wtorek, 20 maja 2014

Czas na nowe przekładańce

        Gorączka siewna na wygaśnięciu, roślinki powschodziły, zaczyna się uroczy czas wyrywania chwastów. Ja nie żartuję, ja naprawdę to lubię. Siedzę sobie wygodnie w warzywniku jak w dżungli, ptaszki śpiewają, worek wypchany sianem pod doopą lub pod kolanami i oczyszczam systematycznie młodziutkie siewki. Wyrwane chwasty do wiaderka i na ... kolejny przekładaniec.
       Tak, właśnie teraz, bez pośpiechu i niejako mimochodem można sobie przygotować grządki permakulturowe na następny rok. Na początku postępujemy, jak zwykle, czyli zdzieramy darń dookoła przyszłej grządki. Jeśli jest ona na terenie ogrodu z jakiegoś powodu nie obsianym, to oczywiście nie. Dalej układamy "podstawę" z gałązek lub badyli. Uwaga: unikajmy świeżo ściętych gałęzi, mogą się bardzo łatwo ukorzenić i będziemy mieć szkółkę drzewek, zamiast grządki.
      Ten drenaż przykrywamy zerwaną darnią korzeniami do góry, można na to dać słomę lub siano, ale się nie musi. I wyrzucamy tam wszystkie resztki ogrodowe - czyli zerwane chwasty, odpadki organiczne, obierki, ściętą trawę (cienką warstwą, żeby się nie zaparzyła). Dobrze od czasu do czasu dać warstwę obornika (jeśli mamy).
     Kiedy nasz przekładaniec osiągnie odpowiednią wysokość (tak do metra), przysypujemy go ziemią. Można tez przykryć słomą, sianem lub liśćmi. I zostawiamy w spokoju.
     Na przyszły rok będzie już dobrze przekompostowana grządka permakulturowa, na której można sadzić wszystko.
     Niektórych roślin, zwłaszcza ich korzeni, nie radzę dawać na taką grządkę. Będą wyrastać nawet spod grubej warstwy odpadków. Są to: perz, oset, powój, skrzyp i sałata kompasowa. Dla nich najlepiej przygotować osobny dół, z dala od upraw.
     A na deser zdjęcie fajnego warzywnika "w kółeczka":

Zdjęcie: #Huerta #mandala

piątek, 16 maja 2014

Mon legionnaire...

      Razem z wiosną obudziły się owady, te miłe i te mniej miłe. Komarów wprawdzie nie ma w tym roku zbyt wiele, ale muchy rozmaitej maści też potrafią być upierdliwe. A wszystkie muchy mają jedną obsesję: mego męża. Nam z córką nie robią nic, ot tam - czasem zabrzęczą, a on jest atakowany perfidnie ze wszystkich stron. Upodobały zwłaszcza jego uszy. Nie wiem, co w nich widzą (uszy jak uszy, normalne, czyste, tyle, że ciut odstające), ale jeśli jest jedna jedyna mucha w okolicy, to i tak będzie wokoło jego uszu brzęczeć. Wspomagana przez meszki i komary.
     Biedny Piotruś ogania się rękoma, rozmazując ziemię na całej twarzy, podskakuje, przytupuje, piszczy cienko i wrzeszczy grubo, a muchy nic.
    Żal mi się go zrobiło, bo narzekał niesamowicie. Zaproponowałam kapelusz od pszczół. Nie odpowiada, bo w nim za gorąco i źle widać. No to przypomniałam sobie Legię Cudzoziemską i te "woalki", które im opadały z kepi na kark i ramiona. No i raz! Znalazłam na strychu kawałek starej firanki (w niebieskie kwiatki), pocięłam i doszyłam do jego bejsbolówki, z którą się nie rozstaje, taką "woalkę" otwartą z przodu, ale chroniącą kark i uszy.
     Piotruś zadowolony nosi to cały czas - on nie boi się śmieszności, tylko much. A wszystkie stworzenia w ogrodzie ryczą ze śmiechu. Ja też. Moskitiera w niebieskie kwiatki najnowszym trendem na Podlasiu!

