Jakoś tak jest, że nigdy nie udaje mi się mieć szpinaku z wiosennych siewów, rośnie marnie i prawie od razu wybija w kwiaty. Mimo to z uporem maniaka co wiosny wysiewam go trochę, bo może w tym roku będzie lepiej? Niestety, ciepło pozwalające na siew przychodzi u nas zbyt późno, kiedy już dni są długie, a szpinaczek, jako roślina długiego dnia, posłuszny swojej naturze, od razu daje w kwiaty. Taka jego uroda i muszę się do tego przyzwyczaić.
Za to mam przepiękne szpinaki z siewu letniego i jesiennego. Ten pierwszy daje plony jesienią, ten drugi kiełkuje jesienią i wczesną wiosną rośnie jak szalony. Dlatego zachęcam Was do wysiewania pierwszej partii szpinaku pod koniec lipca, następnej we wrześniu lub nawet październiku. W zeszłym roku wysiane w lipcu rosły u mnie tak bujnie, że miałam wiadro liści z jednego tylko krzaczka.
Nawet jeśli ktoś zniechęcił się wiosennym niepowodzeniem, to radzę spróbować. Więcej jest szans, że się uda. Tym bardziej, że po zebraniu wczesnych warzyw zostają nam miejsca na grządkach, które można w ten sposób zagospodarować. No i szpinak jest rośliną, która jest dobrym lub neutralnym sąsiedztwem dla prawie wszystkich warzyw.
Ąby były piękne i bujne, potrzebują dobrej, bogatej ziemi. Najlepsze są zeszłoroczne wały albo grządki użyźnione sporą dawką dobrze dojrzałego kompostu. Szpinak jest też jedną z roślin wrażliwych na odpowiednie dni siewu. Oczywiście, należy go siać w dniach liścia! Wysiany w dzień kwiatu z łatwością wybija w pędy kwiatowe. W tym miesiącu sprzyjające dni to 24, 25 i 26 (do godz.16). Te same dni są też dobre do wysiewu sałaty.
Można też wysiać rzodkiewkę, rzepę i późne buraczki w dniach: 29,30 i 31 (do godz.17). Takie buraczki dobrze nadają się do przechowywania albo do kwaszenia, są niewielkie, ale mają skoncentrowany sok i wiele witamin.
Jeśli ktoś lubi zielony groszek, to też można spróbować letniego siewu w dniach: 26 (po godz.17), 27 oraz 28 po południu (ranem nie należy pracować w ogrodzie). Nie zawsze się udaje, ale jeśli już się uda, to są to delicje.
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
sobota, 12 lipca 2014
piątek, 4 lipca 2014
Myślenie ekologiczne czyli nie jestem dyktatorem
Wiele osób myśli, że uprawa ekologiczna to to samo, co uprawy tradycyjne, tylko bez chemii. Stąd wielkie zapotrzebowanie na forach ogrodniczych na ekologiczne nawozy i opryski. Tymczasem jest to zupełnie inne podejście do Ziemi, do jej praw i naszego miejsca w porządku świata.
Założenia tradycyjnego podejścia, to całkowita dominacja człowieka nad wszystkim - ziemią, pogodą, strefą klimatyczną... Jeśli ziemia nie chce rodzić tego, co ja sobie założyłem, to trzeba ją okiełzać, zmusić, wręcz zgwałcić. Jeśli pojawiają się choroby i spadek plonów - to trzeba dać więcej nawozów, oprysków, wody itp. Jakie są skutki - wszyscy widzą. Postępująca erozja i śmierć gleb, wysokie koszty, niewolnicze uzależnienie od koncernów produkujących odżywki i opryski. Zatrucie wód gruntowych, rzek, jezior i mórz... Bezsensem jest uprawa zbóż - roślin suchych stepów w klimacie lasów tropikalnych, przy dużej ilości opadów i szybkiej erozji gleb. Podobnie uprawa szparagów lubiących piasek w ciężkich, gliniastych glebach. Herezją jest idea wielkich monokultur, skoro wiemy dziś o współdziałaniu roślin ze sobą i ich wzajemnej współzależności.
Tymczasem podejście ekologiczne to przede wszystkim współdziałanie. To delikatna poprawa środowiska naturalnego w tym kierunku, jaki jest dla niego i dla nas najlepszy. Zaczyna się od poznania gleby i klimatu, następnie od zastanowienia się, jakie uprawy nadają się dla nas najlepiej i jakie warunki trzeba im stworzyć. Należy też unikać dużych przestrzeni obsianych czy obsadzonych jednym gatunkiem. W przyrodzie monokultura nie istnieje.
Należy poznać wymagania glebowe rośliny, którą chcemy posadzić, środowisko, z jakiego pochodzi. To pomoże nam zdefiniować jej potrzeby.
Na Zachodzie wracają zadrzewienia śródpolne, żywopłoty i pasy drzew owocowych wśród pól. Postępujmy podobnie na naszej ziemi.
Sprawa jest względnie prosta, kiedy chodzi o niewielki warzywnik. Tam, z oczywistych względów, monokultura jest niemożliwa. Sprawy komplikują się jednak, kiedy chcemy zasadzić większą plantację.
Pewna znajoma zasadziła około hektara borówki amerykańskiej. Ziemia jest młoda, polodowcowa. Została zakwaszona głównie środkami w płynie. Między rzędami borówki są pasma trawy. Nawet założono nawadnianie. A jednak krzewy nie chcą rosnąć. Właściciele przemyśliwają nawet odejście od ekologii. Gdzie popełniono błąd?
Przyjrzyjmy się samej borówce. Amerykańska, czy nie - jest rośliną leśną, rosnącą pod osłoną wysokich drzew, w środowisku przesyconym parą wodną. Współpracuje, za pośrednictwem grzybów, z korzeniami drzew iglastych. Tutaj nagle znajduje się na odkrytym terenie, w nieprzyjaznej glebie (zakwaszanie chemiczne burzy naturalny porządek gleb, nie dając nic w zamian), wystawiona na wiatry i słońce.
Błędy popełniono już przy założeniu, ale trudno, trzeba ratować to, co się da. Jest na to kilka sposobów, które trzeba praktykować łącznie. I wiedzieć, że na rezultat należy poczekać.
Pierwszą rzeczą, najpilniejszą, jest postaranie się o dużą ilość gałązek sosnowych i świerkowych - to żaden problem, po prostu trzeba pojechać przyczepą na najbliższą porębę. A trzeba będzie tego naprawdę dużo na taką wielką plantację. Następnie czeka nas wyprawa do tartaku po trociny lub zrębki, albo oba naraz. W tym wypadku przydatne są bardzo trociny z drzew iglastych. Przydatny też jest gnój albo zielone skoszone (trawa, rośliny motylkowe, liście i inne). Trzeba to wszystko razem zemleć, zwłaszcza gałęzie z poręby i grubo wyścielić pod krzewami, co najmniej na 30 centymetrów. Przy takiej plantacji to masa roboty, dobrze by było wypożyczyć ogromną maszynę, jaką czasem mają drogowcy. Jednak tylko za taką cenę możemy zapewnić krzewom sprzyjające środowisko dla korzeni.
Następnie: jak najszybciej posadzić żywopłot z drzew i krzewów iglastych, głównie świerka, sosny i jałowca. Jednak to nie wystarczy, oddziaływanie żywopłotu jest równe mniej więcej wysokości drzew, czyli dociera tylko w najbliższym sąsiedztwie. Dlatego na samej plantacji trzeba posadzić te same drzewa i krzewy, albo w postaci pasów, albo zastępując nimi umarłe krzewy borówki i tworząc taki luźny, świetlisty las. Jeśli ktoś chce uzyskać maksymalny zysk, to te pasy iglaków można potraktować jako plantację choinek i następnie wycinać, zostawiając co 20 metrów jedno drzewo "do rośnięcia", a wycięte zastępując nowymi.
Ściółka powinna działać prawie natychmiast, polepszając stan gleby. Pomalutku wprowadzą się pożyteczne mikroorganizmy i grzyby. Już w przyszłym roku rezultaty powinny być widoczne. Natomiast drzewa zaczną działać dopiero za kilka lat, ale już niedługo po posadzeniu będą przywabiać potrzebne nam zwierzęta i owady.
Gleba zostanie lekko zakwaszona ściółką i to na trwale. Wtedy regularne i delikatne dokwaszanie środkami w płynie pomoże utrzymać ten stan.
Pozostaje uzupełniać ściółkę najpierw co roku, potem coraz rzadziej, stopniowo. Opadające z drzew igły i liście krzewów przejmą tę rolę.
Jednak najlepiej jest NAJPIERW przygotować przyjazne środowisko, a potem dopiero sadzić krzewy lub drzewa.
Wniosek: nie należy przenosić metod gospodarki rabunkowej rolnictwa chemicznego do gospodarstw ekologicznych, ale szukać zupełnie innych dróg.
Wniosek drugi: materia organiczna, pod jakąkolwiek postacią, jest największym skarbem mądrego ogrodnika i rolnika, dostępnym wszędzie i odnawialnym.
Wniosek trzeci: trzeba dobrze znać wymagania roślin, które sadzimy, wiedzieć, w jakim klimacie i w jakim sąsiedztwie czują się najlepiej i w miarę możności zadbać o to, by warunki ich życia były zbliżone do naturalnych.
Wtedy na trwale uciekniemy od chemii, a co więcej - będziemy mieć samoodnawiającą się plantację zdrowych roślin, piękną i dla oka i dla ducha przy niewielkim nakładzie pracy.
Jeszcze dwie uwagi: w ściółce, każdej ściółce, należy zwracać uwagę na równowagę resztek bogatych w węgiel ( drewno, słoma) a tych bogatych w azot (wszystko, co zielone, obornik). Inaczej zrębki czy trociny zaczną nam na początku rozkładu wyciągać azot z gleby. Dopiero w zaawansowanym stadium rozkładu uwalniają zawarty w sobie azot. A druga to, żeby ściółkować szeroko, na cały zasięg korzeni - czyli prawie na podwójną wysokość roślin z każdej strony.
Założenia tradycyjnego podejścia, to całkowita dominacja człowieka nad wszystkim - ziemią, pogodą, strefą klimatyczną... Jeśli ziemia nie chce rodzić tego, co ja sobie założyłem, to trzeba ją okiełzać, zmusić, wręcz zgwałcić. Jeśli pojawiają się choroby i spadek plonów - to trzeba dać więcej nawozów, oprysków, wody itp. Jakie są skutki - wszyscy widzą. Postępująca erozja i śmierć gleb, wysokie koszty, niewolnicze uzależnienie od koncernów produkujących odżywki i opryski. Zatrucie wód gruntowych, rzek, jezior i mórz... Bezsensem jest uprawa zbóż - roślin suchych stepów w klimacie lasów tropikalnych, przy dużej ilości opadów i szybkiej erozji gleb. Podobnie uprawa szparagów lubiących piasek w ciężkich, gliniastych glebach. Herezją jest idea wielkich monokultur, skoro wiemy dziś o współdziałaniu roślin ze sobą i ich wzajemnej współzależności.
