poniedziałek, 15 grudnia 2014

Dlaczego nie mam krowy?

       Często ludzie zadają mi pytanie: dlaczego nie mam krowy albo chociaż kóz? Fakt, przydałaby się jakaś mlekodajka, bo mieszkając wśród hodowców krów, nie mam skąd brać mleka. Ludzie, od których kupowałam latem, sprzedali swoje krowy. Inni robią trudności, bo niby podpisali z mleczarnią, że postronnym osobom sprzedawać nie będą, bo niby ich rozliczają, bo to, bo tamto... Zresztą zimą to ja nawet od nich nie chcę, ponieważ mleko krów karmionych kiszonkami ma specyficzny, nieprzyjemny zapach. W mleczarni robią z nim jakieś sztuczki i w butelkach już nie ma tego posmaku. Poza tym trochę obawiam się tych wszystkich antybiotyków i innych szczepionek, które dostają krowy z dużych hodowli.
     Czyli krowa by mi się przydała. Tyle, że zwierzę jest też osobą, o dobro której powinnam dbać. Często nowi osiedleńcy, poniesieni romantyczną wizją stadka zwierząt, biorą je, nie licząc się ze swoimi umiejętnościami i możliwościami, a potem to się źle kończy, przede wszystkim dla zwierząt.

      Posiadanie jakiegokolwiek zwierzęcia to duża odpowiedzialność. To też potrzeba wiedzy i znajomości jego potrzeb. To znajomość realna swoich możliwości. A te, w moim przypadku, są ograniczone. Córka wpada tylko czasem, mąż, jako typowe dziecko wielkomiejskie, nie bardzo umie i chce zajmować się zwierzętami. A ja? Czasem wyjeżdżam i nie ma mnie kilka dni, czasem jestem chora i tez uziemiona. Nie mogłabym poświęcić się codziennemu dojeniu o określonych porach, a nie ma mnie kto zastąpić.

      Nie wystarczy zresztą krowy doić i wyprowadzać na pastwisko. Trzeba znać jej potrzeby, zatroszczyć się o wygodne miejsce, o karmę na zimę, o zdrowie, trzeba umieć rozpoznać niedomagania i choroby, zaprowadzić w odpowiednim czasie do byka (jakoś mi nie odpowiada powszechnie stosowane sztuczne zapłodnienie), zadbać o to, by się czuła dobrze, miała odpowiednie warunki. Podobnie zresztą jest z kozami, które są delikatniejszymi stworzeniami, niż się często myśli. Zainteresowanych odsyłam do bloga Ewy z Kresowej Zagrody, od niej można się co nieco dowiedzieć o hodowli kóz.

       To wszystko sprawia, że mimo, iż nie wyobrażam sobie życia bez zwierząt na wsi, to mieszkają z nami takie zwierzęta, którymi dajemy radę odpowiednio się zająć: psy, koty, kury i owce. W codziennych czynnościach mąż może mnie zastąpić, bo nie wymagają specjalnych umiejętności, a ja z kolei znam je i umiem przeprowadzać zarówno strzyżenie, korekcję racic, odrobaczanie, jak i nasadzanie kurcząt.

      Ograniczanie się do tego, czemu jestem pewna, że dam radę, jest czasem dość bolesne. Bo tak marzyłam o koniu i krowie właśnie... Ale dlaczego dla moich zachcianek jakieś zwierzę miało by cierpieć? A ja razem z nim. Może gdybym była młodsza....

32 komentarze:

  1. Ja też! Ja też chciałabym mieć konia, albo chociaż kucyka, albo osła. Miałyby tu raj. Powstrzymuje mnie świadomość zobowiązań i konsekwencji i strach, że nie znając się i nie mając doświadczenia, coś przegapię...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie... Żałuję, że nie miałam okazji poterminować w jakiejś stajni albo oborze, tak porządnie. Teraz to po ptokach, jestem uwiązana tutaj.

      Usuń
    2. Ja to dopiero bym chciała konia!!!!!!
      Ale na początek - jestem sama z tym wszystkim, jak jadę do miasta nikt nawet psa nie nakarmi, a co dopiero konia!! Poza tym, czytałam, że przed "przeprowadzeniem" konia na swoje, gdy ktoś nie ma doświadczenia, lepiej potrzymać go trochę w pensjonacie dla koni, tam się znają, mają oko, w razie czego służą radą, dopóki człowiek sam się nie pozna. Ale byłoby pięknie;))

      Usuń
    3. No i , Kretowato, jeden koń, to smutny koń.

