz co tam jeszcze jadalnego wyrosło.
Mistrzowska potrawa to tez nie żadne fiziu-miziu, tylko coś w rodzaju zapiekanki ze szparagów i ziemniaków z selerem. Ten wielki, utytułowany kucharz twierdzi, że główną tajemnicą jego kuchni jest to, że warzywa lądują na stole zaraz po zerwaniu. Oraz że są hodowane w sposób ekologiczny.
Ludzie, z tego wynika, że jesteśmy w awangardzie żywieniowej! Jedzmy jak koronowane głowy: prosto z grządki! Oni, ci różni bogacze, wiedzą, co jest zdrowe i dobre.
Uwaga: czas sadzenia właśnie się skończył dwa dni temu. Kto ma ochotę przestrzegać kalendarza biodynamicznego, lepiej zrobi, jeśli poczeka z siewami na następny czas sadzenia.
Siedziałam ja sobie w dużym pokoju, dłubałam coś na tymiankową giełdę i jednym uchem słuchałam, co mąż w telewizji ogląda. I nagle miód na serducho: jakiś utytułowany mistrz kucharski, co to koronowanym głowom i innej śmietance potrawy przygotowuje, mówi z miłością o swoim warzywniku, który ma przy restauracji. Bo onaż, ta restauracja, nie w mieście, ale w pałacyku za miastem, z własnym ogrodem na zapleczu. Patrzę, a ten ogród takutki, jak nasze: trochę normalnych grządek, trochę podniesionych, jakieś skrzynki. Chwastów też pełno (u nich we Francji już prawdziwa wiosna, zwłaszcza w południowej części), ale pod kontrolą. A ten płacze prawie z zachwytu nad selerem z grządki (w łagodnym klimacie korzeniowe można przechowywać w ziemi), co to zaczął już listki puszczać. Jaki zapach! Jaka delikatność! On sobie w ogóle nie wyobraża, żeby potrawy mógł gotować z warzyw kupionych, nawet na targu. To nie to!
A potem komponował wiosenną sałatkę z chwastów. Akurat tak, jak ja robię co wiosny: trochę liści mlecza, trochę szczawiu, trochę podagrycznika i szczypiorku oraz co tam jeszcze jadalnego wyrosło.
Mistrzowska potrawa to tez nie żadne fiziu-miziu, tylko coś w rodzaju zapiekanki ze szparagów i ziemniaków z selerem. Ten wielki, utytułowany kucharz twierdzi, że główną tajemnicą jego kuchni jest to, że warzywa lądują na stole zaraz po zerwaniu. Oraz że są hodowane w sposób ekologiczny.
Ludzie, z tego wynika, że jesteśmy w awangardzie żywieniowej! Jedzmy jak koronowane głowy: prosto z grządki! Oni, ci różni bogacze, wiedzą, co jest zdrowe i dobre.
Uwaga: czas sadzenia właśnie się skończył dwa dni temu. Kto ma ochotę przestrzegać kalendarza biodynamicznego, lepiej zrobi, jeśli poczeka z siewami na następny czas sadzenia.
sobota, 22 lutego 2014
Kompost dżdżownicowy
Mam takie wrażenie, że spodobał się Wam sok z dżdżownic. Dlaczego więc nie spróbować czegoś podobnego w skali maxi? Skoro już mamy dżdżownice?
Dżdżownice kalifornijskie (czyli po prostu "gnojarki") pracują w specyficzny sposób: rozkładają materię organiczną, posuwając się ku górze. Za sobą zostawiają wspaniały kompost, zawierający kilka do kilkuset razy więcej substancji odżywczych, niż dobra ziemia.
Zaletą takiego kompostu jest to, że nie musimy go przewracać ani pilnować temperatury. Możemy stopniowo dokładać do niego materiały, bez potrzeby budowania całego kopca za jednym zamachem.