Tymczasem podejście ekologiczne to przede wszystkim współdziałanie. To delikatna poprawa środowiska naturalnego w tym kierunku, jaki jest dla niego i dla nas najlepszy. Zaczyna się od poznania gleby i klimatu, następnie od zastanowienia się, jakie uprawy nadają się dla nas najlepiej i jakie warunki trzeba im stworzyć. Należy też unikać dużych przestrzeni obsianych czy obsadzonych jednym gatunkiem. W przyrodzie monokultura nie istnieje.
Należy poznać wymagania glebowe rośliny, którą chcemy posadzić, środowisko, z jakiego pochodzi. To pomoże nam zdefiniować jej potrzeby.
Na Zachodzie wracają zadrzewienia śródpolne, żywopłoty i pasy drzew owocowych wśród pól. Postępujmy podobnie na naszej ziemi.
Sprawa jest względnie prosta, kiedy chodzi o niewielki warzywnik. Tam, z oczywistych względów, monokultura jest niemożliwa. Sprawy komplikują się jednak, kiedy chcemy zasadzić większą plantację.
Pewna znajoma zasadziła około hektara borówki amerykańskiej. Ziemia jest młoda, polodowcowa. Została zakwaszona głównie środkami w płynie. Między rzędami borówki są pasma trawy. Nawet założono nawadnianie. A jednak krzewy nie chcą rosnąć. Właściciele przemyśliwają nawet odejście od ekologii. Gdzie popełniono błąd?
Przyjrzyjmy się samej borówce. Amerykańska, czy nie - jest rośliną leśną, rosnącą pod osłoną wysokich drzew, w środowisku przesyconym parą wodną. Współpracuje, za pośrednictwem grzybów, z korzeniami drzew iglastych. Tutaj nagle znajduje się na odkrytym terenie, w nieprzyjaznej glebie (zakwaszanie chemiczne burzy naturalny porządek gleb, nie dając nic w zamian), wystawiona na wiatry i słońce.
Błędy popełniono już przy założeniu, ale trudno, trzeba ratować to, co się da. Jest na to kilka sposobów, które trzeba praktykować łącznie. I wiedzieć, że na rezultat należy poczekać.
Pierwszą rzeczą, najpilniejszą, jest postaranie się o dużą ilość gałązek sosnowych i świerkowych - to żaden problem, po prostu trzeba pojechać przyczepą na najbliższą porębę. A trzeba będzie tego naprawdę dużo na taką wielką plantację. Następnie czeka nas wyprawa do tartaku po trociny lub zrębki, albo oba naraz. W tym wypadku przydatne są bardzo trociny z drzew iglastych. Przydatny też jest gnój albo zielone skoszone (trawa, rośliny motylkowe, liście i inne). Trzeba to wszystko razem zemleć, zwłaszcza gałęzie z poręby i grubo wyścielić pod krzewami, co najmniej na 30 centymetrów. Przy takiej plantacji to masa roboty, dobrze by było wypożyczyć ogromną maszynę, jaką czasem mają drogowcy. Jednak tylko za taką cenę możemy zapewnić krzewom sprzyjające środowisko dla korzeni.
Następnie: jak najszybciej posadzić żywopłot z drzew i krzewów iglastych, głównie świerka, sosny i jałowca. Jednak to nie wystarczy, oddziaływanie żywopłotu jest równe mniej więcej wysokości drzew, czyli dociera tylko w najbliższym sąsiedztwie. Dlatego na samej plantacji trzeba posadzić te same drzewa i krzewy, albo w postaci pasów, albo zastępując nimi umarłe krzewy borówki i tworząc taki luźny, świetlisty las. Jeśli ktoś chce uzyskać maksymalny zysk, to te pasy iglaków można potraktować jako plantację choinek i następnie wycinać, zostawiając co 20 metrów jedno drzewo "do rośnięcia", a wycięte zastępując nowymi.
Ściółka powinna działać prawie natychmiast, polepszając stan gleby. Pomalutku wprowadzą się pożyteczne mikroorganizmy i grzyby. Już w przyszłym roku rezultaty powinny być widoczne. Natomiast drzewa zaczną działać dopiero za kilka lat, ale już niedługo po posadzeniu będą przywabiać potrzebne nam zwierzęta i owady.
Gleba zostanie lekko zakwaszona ściółką i to na trwale. Wtedy regularne i delikatne dokwaszanie środkami w płynie pomoże utrzymać ten stan.
Pozostaje uzupełniać ściółkę najpierw co roku, potem coraz rzadziej, stopniowo. Opadające z drzew igły i liście krzewów przejmą tę rolę.
Jednak najlepiej jest NAJPIERW przygotować przyjazne środowisko, a potem dopiero sadzić krzewy lub drzewa.
Wniosek: nie należy przenosić metod gospodarki rabunkowej rolnictwa chemicznego do gospodarstw ekologicznych, ale szukać zupełnie innych dróg.
Wniosek drugi: materia organiczna, pod jakąkolwiek postacią, jest największym skarbem mądrego ogrodnika i rolnika, dostępnym wszędzie i odnawialnym.
Wniosek trzeci: trzeba dobrze znać wymagania roślin, które sadzimy, wiedzieć, w jakim klimacie i w jakim sąsiedztwie czują się najlepiej i w miarę możności zadbać o to, by warunki ich życia były zbliżone do naturalnych.
Wtedy na trwale uciekniemy od chemii, a co więcej - będziemy mieć samoodnawiającą się plantację zdrowych roślin, piękną i dla oka i dla ducha przy niewielkim nakładzie pracy.
Jeszcze dwie uwagi: w ściółce, każdej ściółce, należy zwracać uwagę na równowagę resztek bogatych w węgiel ( drewno, słoma) a tych bogatych w azot (wszystko, co zielone, obornik). Inaczej zrębki czy trociny zaczną nam na początku rozkładu wyciągać azot z gleby. Dopiero w zaawansowanym stadium rozkładu uwalniają zawarty w sobie azot. A druga to, żeby ściółkować szeroko, na cały zasięg korzeni - czyli prawie na podwójną wysokość roślin z każdej strony.
niedziela, 29 czerwca 2014
Wyprawa po skarby.
Gdzie ja byłam, że nie wiedziałam, jakie skarby mogę znaleźć całkiem blisko mego domu? Dzięki mojej przyjaciółce Gosi z Leśnego Dworku (ta kobieta jest niezwykła, nie tylko prowadzi pensjonat, ale gotuje, jak nikt, jej leszcz po biebrzańsku gościł na stole prezydenta, a mimo to, z powodu bzdurnych przepisów, nie może go sprzedawać - za to goście mogą nim zajadać do woli), no więc dzięki Gosi dowiedziałam się o młynie w pobliżu Augustowa. Pojechaliśmy tam, młynisko wcale duże, ale dobrze schowane przy polnej drodze. No i przywieźliśmy pierwsze skarby: mąkę żytnią razową (5 kg), żytnią zwykłą (też 5) i uwaga! orkiszową (5) - czyli 15 kg dobrej mąki bez polepszaczy w cenie nieco powyżej 30 zł.
Przy okazji szukania dojazdu od młyna w necie odkryłam, że całkiem niedaleko jest też olejarnia. Nie żaden zakład przemysłowy, a mały, rzemieślniczy warsztat. Oczywiście podrałowaliśmy tam przy okazji i nakupiłam oleju tłoczonego na zimno, nie rafinowanego: rzepakowy, słonecznikowy, z ostropestu i odrobinę kokosowego.
Ciasto na chleb orkiszowo-żytni już rośnie i bąbelkuje, jak szalone. Olej spróbowałam - świetny. Ma ten smak prawdziwego, czystego oleju. Takich próżno szukać po sklepach.
Następne skarby zjawiły się same. Dwie młode dziewczyny po 40, każda ma własny kawałek ziemi (jeśli kawałkiem można nazwać kilkanaście hektarów) i każda spragniona wiedzy o uprawie ekologicznej. Przedstawiłam im swoje warunki: 4 godziny pracy dziennie w zamian za spanie, wyżywienie i naukę. No i masz! Trafiłam na pracoholiczki do kompletu z moim Piotrusiem. Dostały za zadanie układanie drzewa na opał i tak od przedświtu do ciemnej nocy słychać było stukot polan. Ułożyły kilka kubików w niecałe 2 dni! Narobiły sobie bąbli i zakwasów, ale siłą ich oderwać nie było można od tej dębiny. Dziękuję Wam z całego serca! Ja ze swojej strony starałam się przekazać jak najlepiej to, co wiem i dobrze je karmić. Tak przyjemnie jest przekazywać wiedzę innym, zwłaszcza ludziom zmotywowanym i przez to chłonnym.
Przy okazji odkryłyśmy pewną sprzeczność między permakulturą i bidynamiką. Otóż permakultura mówi: ściółkować, ściółkować i jeszcze raz ściółkować. I są na to uzasadnienia. A biodynamika mówi: nie ściółkować, bo to przyciąga ślimaki, dawać tylko dobrze rozłożony kompost. Ja robię i tak i tak - niektóre uprawy ściółkuję, inne nie, robię przekładańce, a gdzie indziej daję kompost. Jakiejś znaczącej różnicy nie widzę. No, ale u mnie jest niewiele ślimaków (dzięki Wam, Jeże i Ropuszki). Może ktoś się pokusi o dalej posunięte eksperymentowanie?
Przy okazji szukania dojazdu od młyna w necie odkryłam, że całkiem niedaleko jest też olejarnia. Nie żaden zakład przemysłowy, a mały, rzemieślniczy warsztat. Oczywiście podrałowaliśmy tam przy okazji i nakupiłam oleju tłoczonego na zimno, nie rafinowanego: rzepakowy, słonecznikowy, z ostropestu i odrobinę kokosowego.
Ciasto na chleb orkiszowo-żytni już rośnie i bąbelkuje, jak szalone. Olej spróbowałam - świetny. Ma ten smak prawdziwego, czystego oleju. Takich próżno szukać po sklepach.
Następne skarby zjawiły się same. Dwie młode dziewczyny po 40, każda ma własny kawałek ziemi (jeśli kawałkiem można nazwać kilkanaście hektarów) i każda spragniona wiedzy o uprawie ekologicznej. Przedstawiłam im swoje warunki: 4 godziny pracy dziennie w zamian za spanie, wyżywienie i naukę. No i masz! Trafiłam na pracoholiczki do kompletu z moim Piotrusiem. Dostały za zadanie układanie drzewa na opał i tak od przedświtu do ciemnej nocy słychać było stukot polan. Ułożyły kilka kubików w niecałe 2 dni! Narobiły sobie bąbli i zakwasów, ale siłą ich oderwać nie było można od tej dębiny. Dziękuję Wam z całego serca! Ja ze swojej strony starałam się przekazać jak najlepiej to, co wiem i dobrze je karmić. Tak przyjemnie jest przekazywać wiedzę innym, zwłaszcza ludziom zmotywowanym i przez to chłonnym.
Przy okazji odkryłyśmy pewną sprzeczność między permakulturą i bidynamiką. Otóż permakultura mówi: ściółkować, ściółkować i jeszcze raz ściółkować. I są na to uzasadnienia. A biodynamika mówi: nie ściółkować, bo to przyciąga ślimaki, dawać tylko dobrze rozłożony kompost. Ja robię i tak i tak - niektóre uprawy ściółkuję, inne nie, robię przekładańce, a gdzie indziej daję kompost. Jakiejś znaczącej różnicy nie widzę. No, ale u mnie jest niewiele ślimaków (dzięki Wam, Jeże i Ropuszki). Może ktoś się pokusi o dalej posunięte eksperymentowanie?