      Usuń
  2. Myślałam o hodowli kilku kurek, ale też się nie znam i boję...^^ Krowa to już wyższa szkoła jazdy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kalino, kury są dość wdzięczne i bardzo łatwe, jeśli chcesz, to Cię nauczę. U Ciebie miały by dobrze. Pierwsza rzecz to duży wybieg, a najlepiej dwa (jeden przegrodzony na dwa, używane naprzemiennie). chodzi o dostęp do świeżej trawy i grzebania w ziemi nie zakażonej zbytnio odchodami. Można im odgrodzić nieużywaną część ogrodu, po prostu. Idealnie, jesli jest zabezpieczony z góry od jastrzębi. No i kawałek kurnika. Na Litwie widziałam kurnik zrobiony ze starej szafy i kury go lubiły! ale chyba na zimę to za mało... My odgrodziliśmy siatką pomieszczenie w garazu, z ktorego mają małe wyjście z klapą na wybieg albo drzwi na podwórko. To naprawdę łatwe. Uważam natomiast, że nie jest dobrze kisić kury na maciupcim wybiegu, łysym i pełnym odchodów, to nie to, prawda?

      Usuń
    2. Mój Tato zachorował na kury;)) Ma właśnie część szopy wydzieloną siatką i wybieg za szopą - super tam mają i są całkiem proste w hodowli;)))

      Usuń
  3. Chodzo za mną kury, oj chodzo...

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzeba przyznać, że posiadanie zwierząt to duża odpowiedzialność.
    I praca, i to, że nie możesz ich zostawić ot, tak, a porządną osobę do opieki na zwierzyną nie zawsze jest łatwo znaleźć. I że naprawdę przy większych zwierzętach jedna osoba to za mało. A jak jeszcze trzeba doić! Człowiek uwiązany do gospodarki jak chłop pańszczyźniany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego mam takie, dość łatwe w obsłudze, gdzie mąż ewentualnie może mnie zastąpić. Ale duże prace, te bardziej specjalistyczne, i tak muszę robić sama.

      Usuń
  5. Właśnie dlatego, że jednak często muszę "zniknąć" na dzień, dwa, nie mam zwierząt mlecznych. Chciałabym bardzo i może jak już zapragnę nigdzie dalej się nie ruszać, to będę mieć, ale raczek parę kóz, bo gabaryty lepsze dla jednej osoby, jeśli idzie o obrządek i pielęgnację. Doić umiem i mam chyba z przeżuwaczami jakieś układy tajemne, bo się dobrze rozumiemy, podejrzewam nawet, że w poprzednim wcieleniu byłam owcą.
    Kury zaś są super, gęsi jeszcze bardziej. Wszystkie moje zwierzęta są bardzo "łatwe w obsłudze", albo mam niezwykłe szczęście.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niektórzy mają dar do zwierząt, dla nich jest to łatwe i naturalne. I chwała Bogu, że tacy ludzie są.