Najprostszy sposób - to duża beczka bez dna, ustawiona w cieniu (żeby nie zgrillować naszych robaczków na słońcu). Najaktywniejsze są one w temperaturze od +18 do +30 stopni, w upał, podobnie jak w chłody - odpoczywają. Dobrze jest w takiej beczce porobić trochę otworów dla dopływu powietrza, zwłaszcza jeśli jest z plastyku. Dalej postępujemy, jak w hodowli dżdżownic w wiaderku - dajemy na dno drenaż z gałązek, na to wilgotne resztki organiczne i wypuszczamy dżdżownice. Potem tylko pilnujemy wilgotności i dokładamy systematycznie wszystko, co się nadaje do skompostowania: trawę, słomę, wyrwane chwasty, wilgotną tekturę w niedużych ilościach, nawóz zwierzęcy, nać, liście itp. Nieraz wydaje się, że beczka jest załadowana po brzegi, tymczasem po kilku-kilkunastu dniach wszystko opada i można znów dokładać. Ważne: beczka nie powinna mieć dna, żeby na dnie nie zbierała się woda i nie gniła. Trudno, szoczek dżdżownicowy pójdzie do ziemi, ale jaka dobra ziemia w tym miejscu będzie! A jak zasilone drzewo dające cień! Chyba, że jakiś majsterkowicz zrobi nam zbiornik pod beczką, dając jej dno z siatki, bardzo gęstej, żeby robaczki nie wypadły. Ale to już wyższa szkoła jazdy :)))
Trzeba uważać na świeżo skoszoną trawę z kosiarki - dokładać ją po trochu i lekko podsuszoną, bo inaczej zaparza się lub gnije i nici z kompostu.
Po paru miesiącach zdejmujemy delikatnie wierzchnią warstwę razem z żyjącymi w niej dżdżownicami, podnosimy beczkę i wybieramy kompost. Następnie zaczynamy od nowa.
Taka beczka jest fajna dla malutkich ogródków. Nie śmierdzi - kompostowanie to proces przebiegający z udziałem tlenu. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że gnije (proces beztlenowy), czyli że coś jest źle zrobione.
Ma jednak jedną wadę: zimą dżdżownice w beczce mogą wymrzeć, chyba że zakopią się w ziemi pod nią.
Dlatego polecam nieco większe kompostowniki - skrzynie zrobione z drewna lub murowane. W murowanych jedna strona powinna być otwarta, założona deskami, które możemy wyjąć, aby dobrać się do brunatnego złota.
A najlepsze są kompostowniki przedzielone na dwie części ażurową przegrodą. Ażurową dlatego, żeby dżdżownice i inne mikroorganizmy przedostawały się spokojnie z jednej strony na drugą.
W jednej połowie takiej podwójnej skrzyni robimy tak, jak w beczce, czyli wpuszczamy robaczki i stopniowo składamy wszelkie resztki roślinne oraz trochę nawozu zwierzęcego. Najlepszy jest od zwierząt trawożernych. Ptasi nawóz (kurzy, gołębi) trzeba wymieszać ze sporą ilością substancji pochłaniających azot (słoma, trociny) i porządnie zwilżyć.
Kiedy ta część skrzyni jest załadowana po brzegi (pamiętajmy, że opada), przykrywamy ją czymś przepuszczającym powietrze (stary chodnik, kawałek wykładziny, agrowłóknina, worki), a resztki zaczynamy składać po drugiej stronie ażurowej przegrody. Dżdżownice, kiedy skończy się im jedzonko, przejdą do niej same. A my za kompost!
To jest opcja dla sporego ogrodu, gdzie jest dużo materiałów organicznych do kompostowania.
My używamy fundamentów po suszarni tytoniu - raz składamy z jednej strony, następnie z drugiej. Okazały się idealne, rozkłada się w nich nawet perz. Wilgotność też jest idealna, tylko w czasie wielkiej suszy trochę podlewam.
Dżdżownice można: a) wygrzebać z kupy nawozu u znajomego koniarza, b) kupić w sklepie wędkarskim c) dostać ode mnie, o ile będzie ktoś w okolicy w ciepłym sezonie d) dostać od kogoś innego, kto ma. Można też zamówić przez internet, ale to drogo.
