sobota, 15 maja 2021

Wolontariat otwarty

       Ciepła pora roku pomału zaczyna się mościć i czuć się coraz pewniej. Do tej pory to był taniec w te i we wte, trochę ciepła, trochę śniegu i przymrozków. Razem z nią zaczął się gorący sezon na prace w ogrodzie. Piękny czas, pełen nadziei. Łany kwiatów powystawiały pyszczki, kwitną wiśnie. Za dwa-trzy dni zacznie się festiwal kwitnienia jabłoni.


      

        Robimy, co możemy. A ja się cieszę, ze mogę więcej, niż w poprzednie lata. Nie ma szału, ale coś tam daję radę zrobić. Pierre też zwija się jak mrówka, tyle że po złamaniu lewa ręka ciągle jest niesprawna. A w ogrodzie mamy opóźnienia, które na gwałt trzeba nadrabiać. I sporo już zrobiliśmy.

      Jednak są rzeczy, których nie dajemy rady ruszyć, jak połamane tunele foliowe. A ziemia pod nimi dobra, przydało by się coś zasiać.


    

        Dlatego ogłaszam sezon na wolontariat otwarty. Jeśli ktoś chce odpocząć, połazić po bagnach i lasach, posiedzieć w ogrodzie, a przy okazji nam pomóc, to zapraszamy. Ze względu na warunki przyjmujemy najwyżej 2-3 osoby naraz i na okres do 2 tygodni (może być krócej). Oferujemy bardzo znośne warunki mieszkaniowe - duży, ładny pokój na górze z 2 łóżkami z pościelą i własną toaletą i umywalką; oraz dobre posiłki codziennie. Prysznic można brać na dole. No i wszelką wiedzę, jak mogę się podzielić. Wolontariusze są naszymi gośćmi, uczestniczą w codziennym życiu, jak rodzina. Oczekujemy w zamian 4-5 godzin pomocy w ogrodzie dziennie przez 6 dni w tygodniu. Możemy też chętnie pokazać szlaki i ciekawe miejsca do zwiedzania w okolicy. A jest tego trochę, bo zbieg Bagien Biebrzańskich i Puszczy Augustowskiej obfituje w szlaki piesze i rowerowe, miejsca mocy i rezerwaty.


     

        Mam cichą nadzieję, że dawni wolontariusze skomentują i podzielą się wspomnieniami, żebyście wiedzieli, czego oczekiwać.


     

        Ponieważ jest tu sporo bzyczących krwiopijców, dobrze by było, gdyby wolontariusze sami zaopatrzyli się w środki przeciwkomarowe, inaczej może być ciężko.




      Można już rezerwować miejsca i terminy.

piątek, 26 marca 2021

Święto wiosny

        Dla mnie wiosna zaczyna się, kiedy poczuję w powietrzu to nieuchwytne "coś", jakąś zmianę, która mi mówi, ze właśnie się zaczęło. Mój pierwszy dzień wiosny jest więc świętem ruchomym i bardzo subiektywnym, ale przeżywam go bardzo intensywnie. Dwa dni temu poczułam, że przedwiośnie się skończyło, a zaczęła się wiosna. To nic, że miejscami zalegają jeszcze płaty śniegu, powietrze pachnie już inaczej. W tym roku początek wiosny przebiega u nas pod znakiem zwierząt.



      Najpierw niebo zaludniło się kluczami dzikich gęsi, czajek, szpaków. Na łąkach zaczęły tańczyć żurawie. A pierzaste towarzystwo, które zimą odwiedzało nasz karmnik, z całych sił zabrało się za budowę gniazd. W gęstym świerku przed domem wije gniazdo cukrówka-synogarlica. Jak to możliwe, że taki śliczny ptak pohukuje tak ponuro? Za to reszta ćwierka i śpiewa na całego.

     Ostatnio dość często pokonywałam trasę do Dąbrowy Białostockiej przez Lipsk i prawie za każdym razem spotykam leśne zwierzęta: a to młody łoś-gapiszon stoi tuż przy drodze, a to chmara saren pasie się na łące, nawet parkę kuropatw widziałam. Te kuropatwy obudziły we mnie radość i wielkie rozczulenie. Pamiętam czasy z mego dzieciństwa, kiedy widziało się ich całe stada, a leśnicy zimą budowali namiociki z gałęzi świerka, pod którymi rozrzucali pokarm. Potem mechanizacja, chemizacja i plaga lisów prawie wytrzebiły te miłe ptaki. Dobrze zobaczyć je znowu.



      Pamiętacie mego zajączka z warzywniaka? Tego, którego kilka lat temu obserwowałam jako malucha, który w zeszłym roku skubał mi truskawki kilka metrów ode mnie i który nie boi się psów? Otóż ciągle tu jest. Chyba ten sam, bo takiej nonszalancji względem człowieka i psów nie spotyka się często. Zostawiłam brukselki pod śniegiem, bo jakieś takie niewydarzone były, malutkie. Zajączek zrobił mi więc uczciwy barter: zjadł brukselki, za to nawiózł obficie grządkę. On jest jakiś dziwny, bo latem kapusty ani marchwi nie rusza. Może koniczyna mu lepiej smakuje? I tak sobie pomieszkuje kątem w ogrodzie. Mógłby wyjść na łąki, wie doskonale, gdzie są wszystkie furtki i czasem sobie idzie, ale zaraz wraca. Widocznie mu tu dobrze.

     Tego dnia, kiedy poczułam wiosnę, podczas przechadzki po ogrodzie zostałam zaczepiona i wręcz przyciągnięta przez jeden świerk. Sadziłam go jako niewielkie drzewko, a teraz ma kilkanaście metrów wysokości i potężny pień. Po raz pierwszy w życiu czułam, jak drzewo mnie woła. Nie rozumiem mowy drzewnej, więc nic mądrego nie napiszę o jego przesłaniu. Wiem tylko, że otulił mnie chmurą zapachu i szelestu, jakby mówił, że teraz już będzie dobrze.



      Kwitną przebiśniegi i pierwsze krokusy. Wierzby rozpuściły swoje bazie. Drzewa jeszcze nagie, ale już otacza je taka zielonkawa poświata, zwłaszcza brzozy i wierzby.


piątek, 19 marca 2021

Kręgosłup i przyległości

         To będzie post bardzo prywatny, o bólu, cierpieniu i o aniołach, które zjawiają się w odpowiednim momencie, nie o ogrodach. Ale może komuś się przydać i będzie szanował swój kręgosłup. A w razie problemów nie poddawał się, a szukał pomocy tam, gdzie ją może znaleźć.

        Pamiętacie może, że skarżyłam się na ból w kręgosłupie, narastający od lat i zmuszający mnie do zwolnienia trybu życia? Otóż przeszłam ostatnio coś, co spowodowało, że wydał mi się miły, oswojony i znośny. No bo on usłużnie znika, kiedy usiądę lub się położę. Tymczasem dorwała mnie rwa kulszowa z bólem ostrym i nie przemijającym w żadnej pozycji. Czasem lżejszym, czasem (najczęściej) nie do zniesienia. Człowiek ma ochotę wyć i wbić zęby w ścianę. Miewałam to już przedtem, w poprzednich latach. Zasięgałam wtedy porady u utytułowanych lekarzy, paru. Zrobiłam skan w tomografie. Diagnoza była taka, że nacieki zwyrodnieniowe zakrywają mi kanały, którymi wychodzą nerwy. Nie ma lekarstwa, należy przyjmować środki przeciwbólowe. Do operacji się nie kwalifikuje. A będzie coraz gorzej, aż kanały się zamkną i odetną mi nerwy. Wtedy bezwład i wózek inwalidzki po latach cierpień, o ile dożyję. Zresztą bezwład nóg już się zaczął parę lat temu.

     Środki przeciwbólowe to dla mnie ostateczność. Jestem z nimi bardzo ostrożna, ponieważ spowodowały śmierć mojej matki. Miała podobne bóle, przyjmowała pod kontrolą lekarza coraz silniejsze przeciwbólowe tabletki. Spowodowały krwotok z przewodu pokarmowego. Raz było to u mnie, zawiozłam do szpitala. Tam potraktowano ją najpierw jak symulantkę, dopóki nie wypluła z siebie na podłogę masy krwi. Drugiego krwotoku dostała, jak była sama w mieszkaniu. Nie udało się jej uratować. Lekarz na OIOM-ie przestrzegł mnie przed tymi lekami przeciwbólowymi... No więc się strzegę.

    Ale tym razem zaczęłam je przyjmować. Okropny ból, trwający miesiąc, podkopał zupełnie moje morale. Skoro ma być tak do końca, a właściwie coraz gorzej, to co za sens dbać o swoje życie?

   Jak zwykle w takich sytuacjach, los zaczął zsyłać mi anioły. Byli już tacy, którzy nas zaopatrywali, kiedy byliśmy przysypani śniegiem. Teraz zjawiły się inne. Jedna anielica pomogła mi doprowadzić dom do porządku. Inne przyjechały z olejkami do masażu i z całej siły starały mi się ulżyć. Od nich to dowiedziałam się, że niezbyt daleko od nas, w zimnym mieście, przyjmuje rehabilitant - osteopata, który działa cuda. Miałam opory, powiedziano mi, że rehabilitacja nie pomoże na ten ból. Ale niemal mnie zmuszono do wizyty. Najadłam się tych przeciwbólowych i pojechałam.