      Usuń
  6. Pracuje właśnie w stadzie (ekologicznym) bydła i kóz i dlatego trochę trochę z Tobą popolemizuję, bo nie zgadzam się ze wszystkim z tego wpisu :P
    Owszem krowa to duże zwierzę i duży obowiązek. Niestety większość ludzi na wsiach nie ma już pojęcia o tym co kiedyś było powszechne i jak sobie radzić z takim zwierzęciem. Kozy są trochę łatwiejsze, ale największy błąd robi ktoś kto uważa, że koza to taka uproszczona i nieproblematyczna wersja krowy. Koza także wymaga i nie toleruje błędów, a jeśli nawet siano/sianokiszonka będzie nie taka to może wyciągnąć raciczki...
    Branża mleczna jak wszystko inne w obecnych czasach opiera się na pieniądzach. Ważniejsze są nowe auta dla prezesów firm mleczarskich niż pieniądze dla hodowców za mleko.
    To nie jest zupełnie tak, że mleko od kiszonki dostaje przykrego zapaszku. Owszem łapie, ale przez słabą higienę przy dojeniu (to jest głównie problem zimy), jeśli dodatkowo wszystko jest ba szczelnie pozamykane w oborze to już na pewno mleko będzie śmierdzieć. Nawet jak gospodarz karmi kiszonką, a ma czystą krowę, czysta ściółkę i powietrze nie jest ukiszone to mleko będzie pachniało mlekiem, a Ty nie poznasz, że krowa jadła kiszonkę. U mojego chłopaka właśnie tak jest ;)
    W mleczarniach nie robią sztuczek polegających na odejmowaniu przykrego zapachu, jeśli już to standaryzują mleko. To polega na odwirowywaniu i mieszaniu mleka aby uzyskać to co jest zapisane na kartonie. Piłam nie raz mleko"podkradane" prosto ze schładzalnika od krów z wielkiego stada i było o wiele smaczniejsze niż to, które przejedzie przez mleczarnię. Antybiotyki i inne farmaceutyki owszem mogą być problemem. Jeśli bydle jest chore, coś takiego dostaje to się go nie doi do mleka, które idzie na sprzedaż, bo to jest "mleko karencyjne" i można mieć z tego tylko problemy.
    Nie jestem też przeciwniczką sztucznego zapłodnienia. Uważam, że jest bardzo dobrym rozwiązaniem niezależnie od tego czy stado ma 100 sztuk czy też 1. Z doprowadzaniem do byka wiąże się większe zagrożenie związane z zawleczeniem sobie jakiegoś przykrego choróbska i nie mam tu na myśli tylko wszy bydlęcych, od których roi się na takich "puszczalskich bykach". Do tego wymiana genów...
    Krowy i inne zwierzęta byłyby idealne gdyby były nadmuchiwane i w razie potrzeby można było spuścić z nich powietrze, a później schować je do szafy, kiedy nie można się nimi zająć ;) ale tak pięknie nie ma. Całe szczęście, że nie muszę się zajmować "moim" stadem codziennie, a czasem mogę sobie zrobić wolne. Dojarze mają już z tym problem, ani świąt, ani Sylwestra, ani nic. Jeśli ktoś choruje lub ma coś pilnego trzeba szukać zastępstwa i to jest na prawdę problem. Mimo to i tak myślimy o tym, żeby do domu ściągnąć sobie jakąś krówkę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauczyłam się czegoś nowego... Wszyscy rolnicy, których znam, mówią, że nie tylko kiszonki, ale też korzeniowe typu rzepa czy inne buraki pastewne psują smak mleka. Możliwe, że masz rację, ale u naszych sąsiadów nie tylko mleko czuć kiszonką, ale całe obejście i ich samych, mimo, że mają nowoczesną oborę i myją ją regularnie, podobnie jak dojarki i zbiorniki. Od nich wiem też, ile chemii stosują ... do wszystkiego. I to hodowcy krów tutejsi mi powiedzieli, że do mleka w mleczarni dodaje się taki środek, który neutralizuje ten zapach.
      A sztuczne zapłodnienie, to kwestia o wiele głębsza, niż pasożyty. Poczytaj sobie biodynamików, oni to uzasadniają dość ciekawie. Można się z tym zgadzać, albo nie, zależy od poglądów. Ja się raczej zgadzam.

      Usuń
    2. Z z tym, że każda roślina i rodzaj paszy daje swój smak to prawda. Zwłaszcza korzeniowe i kapustowate potrafią zepsuć. Jak byłam dzieckiem to pamiętam, że krowy bardzo lubiły zjadać lebiodę, a później dawały niedobre mleko... Im bardziej prawdziwe (tłuste) mleko tym bardziej wonne ;) Zwłaszcza przy serach jest problem jeśli krowa/koza jest niedbale żywiona, bo przy dojrzewaniu sera wszystko wychodzi (rośliny które były zjadane, jakość kiszonki i higiena).
      Ten środek rzeczywiście istnieje, wiem, że stosuje się go w kozim kartonikowym, bo inaczej byłoby nie do wypicia ze smrodkiem, który robi się przy obróbce technologicznej (działa chyba na strukturę tłuszczu). Tylko, że to nie powinno być tak, że dodaje się coś takiego zamiast cisnąć na higienę mleka.
      Tak jak pisałam wszy to najmniejszy problem przy dopuszczaniu do wiejskich byków/kozów/tryków jest wiele chorób którym lepiej nie dawać szans na zaistnienie, bo jeśli przyjdzie leczyć zwierzęta to chemią. Wiem, że jest wiele czynników dodatkowych, które wpływają na zapłodnienie. Za namową hodowcy z długoletnim stażem w swoim stadku królików sprawdzałam jak ma się Księżyc do płci i to się mniej więcej sprawdziło. Jednak w przypadku bydła jest tak, że ciężko byłoby mi znaleźć odpowiedniego buhaja w okolicy i to jeszcze takiego co do którego miałabym pewność, że będzie zdrowy. Utrzymanie własnego reproduktora też kosztuje, ale w przypadku kóz/owiec to ma sens nawet jeśli jest drogi.