Nadmiar dżdżownic można wykorzystać jako karmę dla kur.
Dżdżownice kalifornijskie (czyli po prostu "gnojarki") pracują w specyficzny sposób: rozkładają materię organiczną, posuwając się ku górze. Za sobą zostawiają wspaniały kompost, zawierający kilka do kilkuset razy więcej substancji odżywczych, niż dobra ziemia.
Zaletą takiego kompostu jest to, że nie musimy go przewracać ani pilnować temperatury. Możemy stopniowo dokładać do niego materiały, bez potrzeby budowania całego kopca za jednym zamachem.
Najprostszy sposób - to duża beczka bez dna, ustawiona w cieniu (żeby nie zgrillować naszych robaczków na słońcu). Najaktywniejsze są one w temperaturze od +18 do +30 stopni, w upał, podobnie jak w chłody - odpoczywają. Dobrze jest w takiej beczce porobić trochę otworów dla dopływu powietrza, zwłaszcza jeśli jest z plastyku. Dalej postępujemy, jak w hodowli dżdżownic w wiaderku - dajemy na dno drenaż z gałązek, na to wilgotne resztki organiczne i wypuszczamy dżdżownice. Potem tylko pilnujemy wilgotności i dokładamy systematycznie wszystko, co się nadaje do skompostowania: trawę, słomę, wyrwane chwasty, wilgotną tekturę w niedużych ilościach, nawóz zwierzęcy, nać, liście itp. Nieraz wydaje się, że beczka jest załadowana po brzegi, tymczasem po kilku-kilkunastu dniach wszystko opada i można znów dokładać. Ważne: beczka nie powinna mieć dna, żeby na dnie nie zbierała się woda i nie gniła. Trudno, szoczek dżdżownicowy pójdzie do ziemi, ale jaka dobra ziemia w tym miejscu będzie! A jak zasilone drzewo dające cień! Chyba, że jakiś majsterkowicz zrobi nam zbiornik pod beczką, dając jej dno z siatki, bardzo gęstej, żeby robaczki nie wypadły. Ale to już wyższa szkoła jazdy :)))
Trzeba uważać na świeżo skoszoną trawę z kosiarki - dokładać ją po trochu i lekko podsuszoną, bo inaczej zaparza się lub gnije i nici z kompostu.
Po paru miesiącach zdejmujemy delikatnie wierzchnią warstwę razem z żyjącymi w niej dżdżownicami, podnosimy beczkę i wybieramy kompost. Następnie zaczynamy od nowa.
Taka beczka jest fajna dla malutkich ogródków. Nie śmierdzi - kompostowanie to proces przebiegający z udziałem tlenu. Jeśli śmierdzi, to znaczy, że gnije (proces beztlenowy), czyli że coś jest źle zrobione.
Ma jednak jedną wadę: zimą dżdżownice w beczce mogą wymrzeć, chyba że zakopią się w ziemi pod nią.
Dlatego polecam nieco większe kompostowniki - skrzynie zrobione z drewna lub murowane. W murowanych jedna strona powinna być otwarta, założona deskami, które możemy wyjąć, aby dobrać się do brunatnego złota.
A najlepsze są kompostowniki przedzielone na dwie części ażurową przegrodą. Ażurową dlatego, żeby dżdżownice i inne mikroorganizmy przedostawały się spokojnie z jednej strony na drugą.
W jednej połowie takiej podwójnej skrzyni robimy tak, jak w beczce, czyli wpuszczamy robaczki i stopniowo składamy wszelkie resztki roślinne oraz trochę nawozu zwierzęcego. Najlepszy jest od zwierząt trawożernych. Ptasi nawóz (kurzy, gołębi) trzeba wymieszać ze sporą ilością substancji pochłaniających azot (słoma, trociny) i porządnie zwilżyć.
Kiedy ta część skrzyni jest załadowana po brzegi (pamiętajmy, że opada), przykrywamy ją czymś przepuszczającym powietrze (stary chodnik, kawałek wykładziny, agrowłóknina, worki), a resztki zaczynamy składać po drugiej stronie ażurowej przegrody. Dżdżownice, kiedy skończy się im jedzonko, przejdą do niej same. A my za kompost!