    Przede wszystkim człowiek jest niesłychanie sympatyczny, bezpośredni i dający nadzieję. Przeanalizował skany, dokumenty i orzeczenia i delikatnie podważył hipotezę zamykających się kanałów pod naciekami. Po prostu w opisie były dwa zjawiska, nacieki i wypukliny, które raczej nie występują razem. Potem zapytał mnie, czy uderzyłam się kiedyś w lewą stronę ciała, zwłaszcza w biodro. Od razu przyszedł mi na myśl wypadek na rowerze sprzed lat, kiedy przy dużej szybkości walnęłam właśnie tą stroną ciała w krawężnik. Miałam też złamaną rękę. Bo on usłyszał to, czego lekarze z tytułami nie chcieli przyjąć do wiadomości: kiedy wstaję rano, czuję się dobrze, wręcz fruwam... przez jakieś pół godziny. Ich zdaniem musiałam wstawać sztywna i obolała, a dopiero potem "się rozchodzić". No i okazało się, że takie bóle, jakie ja mam, też istnieją i nie są skutkiem zwyrodnienia, a lekkiego przesunięcia w stawach biodrowych spowodowanego urazem mechanicznym.

    Chyba po raz pierwszy ktoś ze służby zdrowia nie lekceważył mego bólu ani tego, co miałam do powiedzenia. Już to samo w sobie jest bardzo pocieszające i dające nadzieję.

    Powiedział też, że, jego zdaniem, może mi pomóc. Na początek zajął się rwą. Zabieg był dziwny, miałam wrażenie, że wbija mi rozżarzone do białości pręty w ciało, ale...rwa ustąpiła. Został śladowy ból, o czym byłam uprzedzona, a który po 3 dniach minął zupełnie. Rwa spowodowała opuchliznę i stan zapalny, więc teraz się regeneruję. W perspektywie mam ustawienie stawu biodrowego i zmniejszenie (nie ośmielam się marzyć, że usunięcie) bólu w plecach.

     Ale najważniejsza jest nadzieja. Jestem jak człowiek, który miał w perspektywie długotrwałe tortury, bez nadziei na ich koniec, a którego nagle wypuszczono z więzienia. Znów robię plany, kaligrafuję, nawet coś tam szkicuję. Mam taki przypływ energii, jakiego nie miałam od lat.

    Nie było by tego, gdyby nie anioły. Wszechświat jednak się o nas troszczy i podsuwa rozwiązania nawet w pozornie beznadziejnych sytuacjach. Dobrze, że nie przegapiłam tej ścieżki, posłuchałam Wszechświata i zrobiłam to, do czego mnie zachęcał.

      Jeszcze coś, dziwny "przypadek". W samym apogeum tego epizodu z rwą wyciągnęłam sobie runy. Jako przyszłość ukazała mi się runa wyzdrowienia i regeneracji. A na drugi dzień przyszła taka fala pogorszenia, że zwątpiłam. Nie trzeba było.

     Zrobiłam szkic swojej wersji Drzewa Gondoru. Jest to szkic, próbowałam różne farbki i tusze, litery są okropne, ale całość do mnie przemawia.  



niedziela, 7 marca 2021

Bogactwo i szacunek

     W tym roku, po kilku latach nieobecności, za naszym domem pojawiły się rozlewiska. Powitaliśmy je z radością, bo zwiastują koniec suszy, która dała się we znaki wszystkim zielonym mieszkańcom regionu. Zwłaszcza drzewa cierpiały i było to widać.

     Radość tym większa, że bardzo dużo tej wody już wsiąkło w ziemię, która pod solidną kołdrą śniegu była miejscami nie zamarznięta. Więc woda z roztopów wsiąkała na bieżąco, odżywiając głębokie warstwy gleby i głębokie korzenie. 


      A ja chcę wam napisać, jak ratowałam nieudane naleśniki. Mamy z mężem taki feblik, że bardzo szanujemy żywność. Nie ma mowy, żeby coś wyrzucić bezproduktywnie. To, czego nie zjemy, oddajemy zwierzakom, a dopiero, jeśli nie nadaje się dla nich,  idzie na kompost.  Wiemy, jak rośnie żywność i ile sił natury i ludzkiej troski wymaga, więc jest dla nas godna szacunku. Jeśli ktoś był kiedyś bardzo, ale to bardzo głodny, to wie, jakim cudem jest najeść się do syta.

      Ten szacunek pogłębił się jeszcze, kiedy zaczęłam kupować mąki bio i eko, oraz inne wyroby i produkty, których u nas nie ma, jeśli nie bio i eko, to przynajmniej z małych gospodarstw rodzinnych. Mąki zgotowały nam sporo niespodzianek. Np. mój mąż pasjami lubi naleśniki, takie prosto z patelni. Tylko zawsze narzekał, że są gumowate, a nie chrupiące jak lubi. Robiłam, co mogłam, ale zawsze trochę gumowate były. Zrobiłam z mąki orkiszowej bio pomieszanej z pszenną i proszę! niespodzianka! mamy chrupiące naleśniki bez wysiłku.

     Następnie spróbowałam z samopszy zrobić ciasto naleśnikowe, ale coś schrzaniłam. Wyszło za rzadkie, na patelni powierzchnia placka była przypalona, a w środku niesmaczny glut. Bleeee.... Ale przecież nie wyrzucę ciasta z Samopszy! Zagęściłam je orkiszową mąką i zostawiłam na noc. Rano placki były lepsze, ale też bez szaleństwa i, mówiąc prawdę, już mieliśmy ich dość. A tu zostało jeszcze sporo ciasta. No to zagęściłam je jeszcze bardziej, dodałam drożdży i po wyrośnięciu upiekłam bułkę. Ta w końcu wyszła bardzo smaczna, przypominająca chałkę. A ja miałam satysfakcję, że nie zmarnowałam darów Ziemi.

    Dziwna sytuacja z tymi darami od życia. Kiedy zaczynam myśleć, czego mi brakuje, albo co jest nie tak, to czuję się uboga i przygnieciona. A kiedy moje myśli zwrócą się do tego, co zostało mi dane prawie bez wysiłku, to aż rozpiera mnie wdzięczność. Mam ciepło, mam dobre jedzenie do syta, suchy, miły pokoik. Co tam pokoik, cały dom! Mam kawałek ziemi, który mnie chroni, żywi, leczy i zachwyca, którym mogę się opiekować, co nadaje sens mojej egzystencji. Kto błąkał się po zimnie i deszczu, głodny i zgnębiony, potrafi docenić niezwykłość takiego bogactwa.



    Często dzieje się tak, że kiedy snuję jakieś myśli, układam wątki, to pojawiają się skądś wiadomości akurat do nich pasujące. Czasem przynoszą je ludzie, ale częściej są to książki lub eseje. No i właśnie teraz, kiedy przemyśliwałam o szacunku i o darach, przyszła do mnie cudowna książka, która idealnie współgra z nimi. Od pierwszych stron miałam gulę w gardle ze wzruszenia. Bogowie, jakie to piękne i mądre! To jakby Peter Wohlleben, Łukasz Łuczaj, Ursula Le Guin, Winnetou i kroniki szamańskie w jednym. Z dodatkiem czegoś więcej.

      Ta książka to "Pieśń Ziemi" Robin Wall Kimmerer. Autorka jest rdzenną Indianką, ale też doktorem nauk przyrodniczych. Łączy ze sobą te dwa rodzaje wiedzy, bo sama przeszła długą drogę, żeby je scalić w sobie. Jako dziecko rozumiała całą przyrodę jako dar, moc duchową i piękno, jako Osobę. Potem, przy wstąpieniu na studia, wyśmiano ją. Więc zacisnęła zęby i latami starała się patrzeć na naturę oczami białego człowieka, jako na coś, co się bada i wykorzystuje. W pewnym momencie te dwie ścieżki splotły się ze sobą, kiedy uświadomiła sobie, że jedna nie przeczy drugiej, a to, co jest ważne, to nasza postawa.


     Tej książki nie da się opowiedzieć, trzeba ją przeczytać, a bardziej jeszcze - przemedytować. Są w niej też rzeczy praktyczne. Nie wiedziałam, ze pałka wodna kryje w sobie takie bogactwo zastosowań! A żywotnik, tak często oczerniany u nas! Ale najważniejsze jest to, jak widzimy świat i jaką postawę przyjmujemy. Dla Indian Ziemia jest darem miłości i osobą, podobnie jak wszystkie istoty na niej żyjące. A my jesteśmy młodszymi braćmi tych istot, którzy są przez nich rozpieszczani i uczeni. Dziękczynienie jest najlepszą naszą postawą wobec tylu cudów. Może mniej by mnie to uderzyło, gdyby nie to, że od lat doświadczam tego uczucia. Czasem sama siebie karciłam za sentymentalizm, tymczasem okazuje się, że kroczyłam ścieżką rdzennych Indian. Cudowne odkrycie.

    Niech sobie zwolennicy ludzkiego "panowania" mruczą o antropomorfizacji. Dokąd nas zaprowadziła taka postawa, sami widzimy. Zamiast antropomorfizować drzewa, zwierzęta i inne rośliny, sama wolę stać się "zdrzewiała" w duszy.