czwartek, 15 maja 2014

Sieję od wiosny po zimę

      Pomału wiosenne pastele ustępują miejsca soczystym, nasyconym barwom. Ogród dzielnie leczy rany zadane silnym przymrozkiem. Najbardziej żal mi paproci, orzecha włoskiego, młodych jesionów i dębów. No i zawiązków śliwek i czereśni... Oraz trochę moich sadzonek pomidorów, które już zastąpiłam kupnymi. Pierwszy raz przemarzły mi sadzonki w folii, tylko dwie zostały, na pociechę.
      Kończę siew roślin ciepłolubnych, jak dynie, ogórki, kukurydza i fasola. Jednak u mnie czas siewu nigdy się nie kończy. Jeśli ktoś nie zdążył zagospodarować ogrodu, to bez paniki. Można siać i w czerwcu i w lipcu i nawet jesienią.
     Pisałam już, że fasolkę szparagową wysiewam w kilku rzutach. Podobnie postępuję z rzodkiewką i sałatą, z tym, że w czerwcu sieję odmiany letnie - sałatę "fryzowaną" i na młode listki oraz rzodkiew czarną i białą. Można też kilkakrotnie siać rzepkę. W czerwcu można też wysiać marchewki i buraczki na późny zbiór, nawet kapustę wczesną można jeszcze wysadzać.
    U roślin warzywnych słowo "wczesna" nie znaczy, że należy je siać wcześnie (choć można i tak się robi), ale że okres od siewu do zbiorów jest krótki.
    W sierpniu wysiewam szpinak na jesienny zbiór. Nie zawsze udaje się idealnie, ale jak już się uda, to jest wiadro liści z jednej rośliny. W sierpniu też przesadza się truskawki.
      Szpinak sieję też we wrześniu a nawet w październiku, na wczesnowiosenne zbiory. Wykiełkuje, przezimuje pod śniegiem i szybko rośnie wiosną. Podobnie można postępować z marchewką i sałatą. U mnie zawsze jakaś nie zebrana w czas sałata wyrasta w pędy kwiatowe. Pozwalam jej na to, bo takie nasiona kiełkują potem w różnych miejscach, dając smaczne roślinki już od wiosny.
     Późną jesienią sadzę czosnek na zbiór w przyszłym roku.

    Na pustych zagonkach warto też siać zielone nawozy: facelię, gorczycę i grykę. Kiedy zakwitną, wyglądają pięknie i przywabiają pszczoły. Grykę można nawet zebrać na ziarno.

   

poniedziałek, 12 maja 2014

Tłumaczę się i witam!

      Usuwając spam, usunęłam niechcący komentarze w najstarszych postach i nie umiem ich przywrócić. Nowe się nie ukazują, tez nie wiem dlaczego.
      Dlatego w tym miejscu chciałam powitać nową blogerkę - Tuptusia i wkleić jej komentarz.

obecnie rozpoczynam zmagania z ugorem 30 ar-owym i zaczęłam budować pierwszą grządkę posadzę na nich dynie, cieszę się i boję wezwania, ja tą działkę kształtuję od zera ,zaczęłam od sadzenia 5-ciu drzew jako bazy wiem jakie chcę mieć krzew2y na luźny żywopłot na jednej części ogrodzenia bo ma to być ściana krzewów kwitnących czyli ściana zmienna, i zastanawiam się co powinno być posadzone na jej tle , chwilowo nie myślę o bylinach bo to dalszy etap po walce z glebą. Moja działka jest na górze ze skłonem, gleba gliniasta i kamienista ukształtowana przez lodowiec, widok piękny. oby tylko starczyło siły. Z wielką radością odkryłam tą stronę – dotyczy posta: Zakładanie ogrodu czyli co Kret może na ugorze?

niedziela, 11 maja 2014

Drzewologia

      Drzewa zawsze mnie zachwycały i intrygowały, podobnie jak wszystko, co jest z drewna. Mam do nich stosunek prawie że bałwochwalczy, kocham je i podziwiam, ale też znam ich wartość użytkową. Wiem, że bez nich nie dałabym chyba rady przeżyć. Intrygują mnie, zawsze mam wrażenie, że są mądrzejsze, niż na to wyglądają.
      Drzewa, które przechowują słońce minionych lat, a kiedy przychodzi ich czas, oddają je nam pod postacią ognia.