To jest opcja dla sporego ogrodu, gdzie jest dużo materiałów organicznych do kompostowania.
My używamy fundamentów po suszarni tytoniu - raz składamy z jednej strony, następnie z drugiej. Okazały się idealne, rozkłada się w nich nawet perz. Wilgotność też jest idealna, tylko w czasie wielkiej suszy trochę podlewam.
Dżdżownice można: a) wygrzebać z kupy nawozu u znajomego koniarza, b) kupić w sklepie wędkarskim c) dostać ode mnie, o ile będzie ktoś w okolicy w ciepłym sezonie d) dostać od kogoś innego, kto ma. Można też zamówić przez internet, ale to drogo.
Nadmiar dżdżownic można wykorzystać jako karmę dla kur.
czwartek, 20 lutego 2014
Znowu sunia do adopcji
Tym razem nie u mnie, a u Mamalinki w okolicach Hajnówki. Oj, ma serce ta Mamalinka - psiakowi-przybłędzie, co jej kury podusił, uratowała życie. Wyrwała z pazurów bab z siekierami i wzięła do siebie. Teraz szuka dla niej domu, bo ona ma już 3 psiaki ze schroniska, więcej nie da rady. Zobaczcie, może któraś polubi te wiernie ślepki.
Po resztę wiadomości zajrzyjcie na jej blog "w lekkości myśli".
Wiadomość z ostatniej chwili: sunia została przygarnięta przez Ori z Domu Tymianka. Jest tylko problem transportu z Hajnówki w okolice Warszawy. Może ktoś będzie tamtędy jechał?
Po resztę wiadomości zajrzyjcie na jej blog "w lekkości myśli".
Wiadomość z ostatniej chwili: sunia została przygarnięta przez Ori z Domu Tymianka. Jest tylko problem transportu z Hajnówki w okolice Warszawy. Może ktoś będzie tamtędy jechał?
wtorek, 18 lutego 2014
Sok dżdżownicowy
Czasem potrzeba nam dobrego, płynnego nawozu do podlewania np. roślin w pojemnikach lub nawet tych w warzywniku, kiedy mamy słabą ziemię. Ważne jest, aby nawóz ten zawierał w miarę możliwości wszystkie potrzebne roślinom elementy i to dobrze zbilansowane. No i żeby był ekologiczny.
Bardzo dobrym nawozem jest ten, wyprodukowany przez dżdżownice kalifornijskie. Można go mieć praktycznie za darmo, wystarczy garść dżdżownic i dwa pojemniki (najlepiej plastykowe), np. dwa wiadra z odzysku.
Uwaga: dżdżownice, które ryją w ziemi, nie nadają się do tego. Natomiast te, które możemy znaleźć w kupie nawozu lub kompoście - jak najbardziej. Różnią się one od tych "ziemnych" ciemniejsza barwą (są bardziej czerwonawe) oraz na ogół wielkością (są trochę mniejsze, ale to nie jest reguła). Dżdżownice kalifornijskie podążają do góry w poszukiwaniu nowego pokarmu, zostawiając pod sobą ten już "przerobiony", natomiast ziemne wyłażą w nocy na powierzchnię, a potem zagrzebują się głęboko w ziemi.
W jednym pojemniku przebijamy w dnie sporo otworów i napełniamy go jedzonkiem dla dżdżownic, czyli drobnymi resztkami organicznymi (trawa, siano, drobno pocięte obierki, liście). Porządnie zwilżamy to wszystko. Kiedy nadmiar wody wycieknie, wpuszczamy do pojemnika dżdżownice i stawiamy go na tym drugim, całym. Pożywienie powinno być jak najbardziej rozdrobnione, bo nasze robaczki zębów nie mają i dużych kawałków nie pogryzą.