      Usuń
    3. Masz rację, nie da się znaleźć dobrego rozpłodowca ot tak sobie...

      Usuń
    4. I w innych sprawach masz rację, za wyjątkiem sztucznego zapłodnienia. Wiem, że w dzisiejszych czasach jest trudno, ale uważam, że to ważne dla dobra zwierzęcia, te minimum czułości, te zaloty, choćby krótkie i kontakt z innym zwierzęciem, a nie ze strzykawką. Ta sprawa sięga nieco innych poziomów, bardziej subtelnych. Zwierzę nie jest maszyną, dlatego nie można go tak traktować, w sposób zupełnie przedmiotowy i odhumanizowany. Wiem, że często inaczej jest trudno, ale naturalnie jest lepiej, z wielu względów.

      Usuń
    5. Napisałam i znikło(?). To jeszcze raz. Bardzo interesujące z wpływem Księżyca na płeć potomstwa. Może, Roso Canino, rozwinęłabyś temat?
      Również jestem za naturalnym zapłodnieniem. Obserwując swoje konie, widzę, ile czasu poświęcają na czułości, i że sam akt, to nie wszystko. Dlatego , jeżeli chodzi o konie, nie za bardzo przemawia do mnie tzw. krycie z ręki. Klacz jest właściwie gwałcona. Niefajnie.

      Usuń
  7. Przeprowadzając się na wieś też marzyłam o własnym mleku. Teraz, po roku, widzę, że po prostu nie dam rady, ale kury to w przyszłym roku muszą być. Mam nadzieję, że je ogarnę. Wygrodziłam już dla nich wybieg - 1500 m - to chyba całkiem sporo? Gorzej tylko, że jeden z moich psów uważa, że wszystko co biega i fruwa to trzeba upolować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Psa można wytresować, ja z każdym nowym przechodzę to samo - o ile kury wyjdą na zewnątrz, to mogą mieć przechlapane, ale po pewnym czasie taki burek rozumie, że nie można, o ile jest karcony za każdą próbę polowania i to zdecydowanie. W tym wypadku można nawet psa lekko uderzyć (mój mąż uderzał Lunę chusteczką (hi hi hi), a ona odbierała to jako dotkliwą karę). Ja używam gazety albo cienkiego patyka, a potem psa za obrożę przy wtórze połajanek i na kwadrans do piwnicy. Kilka takich sesji wystarczy, żeby dał spokój (przynajmniej, kiedy człowiek widzi). Zaraz tu pewnie napadną na mnie ci, którzy zwierzęta zbyt uczłowieczają. Ja powiem tylko jedno: przypatrzcie się, jak przywódca sfory karci swoich podwładnych. Często są to dość dotkliwe uszczypnięcia i ugryzienia. Uderzenie gazetą to przy tym pestka. Pies nie jest człowiekiem, należy go kochać i szanować, miziać, kiedy się da, ale trzeba też szanować jego odrębność i przemawiać językiem, który zna. Inaczej pomyśli, że on tu rządzi. No i możemy mieć problem. Przywódca sfory powinien być dobry i sprawiedliwy, ale też zdecydowany.

      Usuń
  8. Dziękuję za ten wpis Czarna Jagodo (wiele osób Cię czyta, więc może...), czasami mnie przeraża u niektórych ludzi brak wyobraźni, poczucia odpowiedzialności i przedmiotowe traktowanie zwierząt, uleganie własnej chwilowej zachciance, kompletny brak empatii w stosunku do zwierząt - rzeczywistość szybko weryfikuje "chwilówki" ze szkodą tylko dla zwierząt niestety...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie - empatia. To bardzo ważne, żeby ją mieć. Jak napisałam wcześniej, niektórzy ludzie są urodzonymi hodowcami, inni mniej. Ci pierwsi zauważą natychmiast, co zwierzęciu potrzeba i potrafią zaradzić na wszystkie kłopoty, ci inni traktują stworzenie, jak rzecz, milutką zabawkę. Na szczęście przy dobrej woli i odrobinie wysiłku tej empatii można się nauczyć. Ważne, żeby używać rozumu. Mnie ciarki przechodzą, kiedy widzę kury zamknięte tłumnie na małej przestrzeni, na gołym piasku skażonym odchodami, a potem sprzedaje ktoś ich jaja jako ekologiczne. Albo krowy prze 6 miesięcy uwiązane w oborze na krótkim łańcuchu... Moja obórka dla owiec jest też malutka, ale nawet zimą wypuszczam je regularnie na spacery, o ile pogoda pozwala. W dni mokre, to one same nie mają ochoty wychodzić.