      Wprowadzając się tutaj odziedziczyliśmy kilkanaście drzew - stare jabłonie, wierzby, brzozy, osiki, olchy, lipy i jesiony. Dwa z nich - jesion i lipa, wyjątkowo bujne i ogromne, grały dość ważną rolę w filmiku nakręconym u nas przez ekipę Mai w ogrodzie. Teraz jesion dostąpił jeszcze większego zaszczytu. A było to tak: córka na zajęcia z ochrony środowiska musiała sporządzić fiszki klasyfikujące jakieś drzewo jako pomnik przyrody. Bardzo pożądane jest, aby było to drzewo jeszcze nie sklasyfikowane, nowiutkie. Pomyślała więc o naszym jesionie. Przyjechała i zabrała się za mierzenie. No i jest! Nasz kochany jesion męski spełnia warunki, żeby być pomnikiem przyrody!

Jak widzicie jest spóźnialski, jego listki dopiero zaczynają się rozwijać. Za to jabłonki mają w tej chwili orgię kwitnienia.

To moja ulubiona jabłonka dekoracyjna. Do tej pory nie wiem, co mogłabym zrobić z jej owocami, za to kwiaty są cudnej urody, a ich zapach! Połączenie jabłoni z bzem i czymś jeszcze, pachnie z daleka.
       Oczywiście białe jabłonki też wyglądają jak chmury kwiatów, zapachu i brzęczenia.  Święto sadu trwa!

Co roku staramy się posadzić kilkadziesiąt, a najlepiej ponad 100 drzew i krzewów. Nie tylko owocowych, ale też zwykłych, leśnych. Nie ma chyba drzewa, które nie byłoby do czegoś przydatne. Dla mnie jednak nie tylko przydatność się liczy, ale też niesamowity nastrój, jaki wśród nich panuje oraz ich piękno. Pisałam już, że latam do lasu jak do jakiejś katedry na medytację i wyciszenie. Teraz nasza posiadłość coraz bardziej zaczyna przypominać las. Nasz własny, naszymi rękoma zasadzony las, który żyje swoim tajemniczym życiem.
        Trudno wyrazić, jakie wzruszenie daje spacer po takim lasku-ogrodzie. Mam wrażenie, że młode i stare drzewa mnie chronią, otulają, wysyłają chmury zapachów i przyjacielskie pozdrowienia. A każde ma pełno podarunków w zanadrzu: owoce, liście, sok z brzozy, kwiat lipowy, grzyby wyrosłe w symbiozie z korzeniami, zdrowotne olejki, liście na herbatkę czy okłady, pędy na syrop, suche gałęzie do palenia... No i tlen do oddychania, zdrowe, czyste powietrze przesycone aromatami i zdrowotnymi substancjami.
      Sadźmy drzewa, kochani, sadźmy drzewa.