    

wtorek, 23 lutego 2021

Pokonać smoka

      Powiało ciepłem. W ciągu dnia temperatury są na plusie, powietrze pachnie inaczej. Gruba pokrywa śniegu pomału kurczy się. I chociaż wszędzie jest biało, to ptaki drą się zupełnie wiosennie. Drogę do domu już od kilku dni mamy odśnieżoną przez spychacz, ale nie zdobyłam się jeszcze na to, żeby wyjechać. Zaraz za naszą drogą prywatną zaczyna się droga gminna, odśnieżana, ale nigdy nie posypywana, wyjeżdżona na glacę i lodowisko i podwójnie śliska w tej chwili. Dziś jeden z przyjaciół zawiózł Pierra na zakupy, mamy zapasy na co najmniej 10 dni. A potem, mam nadzieję, to czarne na drogach wyjrzy spod lodu.

     Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam o depresji, bo czas przedwiosenny taki jakiś ciężki jest, czas historyczny też niełatwy, a na dodatek obchodziliśmy dzień walki z depresją.

    Miałam to świństwo kiedyś, ciągnęło się latami i miało wiele epizodów, aż w końcu udało się urwać łeb hydrze. Można więc powiedzieć, że jestem weteranką i jako stary wojak rzucę kilka mądrości. Otóż moim bardzo nieortodoksyjnym zdaniem (lekarze się obrażą), depresja nie jest żadną chorobą psychiczną, a zwykłą chorobą fizyczną. Bo na czym polega? Na braku pewnych hormonów, głównie serotoniny i dopaminy. W tym podobna jest do innych chorób, np. do cukrzycy, która też spowodowana jest przez brak pewnego hormonu. I tutaj żadne "branie się w garść" czy nawet najlepsze życzenia nie pomogą. No bo każcie np. cukrzykowi żeby wziął się w garść i zaczął trawić ten cukier, a na śpiączkę cukrzycową polećcie spacery i mocną kawę...

    Ludzie nagminnie mylą smutek, chandrę czy spadek formy z depresją, stąd ogólne niezrozumienie tej choroby. Na depresję może zapaść każdy, jak na grypę, ale niektórzy są bardziej podatni (albo mniej odporni), niż inni. Jak we wszystkich chorobach. Czasem jest jakiś czynnik ją wywołujący, jak wstrząs psychiczny czy żałoba - po prostu produkcja hormonków już kulała, a teraz zapchała się na amen. Czasem nie ma żadnego widocznego powodu, a to cholerstwo podgryza powoli i nieustannie, aż do katastrofy.

    Właśnie dlatego, że wczesne objawy depresji podobne są do spadku formy, chandry czy żałoby, często mijają niezauważone. Czasem naśladują zmęczenie i spadek energii. Delikwent więc "bierze się w garść", wysila się, żeby funkcjonować normalnie. Można nawet się śmiać, ale to sztuczny uśmiech. Można opowiadać dowcipy, a w środku kula gniecie. Potem pojawia się apatia, chęć do pozostania w łóżku, bezsens wszystkiego. 

   Nic nie ma smaku, niczym nie da się cieszyć, na nic nie ma ochoty. Życie przestaje mieć sens, tak po trochu. Ogólnie energia życiowa ucieka z człowieka, jak z dziurawej beczki.

   Często depresji towarzyszy lęk. Nie jakiś konkretny strach przed czymś, ale lęk nieuzasadniony, dławiący, ściskający serce. Żaden strach przed egzaminem, żaden strach przed niczym innym, nawet przed śmiercią, nie jest tak dławiący i straszny. W paroksyzmach wręcz paraliżuje.

     No i powiedzcie komuś takiemu, żeby wziął się w garść, żeby walczył. Jak człowiek nie ma garści ani motywacji do niczego. To jakby kazać człowiekowi z połamanymi nogami pobiegać dla rozruszania się.

     Tutaj już osoba dotknięta depresją nic nie może, bliscy nic nie mogą. Pomóc może tylko leczenie. Przede wszystkim leki, żeby ruszyła na nowo produkcja i przyswajanie hormonów. Psychoterapia jest pomocna dopiero w fazie wychodzenia z choroby. Wcześniej niewiele może. Cukrzyk musi otrzymać insulinę, osoba z depresją - serotoninę, po prostu.

     Wiecie, ze nie jestem wielką fanką medycyny oficjalnej, ale w takich wypadkach bywa niezbędna. Czy można wyleczyć się lekami naturalnymi i ziołami? Na niektórych etapach można, ale trzeba trafić na naprawdę dobrego specjalistę, a takich jak na lekarstwo. Bardziej prawdopodobne jest, że trafimy na szarlatana i tylko stracimy czas. Pozostaje tylko trafić na dobrego lekarza i dobrze dobrać leki. A to jest bardzo trudne. Dlaczego? Bo te hormony mogą być zablokowane na różnych etapach: wytwarzania, transportu w organizmie (a jest dość skomplikowany), w końcu przyswajania. Może być tak, że są produkowane, a nie dostarczane, albo dostarczane, ale nie przyswajane. Na każdy z tych etapów są różne leki, normalnie. No i trzeba utrafić w te, które są nam potrzebne. Nie trzeba wahać się przed zmianą leków, jeśli nie działają. Tak, jak przed zmianą lekarza, jeśli mu nie ufamy. Z moją panią doktor zostałyśmy niemal koleżankami, zamiast "wywlekać flaki", pokazywałyśmy sobie zdjęcia swoich ogrodów, zwierzaków, domów itp. Rozmawiałyśmy o tym, co fajne w naszym życiu, ale jak dwie kumpelki, nie jak lekarka z pacjentką. Kiedyś jej nie było i zastępujący ja lekarz, bardzo niesympatyczny, zmienił mi leki, twierdząc, że on wie lepiej. Spowodowało to u mnie koszmarną reakcję, nieomal zamieniłam się w warzywko. Jak najszybciej wróciłam z pomocą mojej pani doktor do poprzedniej kuracji. Tak, że na lekarzy też trzeba mocno uważać. Najlepiej zaufać swemu własnemu instynktowi.

     Mnie leczono kilkakrotnie, w różnych miejscach i różnymi lekami. I dopiero mając 40 lat trafiłam na lekarkę, która niemal z marszu dała mi dość lekki lek, który był tym, czego mi było potrzeba.  Zakończył się wieloletni marsz przez mękę. Nie będę opisywać rozłożonego na wiele lat koszmaru, który wyskakiwał w ostrej formie przy każdym tragicznym przeżyciu (a tych mi nie brakowało) i który nie pozwalał czuć najmniejszej radości w życiu. Przez większość czasu funkcjonowałam pozornie normalnie, ludzie widzący mnie nic nie podejrzewali, a w środku ruiny i zgliszcza. I jedna chęć, żeby umrzeć. I poczucie, ze się jest jakimś potworem, czymś wybrakowanym. Szkoda mi tego straconego czasu.

     Leki nie działają natychmiast. Trzeba odczekać kilka tygodni, żeby zobaczyć jakiś rezultat. To zniechęca wiele osób, a nie powinno. Moje leki były tak dobrane, że nie czułam otumanienia (w każdym razie nie większe, niż zwykle), natomiast powolutku życie zaczęło nabierać barw. Wiecie, to zabawne, odkryć po 40, że się jest z gruntu optymistką. Przez wiele miesięcy miałam tylko jedną obawę: że zabraknie mi leków i koszmar wróci. Brałam je więc regularnie. Odstawienie przyszło tak jakoś samo z siebie, po prawie 2 latach. Zaczęłam o nich zapominać, aż w końcu przestałam je brać.

     Nie miałam żadnej psychoterapii, ale zrobiłam porządek z energiami w moim organizmie przy pomocy przyjaciółki, która jest w tym specjalistką. Przejrzałam też moje nawyki, zapisy pewnych zachowań czy wkręcone mi sposoby myślenia. Oczyściłam to wszystko, dochodząc do tego, co naprawdę jest moje. Ale to już raczej wtajemniczenie szamańskie, zrozumienie podszewki świata.

    Minęło już 20 lat. Jak każdy przeżywam spadki i wzloty, zmęczenie i euforię, smutek i radość. A deprecha nie wraca. Było kilka wydarzeń tragicznych (śmierć ukochanej Babci, śmierć Mamy) i towarzysząca im żałoba. Spadek formy czy zniechęcenie chwilowe są wpisane w nasze życie, nie są depresją. Były też piękne momenty. Ogólnie rzecz biorąc tych dobrych, miłych momentów jest większość. Normalne życie. Tylko teraz wszystko spowite jest w taką łagodność, pogodę i poczucie sensu. Problemy są po to, żeby je rozwiązywać, jak łamigłówki.

    Nie zostawiamy osoby z połamanymi rękami i nogami, z przetrąconym kręgosłupem, aby sobie jakoś poradziła. Tu potrzebna jest fachowa pomoc i leczenie. W depresji jest podobnie.

    Przeszłam przez ciemną dolinę i wyszłam z niej mocniejsza i mądrzejsza. Depresję da się wyleczyć, żyć pięknie i mocno.





    .