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Świętość rzeczy codziennych
Właściwie to miałam w zamiarze wpis o ogrodach permakulturowych we Francji. Z podaniem linków do filmików, które zachwycają mego męża. Otóż pewien pan (Anglik chyba) od 25 lat uprawia ogród w górach, na skalistej glebie. Stosuje sporo drewna i zrębków sosnowych i świerkowych (bo takie ma, ale twierdzi, że gdyby miał inne, to z nich by korzystał z takim samym efektem). Buduje anteny elektryzujące ziemię i twierdzi, że podwajają ilość plonów. Poza tym lata po ogrodzie boso i prawie goło (slipki opadają mu do połowy pośladków) i prezentuje niesamowite plony rosnące w radosnym bałaganie na wałach. Proszę, oto jeden z linków, inne filmy z tym panem wyświetlą Wam się obok: https://www.youtube.com/watch?v=0jk0h1laL-0
A teraz rozważania, które ostatnio mi przyszły do głowy. Otóż od dawna piekłam własny chleb, ale różnie z tym bywało. W końcu robiłam to coraz rzadziej, zniesmaczona stęchłym zapaszkiem mąki kupionej w sklepie i tym, że zakwas nie chciał wyrastać. Nowego kopa dały mi warsztaty serowarsko-chlebowe z Asią z Akademii Pod Lipami oraz namiary na młyn, w którym można kupić prawdziwą mąkę. Teraz więc z zapałem piekę własny chleb i na dodatek robię sery. Mają jedną wielką wadę: "schodzą" kilkakrotnie szybciej, niż te ze sklepu. I odkrywam, czemu chleb i inne produkty były tak święte dla naszych przodków. Kiedy człowiek sam zrobi wszystko od początku, kiedy widzi, jak działa cudowna alchemia przekształcania pokarmów, kiedy zmęczy się tymi przygotowaniami, a potem zakosztuje smaku niepowtarzalnych, własnych produktów ( a ten smak nie jest taki oczywisty, do ostatniego momentu jest ta wątpliwość - "Czy się uda?"), to zaczyna cenić to własnoręcznie wyprodukowane pożywienie, jak jakąś świętość. A co dopiero, kiedy hodował tę mąkę od ziarna wrzuconego w ziemię?
Podobnie ma się sprawa z ubiorami. Uprałam trochę wełny z moich bab i teraz ją skubię, jak robiła moja Babcia. Muszę, bo dość brudna jest. Kiedy człowiek może ubrać się tylko w to, co sam zrobi, jego stosunek do odzieży też jest całkiem inny. Nie liczą się sztucznie rozdmuchane mody, ale trud i serce, które włożono w zrobienie tego, co ma na grzbiecie. I ogromna wdzięczność, że można to mieć....
Kiedy zaczęła się desakralizacja życia codziennego? Chyba wtedy, kiedy zaczęto coraz bardziej mechanizować wytwarzanie tego, co nam potrzebne, kiedy nasze ręce stały się zbędne, kiedy nie znają już dotyku ciasta w dzieży, krowich wymion, ciepłego boku strzyżonej owcy, błękitnych kwiatków lnu... Ceną za tę desakralizację, za to zerwanie kontaktu, jest postępująca lawinowo utrata jakości. Oraz utrata szacunku do tego, co jemy, tego, w co się ubieramy i tego, jak mieszkamy. W rezultacie utrata szacunku do nas samych. Dziś masa towarów w sklepie zachwyca nie swoją niepowtarzalnością, a kolorowymi opakowaniami, kryjącymi chemiczne koktajle bez wartości. Jest masowo wyrzucana, bo nie ma w niej świętości, jaką ma własny chleb czy własna konfitura.
Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nigdy sam nie próbował zrobić tego, co sam je, w co się ubiera i w czym mieszka. Jest to misterium, które trzeba przeżyć. A wtedy otwierają się w nas niezauważalnie jakieś drzwi na inny stosunek do świata, do tego, dzięki czemu żyjemy. Spróbujcie tylko wyobrazić, że możecie się odżywiać jedynie tym, co sami wyhodowaliście i przygotowaliście, wczujcie się w tę rolę. A kiedy uda się Wam spojrzeć na świat w ten sposób, to już nigdy nie będziecie tacy sami....
A teraz rozważania, które ostatnio mi przyszły do głowy. Otóż od dawna piekłam własny chleb, ale różnie z tym bywało. W końcu robiłam to coraz rzadziej, zniesmaczona stęchłym zapaszkiem mąki kupionej w sklepie i tym, że zakwas nie chciał wyrastać. Nowego kopa dały mi warsztaty serowarsko-chlebowe z Asią z Akademii Pod Lipami oraz namiary na młyn, w którym można kupić prawdziwą mąkę. Teraz więc z zapałem piekę własny chleb i na dodatek robię sery. Mają jedną wielką wadę: "schodzą" kilkakrotnie szybciej, niż te ze sklepu. I odkrywam, czemu chleb i inne produkty były tak święte dla naszych przodków. Kiedy człowiek sam zrobi wszystko od początku, kiedy widzi, jak działa cudowna alchemia przekształcania pokarmów, kiedy zmęczy się tymi przygotowaniami, a potem zakosztuje smaku niepowtarzalnych, własnych produktów ( a ten smak nie jest taki oczywisty, do ostatniego momentu jest ta wątpliwość - "Czy się uda?"), to zaczyna cenić to własnoręcznie wyprodukowane pożywienie, jak jakąś świętość. A co dopiero, kiedy hodował tę mąkę od ziarna wrzuconego w ziemię?
Podobnie ma się sprawa z ubiorami. Uprałam trochę wełny z moich bab i teraz ją skubię, jak robiła moja Babcia. Muszę, bo dość brudna jest. Kiedy człowiek może ubrać się tylko w to, co sam zrobi, jego stosunek do odzieży też jest całkiem inny. Nie liczą się sztucznie rozdmuchane mody, ale trud i serce, które włożono w zrobienie tego, co ma na grzbiecie. I ogromna wdzięczność, że można to mieć....
Kiedy zaczęła się desakralizacja życia codziennego? Chyba wtedy, kiedy zaczęto coraz bardziej mechanizować wytwarzanie tego, co nam potrzebne, kiedy nasze ręce stały się zbędne, kiedy nie znają już dotyku ciasta w dzieży, krowich wymion, ciepłego boku strzyżonej owcy, błękitnych kwiatków lnu... Ceną za tę desakralizację, za to zerwanie kontaktu, jest postępująca lawinowo utrata jakości. Oraz utrata szacunku do tego, co jemy, tego, w co się ubieramy i tego, jak mieszkamy. W rezultacie utrata szacunku do nas samych. Dziś masa towarów w sklepie zachwyca nie swoją niepowtarzalnością, a kolorowymi opakowaniami, kryjącymi chemiczne koktajle bez wartości. Jest masowo wyrzucana, bo nie ma w niej świętości, jaką ma własny chleb czy własna konfitura.
Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nigdy sam nie próbował zrobić tego, co sam je, w co się ubiera i w czym mieszka. Jest to misterium, które trzeba przeżyć. A wtedy otwierają się w nas niezauważalnie jakieś drzwi na inny stosunek do świata, do tego, dzięki czemu żyjemy. Spróbujcie tylko wyobrazić, że możecie się odżywiać jedynie tym, co sami wyhodowaliście i przygotowaliście, wczujcie się w tę rolę. A kiedy uda się Wam spojrzeć na świat w ten sposób, to już nigdy nie będziecie tacy sami....
środa, 18 czerwca 2014
Dobry czas
Mimo zapowiadanych deszczów, pogoda od kilku dni jest prawie idealna - nie za ciepło, nie za chłodno, niebieściutkie niebo z obłoczkami, dość silny wiatr niosący zapach siana. W takie dni dobrze jest żyć, człowiek czuje się tak silny i radosny, tak pełen dobrej energii, jakby ten wiatr wiał od strony raju, a nie pobliskich łąk.
Zaczyna się też czas błogosławiony, kiedy posiłek zbiera się na bieżąco w ogrodzie i w lesie. Są już kurki (grzyby), jagody i poziomki, w ogrodzie obfitość sałat, cebulek, rzodkiewek, truskawek, młodej włoszczyzny. Już zaokrąglają się strąki groszku, a młoda kapusta zaczyna zwijać główki.
Odchudzone owieczki biegają szparko, zapas siana na zimę rośnie, kury niosą się przykładnie.
Jak tu się nie cieszyć? A jeszcze dziś spotkała mnie dodatkowa przyjemność. Rano pracowałam dość ciężko, po obiedzie powlokłam się więc nad oczko wodne, aby popodziwiać nenufary. A tam kłębiło się coś pływającego! Mama kaczka ze stadkiem malusieńkich kaczątek. Jak się tam dostały? Nie dość, że oczko wodne jest na terenie ogrodzonym, to jeszcze dość daleko od rzeczki i wszelkich zbiorników wody. Dorosła kaczka mogła przylecieć, ale te maleństwa? Najbardziej prawdopodobne, że wysiedziała je gdzieś w gęstwinie paproci nad oczkiem wodnym. Że też się nie bała! Mam nadzieję, że zostaną u nas na dłużej.
Tak pomalutku nasi rozmaici współlokatorzy biorą w posiadanie ogród, który jest dla nich ostoją. Z roku na rok widzę coraz więcej gatunków ptaków i małych ssaków. Brakuje tylko jeszcze, żeby jakiś łoś przyszedł prosić o azyl w obronie przed myśliwymi, bo ministerstwo zamierza znów pozwolić na ich odstrzał. Czemu nie, mógłby zamieszkać z babami w obórce.
A jutro zamierzam pleść wianuszki z 12 magicznych ziół i kwiatów, takie, jakie święci się w kościołach. Ale zwyczaj ich robienia jest dużo, dużo starszy. Zawieszę je na oknach i ścianach, niech moc wczesnoletnich kwiatów i ziół chroni nasz dom, niech pachną latem.
O tu, tu pływały> Malutka mama-kaczka i 4 czy 5 żółto-czarnych pisklaczków.
Zaczyna się też czas błogosławiony, kiedy posiłek zbiera się na bieżąco w ogrodzie i w lesie. Są już kurki (grzyby), jagody i poziomki, w ogrodzie obfitość sałat, cebulek, rzodkiewek, truskawek, młodej włoszczyzny. Już zaokrąglają się strąki groszku, a młoda kapusta zaczyna zwijać główki.
Odchudzone owieczki biegają szparko, zapas siana na zimę rośnie, kury niosą się przykładnie.
Jak tu się nie cieszyć? A jeszcze dziś spotkała mnie dodatkowa przyjemność. Rano pracowałam dość ciężko, po obiedzie powlokłam się więc nad oczko wodne, aby popodziwiać nenufary. A tam kłębiło się coś pływającego! Mama kaczka ze stadkiem malusieńkich kaczątek. Jak się tam dostały? Nie dość, że oczko wodne jest na terenie ogrodzonym, to jeszcze dość daleko od rzeczki i wszelkich zbiorników wody. Dorosła kaczka mogła przylecieć, ale te maleństwa? Najbardziej prawdopodobne, że wysiedziała je gdzieś w gęstwinie paproci nad oczkiem wodnym. Że też się nie bała! Mam nadzieję, że zostaną u nas na dłużej.