czwartek, 8 maja 2014

Traktat o sadzeniu fasoli

       Akurat jest dobry czas na sadzenie fasoli. Dlaczego tak późno? Bo to roślina wybitnie ciepłolubna. Nie lubi też przesadzania, więc raczej nie podhodujemy jej w doniczkach. Jeśli chcę przyspieszyć zbiory, to sieję kilka krzaczków fasolki karłowatej w tunelu, między pomidorami.
      No właśnie - fasola dzieli się na karłowatą i pnącą, poza tym na szparagową (gdzie jemy młode strączki) oraz na taką na suche ziarno. We Francjo odróżnia się jeszcze fasolkę flageolets, gdzie je się młodziutkie, niezupełnie dojrzałe ziarna (to specjalna odmiana, ale ja tak robię z młodymi ziarnami Pięknego Jasia i też są smaczne). Istnieją też fasolki omnibusy, które w młodości je się jako szparagowe, a starsze strąki suszy na ziarno. Zauważyłam, że w zasadzie wszystkie fasolki szparagowe mają ziarna dobre też "na sucho".
     Każdy rodzaj ma swoich zwolenników. Ja lubię wszystkie, ale mam słabość do fasolki pnącej Blauhilda. Odkąd Agniecha przysłała mi trochę ziaren, polubiłam jej fioletowe strąki i ozdobne, różowo-fioletowe kwiaty i staram się sadzić je co roku.
     FASOLA SZPARAGOWA - dzielę ją na trzy porcje i wysiewam co 3-4 tygodnie. W ten sposób mam świeżą aż do przymrozków. Ziarna wysiane latem potrzebują podlewania. Sieję po kilka krzaków na brzegach zagonów, żeby łatwo było zbierać
     FASOLA PNĄCA - sieję ją raz, teraz właśnie. Ponieważ potrzebuje ona podpór, trzeba przewidzieć sporo miejsca. Uważam, że pojedyncze tyczki są niepraktyczne, bo albo fasola się z nich zsuwa, albo wiatr je przewraca. A u nas potrafi wiać, oj potrafi. dlatego ustawiam najczęściej tyczki w formie tipi, zagłębione w ziemię i związane tak na 2/3 wysokości. Można też budować rozmaite struktury w formie igloo lub namiotu (drąg położony na dwóch solidnie wkopanych słupach, a o niego oparte ukośne tyczki). Widziałam też taką strukturę z wysokiego drąga, koła od roweru i mocnych sznurków:
Wybaczcie jakość rysunku, ale chyba wiadomo, o co chodzi. Sznury są przytwierdzone do ziemi kołeczkami, mogą być "śledzie" od namiotu.
Ważne jest, aby struktura była dostatecznie wysoka, bo u mnie fasola potrafi wyrosnąć nawet do 5 metrów. Najczęściej jednak 3 metry wystarczą.
Uwaga: sznurek musi być dość gruby i nie śliski, taki od snopowiązałek się nie nadaje, chyba że spleciony w warkocz. Można też po prostu zwinąć sznurki z gałganków, ale dość mocnych. Wtedy po prostu można je spalić jesienią.





Teraz siew. Fasolę siejemy płytko, bo inaczej nie chce wschodzić. Ot, tak tylko przykrytą lekko ziemią, najlepiej kompostową, bo przez twarde gleby przebija się z trudem. Mówi się, że posiana fasola musi widzieć, jak ogrodnik się oddala.
      No to lecę siać! Dostałam właśnie nasiona czarnej fasolki, nowość dla mnie. Zobaczymy, jak wyrośnie.

wtorek, 6 maja 2014

Nosiło mnie!

      Najpierw wiadomości z frontu pogodowego: ZIMNO! Kolejne nocne przymrozki zniszczyły nam sporo roślin, w tym nawet pomidory w tunelu, które zwykle znosiły dobrze Zimnych Ogrodników. Zwarzyło pędy szparagów, liście orzecha i kilku innych drzewek i pewnie też zawiązki owoców na śliwach i gruszach. Jabłonie przezornie wstrzymały kwitnienie i otuliły pączki kwiatowe, żeby dopiero dziś pozwolić im wyjrzeć na świat. Trudno, taka gmina... Miałam już przymrozki w czerwcu, więc się nie przejmuję. Tym bardziej, że większość wrażliwych roślin bezpiecznie zadekowana albo jeszcze nie wysiana.