     

środa, 27 stycznia 2021

Zmagania duszy z ciałem

         Ostatnie miesiące i tygodnie mijają mi na wyczerpujących zmaganiach duszy z ciałem. Wygląda to mniej więcej tak: z ciałem nie jest za dobrze, zwłaszcza z kręgosłupem, ale nie tylko. Jakby coś się rozregulowało, dopadają mnie różne dolegliwości i ogromne zmęczenie. Tym bardziej, że mąż złamał przed Świętami rękę i cała robota spadła na mnie + zajmowanie się biedną drugą połową i ratowanie go fizycznie i wspieranie moralnie. Powróciły też lęki, ten najbardziej oczywisty lęk o najbliższych i kochanych, oraz jakieś uogólnione, ale przenikliwe. Natomiast dusza cieszy się i jest wdzięczna za wszystko: za dobrych ludzi, za śnieg, który może położy koniec suszy, za dobre piece i zapas drewna, za kochane zwierzaki. Za całe to piękno za oknem.  I tak jedno drugiemu próbuje narzucić swój punkt widzenia. 


    Także epidemia kowidu i ogólnie sytuacja w kraju i na świecie dorzuca swoje. Moi przyjaciele i znajomi podzielili się na dwie frakcje: jedna brnie coraz głębiej w teorie spiskowe i popada czasem wręcz w paranoję, przekonana, ze jesteśmy skazani na zagładę lub los bydła rzeźnego przez jakichś "onych", inni bezgranicznie ufają w naukę i oficjalny przekaz. A ja, jak zwykle, na polu niczyim pomiędzy nimi. Doświadczenie z lat młodości nauczyło mnie nie wierzyć oficjalnym wiadomościom (ileż to razy okazało się, że karmiono nas fałszem), ale też trudno uwierzyć mi w "onych", chociaż już w matactwa wielkich koncernów - owszem. Tylko i tak nie mam na to wpływu, zajmuję się więc moim światem, na który mam wpływ. Udaje mi się to nad podziw. Zauważyłam niedawno, jak cudownych ludzi udało mi się poznać. Pomału także decyzje, które podjęłam, okazują się słuszne i przyszłościowe.

     Tak to walczą we mnie dwa bieguny i każdy próbuje przejąć władzę nad całością. Pracuję nad scaleniem ich i wiem, ze wyjdzie z tego coś dobrego.




     Pilnie odnotowuję małe zwycięstwa: pojechałam samochodem do miasta i nie zlękłam się gołoledzi, udało mi się wyhodować piękny zakwas na chleb, Kundzia nauczyła się załatwiać na dworze, Pierre pomału zaczyna ruszać ręką. A przede wszystkim ludzie, którzy nas wspierają i są tak niesamowicie życzliwi.


     Mamy piękną zimę, za jaką tęskniłam. To nic, że dojazd do nas zawiany. Na razie mamy zaopatrzenie we wszystko, a potem dobre duchy jakoś to załatwią. Mamy czas. Za to za oknem same piękno śnieżnej zimy i zapowiedź letniego urodzaju w nawodnionej ziemi.

     Wiosna już gdzieś tam miga na horyzoncie, bo zaczęłam przeglądać nasiona i oferty w tej dziedzinie oraz filmiki o ogrodach.


wtorek, 17 listopada 2020

Przyjazna ciemność

        Ucichłam ostatnio. Hibernuję. Dużo śpię, zwinęłam się jakby do wnętrza. We wnętrzu dzieje się wiele, ale na zewnątrz cisza i spokój. Mam wrażenie, że siły wyciekają ze mnie, jak z dziurawego wiadra.

       Pomalutku i spokojnie kończyłam zagospodarowywanie zbiorów. Rośliny korzeniowe już w piwnicy, szpinak w zamrażarce, kapusta już ukiszona. Każdego dnia po trochu. Szpinak, posiany na początku września, ciągle daje nam jeszcze piękne liście. Zbieram je, a same rośliny zostają w ziemi. Mam nadzieję, że przeżyją do wiosny i będziemy mieć wczesne zbiory.

     Dzieją się też inne rzeczy, bardzo miłe. Pewna piękna dusza, czytelniczka tego bloga i aktywna ogrodniczka, poprosiła mnie o recenzję jej książki. Przeczytałam w swoim ślimaczym ostatnio tempie, zastanowiłam się, i jestem zachwycona. Jako biolog z wykształcenia i ogrodniczka ekologiczna z przekonania, łączy ona te dwie domeny i przepięknie przybliża wiele zagadnień. Cieszę się bardzo, ze są tacy wspaniali młodzi ludzie, którzy przejmują teraz pałeczkę w propagowaniu wiedzy o samodzielnym hodowaniu zdrowej żywności, pomagają ludziom stać się bardziej sprawcami swego zdrowia i życia. To jest piękne.

                                                                                    Oto co napisałam jako recenzję:

 " Pisząc swój blog o ogrodnictwie naturalnym, puszczałam na wiatr ziarna wiedzy i doświadczenia. Różny może być los takich ziarenek, ale niektóre miały szczęście trafić do ludzi takich, jak Klaudia. Przygarnęła je, posiała razem z innymi ziarenkami, zebranymi z innych miejsc i od innych ludzi i wydały one wspaniałe plony. Klaudia ma wyczucie tych tajemniczych więzów, jakie łączą człowieka oraz całą Przyrodę w jedną całość, ale oprócz tego ma wiedzę naukową, pozwalającą te połączenia zrozumieć i wytłumaczyć. Jej książka łączy w jedno te dwie ścieżki: magię i naukę. A to połączenie sprawia, że jest pożyteczna i ciekawa dla wszystkich, chcących uprawiać ziemię w sposób naturalny. Gorąco ją polecam zarówno początkującym, jak i doświadczonym ogrodnikom, którzy chcą uprawiać własną żywność, żywą i leczniczą, którym nieobojętne są losy Ziemi."

        Autorka to Klaudia Sidorowicz, a bliżej zapoznać się z jej książką można tutaj:   https://ogrodprobiotyczny.pl/

       Zamieszkała też u nas nowa domowniczka, blablador (jak nazywa to pani wetka), czyli coś co wygląda na labradora, ale nim nie jest. 

      Latem odeszła Luna, nasz psi Biały Anioł. Serce ciągle mnie boli, bo chociaż wszystkie psiaki są cudowne, to tak wyjątkowej osobowości już chyba nie spotkam. Cierpiałam długo, cierpiał też Tiki, jej równolatek (13 lat). Aż w końcu przyśniła mi się i przyniosła szczeniaka. Wtedy zaczęłam rozglądać się za innym psem. Rozpytywałam, bo z jednej strony moje serce wyrywało się do Podhalanów, a z drugiej strony nie chciałam kupować szczeniaka z hodowli. Natomiast do adopcji były psy już dorosłe i często o trudnym charakterze. Tiki ma kłopoty z akceptacją innych zwierząt, dorosłego psa nigdy by nie zaakceptował. 

     Postanowiłam więc zdać się na los i poczekać, co samo do mnie przyjdzie. No i przyszło, do mojej koleżanki ze wsi obok, pod postacią wałęsającej się parki wiejskich kundli. Takich, co to niby mają właściciela, ale głodne, brudne i zaniedbane włóczą się' szukając jedzenia. Dobra dusza z tej Moniki, zaczęła je dokarmiać i dopieszczać, a sunia odwdzięczyła się jej przyprowadzając trzy szczenięta czarne jak ona sama. Dostały ciepłe legowisko w budynku gospodarczym i michę, aż przyszedł czas pójść do ludzi. Pieski dość szybko znalazły właścicieli, a czarna sunia trafiła do mnie. Jest już po wizycie u weta, uwolniona od obcego życia wewnętrznego i zewnętrznego, obejrzana, zważona, zmierzona i czeka na drugie szczepienie. Pierwsze miała u Moniki. Ma dwa miesiące mniej więcej. No i mam takie półdiablę weneckie, rozrabiające i skaczące jak na sprężynach.



Na tym zdjęciu tylko tak smętnie wygląda, ale to wulkan energii, który ściąga z człowieka kołdrę w nocy, kradnie kapcie, ściąga z nóg skarpetki, zaczepia łapką, robi kompletne przemeblowanie i wszystko gryzie. Oraz sika jak lejek. Zjadła już karton, porwała mi koszulę nocną i zrobiła sobie legowisko z mojej ciepłej tuniki, świeżo wypranej. Niewiniątko takie.

    Teraz idę zwinąć się w moje norce i medytować o rzeczach tego świata. Lubię ten czas długich wieczorów i cichych dni, kiedy ciemność pomaga zajrzeć w głąb, do korzeni spraw i rzeczy.


środa, 23 września 2020

Cebula ozima i inne rarytasy

       Nadszedł taki błogosławiony czas, że po posiłek człowiek udaje się do ogrodu i sadu. Mimo, że sztywne kolano i inne bolesne przejścia przeszkodziły mi tego lata w wykonywaniu na czas odchwaszczania i innych zabiegów, mimo powtarzających się upalnych okresów suszy, ogród wydał piękny plon. Zapełniają się słoiki, piwniczka i spiżarnia. A ze mną jest już dużo lepiej.



     Pięknie obrodziły pomidory, buraki, dynie i wiele innych smakowitości. Dynie rozsiały się nam nawet na dziko pod drzewami i krzewami, gdzie Pierre położył świeży kompost. Rosły przez lato, a teraz je zjadamy. Dobre są, nie gorzkie i wyraźnie w typie swego gatunku - Amazonki, Hokkaido i dynia olbrzymia.

     Skubię sobie maliny Polana, po raz pierwszy od kilku lat. W poprzednich latach susza nie dopuściła do zawiązania owoców.