Tak pomalutku nasi rozmaici współlokatorzy biorą w posiadanie ogród, który jest dla nich ostoją. Z roku na rok widzę coraz więcej gatunków ptaków i małych ssaków. Brakuje tylko jeszcze, żeby jakiś łoś przyszedł prosić o azyl w obronie przed myśliwymi, bo ministerstwo zamierza znów pozwolić na ich odstrzał. Czemu nie, mógłby zamieszkać z babami w obórce.
A jutro zamierzam pleść wianuszki z 12 magicznych ziół i kwiatów, takie, jakie święci się w kościołach. Ale zwyczaj ich robienia jest dużo, dużo starszy. Zawieszę je na oknach i ścianach, niech moc wczesnoletnich kwiatów i ziół chroni nasz dom, niech pachną latem.
O tu, tu pływały> Malutka mama-kaczka i 4 czy 5 żółto-czarnych pisklaczków.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Obrona bobrów
Wiecie, pisałam o bobrach, które osiedliły się u nas. Zbudowały tamę na granicy naszego tereny, w dole strumyka. Poziom wody w strumieniu się podniósł, ale tylko wzdłuż MOJEJ łąki i to nawet nie całej. Moja łąka rozciąga się od tamy na 300 metrów w górę strumienia. Dalej zaczynają się łąki sąsiada, które są położone wyżej, niż nasze i to małe spiętrzenie do nich nawet nie dochodzi.
Otóż dziś pod wieczór zastałam jego dwóch synów w trakcie rozwalania tamy. Kiedy mnie zobaczyli, chcieli się schować, ale z nasypu nad stawem widziałam ich jak na dłoni. Zapytani, dlaczego to robią, odpowiedzieli, że u nich łąki zalewa. A mnie wtedy krew zalała. Wytłumaczyłam im to, co napisałam powyżej - u mnie trochę zalewa, mnie to nie przeszkadza, moja ziemia, moja sprawa, moje bobry. A im nic do tego. No to poszli. Nie wiem, czy chyłkiem nie wrócą.
W sumie sąsiedzi to fajni ludzie, ale coś mają z tym rozwalaniem tam. Rozwalają je na całym strumieniu, w górę i w dół, z daleka od nich. Takie, które im nie mogą w żaden sposób zaszkodzić.
Kurczę blade, facet ma kilkadziesiąt hektarów, może, z dzierżawami, nawet ponad 100, co mu szkodzi ten strumyk poszerzony o trzydzieści centymetrów? A nawet tego nie, tym razem, bo wszystko zostaje u mnie. Tama miała może 50 cm wysokości, a jego tereny są ponad półtora metra wyżej. Na pewno go nie zalewało.
Wściekła jestem, jak nie wiem co. Czemu wleźli aż na sam koniec mojej ziemi, żeby zniszczyć coś tak bezinteresownie?
Czy ktoś wie, co mówi prawo w takim przypadku? Czy mają prawo niszczyć te tamy wszędzie, gdzie im się podoba?
Otóż dziś pod wieczór zastałam jego dwóch synów w trakcie rozwalania tamy. Kiedy mnie zobaczyli, chcieli się schować, ale z nasypu nad stawem widziałam ich jak na dłoni. Zapytani, dlaczego to robią, odpowiedzieli, że u nich łąki zalewa. A mnie wtedy krew zalała. Wytłumaczyłam im to, co napisałam powyżej - u mnie trochę zalewa, mnie to nie przeszkadza, moja ziemia, moja sprawa, moje bobry. A im nic do tego. No to poszli. Nie wiem, czy chyłkiem nie wrócą.
W sumie sąsiedzi to fajni ludzie, ale coś mają z tym rozwalaniem tam. Rozwalają je na całym strumieniu, w górę i w dół, z daleka od nich. Takie, które im nie mogą w żaden sposób zaszkodzić.
Kurczę blade, facet ma kilkadziesiąt hektarów, może, z dzierżawami, nawet ponad 100, co mu szkodzi ten strumyk poszerzony o trzydzieści centymetrów? A nawet tego nie, tym razem, bo wszystko zostaje u mnie. Tama miała może 50 cm wysokości, a jego tereny są ponad półtora metra wyżej. Na pewno go nie zalewało.
Wściekła jestem, jak nie wiem co. Czemu wleźli aż na sam koniec mojej ziemi, żeby zniszczyć coś tak bezinteresownie?
Czy ktoś wie, co mówi prawo w takim przypadku? Czy mają prawo niszczyć te tamy wszędzie, gdzie im się podoba?
niedziela, 15 czerwca 2014
Eksperymenty z ziemniakami
W tym roku posadziłam ziemniaki w słomie. Jesienią dałam warstwę słomy wprost na ziemię, na to gnój i znowu słomę. Wiosną dorzuciłam jeszcze słomy po wierzchu i powtykałam w to sadzeniaki. Mimo, że były posadzone najwcześniej, na początku kwietnia, to bardzo długo nie wschodziły. Już myślałam, że nic z tego nie będzie. wygrzebane ziemniaczki cały czas miały tylko mikroskopijne kiełki. W końcu zdecydowały się wyrosnąć. W chwili obecnej ta grządka wygląda tak:
Niezbyt to okazałe, prawda? Zobaczymy, co będzie dalej. Nie jestem pewna, czy to nie resztki środków chwastobójczych obecne w słomie hamują rozwój ziemniaków. W zeszłym roku sadziłam w sianie, wzeszły be kaprysów.
Tymczasem pyrki posadzone w ziemi dwa tygodnie później i tylko wyścielone w międzyrzędziach starym sianem, wyglądają tak:
Na brzegu rośnie bób, który jest bardzo dobrym sąsiedztwem dla ziemniaków. Białe kłaczki to najbrudniejsze kawałki wełny, które też tam wrzuciłam.
Najbujniejsze są jednak krzaki, które wyrosły z kartofelek zapomnianych przy zeszłorocznych zbiorach. Zdarza się nam to co roku. Zapomniane kartofelki przemarzają, ale nie tracą zdolności kiełkowania i wyrastają niezwykle bujnie. Na zdjęciu dla porównania obok stoi konewka 10 litrowa.
Wydają też wcześnie plony, zanim zaraza ziemniaczana zacznie czynić spustoszenie (atakuje ona zwykle w połowie sierpnia). Czemu nikt jeszcze nie wpadł na pomysł ozimych ziemniaków?
A tak poza tym, to u nas znowu zimno i mokro. Truskawkowa Pełnia przyniosła zmianę pogody na gorszą. A było już tak ciepło i przyjemnie...
Niezbyt to okazałe, prawda? Zobaczymy, co będzie dalej. Nie jestem pewna, czy to nie resztki środków chwastobójczych obecne w słomie hamują rozwój ziemniaków. W zeszłym roku sadziłam w sianie, wzeszły be kaprysów.
Tymczasem pyrki posadzone w ziemi dwa tygodnie później i tylko wyścielone w międzyrzędziach starym sianem, wyglądają tak:
Na brzegu rośnie bób, który jest bardzo dobrym sąsiedztwem dla ziemniaków. Białe kłaczki to najbrudniejsze kawałki wełny, które też tam wrzuciłam.
Najbujniejsze są jednak krzaki, które wyrosły z kartofelek zapomnianych przy zeszłorocznych zbiorach. Zdarza się nam to co roku. Zapomniane kartofelki przemarzają, ale nie tracą zdolności kiełkowania i wyrastają niezwykle bujnie. Na zdjęciu dla porównania obok stoi konewka 10 litrowa.
Wydają też wcześnie plony, zanim zaraza ziemniaczana zacznie czynić spustoszenie (atakuje ona zwykle w połowie sierpnia). Czemu nikt jeszcze nie wpadł na pomysł ozimych ziemniaków?
A tak poza tym, to u nas znowu zimno i mokro. Truskawkowa Pełnia przyniosła zmianę pogody na gorszą. A było już tak ciepło i przyjemnie...
piątek, 13 czerwca 2014
Historyja owiec cała
Widzę, że moje baby kudłate Was interesują, to opowiem od początku, jak to z nimi było.
Przez przypadek dowiedziałam się, że pewien starszy pan, mieszkający po drodze do mojej Matki będzie likwidował hodowlę, więc skoczyłam na okazję i zamówiłam dwie owce. Kiedyś, kiedy byłam mała i przyjeżdżałam tu do Dziadków (do sąsiedniej wsi), to wszędzie na pastwiskach widziałam stadka owiec pasące się z krowami. Dziadkowie też je mieli. A obecnie wcale się ich nie widzi. Więc nostalgia mnie chwyciła, przypomniałam sobie Babciny kołowrotek i krosna...
Owce pasują nam bardziej, niż kozy, bo nie ogryzają kory z drzew i mogą paść się w sadzie albo na łące nad stawem, gdzie mąż posadził malownicze grupy drzew i krzaków i wara każdemu, kto mógłby je obgryźć!
Niebagatelnym zyskiem jest nawóz, bo na taki ogród, jak nasz, potrzeba go dużo. Myślałam też, że łowiecki będą grzecznie i równo wykaszać trawę, ale gdzie tam! Mając wybór, wyjadają tylko to, co najsmaczniejsze.
Zbudowaliśmy małą obórkę i baby przyjechały, świeżo ogolone i poranione przy tym. Trzecią babę dostaliśmy w prezencie, super płochliwą i rzekomo ślepą. Ale ona nie jest ślepa, tylko sierść jej tak rośnie, że szybko zakrywa całe oczy i wtedy nie widzi.
Były super dzikie, nie dawały się zagonić na pastwisko, uciekały od ludzi. Przez kilka dni miałam z nimi prawdziwy koszmar, bo latały po całej posiadłości galopem, a ja za nimi, drżąc o nasadzenia ozdobne i o to, żeby nie wpadły do oczka wodnego. Ale dość szybko nauczyły się właściwej drogi - z obórki na ogrodzone pastuchem elektrycznym pastwisko w sadzie i z powrotem.
Zaczęłam też je oswajać na suchy chleb. Rano, przed wypuszczeniem z obórki, dawałam im po trochu. A za suchy chleb to one wszystko zrobią, dość szybko zaczęły za mną chodzić.
Wtedy też miałam z nimi przygodę: którejś nocy słyszę niezwykłe ujadanie naszych psów. One często ujadają na lisy, wilki, dziki, czy inne zwierza, więc normalnie nie powinnam zwracać uwagi, ale wtedy coś mnie tknęło. Czy obórka jest zamknięta? Niestety, nie była. A owce wyparowały. Na szczęście zostawiły po sobie szlak ze śladów kopyt i owczych bobków. A szlak prowadził za bramę, która latem jest u nas permanentnie otwarta. No i tak szłam, w koszuli nocnej i gumiakach, z latarką, pod księżycem w pełni. Nad głową latały mi sowy i to wielkie, a czasem nietoperze. Przeszłam tak prawie kilometr, a ślady idą dalej.... Wróciłam po samochód, bo ze wsi dobiegało szczekanie, więc myślałam, że tam zaszły tą drogą.