      Usuń
  9. Masz całkowitą rację Gorzka Jagodo. Ważne jest mierzenie sił na zamiary. Ale czasem bywa też tak, że całkowicie przypadkowe przyjęcie zwierząt pod swój dach zamienia się w pasję. I dla zwierząt warto też czasem zmienić swoje życie. Jestem tego najlepszym przykładem. Oczywiście posiadanie kóz wpłynęło na wszystko co robię i nic już nie jest takie jak było przedtem.. Zapraszam na swój blog - http://zapiskispodlasu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podczytałam Twego bloga, jest piękny i bardzo, bardzo dużą wrażliwość i miłość do wszystkich istot w nim widać. Dodaję do ulubionych.

      Usuń
    2. Cieszę się i dziękuję za miłe słowa.

      Usuń
  10. A ja marzę o kurach, owcach, czy kozach i o koniu też. Na razie jednak najszybciej chyba będą to kury, a reszta w odpowiednim czasie wśród bardziej odległych marzeń - właśnie ze względu na częste wyjazdy i brak odpowiednich warunków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To bardzo dobry pomysł, żeby zwierzaki wprowadzać stopniowo. Myślę, że Tobie się uda spełnić dużą część tych marzeń.

      Usuń
  11. No cóż miastowa jestem. Wieś pracę na wsi znam a raczej nie znam bo tylko z dwóch miesięcy wakacji u dziadków, dodam że zawsze bardzo pracowitych wakacji bo i dziadkowie już nie pierwszej młodości byli ale to nie wystarczy by poznać i pracę i obowiązki.
    Dla mnie już za późno nawet na kurki, choć marzy mi się jeszcze doświadczyć bliskości z małym stadkiem kurek i zapewnianiu im jak najlepszych warunków żywieniowych i bezpiecznych.
    Jagodo gdybyś chciała pomóc tej pani opisywanej na blogu Ewy z Mazur to zerknij na blog Ewy. Sprawdzono, tam bieda piszczy nic oszustwa, węgiel jest jednak w tej chwili najważniejszy. Coś już zrobiono w tym kierunku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, zajrzę i pomogę. Nigdy nie jest za późno na kury! O ile ma się miejsce i warunki. Gęsi są jeszcze lepsze, ale duzo srają i pchają się do domu - charakter mają podobny do psów i mogą je zastąpić.

      Usuń
  12. A ja tak właśnie się uwiązałam... bo i owce (bezobsługowe ;-)) i kózki, i jeszcze konie córki. Niby wszystkie niekłopotliwe, ale już kózki trzeba co dzień wypuszczać na pastwisko i przed zmrokiem zamykać. A to wody ciepłej zanieść... a to pastucha przestawić. No i jeszcze trafiła nam się ta owieczka-trójnóżka, przez którą całe lato nie mogłam się z domu ruszyć.
    Ale wiesz? nie żałuję ani trochę! A jak jestem poza domem, to tak się śpieszę z powrotem... To prawda, odpowiedzialność wielka - chociaż mnie takie życie odpowiada ;)
    Gdyby tak wszyscy, którzy chcą wziąć zwierzę pod wpływem kaprysu, najpierw się dobrze zastanowili... Ale nawet chłop, mieszkający nieopodal, "zapominał" zabrać krowę z pastwiska i wydoić, dać pić podczas upałów ;(
    A na wiosnę kurki chciałabym mieć. Zielononóżki ;) Pozdrawiam Cię serdecznie/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że obie tak mamy... Ja też jestem zadowolona ze swego "uwiązu" i lubię przy tym być. Twojej Agnieszce kibicuję od początku. zielononóżki fajne są, ale one lubią wolność. U mnie niestety, przez to umiłowanie wolności ciągle je coś zżerało - a to jastrząb, a to lis, a to jenot, a to coś tajemniczego...Taka okolica, że kurki mus w zagrodzie trzymać.

      Usuń