     Jabłka są pyszne i urodziwe, mimo, że jest nieco więcej chorych, niż zwykle. Ale i tak wystarczy i dla nas i dla sąsiadów.

      Piękne, miękkie światło przelewa się przez liście, zachęcając do spacerów. Powietrze pachnie ziołami i kwiatami. Próbujemy już pierwszych winogron. Jeszcze jest zielono i ciepło, dopiero pierwsze przebłyski żółci i brązów wśród liści. Dzika winorośl ma kolor burgunda.

      Po sprzątnięciu wszystkich ziemniaków mieliśmy spore kawałki ziemi oczyszczone, zasilone popiołem drzewnym i czekające na kołderkę z liści. Na jednym zagonie zasieliśmy szpinak, sałatę i rzodkiewkę. Rzodkiewka jest jeszcze niewielka, ale może zdąży przed mrozami, ma wielkość ziaren fasoli. Szpinak w zasadzie nadawał by się na młodziutkie listki i chyba część z niego wyrwę w tym celu, bo wzeszedł za gęsto. Sałata malutka, późno wykiełkowała. Może urośnie jesienią, może dopiero na wiosnę. Wczoraj posadziliśmy czosnek ozimy między rzodkiewką a sałatą.

     A drugi zagon po ziemniakach też doczekał się lokatorów. Byłam wczoraj w naszej pobliskiej "Mrówce" po słoiki i zakrętki i patrzę: leży sobie dymka na półkach. Przyglądam się bliżej, a tam pisze jak byk "Dymka ozima do sadzenia jesienią". No to kupiłam dwie siateczki i zasadziliśmy na brzegu zagonu. Teraz się zastanawiam, czy nie posiać też marchewki ozimej. Słyszałam o takiej praktyce, ale nigdy tego nie robiłam. Zobaczymy.


     Rano zagotowałam wielki gar leczo z cebuli, papryki i pomidorów, zrobiłam sok jabłkowy na szybkie wypicie w wyciskarce wolnoobrotowej (inne niszczą enzymy i witaminy), zebrałam zioła, których wielki pęk pachnie teraz w domu. Werbena, szałwia biała do okadzania i zwyczajna do kuchni (kadzić też nią można), rozmaryn na rozproszenie smuteczków jesiennych. Zrobiłam obiad. Teraz pójdę odpocząć na huśtawce i cieszyć się kolorami i zapachami pierwszego dnia jesieni.

środa, 2 września 2020

Jesienne siewy

          Na zagonie, z którego wykopaliśmy wczesne ziemniaki, aż się prosiło, żeby coś posiać. No bo jak to? Taka piękna ziemia, wyczyszczona, odżywiona. Niby można zielony nawóz, ale akurat nie miałam nasion.

       Zgrabiliśmy więc resztki ściółki (ziemniaki grubo ściółkuję sianem, a przed sadzeniem dałam obornik). Niestety, trochę ślimaków znalazło nasz ogród i rozsądniej jest nie ściółkować młodych siewek. Ściółka poszła więc na kompost, a pod nią była piękna warstwa próchnicy. Zasialiśmy sałatę, rzodkiewkę, koperek i szpinak Olbrzym Zimowy. Trzy pierwsze zdążą spokojnie wyrosnąć. Ze szpinakiem może być różnie, ale jeśli się uda, to ten z jesiennego siewu zawsze jest najbardziej bujny.

       Deszcze pięknie nam to podlewają, temperatura jest łagodna. Poszłam dziś sprawdzić - to dopiero 4 dni, a rzodkiewka już wschodzi. 

       Jeśli więc ktoś ma wolne zagonki, zwłaszcza w regionach o łagodnym klimacie, to można jeszcze siać.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Zapachniało jesienią

       Od kilku dni leje i pada często i gęsto. Nareszcie, bo wcześniej susza była na całego. Niby normalnie, że podczas żniw sucho i gorąco, ale u nas ta susza pełza i się pogłębia już od kilku lat, a deszcze ratują nas tylko doraźnie.

     W każdym razie ochłodziło się i zapachniało jesienią, jak w piosence Jaskra-Zamachowskiego. A ja dopiero zaczęłam zbiory pomidorów. Pomidory w foliaku, razem z towarzyszącymi im selerami i papryką, to jedyne, co podlewałam w tym roku. A i tak z powodu dziwnych skoków temperatury i zimnej wiosny zaczęły owocować z opóźnieniem. Ale owocują pięknie i mam nadzieję, że to jeszcze potrwa. Zajadamy się nimi na okrągło i pierwsze słoiki przecieru już są w spiżarce. Smak, jak zwykle, cudowny, słodki i bogaty. To już któryś z kolei rok, kiedy rozmnażam pomidory z własnych nasion. Wcześniej kupiłam nasiona starych odmian i z tych, które mi najbardziej smakowały, wyjmowałam pestki, kładłam je na kawałku papierowego ręcznika i zostawiałam do wysuszenia. A wiosną razem z tym papierem sadziłam w skrzyneczce.

   Inne warzywa miały zapewniony survival w czasie suszy przeplatanej okresami ulewnych deszczy. Jednak obrodziły całkiem nieźle, jak na takie warunki. Ściółka jednak bardzo pomaga, ale nie stosuję jej wszędzie. Wybraliśmy z ziemi właśnie ziemniaki typu "Baranie rogi" - podłużne, bardzo zwięzłe i niezwykle smaczne. Nadają się najlepiej na frytki czy do sałatek, bo się nie rozsypują, ale ja przepadam za nimi po prostu pieczonymi w piekarniku, ze skórką. Co najwyżej te największe kroję na parę kawałków. Tujam je w oleju (ziemniaki w półmisku zalewam odrobiną oleju i mieszam rękami) i piekę na blasze. Pychota! Ta odmiana jest kapryśna i niezbyt wydajna, w handlu jej się nie znajdzie, ale jaka pyszna!

    Cebula jest niezbyt duża, ale łagodna i smaczna, wystarcza jej o wiele mniej, niż kupnej, żeby przyprawić danie. Ze względu na obostrzenia okołokoronawirusowe miałam bardzo mało dymki w tym roku, tylko jedną siateczkę, zbiory też są adekwatne. Ale jak ja ją lubię, tę cebulę ze swojego ogrodu!

     Marchewka, zwłaszcza ta średniopóźna, przez długi czas siedziała jak zaklęta i nie rosła, niedawno ruszyła i mam nadzieję, że przed zimą będzie miała szacowne rozmiary. Podobnie jest z pietruszką.

    Bardzo pięknie udała się fasolka szparagowa i buraczki. Fasola tyczna już gorzej, kwitła pięknie, ale coś słabo z zapylaniem. Strąki niewielkie i mało w nich ziaren. Wyglądało to tak, jakby kwiaty nie nektarowały. 

   A właśnie, z tym nektarowaniem dzieje się coś dziwnego. Lipy kwitły bardzo obficie, owady się wokół nich kręciły, ale okazało się, że pszczoły prawie nie zebrały miodu. Podobnie we wszystkich ulach w okolicy. Jedyne trochę pożytku mieli ci, co ustawili ule w rzepaku, ale i to nędznie. Słowem: miód u nas w tym roku nie wyszedł. Jeśli ktoś go ma, to dlatego, że karmił cukrem, ale co warty taki przetrawiony cukier? Nasze przeżyły lato na swoim miodzie, teraz Jan dokarmia je intensywnie przed zimą, bo inaczej nie przetrwały by, nie mają zapasów. Dziwi mnie to tym bardziej, że nawet bez lip, w ogrodzie jest bez liku kwiatów miododajnych - lawenda, lebiodka, słoneczniki, ogórecznik i wiele innych. Coś dziwnego dzieje się z tym nektarem.

       Pierre zaprzyjaźnia się z naszymi kurami i cieszy się, że jedzą mu z ręki. Poza tym jest aktywny, jak zawsze, ciągle coś robi, krząta się. A już 80 lat mu minęło... i coraz słabiej widzi. Któregoś dnia rzucił uwagę, że moje pomidorki koktajlowe nie chcą dojrzewać. Idę ja sprawdzić, o co chodzi, a on mi pokazuje ziemniaki rosnące w wieży ziemniaczanej, które owszem, mają owocki bardzo zielone. Bo z malutkich pomidorków posadziłam w foliaku tylko 3 krzaki takich ciemnofioletowych, zmieniających kolor na fioletowo-czerwony przy dojrzewaniu. Jedyne, które mi smakują spośród koktajlowych.

    Zioła się ładnie udały w tym roku, z wyjątkiem kopru. Zawsze go było zatrzęsienie, wielkiego i dorodnego, aż trzeba było walczyć jak z chwastami. W tym roku wzeszedł, a potem gdzieś zniknął, zostawiając tylko kilka rachitycznych łodyżek. Drugi rzut niewiele lepszy.

     Jabłonie pięknie zaowocowały. Jarzębiny za to wcale - był mróz w okresie ich kwitnienia. Jarzębinogrusze też pięknie kwitły, ale owoców nie dały.

     Jednym słowem - rok jak zwykle, jedno się udaje, inne wcale. Dlatego ważne jest, aby mieć różnorodne warzywa i owoce, a w ramach jednego gatunku - kilka odmian. Wtedy zawsze coś się uda.