Zabrałam chleb i powolutku jadąc samochodem wypatrywałam uciekinierek. Nagle coś zabielało na rżysku obok drogi, niedaleko cmentarza. No, baby normalnie sobie się pasły. Zwabiłam je chlebem (nie bez problemów) na drogę i zaczęłam gnać z powrotem do domu. Tzn. najpierw poganiałam je kawałek pieszo, "uwięzione" w świetle reflektorów, potem podjeżdżałam za nimi, znowu poganiałam kawałek itp. W końcu zaczęły po prostu iść przed autem. I pewnie byśmy byli tak dotarli do domu, gdyby nie samochód jadący z przeciwka. Baby się spłoszyły i poleciały w bok, na szczęście nie do rowu, tylko w otwartą bramę na pastwisko sąsiada. I przepało! Pastwisko ogromne, dochodzące aż do rzeki, łączące się też z innymi, porośnięte miejscami drzewami i krzakami. W sumie kilkadziesiąt hektarów. Nie mogłam ich znaleźć. Więc tylko zaciągnęłam drągi w bramie i poszłam spać.
Rano dzwonię do sąsiada (bo to jednak pół kilometra od nas): "Są u Was na pastwisku te moje kudłate cholery?" "A są, zastanawialiśmy się, kto nam taki prezent zrobił." - odpowiada. Poszłam więc z nowym zapasem chleba. Znalazłam je daleko na bagnach. Sąsiad pomógł i już bez przygód wróciliśmy do domu.
Szefowa stada miała paskudny zwyczaj bodzenia wszystkiego, co się rusza. Oberwało się biednej Lunie w zad, aż koziołka wywinęła. Od tej pory boi się owiec; to tyle jeśli chodzi o jej zdolności jako owczarka. Mnie się też oberwało kilka razy, zawsze, kiedy byłam odwrócona tyłem, a one szły za mną. Kiedy bodnęła mnie tak, że się przewróciłam, to skoczyłam na nią, złapałam za szyję i przewróciłam. Niech wie, dranica, kto tu rządzi! Od tej pory mam spokój.
Teraz wyprowadzanie na pastwisko wygląda tak: idę sobie przodem śpiewając "Baby, ach te baby", a one grzecznie rządkiem za mną. Przychodzą też kiedy je zawołam. Natomiast dalej boją się innych ludzi, w tym również mego męża. Córkę naszą uważają za drugą mnie, jej też słuchają.
Lubię te kudłatki i ubolewam trochę, że nie miały potomstwa, ale nie udało mi się znaleźć w przyzwoitej odległości żadnego przystojnego barana (nie przystojnego też nie).
Przez przypadek dowiedziałam się, że pewien starszy pan, mieszkający po drodze do mojej Matki będzie likwidował hodowlę, więc skoczyłam na okazję i zamówiłam dwie owce. Kiedyś, kiedy byłam mała i przyjeżdżałam tu do Dziadków (do sąsiedniej wsi), to wszędzie na pastwiskach widziałam stadka owiec pasące się z krowami. Dziadkowie też je mieli. A obecnie wcale się ich nie widzi. Więc nostalgia mnie chwyciła, przypomniałam sobie Babciny kołowrotek i krosna...
Owce pasują nam bardziej, niż kozy, bo nie ogryzają kory z drzew i mogą paść się w sadzie albo na łące nad stawem, gdzie mąż posadził malownicze grupy drzew i krzaków i wara każdemu, kto mógłby je obgryźć!
Niebagatelnym zyskiem jest nawóz, bo na taki ogród, jak nasz, potrzeba go dużo. Myślałam też, że łowiecki będą grzecznie i równo wykaszać trawę, ale gdzie tam! Mając wybór, wyjadają tylko to, co najsmaczniejsze.
Zbudowaliśmy małą obórkę i baby przyjechały, świeżo ogolone i poranione przy tym. Trzecią babę dostaliśmy w prezencie, super płochliwą i rzekomo ślepą. Ale ona nie jest ślepa, tylko sierść jej tak rośnie, że szybko zakrywa całe oczy i wtedy nie widzi.
Były super dzikie, nie dawały się zagonić na pastwisko, uciekały od ludzi. Przez kilka dni miałam z nimi prawdziwy koszmar, bo latały po całej posiadłości galopem, a ja za nimi, drżąc o nasadzenia ozdobne i o to, żeby nie wpadły do oczka wodnego. Ale dość szybko nauczyły się właściwej drogi - z obórki na ogrodzone pastuchem elektrycznym pastwisko w sadzie i z powrotem.
Zaczęłam też je oswajać na suchy chleb. Rano, przed wypuszczeniem z obórki, dawałam im po trochu. A za suchy chleb to one wszystko zrobią, dość szybko zaczęły za mną chodzić.
Wtedy też miałam z nimi przygodę: którejś nocy słyszę niezwykłe ujadanie naszych psów. One często ujadają na lisy, wilki, dziki, czy inne zwierza, więc normalnie nie powinnam zwracać uwagi, ale wtedy coś mnie tknęło. Czy obórka jest zamknięta? Niestety, nie była. A owce wyparowały. Na szczęście zostawiły po sobie szlak ze śladów kopyt i owczych bobków. A szlak prowadził za bramę, która latem jest u nas permanentnie otwarta. No i tak szłam, w koszuli nocnej i gumiakach, z latarką, pod księżycem w pełni. Nad głową latały mi sowy i to wielkie, a czasem nietoperze. Przeszłam tak prawie kilometr, a ślady idą dalej.... Wróciłam po samochód, bo ze wsi dobiegało szczekanie, więc myślałam, że tam zaszły tą drogą.
Zabrałam chleb i powolutku jadąc samochodem wypatrywałam uciekinierek. Nagle coś zabielało na rżysku obok drogi, niedaleko cmentarza. No, baby normalnie sobie się pasły. Zwabiłam je chlebem (nie bez problemów) na drogę i zaczęłam gnać z powrotem do domu. Tzn. najpierw poganiałam je kawałek pieszo, "uwięzione" w świetle reflektorów, potem podjeżdżałam za nimi, znowu poganiałam kawałek itp. W końcu zaczęły po prostu iść przed autem. I pewnie byśmy byli tak dotarli do domu, gdyby nie samochód jadący z przeciwka. Baby się spłoszyły i poleciały w bok, na szczęście nie do rowu, tylko w otwartą bramę na pastwisko sąsiada. I przepało! Pastwisko ogromne, dochodzące aż do rzeki, łączące się też z innymi, porośnięte miejscami drzewami i krzakami. W sumie kilkadziesiąt hektarów. Nie mogłam ich znaleźć. Więc tylko zaciągnęłam drągi w bramie i poszłam spać.
Rano dzwonię do sąsiada (bo to jednak pół kilometra od nas): "Są u Was na pastwisku te moje kudłate cholery?" "A są, zastanawialiśmy się, kto nam taki prezent zrobił." - odpowiada. Poszłam więc z nowym zapasem chleba. Znalazłam je daleko na bagnach. Sąsiad pomógł i już bez przygód wróciliśmy do domu.
Szefowa stada miała paskudny zwyczaj bodzenia wszystkiego, co się rusza. Oberwało się biednej Lunie w zad, aż koziołka wywinęła. Od tej pory boi się owiec; to tyle jeśli chodzi o jej zdolności jako owczarka. Mnie się też oberwało kilka razy, zawsze, kiedy byłam odwrócona tyłem, a one szły za mną. Kiedy bodnęła mnie tak, że się przewróciłam, to skoczyłam na nią, złapałam za szyję i przewróciłam. Niech wie, dranica, kto tu rządzi! Od tej pory mam spokój.
Teraz wyprowadzanie na pastwisko wygląda tak: idę sobie przodem śpiewając "Baby, ach te baby", a one grzecznie rządkiem za mną. Przychodzą też kiedy je zawołam. Natomiast dalej boją się innych ludzi, w tym również mego męża. Córkę naszą uważają za drugą mnie, jej też słuchają.
Lubię te kudłatki i ubolewam trochę, że nie miały potomstwa, ale nie udało mi się znaleźć w przyzwoitej odległości żadnego przystojnego barana (nie przystojnego też nie).
środa, 11 czerwca 2014
Baby beeee
Nie święci garnki lepią...
U nas ostatnio cudowna pogoda, upały nas ominęły, bardzo przyjemne 21 - 25 stopni, słoneczko, wiaterek, co przegania precz wstrętne krwiopijce, chmurki jak baranki. Hmmm ... no właśnie, baranki! Moje owieczki już dawno prosiły się o strzyżenie, bo przyznam się bez bicia, że w zeszłym roku zaniedbałam.
Przedtem zwykle pomagał mi ktoś, nie tyle przy strzyżeniu, co przy łapaniu dzikusek. W zeszłym roku po prostu nie udało mi się ich złapać! Ale w tym roku nie mogłam odpuścić, wyglądały jak pieczarki.
Obmyśliliśmy strategię z Pierem, bo muszę coś wyznać: mój mąż, jako typowy mieszczuch nie ma pojęcia o zwierzętach, jest zbyt nerwowy i po prostu się ich boi. No i latka już nie te, żeby corridę urządzać. Postanowiłam więc użyć tego, czego zawsze się bałam: lasso. A bałam się, żeby biedactw nie udusić. Teraz miały tyle wełny na szyi, że raczej nie było powodu do obawy. Oczywiście nie rzucałam na nie lassem na łące, tylko rankiem wchodziłam z nim do obórki, zarzucałam jednej na szyję i wyciągałam ją jak psa na smyczy na zewnątrz, gdzie już czyhał mój mąż. On łapał ją za nogi i przewracał na ziemię, a ja wiązałam jej łapy. Raz uziemione owce leżą na ogół spokojnie.
Po czym mąż oddalał się w swoją stronę, a ja brałam w rękę nożyce krawieckie (jakoś nie nauczyłam się nigdy strzyc tymi dla owiec, wcale mi nie tną runa, tylko je szczypią, więc krawieckie lepsze) i zaczynałam postrzyżyny.
Prawdopodobnie dobry postrzygacz owiec potrafi ogolić jedną w kwadrans. Mnie to zajmuje 3 - 4 godziny. Nawet wtedy, kiedy strzygę co roku. Trzeba przebić się przez kołtuny, delikatnie ostrzyc nogi, brzuch i szyję, powstrzymać wstręt i wygolić okolice kupra i ogon. Boki i grzbiet to przy tym bułka z masłem: odgarnia się i ścina z rozmachem. Wszystko to w kucki albo na kolanach, pochylając się nad owieczką. Cały czas w skupieniu, cały czas uważając, żeby jej nie zranić, żeby nie przyciąć skóry, żeby nie wierzgnęła i nie nadziała się na nożyce. Pochlebiam sobie, że poza jednym czy dwoma mikroskopijnymi zadrapaniami, nawet bez krwi, nie było urazów. Kiedy zaś kupiłam je, były świeżo po strzyżeniu przez "profesjonalistę" i wszystkie miały głębokie skaleczenia i to nie jedno.