Dżdżownice z radością przystąpią do konsumowania żarełka, zmieniając je na kompost, a sok z tego kompostu będzie ściekał do pojemnika na dole. Ten sok, po rozcieńczeniu, jest doskonałym, zbilansowanym nawozem naturalnym.
Hodowla dżdżownic powinna stać w miejscu zacienionym, przykryta gęstą siatką lub luźną, przepuszczającą powietrze, przykrywą. Trzeba codziennie uzupełniać dawkę pokarmu i zwilżać zawartość wiadra, która stale powinna być wilgotna jak wyżęta szmatka. Nie należy ich trzymać w domu, najlepiej w ogrodzie, koniecznie W CIENIU (np. przy północnej ścianie).
Nie wydziela ona nieprzyjemnego zapachu, poza lekkim odorem pleśni, która jest tam nawet pożądana, bo zmiękcza pokarm.
Ten "sok dżdżownicowy" sprzedawany jest w sklepach pod nazwą "Biohumus" i kosztuje dość drogo. W ciągu jednego sezonu możemy mieć go kilka litrów, na dodatek wiaderko kompostu. Uzywamy go do podlewania, mocno rozcieńczony wodą. Mniej więcej 1:10.
Po zakończonej pracy wypuszczamy dżdżownice do kompostu, gdzie sobie przezimują zakopane w ziemi.
Bardzo dobrym nawozem jest ten, wyprodukowany przez dżdżownice kalifornijskie. Można go mieć praktycznie za darmo, wystarczy garść dżdżownic i dwa pojemniki (najlepiej plastykowe), np. dwa wiadra z odzysku.
Uwaga: dżdżownice, które ryją w ziemi, nie nadają się do tego. Natomiast te, które możemy znaleźć w kupie nawozu lub kompoście - jak najbardziej. Różnią się one od tych "ziemnych" ciemniejsza barwą (są bardziej czerwonawe) oraz na ogół wielkością (są trochę mniejsze, ale to nie jest reguła). Dżdżownice kalifornijskie podążają do góry w poszukiwaniu nowego pokarmu, zostawiając pod sobą ten już "przerobiony", natomiast ziemne wyłażą w nocy na powierzchnię, a potem zagrzebują się głęboko w ziemi.
W jednym pojemniku przebijamy w dnie sporo otworów i napełniamy go jedzonkiem dla dżdżownic, czyli drobnymi resztkami organicznymi (trawa, siano, drobno pocięte obierki, liście). Porządnie zwilżamy to wszystko. Kiedy nadmiar wody wycieknie, wpuszczamy do pojemnika dżdżownice i stawiamy go na tym drugim, całym. Pożywienie powinno być jak najbardziej rozdrobnione, bo nasze robaczki zębów nie mają i dużych kawałków nie pogryzą.
Dżdżownice z radością przystąpią do konsumowania żarełka, zmieniając je na kompost, a sok z tego kompostu będzie ściekał do pojemnika na dole. Ten sok, po rozcieńczeniu, jest doskonałym, zbilansowanym nawozem naturalnym.
Hodowla dżdżownic powinna stać w miejscu zacienionym, przykryta gęstą siatką lub luźną, przepuszczającą powietrze, przykrywą. Trzeba codziennie uzupełniać dawkę pokarmu i zwilżać zawartość wiadra, która stale powinna być wilgotna jak wyżęta szmatka. Nie należy ich trzymać w domu, najlepiej w ogrodzie, koniecznie W CIENIU (np. przy północnej ścianie).
Nie wydziela ona nieprzyjemnego zapachu, poza lekkim odorem pleśni, która jest tam nawet pożądana, bo zmiękcza pokarm.
Ten "sok dżdżownicowy" sprzedawany jest w sklepach pod nazwą "Biohumus" i kosztuje dość drogo. W ciągu jednego sezonu możemy mieć go kilka litrów, na dodatek wiaderko kompostu. Uzywamy go do podlewania, mocno rozcieńczony wodą. Mniej więcej 1:10.
Po zakończonej pracy wypuszczamy dżdżownice do kompostu, gdzie sobie przezimują zakopane w ziemi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