A piosenka o zapachu jesieni jest tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=2Q0T0TSjQGg&list=RDfy_OFCTggl8&index=2

środa, 26 sierpnia 2020

Odświeżenie duszy

         Po dniach suszy żniwnej i upałów przyszedł deszcz, brzmiący jak najpiękniejsza muzyka. A z nim chłodne noce i rosiste, rześkie poranki. Co rano wychodzę z domu, często jeszcze w piżamie, i wędruję po zroszonej trawie na bosaka. O ile chodzenie w butach w takich warunkach jest niezbyt przyjemne, o tyle chodzenie na bosaka daje całą gamę pozytywnych uczuć. Potem staję wygodnie i celebruję ranek, ćwicząc Tai Chi Qigong, a przynajmniej to, co pamiętam. Cały mój organizm wycisza się, obmywa w rosie, powietrzu i wschodzącym słońcu. Czuję, jak dobra energia wchodzi we mnie i mam nadzieję na dobry dzień. Potem suszę stopy, wkładam ciepłe skarpety i idę robić śniadanie.

        Te momenty są dla mnie bardzo cenne, czuję, jak odświeżają moją duszę, odrywając ją od codziennych trosk i zabiegów. O ciało dbamy, myjemy je, kremujemy i odświeżamy bardzo często. A jak często robimy to dla duszy?



      U Tolkiena elfy rzadko i mało sypiają, ale zapadają w coś w rodzaju głębokiej medytacji, myśląc o rzeczach pięknych i wzniosłych. Często idą w tym celu przejść się po lesie albo podziwiają gwiazdy i księżyc. W pewnym momencie Legolas powiada, że kiedy jego towarzysze będą spać, to on pójdzie błądzić po lesie i to przyniesie jego duszy najlepszy odpoczynek i wytchnienie. Kiedy więc słyszę lub czytam o coraz bardziej popularnych kąpielach leśnych (Shinrin-yoku), brzmi to dla mnie bardzo swojsko i znajomo.

     Nasza dusza, skołatana niełatwą codziennością, potrzebuje ogromnie takiego odświeżenia. Inaczej opadnie z sił, zabłądzi, zacznie chorować. I odwrotnie: dobry stan duszy poprawia stan ciała oraz pozwala mądrze działać.

    Odświeżanie można przeprowadzać na wiele sposobów, ale jedno jest wspólne: wyjście poza strefę codziennej krzątaniny, zabiegów i myśli. Opuszczenie strefy profanum i wejście w strefę sacrum. Odnalezienie świętego miejsca dla naszej duszy.                                                                                                   Na czas odświeżania duszy musimy całkowicie wyłączyć się z codzienności, oderwać od zwykłego sposobu myślenia i potrzeby "robienia czegoś".

     Nasze myśli powinny odpłynąć w kierunku piękna i dobra, czegoś, co jest dla nas budujące i przyjemne. W przypadku spaceru po lesie (sądzę, że równie dobrze może to być spacer wśród pól, łąk, gór - ważne, aby był kontakt z naturą i spokój) jest to dość łatwe: zwracamy po prostu uwagę na to, co widzimy i czujemy, a dobroczynne drzewa i zioła pomagają nam, jak mogą. Dlatego kontakt powinien być bezpośredni, nie za pomocą obrazów czy filmów.



    Są też inne drogi, jeśli nie można od razu wyjechać do lasu lub na łąki. Zawsze trzeba wyłączyć się najlepiej, jak można, z codziennego życia, zapewnić swobodne oddychanie i spokój. Wtedy możemy posłużyć się potęgą swoich myśli i wyobraźni. Takim prościutkim ćwiczeniem, które bardzo lubię, jest po prostu myślenie o czymś, co wzbudza we mnie uwielbienie, cześć i podziw. Tutaj wierzący mają łatwo, bo to po prostu modlitwa, ale dla wątpiących czy niewierzących znajdzie się też dużo tematów do rozważań - można rozważać piękne idee i pojęcia (miłość czysta, jasność, piękno, ideał matki, bezinteresowność itp). Wiele osób myśli wtedy o aniołach. Ważne, aby nie przymierzać tego do siebie lub, nie daj Bóg, do innych - to klasyczny schemat wpędzania się w poczucie winy. Po prostu patrzeć, podziwiać i być szczęśliwym, że się to widzi. Możemy konkretnie wyobrażać sobie coś pięknego i doskonałego: dom, ogród, ludzi uśmiechniętych, szczęśliwych i życzliwych. Takie obcowanie z ideałami. Uwaga: nie prosimy też o nic, nie pożądamy - po prostu rozważamy i podziwiamy.

      Dla bardziej zaawansowanych jest klasyczna medytacja. Tu nie będę się rozpisywać, bo to jest temat-rzeka i popełniono już wiele ksiąg, które o tym traktują. Każdy dobiera to, co mu pasuje. ja bardzo lubię słowiański sposób: człowiek kładzie się na plecach i patrzy w niebo. Najlepiej na trawie, ale nie zawsze jest to możliwe czy wygodne. Nic nie szkodzi, można na leżaku czy materacu.

     Czasem zdarzają się niespodziewanie takie momenty, kiedy zapatrzymy się i zamieramy z zachwytu: niespodziewany widok nieba o zachodzie słońca, kwiat na wodzie, tańczący światłocień liści prześwietlonych słońcem, płonący ogień, płynąca, szemrząca woda. Te momenty są cenne, jak klejnoty.

     Zadbajmy o miejsce na takie chwile w naszym życiu i o miejsce fizyczne, które nam o tym przypomina. Zadbajmy o muzykę, zapachy, kadzidełka, piękne przedmioty, świece czy dzwonki wietrzne. Ja ostatnio nabyłam dzwonki Koshi i wystarczy ich melodyjny dźwięk, żeby moja dusza odlatywała do krainy piękna i spokoju.  W podlaskich domach był zwykle Święty Kąt - to kąt zwrócony na wschód, gdzie do tej pory ustawia się ikony, wieczne światełko, kwiaty i zawiesza ręczniki obrzędowe. Mam wrażenie, że zwyczaj jest jednak dużo starszy, niż chrześcijaństwo. Zwracanie się w kierunku wschodu życiodajnego Słońca...Co nam przeszkadza stworzyć dla siebie, według swoich gustów i świętości, taki Święty Kąt?

    Tylko zadbajmy, wszyscy, o odświeżanie naszej duszy. To niezwykle ważne dla nas jako ludzi, po prostu.


środa, 5 sierpnia 2020

Bezcenne książki, zioła i telewizja

       Kocham książki, wszelakie. Pochłaniam je w ilościach hurtowych, kupuję namiętnie, kiedy tylko mogę. Ale nie byle co. Książka, żeby mnie oczarować, musi mieć treść, która coś we mnie ożywia, która trafia do serca i duszy. Jeśli przy okazji ma piękną formę, jest dobrze wydana, to wielki plus. Obcowanie (wirtualne) z przepięknymi manuskryptami przy nauce kaligrafii wyrobiło we mnie tęsknotę za książkami-skarbami, pięknymi w formie i treści.

     W doborze książek do własnej biblioteczki jestem dość grymaśna. Na przykład kiedyś pasjami gromadziłam książki o ziołach i ogrodach. Od dawna przestałam, znużona niepełną informacją, powierzchownością, niechlujnymi wydaniami i być może tym, że mam dostęp do internetu, a tam obszerne wiadomości z każdej dziedziny.
  
    Pewnego dnia wpadłam jednak na opis nowej książki o ziołach. I poczułam, że to jest to, że chcę ją mieć. Bo jak się nie zachwycić, czytając takie słowa: "Zgłębianie tajemnic zielonego świata roślin to moja duchowa ścieżka. Wydeptana przez przodkinie: wiedźmy, zielichy, akuszerki, szeptuchy, uzdrowicielki. Sianie ziaren wiedzy na temat mocy zaklętej w roślinach to moje powołanie. Praktykowanie ziołolecznictwa rodzi we mnie poczucie niczym nieograniczonej obfitości. Dobrostanu. I wdzięczności większej niż ocean. Radości tak autentycznej, że dusza we mnie śpiewa." (cytat za zgodą autorki)
    Sama mogła bym napisać te słowa, gdybym umiała tak ładnie... A są to słowa Ruty Kowalskiej, wyjęte z jej podręcznika ziołolecznictwa "O czym szumią zioła".

    Mam już tę wyjątkową książkę u siebie i nie przestaję się nią zachwycać! Przede wszystkim jest piękna: oprawiona w płótno, szyta, nie klejona, z delikatną kwiatową akwarelą na okładce. A wewnątrz skarb! Połączenie rzetelnej wiedzy z chemii i biologii z poezją i magią. Nie tylko dokładny opis danego zioła z obfitością dobrych zdjęć i ilustracji, nie tylko dokładne wyjaśnienie, na co pomaga i w jakiej postaci, nie tylko liczne przepisy na maceraty, hydrolaty, nalewki i inne cuda, ale też wyjaśnienia, do czego każde z nich stosować. Czasem napar z danego zioła ma inne właściwości, niż alkoholowy macerat. To również jest wyjaśnione. Tego mi brakowało w innych książkach o ziołach. 
     Ale nie tylko wiedza wypełnia stronice, także wielka miłość i magia. Rozważania Ruty są tak samo cenne, jak informacje. Jej podejście do świata, do ducha i materii, jest mi niezwykle bliskie.