Przy tej robocie wszystkie mięśnie są tak napięte, że potem mam zakwasy, jak po maratonie. Po godzinie ręka trzymająca nożyce zaczyna omdlewać, a to jeszcze nie półmetek. Ale efekt wart jest tego wysiłku, moje Be-Baby wyglądają, jakby razem z wełną zrzuciły kilka lat. tym bardziej, że na koniec dostają w nagrodę obcinanie pazurków, czyli korektę racic, które przez zimę wyhodowały sobie jak sekretarki w budżetówce. Tak się tego bałam! A okazuje się, że to całkiem proste. Dziękuję Sylwii za rady i dodawanie odwagi. Czasem tak jest, że trudno nam się za coś zabrać, bo wydaje się, że to za trudne, tymczasem wystarczy się przełamać i okazuje się, że nie święci garnki lepią i że wystarczy trochę się przyłożyć i ta dam! zrobione!
Po takim seansie podnosiłam się jak zaczadzona, miałam tylko siłę dotrzeć nad staw i uwalić się na materacu na odpoczynek. Złotawa woda (od torfu) działa na zbolałe mięśnie jak najlepszy masaż, wokoło łąki tetnią życiem i zapachami, żaby i ptaszory się drą jak opętane... Cudownie.
A po odpoczynku sianowanie, żeby mięśnie rozruszać. Udało się nam zebrać całkiem sporo siana, a to jeszcze nie koniec.
Na tym zdjęciu to nie matka z młodymi jagniętami, tylko dwie baby ostrzyżone, a jedna jeszcze nie. Tak, żeby było widać kontrast.
U nas ostatnio cudowna pogoda, upały nas ominęły, bardzo przyjemne 21 - 25 stopni, słoneczko, wiaterek, co przegania precz wstrętne krwiopijce, chmurki jak baranki. Hmmm ... no właśnie, baranki! Moje owieczki już dawno prosiły się o strzyżenie, bo przyznam się bez bicia, że w zeszłym roku zaniedbałam.
Przedtem zwykle pomagał mi ktoś, nie tyle przy strzyżeniu, co przy łapaniu dzikusek. W zeszłym roku po prostu nie udało mi się ich złapać! Ale w tym roku nie mogłam odpuścić, wyglądały jak pieczarki.
Obmyśliliśmy strategię z Pierem, bo muszę coś wyznać: mój mąż, jako typowy mieszczuch nie ma pojęcia o zwierzętach, jest zbyt nerwowy i po prostu się ich boi. No i latka już nie te, żeby corridę urządzać. Postanowiłam więc użyć tego, czego zawsze się bałam: lasso. A bałam się, żeby biedactw nie udusić. Teraz miały tyle wełny na szyi, że raczej nie było powodu do obawy. Oczywiście nie rzucałam na nie lassem na łące, tylko rankiem wchodziłam z nim do obórki, zarzucałam jednej na szyję i wyciągałam ją jak psa na smyczy na zewnątrz, gdzie już czyhał mój mąż. On łapał ją za nogi i przewracał na ziemię, a ja wiązałam jej łapy. Raz uziemione owce leżą na ogół spokojnie.
Po czym mąż oddalał się w swoją stronę, a ja brałam w rękę nożyce krawieckie (jakoś nie nauczyłam się nigdy strzyc tymi dla owiec, wcale mi nie tną runa, tylko je szczypią, więc krawieckie lepsze) i zaczynałam postrzyżyny.
Prawdopodobnie dobry postrzygacz owiec potrafi ogolić jedną w kwadrans. Mnie to zajmuje 3 - 4 godziny. Nawet wtedy, kiedy strzygę co roku. Trzeba przebić się przez kołtuny, delikatnie ostrzyc nogi, brzuch i szyję, powstrzymać wstręt i wygolić okolice kupra i ogon. Boki i grzbiet to przy tym bułka z masłem: odgarnia się i ścina z rozmachem. Wszystko to w kucki albo na kolanach, pochylając się nad owieczką. Cały czas w skupieniu, cały czas uważając, żeby jej nie zranić, żeby nie przyciąć skóry, żeby nie wierzgnęła i nie nadziała się na nożyce. Pochlebiam sobie, że poza jednym czy dwoma mikroskopijnymi zadrapaniami, nawet bez krwi, nie było urazów. Kiedy zaś kupiłam je, były świeżo po strzyżeniu przez "profesjonalistę" i wszystkie miały głębokie skaleczenia i to nie jedno.
Przy tej robocie wszystkie mięśnie są tak napięte, że potem mam zakwasy, jak po maratonie. Po godzinie ręka trzymająca nożyce zaczyna omdlewać, a to jeszcze nie półmetek. Ale efekt wart jest tego wysiłku, moje Be-Baby wyglądają, jakby razem z wełną zrzuciły kilka lat. tym bardziej, że na koniec dostają w nagrodę obcinanie pazurków, czyli korektę racic, które przez zimę wyhodowały sobie jak sekretarki w budżetówce. Tak się tego bałam! A okazuje się, że to całkiem proste. Dziękuję Sylwii za rady i dodawanie odwagi. Czasem tak jest, że trudno nam się za coś zabrać, bo wydaje się, że to za trudne, tymczasem wystarczy się przełamać i okazuje się, że nie święci garnki lepią i że wystarczy trochę się przyłożyć i ta dam! zrobione!
Po takim seansie podnosiłam się jak zaczadzona, miałam tylko siłę dotrzeć nad staw i uwalić się na materacu na odpoczynek. Złotawa woda (od torfu) działa na zbolałe mięśnie jak najlepszy masaż, wokoło łąki tetnią życiem i zapachami, żaby i ptaszory się drą jak opętane... Cudownie.
A po odpoczynku sianowanie, żeby mięśnie rozruszać. Udało się nam zebrać całkiem sporo siana, a to jeszcze nie koniec.
Na tym zdjęciu to nie matka z młodymi jagniętami, tylko dwie baby ostrzyżone, a jedna jeszcze nie. Tak, żeby było widać kontrast.
piątek, 6 czerwca 2014
Myło do bani
Moje ciało wymusza na mnie bycie ekologiczną hi hi hi.... O jedzeniu to nawet nie piszę, całe tomy tego wszyscy wypisują. Ale jest jeszcze ubranie. Otóż moje ciało, sporo lat temu, postanowiło nie akceptować tkanin sztucznych. Zaczęło więc mi serwować całą gamę zaczerwień, swędzących wyprysków tudzież innych przyjemności tego typu. No i bach! chciał, nie chciał, muszę nosić tkaniny naturalne, przynajmniej w bezpośrednim kontakcie ze skórą. Farbek też niezbyt zresztą moja skóra lubi, dopiero potem dowiedziałam się, że niektóre barwniki do tkanin są mocno trujące. No i tak chodzę w lnach, bawełnach i wełnach, a ludzie się zachwycają: "Jak ty musisz kochać ekologię!" Ano muszę...
Potem przyszła kolej na kosmetyki. Najlepsze kremy, nawet te AA (nie Anonimowi Alkoholicy, tylko anty Alergiczne) dają mi wysypkę. Mydła sodowe, nawet te domowe - też won! Bo cię ciało pokara świądem takim, że masz ochotę skórę zedrzeć. Past do zębów przemysłowych nie lubię po prostu, też dopiero później dowiedziałam się o fluorze i plastykowych miniaturowych kuleczkach, które zatruwają już w tej chwili wody w oceanach, rzekach i jeziorach oraz ryby... Wcześniej jednak po prostu ich nie lubiłam.
Trudno, myć się trzeba. Błotko z orzechów myjących fajne, ale trzeba je wcześniej przygotować, sam zabieg trwa dość długo. Zachowuję je na okazje, kiedy chcę poczuć się kobietą luksusową.
Lawirowałam tak między różnymi mydełkami, aż w końcu szukając pasty bez fluoru w necie wpadłam na serię kosmetyków z samej Syberii "Recepty Babuszki Agafii". Patrzę, a tu pasta cedrowa (do cedru syberyjskiego mam wielką słabość). A oprócz pasty mydła na bazie mydlnicy lekarskiej, bez sodu i nawet bez potasu, za to bardzo po rosyjsku i barokowo z pierdylionem ziół, olejków i wyciągów. Tudzież szampony, balsamy i kremy. Cena przystępna, więc sobie myślę: "Co mi tam, trochę można spróbować." Zamówiłam dwa mydła i szampon oraz balsam do włosów.
Mydła mają konsystencję żelu, bazą jest wyciąg z mydlnicy białej i czerwonej (hmmm, tej nie znałam), olej cedrowy i rzeczony pierdylion olejków i wyciągów z ziół oraz w jednym przypadku dziegieć brzozowy i czaga brzozowa. Pachną niezwykle przyjemnie, świeżo i delikatnie. Pienią się też bardzo ładnie, w przeciwieństwie do kosmetyków z orzechów piorących. Można nimi myć zarówno ciało, jak i włosy. Aż mi się łapy same po nie wyciągają, kiedy wchodzę do łazienki.
Jedyny bemol, to obecność konserwantów, ale mam wrażenie, że inaczej byłyby niedostępne w handlu, bo ileż czasu można przechowywać same mieszanki wyciągów z ziół i olejów? Kilka dni? Kilka tygodni może, ale w lodówce.
W każdym razie moja skóra nie protestuje, wprost przeciwnie, wygląda, że jest mocno zadowolona. Włosy również, bo takie czyste i żywe już dawno nie były. Zwykle już 24 godziny po umyciu znów były tłuste i klapnięte, mimo używania specjalnych szamponów. Logiczne, tym, którzy na tych szamponach zarabiają, wcale nie zależy, żebyśmy musieli je stosować rzadko, tylko jak najczęściej. A tu mija jeden dzień, drugi, trzeci, a włosy ciągle sypkie i miłe w dotyku. Dopiero po trzech dniach coś tam było widać, ale też nie oszczędzałam się przez ten czas - pociłam się i kurzyłam przy sianie, że aż miło.
Coraz bardziej jestem zmotywowana, żeby poeksperymentować z moją mydlnicą. Robiłam z niej kiedyś wywary, niezbyt mi wyszło. Teraz szukam innych przepisów. Może ktoś z Was zna?
Potem przyszła kolej na kosmetyki. Najlepsze kremy, nawet te AA (nie Anonimowi Alkoholicy, tylko anty Alergiczne) dają mi wysypkę. Mydła sodowe, nawet te domowe - też won! Bo cię ciało pokara świądem takim, że masz ochotę skórę zedrzeć. Past do zębów przemysłowych nie lubię po prostu, też dopiero później dowiedziałam się o fluorze i plastykowych miniaturowych kuleczkach, które zatruwają już w tej chwili wody w oceanach, rzekach i jeziorach oraz ryby... Wcześniej jednak po prostu ich nie lubiłam.
Trudno, myć się trzeba. Błotko z orzechów myjących fajne, ale trzeba je wcześniej przygotować, sam zabieg trwa dość długo. Zachowuję je na okazje, kiedy chcę poczuć się kobietą luksusową.
Lawirowałam tak między różnymi mydełkami, aż w końcu szukając pasty bez fluoru w necie wpadłam na serię kosmetyków z samej Syberii "Recepty Babuszki Agafii". Patrzę, a tu pasta cedrowa (do cedru syberyjskiego mam wielką słabość). A oprócz pasty mydła na bazie mydlnicy lekarskiej, bez sodu i nawet bez potasu, za to bardzo po rosyjsku i barokowo z pierdylionem ziół, olejków i wyciągów. Tudzież szampony, balsamy i kremy. Cena przystępna, więc sobie myślę: "Co mi tam, trochę można spróbować." Zamówiłam dwa mydła i szampon oraz balsam do włosów.