    
  
       Księgi tej (w pełni zasługuje na to miano) nie dostaniecie w księgarniach, można ją kupić tylko na stronie autorki.  https://oczymszumiaziola.pl/
   Ma swoją cenę, ale w sumie jest bezcenna. To książka, którą wystawia się na honorowym miejscu w biblioteczce, traktuje jak skarb i przekazuje następcom. Jest w tym echo dawnych iluminowanych ksiąg, wartych kilku wsi. Naprawdę wartych. 

     A że nie tylko książki służą do komunikacji, przekonałam się na własnej skórze dwa dni temu. Otóż "napadnięto" mnie w bardzo sympatyczny sposób i znów wirtualnie, a raczej telewizyjnie, wysłano w świat.
    Wyglądało to tak: dostaję telefon od znajomego pana, który ma plantację ekologicznej aronii w sąsiedztwie. Pan dużo robi dla ocalenia starych odmian drzew owocowych, działa w różnych stowarzyszeniach i często gości u siebie telewizję. A potem zwykle ciągnie ich po okolicznych "ekolo". Mam zaszczyt być zaliczona do tego grona. A telefon był taki, ze jest u niego telewizja i zaraz do mnie przyjeżdżają. Zaraz, rozumiecie? Najpierw go ochrzaniłam, bo akurat nie czułam się specjalnie dobrze, a potem się zgodziłam, nie wiedząc kto zacz, z czym i dlaczego. W końcu już tyle lat nie oglądam telewizji, że się nie orientuję.
     Przyjechali, wyszłam zbolała i najeżona, bo w ogrodzie bałagan, susza i w ogóle nie lubię być oglądana, jak małpa w ZOO. A tu przyjemna niespodzianka: przesympatyczna dziennikarka i kamerzysta, oboje tryskający pozytywną energią. Mieli zostać pół godziny, zostali pięć. Mieli filmować stare jabłonie, sfocili wszystko. Byłam zupełnie nieprzygotowana, ale coś tam udało mi się wydukać.


    Przemiła dziennikarka to Maria Sikorska z Polsat News, a program to "Z klimatem i z pasją". Będzie emitowany od września, ale nie znam daty, kiedy pojawi się reportaż z naszego ogrodu.

      A co z chatką? Rośnie pomału i można już sobie zacząć wyobrażać, jak będzie wyglądać.
A w chatce będą zioła, maceraty, nalewki, kremy i inne cuda. Zielona szklana kula, dzwonki wietrzne, kadzidła i magia.


sobota, 11 lipca 2020

Zajączek i chatka Baby Jagi

      Piszę coraz rzadziej, może to zmęczenie materiału, a może wszystko, co wiedziałam, już napisałam. W tej chwili cieszę się piękną, pulchną ziemią regularnie podlewaną przez deszcze, bujną roślinnością i pięknem natury. Walczę z chwastami, niezbyt skutecznie. Mamy pierwsze zbiory i pierwsze przetwory - dżem z rabarbaru, dżemy i soki z truskawek i porzeczek.
   Moje wyrywanie chwastów wygląda tak, że po kwadransie pracy muszę się chwilę zrelaksować na fotelu, bo kręgosłup nie może dłużej. To są piękne momenty, obserwuję wszystko wokoło, patrzę na obłoki, na ptaki, na to, czego nie widzę mając nos przy ziemi.
    Kilka dni temu oderwałam wzrok od obłoków, a byłam akurat w Nowym Warzywniku, najdalszym od domu. No i widzę w truskawkach dorodnego zająca, jak ze znawstwem degustuje owoce. Łypnął na mnie okiem, zobaczył, że go widzę i nic, wrócił do jedzenia. A był dosłownie z 7 metrów ode mnie. Przez dłuższą chwilę tak łypaliśmy na siebie, w końcu pomachałam do bezczelnika i zawołałam: "Hej, ja tu jestem! Zostaw moje truskawki!". Myślicie, że rzucił się w panice na siatkę? A gdzie tam! Wolno i spokojnie pokicał do wyjścia z ogrodu, tego za tunelem, które prowadzi do dzikiej części z laskiem. Nawet Tiki, który obudził się w tej chwili, nie zdołał go nastraszyć.
   Przypomniał mi się zaraz maleńki zajączek, którego widywałam w pobliżu Nowego Warzywnika rok temu. Też był taki oswojony, że przez pewien czas myślałam, że to królik miniaturka, który uciekł komuś z klatki. Też pasł się kilka metrów ode mnie w całkowitym spokoju. Potem zniknął, a przynajmniej przestałam go widywać. Możliwe, że to on. Przyjemnie mi pomyśleć, że przetrwał.
   Ten duży zając ma z tym małym jedną cechę wspólną: nie tykają kapusty ani innych warzyw, chociaż, jak widać, truskawki im smakują.

    Remont domu jest już praktycznie skończony, pokoik na strychu znów zdatny zamieszkania, więc możemy znowu przyjmować gości. Warunki takie same jak zwykle: 4 godziny pomocy w ogrodzie w zamian za mieszkanie i wyżywienie.

    A w parkowym zagajniku nad dużym stawem powstaje nowość: domek ogrodowy, docelowo pracownia. Trafiłam na majstra, który podobnie jak ja zachwyca się starymi technikami i bawimy się na całego. Chatka Baby Jagi powstaje z bali drewnianych, na czterech kamieniach węgielnych, bez fundamentów. Dawniej tak zawsze budowano w tej okolicy. Bale są łączone na obce pióro i uszczelniane lnem, narożniki na jaskółczy ogon. Zaciosy wzmacniane są kołkami. No mówię Wam, pełny czad. Za wzór posłużyły nam tutejsze spichlerze oraz pewna chatka w skansenie w Ciechanowcu, chociaż moja będzie jeszcze mniejsza.
  To ta chata w skansenie:

A u nas na razie wygląda to tak:

Widzicie zaciosy i kołki? Po prawej stronie jest przyszła futryna drzwi, po lewej - okno. Pod progiem złożyliśmy ofiarę zakładzinową, jak to czynili przodkowie od tysięcy lat:


Więcej zdjęć jest na stronie https://www.facebook.com/2handchata/ . Nawet filmiki są. A jeśli ktoś chce obejrzeć mistrza przy pracy, to zapraszam.

Ostrzeżenie: komary obrodziły u nas obficie po ostatnich deszczach, trzeba się liczyć, że wszyscy przebywający tutaj muszą stawić im czoła.

wtorek, 12 maja 2020

Tworzenie rzeczywistości

    Bardzo dziękuję wszystkim za przemiłe komentarze i listy, za zainteresowanie moim zdrowiem. Ciepło się na sercu robi za tyle troski. Nie jest tak źle, po prostu muszę zwolnić. Ale mam też wiele planów, przemyśleń. Ogród też jest całkiem nieźle zadbany, głównie dzięki memu mężowi, ale to ja go karmię, a co! Sama mam czystą przyjemność z siewu i sadzenia.
    Jeszcze wczoraj było ciepło i cudnie, jabłonie kwitną, cała kwiatowa czereda, pszczoły brzęczą, żaby kumkają. A dziś obudziliśmy się pod śniegiem. W sumie to nic niezwykłego, Zimni Ogrodnicy zawsze są u nas srodzy, ale kontrast wielki. W sumie ten śnieg nie był zły, otulił roślinki i na razie nic nie przemarzło. Bardziej boję się przymrozków w pogodne noce. Ale przynajmniej chwilowo susza zażegnana, rośliny wciągają wodę na potęgę, ziemia pije z rozkoszą. Oby więcej tej wody!

     A ja korzystam z chwilowego bezrobocia i snuję swoje czary. Bo widzicie, ostatnio się jakieś paskudne energie uaktywniły, a raczej zostały uaktywnione. Przede wszystkim strach, ale nie tylko. Oraz dość paskudna wizja możliwej rzeczywistości, gdzie jesteśmy kontrolowani, zmuszani, zniewoleni.  Wiele osób tę wizję rzeczywistości uznaje za prawdopodobną lub wręcz już wchodzącą w życie i świat duchowy aż wibruje złymi, trudnymi emocjami.
    Walczyć raczej nie trzeba, oni są na to przygotowani i pokonają nas łatwo, ale walka ma też inny aspekt. Otóż nasze emocje, myśli i obawy karmią to, czego się boimy. Karmimy złego wilka nie tylko adorując go i przystając do jego zgrai, ale także bojąc się go i walcząc z nim. To jak w tym przysłowiu: "Nie dyskutuj z idiotą, bo sprowadzi Cię do swego poziomu, a następnie pokona doświadczeniem." Walka sprowadza nas do poziomu naszych przeciwników. Szkodzimy sobie, jednocześnie dokarmiając niechcianą wizję. Bo tej wizji wszystko jedno, czy energia będzie miała ładunek pozytywny, czy negatywny, byle była skierowana w jej stronę.

     Równie niekorzystne jest chowanie głowy w piasek i udawanie, że nic się nie dzieje. Afirmowanie z wysilonym uśmiechem, że wszystko jest cudownie, a będzie jeszcze lepiej.

     Co więc pozostaje? Kreatywne tworzenie rzeczywistości. Według fizyki kwantowej sama nasza intencja ma wpływ na zachowanie materii, a nasze myśli wpływają na ogólną świadomość i podświadomość całej ludzkości. Nie będę się tu zagłębiała w szczegóły i dowody, one są i łatwo je znaleźć. Począwszy od prof. Sedlaka, poprzez wiele współczesnych odkryć z dziedziny fizyki.