Mydła mają konsystencję żelu, bazą jest wyciąg z mydlnicy białej i czerwonej (hmmm, tej nie znałam), olej cedrowy i rzeczony pierdylion olejków i wyciągów z ziół oraz w jednym przypadku dziegieć brzozowy i czaga brzozowa. Pachną niezwykle przyjemnie, świeżo i delikatnie. Pienią się też bardzo ładnie, w przeciwieństwie do kosmetyków z orzechów piorących. Można nimi myć zarówno ciało, jak i włosy. Aż mi się łapy same po nie wyciągają, kiedy wchodzę do łazienki.
Jedyny bemol, to obecność konserwantów, ale mam wrażenie, że inaczej byłyby niedostępne w handlu, bo ileż czasu można przechowywać same mieszanki wyciągów z ziół i olejów? Kilka dni? Kilka tygodni może, ale w lodówce.
W każdym razie moja skóra nie protestuje, wprost przeciwnie, wygląda, że jest mocno zadowolona. Włosy również, bo takie czyste i żywe już dawno nie były. Zwykle już 24 godziny po umyciu znów były tłuste i klapnięte, mimo używania specjalnych szamponów. Logiczne, tym, którzy na tych szamponach zarabiają, wcale nie zależy, żebyśmy musieli je stosować rzadko, tylko jak najczęściej. A tu mija jeden dzień, drugi, trzeci, a włosy ciągle sypkie i miłe w dotyku. Dopiero po trzech dniach coś tam było widać, ale też nie oszczędzałam się przez ten czas - pociłam się i kurzyłam przy sianie, że aż miło.
Coraz bardziej jestem zmotywowana, żeby poeksperymentować z moją mydlnicą. Robiłam z niej kiedyś wywary, niezbyt mi wyszło. Teraz szukam innych przepisów. Może ktoś z Was zna?
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Chaszcze
Wiosna, wilgotno i dość ciepło, więc zieleń się rozbuchała i rośnie w oczach. Rozbuchane do granic możliwości drzewa, krzaki i zielska rozmaite wypełniają przestrzeń. Wilgotna zieloność wciska się wszędzie, radośnie i z wigorem.
Mówiłam Wam, że nasz ogród jest dość bałaganiarski? No to jesteście uprzedzeni. Dziś zostawimy na chwilę warzywniki i wybieramy się do dżungli. No to zabieramy ekwipunek i naprzód!
Alejka przed domem i piękne, czerwone pęcherznice. Niedługo wejdą do domu, hm...
Kiedyś posiałam margerytki, teraz wszędzie ich pełno. to jest moja wersja trawnika. Oraz młodziutka jarzębinka miczurinowska o słodkich owocach. Jeszcze ich nie próbowałam, ale już niedługo....
Tego cuda nie muszę przedstawiać... Uwielbiam zapach irysów, zarówno kwiatów, jak korzenia, który pachnie fiołkami.
I znowu alejka....
Łubiny wyhodowane w zeszłym roku z nasion.
Małe oczko wodne. Niedługo zakwitną nenufary, moje magiczne kwiaty.
Bramka i pnąca róża, którą ocalam przed zamarznięciem odczepiając i zawijając wieloma warstwami agrowłókniny. Krwawa robota dla moich rąk, nawet w rękawiczkach, ale za to jak już zakwitnie, to czaruje wszystkich.
Pióropusznik strusi nad oczkiem wodnym. Ma on długa historię, bo pierwsze sadzonki przyniosłam do ogrodu Babci z liceum - rósł tam pod północną stroną sali gimnastycznej. Potem z ogrodu Babci zabrałam sadzonki do nas. Teraz zajmuje cieniste zakątki ogrodu i rośnie czasem prawie tak wysoko, jak ja.
Pergola opleciona klonem i winoroślą, a z niej widok na lasek.
Ścieżka w lasku.
I druga ścieżka w lasku.
A teraz pomyślcie, że cała ta przestrzeń to był goły ugór, na którym pasły się krowy. Kilkanaście lat temu, kiedy tu się wprowadziliśmy. Aż samej mi trudno uwierzyć, że każde z tych drzewek i każdą z tych bylin zasadziliśmy sami. I wiele innych, które nie zmieściły się na zdjęciach. Malutkie świerczki wyrosły ponad dach domu....
Uwielbiam te swoje chaszcze, można się w nich zagubić i zapomnieć o całym świecie.
Jeśli więc sadzicie drzewka i krzewy, to spróbujcie patrzeć na nie oczami wyobraźni - jakie będą za kilkanaście lat. I nie sadźcie za gęsto. Maleństwa, które sadzicie, niedługo będą olbrzymami.
Mówiłam Wam, że nasz ogród jest dość bałaganiarski? No to jesteście uprzedzeni. Dziś zostawimy na chwilę warzywniki i wybieramy się do dżungli. No to zabieramy ekwipunek i naprzód!
Alejka przed domem i piękne, czerwone pęcherznice. Niedługo wejdą do domu, hm...
Kiedyś posiałam margerytki, teraz wszędzie ich pełno. to jest moja wersja trawnika. Oraz młodziutka jarzębinka miczurinowska o słodkich owocach. Jeszcze ich nie próbowałam, ale już niedługo....
Tego cuda nie muszę przedstawiać... Uwielbiam zapach irysów, zarówno kwiatów, jak korzenia, który pachnie fiołkami.
I znowu alejka....
Łubiny wyhodowane w zeszłym roku z nasion.
Małe oczko wodne. Niedługo zakwitną nenufary, moje magiczne kwiaty.
Bramka i pnąca róża, którą ocalam przed zamarznięciem odczepiając i zawijając wieloma warstwami agrowłókniny. Krwawa robota dla moich rąk, nawet w rękawiczkach, ale za to jak już zakwitnie, to czaruje wszystkich.
Pióropusznik strusi nad oczkiem wodnym. Ma on długa historię, bo pierwsze sadzonki przyniosłam do ogrodu Babci z liceum - rósł tam pod północną stroną sali gimnastycznej. Potem z ogrodu Babci zabrałam sadzonki do nas. Teraz zajmuje cieniste zakątki ogrodu i rośnie czasem prawie tak wysoko, jak ja.
Pergola opleciona klonem i winoroślą, a z niej widok na lasek.
Ścieżka w lasku.
I druga ścieżka w lasku.
A teraz pomyślcie, że cała ta przestrzeń to był goły ugór, na którym pasły się krowy. Kilkanaście lat temu, kiedy tu się wprowadziliśmy. Aż samej mi trudno uwierzyć, że każde z tych drzewek i każdą z tych bylin zasadziliśmy sami. I wiele innych, które nie zmieściły się na zdjęciach. Malutkie świerczki wyrosły ponad dach domu....
Uwielbiam te swoje chaszcze, można się w nich zagubić i zapomnieć o całym świecie.
Jeśli więc sadzicie drzewka i krzewy, to spróbujcie patrzeć na nie oczami wyobraźni - jakie będą za kilkanaście lat. I nie sadźcie za gęsto. Maleństwa, które sadzicie, niedługo będą olbrzymami.
środa, 28 maja 2014
Wróciłam
W niedzielę wieczorem wróciłam z Kaszub, ale dopiero teraz znajduję chwilę czasu, żeby podzielić się wrażeniami.
Wyobraźcie sobie łagodne, porośnięte mieszanym lasem wzgórza, a między nimi zieloną, szeroką dolinkę i wijący się przez nią strumyk. Przepiękne miejsce, pełne dobrej energii. W dolince stara-nowa chata i stodoła w budowie (z przeznaczeniem na centrum konferencyjne), pasące się klacze ze źrebakami, kotki z kociakami, ognisko...
Na co dzień, z powodu pracy i gromadki małych dzieci, właściciele mieszkają w Gdańsku, ale przyjeżdżają tu najczęściej, jak mogą. Centrum ożywa w trakcie różnorakich warsztatów. Tak było i tym razem. Zebrała się grupa kilkunastu osób, ze znaczną przewagą pań.
Zaczęliśmy od odrobiny teorii (o tajemnym życiu gleby), siedząc w cieniu starej sosny, na zboczu. Następnie budowaliśmy "wał permakulturowy". Dzielne dziewczyny śmigały z taczkami po gnój i słomę. Na szczęście pod górę pchało się puste, a z góry pełne. Mam wrażenie, że dla niektórych było to pierwsze zetknięcie z brutalną prawdą o gnoju, ale wszyscy byli bardzo dzielni. Podziwiałam najmłodszą uczestniczkę, jeszcze nastolatkę, która pracowała jak stary ogrodnik i "brunatne złoto" nie było jej straszne.
Na grządce posadziliśmy kupione wcześniej sadzonki (bo sezon już zaawansowany) oraz zrobiliśmy podlewanie butelkowe. Gildia roślinna rosnąca na tej grządce to: ogórki, wczesna kapusta, pory, selery i kilka aksamitek. Zobaczymy, jak wyrosną.
Były jeszcze liczne pytania (ach ta glina w ogródku jednej z uczestniczek!), kilka krótkich wykładzików o różnych dodatkowych aspektach ogrodowych zmagań.
Tym razem usuwałyśmy całą murawę z perzem. Ponieważ w nawale zajęć gospodarze nie mają zbyt wiele czasu na pielenie, uznałam, że tak będzie lepiej. Tym bardziej, że gnoju i słomy, takiej już trochę przekompostowanej, mieliśmy obfitość.
Było pięknie i miło, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że coraz trudniej robić mi takie maratony. Po zeszłorocznej chorobie zostały jednak ślady, mimo, że podniosłam się z niej wyjątkowo szybko, to jednak powrót do formy trochę potrwa. Męczę się szybko i potem muszę dochodzić do siebie przez kilka dni. Podziwiam tu bardzo Pacjana naszego kochanego, że daje radę, ale ona młodsza jest... Myślę więc, że pomalutku będę kończyć z wyjazdowymi warsztatami, natomiast ciągle chętnie będę przyjmować ludzi u siebie. Nauka w zamian za kilka godzin pomocy dziennie. Chyba tak będzie najlepiej dla wszystkich.
Na warsztatach można się wiele nauczyć, ale ta wiedza pozostaje powierzchowna. Trzeba mieć czas, żeby sobie wszystko przemyśleć, przyswoić, uczynić swoim.
A u nas w poniedziałek była burza z gradem, po której się ochłodziło. Sporo zniszczeń, na szczęście niegroźnych. Liście pocięte, jak żyletką, trochę połamanych pędów (zwłaszcza winorośli). Ulewa znowu zalała łąki i pola, siano sąsiada znikło pod wodą. A u nas żywa gleba wchłonęła to wszystko, jak gąbka. Nawet warzywniak na glinie jest w porządku, żadnych kałuż. tylko staw i oczko wodne wystąpiły z brzegów.
Wyobraźcie sobie łagodne, porośnięte mieszanym lasem wzgórza, a między nimi zieloną, szeroką dolinkę i wijący się przez nią strumyk. Przepiękne miejsce, pełne dobrej energii. W dolince stara-nowa chata i stodoła w budowie (z przeznaczeniem na centrum konferencyjne), pasące się klacze ze źrebakami, kotki z kociakami, ognisko...