     To nic, ze spadł śnieg, jest on dobroczynną wilgocią i kołderką dla roślin. Pod nim są kwiaty, nietknięte.


    Co można zrobić? Przede wszystkim wyrazić mocno i dobitnie swój sprzeciw wobec takiej wersji rzeczywistości, odetniemy się wtedy od złego wilka i przestaniemy go żywić. Co więcej - możemy mu zabrać energię i przekierować na taki wariant, który nam odpowiada. Po prostu trzeba stanąć, spojrzeć na swoje lęki i dobitnie powiedzieć:' ODMAWIAM  PRAWA  DO  ISTNIENIA TEJ WERSJI  RZECZYWISTOŚCI". Lub inną, podobną afirmację. Należy przy tym unikać słowa "nie" lub "brak", bo nasza podświadomość ich nie rozumie, więc je omija. Jeśli więc mówimy "nie chcę", to podświadomość słyszy "chcę". Można pomyśleć "Anihiluję tę wersję rzeczywistości" albo coś podobnego. Zniszczyć ją w sobie samym i w wachlarzu możliwości na przyszłość.
     Teraz zacząć wyobrażać sobie i tworzyć tę wersję, którą chcemy, żeby się urzeczywistniła. Widzimy dobrych, mądrych ludzi, którzy współpracują ze sobą, dzielą się. Ludzi uśmiechniętych i zadowolonych. Kraj, w którym panuje wolność i obfitość. Oraz co najważniejsze: my sami powinniśmy myśleć i zachowywać się tak, jak chcemy żyć w tej wersji świata. To często bardzo trudne, bo zakłada, że nie zwalamy winy na żadnych innych, nie usprawiedliwiamy się, że inni to czy tamto. Inni są odpowiedzialni przed sobą, a może kiedyś będą też odpowiedzialni przed prawem. W tej chwili jesteśmy odpowiedzialni za siebie. Taka postawa nie dopuszcza złych uczuć, chęci odwetu, walki czy konfrontacji, ale czasem może zaistnieć konieczność biernego oporu. Z uśmiechem.

      To ważne: nie dążymy do konfrontacji z kimkolwiek. Tworzymy nasz świat niejako obok, nasz dobry, mądry świat. Będziemy wtedy przyciągać ludzi myślących podobnie i zdarzenia, które są nam przyjemne. Bo przyciągamy to, o czym myślimy.

     Mam taki mały przykład: od kilku lat nie mam siły, żeby zajmować się naszymi pszczołami, a bardzo chciałam, żeby były u nas i żeby były zaopiekowane. Ten jeden rój, który przeżył na dziko przez ten czas, żeby miał szansę. I oto zjawił się zawodowy pszczelarz, który jest nimi zainteresowany, a także tym, żeby u nas była część jego uli. Sam będzie wszystko przy nich robił (ja nigdy nie byłam w tym dobra), a my za użyczenie miodnego miejsca będziemy mieli trochę miodu. Rój już jest przeniesiony do nowego ula, chodzi po kwiatach, aż miło. Widzicie? Pszczółki ciągle są u mnie, a będzie ich jeszcze więcej, ja nie muszę robić tego, czego nie daję rady, nawet miód będę miała, chociaż tylko część, ale nam wystarczy. Pszczelarz też zadowolony (mam nadzieję). Tak to działa. Nie ma przegranych, tylko wygrani.

    Ostatnio czuję jakąś zmianę w powietrzu, w wodzie i w Ziemi, zmianę na dobre. Mamy teraz szansę, żeby skierować ten zwariowany świat na lepsze tory, wykorzystajmy więc ją.
    Pamiętacie etapy? Odmowa prawa do istnienia złej wersji teraźniejszości i przyszłości, a następnie tworzenie w swoim umyśle, w swoim zachowaniu, w swoich emocjach tej lepszej wersji. Skoro anihilujemy tę złą wersję, to cała energia, którą skierowano na jej tworzenie, jest wolna. I możemy ją przekierować, jak rzekę, w nowe koryto.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Życie księżniczki

        Wygląda na to, że świat cały oszalał. Emocje, ograniczenia, lęk, poświęcenie. Wszystko miesza się ze sobą i wstrząsa posadami świata, jaki znamy. A u nas w domu prawie nic się nie zmieniło... Tyle, że mamy mniej gości i już nie jeździmy razem do miasta, przy okazji wstępując do naszego ulubionego baru przy Rynku. Ale do miasta i tak jeździliśmy raz na tydzień, więc to przemyka niezauważone.
      Nadejście wiosny ciągnie się w ślimaczym tempie, jeszcze wczoraj był mróz i padał śnieg. Zimniej jest, niż w styczniu i lutym, bywały przez ostatnie dni nocne przymrozki do -9 i -7 stopni. Nic więc dziwnego, że nie działamy jeszcze w ogrodzie. Na razie zamówiłam trochę nasion. Może uda się nam coś zrobić, bo... no właśnie, czas przejść do meritum, czyli życia księżniczki, jakie jestem zmuszona ostatnio prowadzić. To znaczy: prawie żadnej pracy, dużo lenistwa, dobre jedzenie, odpoczynek, sen i zajmowanie się samymi przyjemnymi sprawami, jak medytacja, kaligrafia, robótki ręczne i czytanie. Nie, nie złapałam tego czegoś w koronie. Po prostu moje ciało mówi mi "stop!" już od dłuższego czasu.
       Zaczęło si e już kilka lat temu bólami w plecach i silnym zmęczenie. Tak, byłam u dobrego lekarza. Orzeczono zwyrodnienie kręgosłupa i zaproponowano środki przeciwbólowe. A ponieważ ja wolę trzymać się od nich z daleka, z różnych powodów, to trzeba było zwolnić tempo życia i nauczyć się żyć z bólem. Jednak lekarstwa to ostateczność. Moja matka, wskutek przyjmowania przez lata środków przeciwbólowych, dostała krwotoku wewnętrznego i zmarła z tego powodu - tak mi powiedział lekarz w szpitalu. No więc oswajałam ból, na szczęście na tyle spolegliwy, że przechodzi po kilku-kilkunastu minutach odpoczynku. Ciągle jednak starałam się robić, co mogłam. No więc moje ciało powiedziało: "Czego tu nie rozumiesz? Trzeba cię jeszcze przekonywać? No to masz!" No i mam - jakieś zapalenie stawów, naderwanie ścięgien w lewym kolanie i jeszcze większe osłabienie. Noga puchnie i boli przy dłuższym używaniu. I byłam, byłam u ortopedy. No i jak myślicie, co zaproponował? Oczywiście środki przeciwbólowe. W sumie to nie jest źle z tymi mymi kolanami, tylko meniski starte. A boleć - boli i puchnąć - puchnie. Na szczęście kiedy siedzę lub leżę, to wszystko jest cudownie.
     Mogę chodzić na niezbyt długie spacery i podziwiać to, co w naturze się dzieje, słuchać ptaków, podglądać żurawie. Jedynie pracować nie mogę, codzienne czynności w domu to wszystko, co daję radę ogarnąć.

     W zasadzie jest mi całkiem dobrze, jedynie ogrodem nie daję rady się zająć. Trudno, zapuścimy tu las i też będzie pięknie. A kilka grządek dam radę obrobić, mam nadzieję.  No cóż, nie wygląda ten ogród w tej chwili pięknie, oj nie. Chciałam zrobić pospolite ruszenie, czyli zaprosić do siebie tych, którzy chcieli by mi pomóc i przenieść oraz nakryć nową folią tunel na pomidory (drzewa porosły i jest już w dużej części w cieniu), ale wirus w koronie tu namieszał. Widocznie tak ma być. Może jakoś się uda. A już planowałam, że zrobimy piknik, dobre żarełko, ognisko i długie rozmowy...

      Miałam kilka różnych pomysłów, między innymi taki, żeby wynająć ogród komuś, kto chce uprawiać ziemię ekologicznie i z miłością, za przysłowiową złotówkę. Tylko ten pomysł nie był chyba dobry na obecną chwilę, pozostaje w odwodzie na przyszłość.

     Pierre robi, co może. Ale on też poszkodowany na ciele, bo spadł z roweru i mocno nadwerężył sobie żebra, coś tam pękło i goi się bardzo pomału. No cóż, skończył już 80 lat i jemu też czas trochę odpocząć, chociaż zapiera się, że nie. Ale widać, że nie daje rady pracować przy kopaniu ziemi.

      Nagle mamy czas na wszystko, na co nigdy nie mieliśmy czasu. Mamy też tu, w sąsiedztwie, dobre duchy, które nam sporo pomagają i zawsze mogę na nich liczyć.

     W sumie życie emeryta jest fajne, naprawdę. Tylko muszę Was ostrzec: ogród nie jest już pokazowy ani zadbany. Tak, że jak to wirusowe szaleństwo się uciszy, to oczywiście, można nas odwiedzać. Ogromnie lubimy gości. Ale na pokazówkę raczej nie liczcie.
     Gdyby świat był taki, jak być powinien, to teraz ogrodem zajmowało by się młode pokolenie, a my służyli byśmy pomocą i wiedzą. Byłby gwar, baśnie i śmiech, muzyka i opowieści. Może kiedyś tak będzie.