Na co dzień, z powodu pracy i gromadki małych dzieci, właściciele mieszkają w Gdańsku, ale przyjeżdżają tu najczęściej, jak mogą. Centrum ożywa w trakcie różnorakich warsztatów. Tak było i tym razem. Zebrała się grupa kilkunastu osób, ze znaczną przewagą pań.
Zaczęliśmy od odrobiny teorii (o tajemnym życiu gleby), siedząc w cieniu starej sosny, na zboczu. Następnie budowaliśmy "wał permakulturowy". Dzielne dziewczyny śmigały z taczkami po gnój i słomę. Na szczęście pod górę pchało się puste, a z góry pełne. Mam wrażenie, że dla niektórych było to pierwsze zetknięcie z brutalną prawdą o gnoju, ale wszyscy byli bardzo dzielni. Podziwiałam najmłodszą uczestniczkę, jeszcze nastolatkę, która pracowała jak stary ogrodnik i "brunatne złoto" nie było jej straszne.
Na grządce posadziliśmy kupione wcześniej sadzonki (bo sezon już zaawansowany) oraz zrobiliśmy podlewanie butelkowe. Gildia roślinna rosnąca na tej grządce to: ogórki, wczesna kapusta, pory, selery i kilka aksamitek. Zobaczymy, jak wyrosną.
Były jeszcze liczne pytania (ach ta glina w ogródku jednej z uczestniczek!), kilka krótkich wykładzików o różnych dodatkowych aspektach ogrodowych zmagań.
Tym razem usuwałyśmy całą murawę z perzem. Ponieważ w nawale zajęć gospodarze nie mają zbyt wiele czasu na pielenie, uznałam, że tak będzie lepiej. Tym bardziej, że gnoju i słomy, takiej już trochę przekompostowanej, mieliśmy obfitość.
Było pięknie i miło, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że coraz trudniej robić mi takie maratony. Po zeszłorocznej chorobie zostały jednak ślady, mimo, że podniosłam się z niej wyjątkowo szybko, to jednak powrót do formy trochę potrwa. Męczę się szybko i potem muszę dochodzić do siebie przez kilka dni. Podziwiam tu bardzo Pacjana naszego kochanego, że daje radę, ale ona młodsza jest... Myślę więc, że pomalutku będę kończyć z wyjazdowymi warsztatami, natomiast ciągle chętnie będę przyjmować ludzi u siebie. Nauka w zamian za kilka godzin pomocy dziennie. Chyba tak będzie najlepiej dla wszystkich.
Na warsztatach można się wiele nauczyć, ale ta wiedza pozostaje powierzchowna. Trzeba mieć czas, żeby sobie wszystko przemyśleć, przyswoić, uczynić swoim.
A u nas w poniedziałek była burza z gradem, po której się ochłodziło. Sporo zniszczeń, na szczęście niegroźnych. Liście pocięte, jak żyletką, trochę połamanych pędów (zwłaszcza winorośli). Ulewa znowu zalała łąki i pola, siano sąsiada znikło pod wodą. A u nas żywa gleba wchłonęła to wszystko, jak gąbka. Nawet warzywniak na glinie jest w porządku, żadnych kałuż. tylko staw i oczko wodne wystąpiły z brzegów.
środa, 21 maja 2014
Jadę na Kaszuby
Jutro bladym świtem jadę do Kukówki na Kaszubach poprowadzić staż o ogrodnictwie permakulturowym. Taka zawartość niniejszego bloga w pigułce.
Można o tym poczytać tutaj: http://www.kukowka.pl/oferta/warsztaty-ogrodnicze
W sumie wiadomości praktyczne przekazać łatwo, chodzi o to, żeby razem z nimi przekazać też pewną postawę, pewien stosunek do ziemi i - w dalszej perspektywie - do nas samych jako tej ziemi mieszkańców. A to już o wiele trudniejsze. Przygotowuję się więc mentalnie i merytorycznie.
Po stażach na pewno podzielimy się, zarówno Gospodarze, jak i ja, refleksjami i wrażeniami. To do zobaczenia w przyszłym tygodniu!
Można o tym poczytać tutaj: http://www.kukowka.pl/oferta/warsztaty-ogrodnicze
W sumie wiadomości praktyczne przekazać łatwo, chodzi o to, żeby razem z nimi przekazać też pewną postawę, pewien stosunek do ziemi i - w dalszej perspektywie - do nas samych jako tej ziemi mieszkańców. A to już o wiele trudniejsze. Przygotowuję się więc mentalnie i merytorycznie.
Po stażach na pewno podzielimy się, zarówno Gospodarze, jak i ja, refleksjami i wrażeniami. To do zobaczenia w przyszłym tygodniu!
wtorek, 20 maja 2014
Czas na nowe przekładańce
Gorączka siewna na wygaśnięciu, roślinki powschodziły, zaczyna się uroczy czas wyrywania chwastów. Ja nie żartuję, ja naprawdę to lubię. Siedzę sobie wygodnie w warzywniku jak w dżungli, ptaszki śpiewają, worek wypchany sianem pod doopą lub pod kolanami i oczyszczam systematycznie młodziutkie siewki. Wyrwane chwasty do wiaderka i na ... kolejny przekładaniec.
Tak, właśnie teraz, bez pośpiechu i niejako mimochodem można sobie przygotować grządki permakulturowe na następny rok. Na początku postępujemy, jak zwykle, czyli zdzieramy darń dookoła przyszłej grządki. Jeśli jest ona na terenie ogrodu z jakiegoś powodu nie obsianym, to oczywiście nie. Dalej układamy "podstawę" z gałązek lub badyli. Uwaga: unikajmy świeżo ściętych gałęzi, mogą się bardzo łatwo ukorzenić i będziemy mieć szkółkę drzewek, zamiast grządki.
Ten drenaż przykrywamy zerwaną darnią korzeniami do góry, można na to dać słomę lub siano, ale się nie musi. I wyrzucamy tam wszystkie resztki ogrodowe - czyli zerwane chwasty, odpadki organiczne, obierki, ściętą trawę (cienką warstwą, żeby się nie zaparzyła). Dobrze od czasu do czasu dać warstwę obornika (jeśli mamy).
Kiedy nasz przekładaniec osiągnie odpowiednią wysokość (tak do metra), przysypujemy go ziemią. Można tez przykryć słomą, sianem lub liśćmi. I zostawiamy w spokoju.
Na przyszły rok będzie już dobrze przekompostowana grządka permakulturowa, na której można sadzić wszystko.
Niektórych roślin, zwłaszcza ich korzeni, nie radzę dawać na taką grządkę. Będą wyrastać nawet spod grubej warstwy odpadków. Są to: perz, oset, powój, skrzyp i sałata kompasowa. Dla nich najlepiej przygotować osobny dół, z dala od upraw.
A na deser zdjęcie fajnego warzywnika "w kółeczka":
Tak, właśnie teraz, bez pośpiechu i niejako mimochodem można sobie przygotować grządki permakulturowe na następny rok. Na początku postępujemy, jak zwykle, czyli zdzieramy darń dookoła przyszłej grządki. Jeśli jest ona na terenie ogrodu z jakiegoś powodu nie obsianym, to oczywiście nie. Dalej układamy "podstawę" z gałązek lub badyli. Uwaga: unikajmy świeżo ściętych gałęzi, mogą się bardzo łatwo ukorzenić i będziemy mieć szkółkę drzewek, zamiast grządki.
Ten drenaż przykrywamy zerwaną darnią korzeniami do góry, można na to dać słomę lub siano, ale się nie musi. I wyrzucamy tam wszystkie resztki ogrodowe - czyli zerwane chwasty, odpadki organiczne, obierki, ściętą trawę (cienką warstwą, żeby się nie zaparzyła). Dobrze od czasu do czasu dać warstwę obornika (jeśli mamy).
Kiedy nasz przekładaniec osiągnie odpowiednią wysokość (tak do metra), przysypujemy go ziemią. Można tez przykryć słomą, sianem lub liśćmi. I zostawiamy w spokoju.
Na przyszły rok będzie już dobrze przekompostowana grządka permakulturowa, na której można sadzić wszystko.
Niektórych roślin, zwłaszcza ich korzeni, nie radzę dawać na taką grządkę. Będą wyrastać nawet spod grubej warstwy odpadków. Są to: perz, oset, powój, skrzyp i sałata kompasowa. Dla nich najlepiej przygotować osobny dół, z dala od upraw.
A na deser zdjęcie fajnego warzywnika "w kółeczka":
piątek, 16 maja 2014
Mon legionnaire...
Razem z wiosną obudziły się owady, te miłe i te mniej miłe. Komarów wprawdzie nie ma w tym roku zbyt wiele, ale muchy rozmaitej maści też potrafią być upierdliwe. A wszystkie muchy mają jedną obsesję: mego męża. Nam z córką nie robią nic, ot tam - czasem zabrzęczą, a on jest atakowany perfidnie ze wszystkich stron. Upodobały zwłaszcza jego uszy. Nie wiem, co w nich widzą (uszy jak uszy, normalne, czyste, tyle, że ciut odstające), ale jeśli jest jedna jedyna mucha w okolicy, to i tak będzie wokoło jego uszu brzęczeć. Wspomagana przez meszki i komary.
Biedny Piotruś ogania się rękoma, rozmazując ziemię na całej twarzy, podskakuje, przytupuje, piszczy cienko i wrzeszczy grubo, a muchy nic.
Żal mi się go zrobiło, bo narzekał niesamowicie. Zaproponowałam kapelusz od pszczół. Nie odpowiada, bo w nim za gorąco i źle widać. No to przypomniałam sobie Legię Cudzoziemską i te "woalki", które im opadały z kepi na kark i ramiona. No i raz! Znalazłam na strychu kawałek starej firanki (w niebieskie kwiatki), pocięłam i doszyłam do jego bejsbolówki, z którą się nie rozstaje, taką "woalkę" otwartą z przodu, ale chroniącą kark i uszy.
Piotruś zadowolony nosi to cały czas - on nie boi się śmieszności, tylko much. A wszystkie stworzenia w ogrodzie ryczą ze śmiechu. Ja też. Moskitiera w niebieskie kwiatki najnowszym trendem na Podlasiu!
Biedny Piotruś ogania się rękoma, rozmazując ziemię na całej twarzy, podskakuje, przytupuje, piszczy cienko i wrzeszczy grubo, a muchy nic.
Żal mi się go zrobiło, bo narzekał niesamowicie. Zaproponowałam kapelusz od pszczół. Nie odpowiada, bo w nim za gorąco i źle widać. No to przypomniałam sobie Legię Cudzoziemską i te "woalki", które im opadały z kepi na kark i ramiona. No i raz! Znalazłam na strychu kawałek starej firanki (w niebieskie kwiatki), pocięłam i doszyłam do jego bejsbolówki, z którą się nie rozstaje, taką "woalkę" otwartą z przodu, ale chroniącą kark i uszy.
Piotruś zadowolony nosi to cały czas - on nie boi się śmieszności, tylko much. A wszystkie stworzenia w ogrodzie ryczą ze śmiechu. Ja też. Moskitiera w niebieskie kwiatki najnowszym trendem na Podlasiu!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