     Mika zapytała mnie, co robiłam w długi łykend i gdzie mnie znowu poniosło, a że Mice się nie odmawia, to niniejszym robię sprawozdanie.
      Otóż poniosło mnie i moją kuzynkę aż za Chełm, do krainy Jakuba Wędrowycza czyli w okolice Wojsławic, do Utygan. Utygan to moja ulubiona Wiedźma i zielarka, jakich mało, ale przede wszystkim mądra przyjaciółka. Nie chodzi o to, że zna się na ziołach, bo wielu ludzi się zna, ale o to, jak przenikliwie i mądrze widzi człowieka i powiązania między człowiekiem i naturą, między naszym organizmem, a prawami Natury. Ciągle się od niej uczę, ciągle poznaję coś nowego i nieco inaczej widzę świat.
    Często mamy do zielarstwa stosunek "sklepikowy" - chcemy ziółko, które od razu pomoże nam na ból głowy, na serce czy wysypkę, tymczasem to nie bardzo tak działa. Każda osoba jest inna, jej organizm jest niezwykle skomplikowanym systemem powiązań - tak więc i zioła powinny być dobierane indywidualnie. A człowiek powinien być traktowany jako całość, a nie tylko zespół objawów. Te same objawy mogą być spowodowane całkiem różnymi przyczynami i to przyczyny trzeba leczyć. Tego więc uczę się z wielkim zapałem.
     Zawsze wierzyłam w zioła, ale chyba traktowałam je odrobinę lekceważąco, jako ubogie krewne "prawdziwych" leków (chociaż tych prawdziwych unikałam, o ile się dało, bo to głównie one rozwaliły mi organizm). Dopiero kiedy zaczęłam czuć się bardzo źle, a oficjalna medycyna nie umiała mi pomóc, spróbowałam leczenia ziołami, ale też innymi suplementami (tanimi i na wyciągnięcie ręki) oraz zmianą diety. I stał się cud, w który nie wierzyłam: dolegliwości ustąpiły! Organizm pomału reguluje się na normalną pracę, a ja po raz pierwszy od lat mogę chodzić bez bólu (miałam coś, co nazywa się ostrogami) i pracować bez bólu pleców ("Cóż, nic na to nie poradzimy, ma pani zadawnioną skoliozę i dyskopatię" - tak mi mówili lekarze). Uregulowała się praca tarczycy, trzustki, poziom hormonów. Teraz pracuję nad utratą tuszy, która zwaliła się na mnie wskutek huśtawki hormonalnej. Ale już czuję się o niebo lepiej, niż jeszcze w zeszłym roku.
     Dyskutowałyśmy więc nie tylko o ziołach, ale też i przede wszystkim o życiu i o Równowadze. Także o babskich rzeczach, jak to wiedźmy. Tak żeśmy się rozochociły, że wypróbowałyśmy na sobie wzajemnie, wszystkie trzy, coś, co nazywa się masażem miodem. Bardzo piękna nazwa dla piekielnych "szczypów z zakręcaniem", jak to nazwałam. Mocno bolesna, ale skuteczna metoda na bolące stawy, krzyże czy kręgosłupy. Przy okazji peeling skóry i depilacja, tyle, że nie należy go stosować tam, gdzie by się naprawdę przydał, bo skóra jest tam zbyt wrażliwa i węzły chłonne pod nią. No, na łydki można, ale nie wiem, czy szybko się zdecyduję. Za to moje kolana chodzą na nowo luźno i sprawnie.

      Po drodze wpadłam do Kaliny, którą już dawno chciałam poznać. Solą ziemi są poeci oraz ludzie umiejący postrzegać dobro i piękno oraz cieszyć się nim. Obie te cechy tak rzadko można spotkać razem! A Kalina właśnie taka jest. Wrażliwa, radosna, mądra i pełna poezji. Praktyczna i ciepła, otwarta i czuła. Piękna dusza w przepięknym miasteczku, promieniejąca szczęściem. Jestem niezwykle zaszczycona, że mogłam Cię poznać, Kalino. Dostajesz ode mnie zaszczytne miano Barda (Twój mąż będzie wiedział, o co chodzi), bo jak nikt pasujesz do niego.

Fotografia znaleziona w necie, ale mnie urzekła. I bardzo pasuje do tego, co widziałam po drodze.

poniedziałek, 5 maja 2014

Jak to z królikami było

      Kiedy nabyliśmy nasz dom, ale jeszcze nie zamieszkaliśmy tu na stałe, ja już wszystko planowałam. w tym również zwierzęta, które miały z nami zamieszkać. Oczywiste były psy, bo je już mieliśmy. Podobnie kot, bo nie wyobrażam sobie domu na wsi bez kota. Nie tylko dlatego, że swoim mruczeniem odgania ciemne moce, ale prozaicznie, ze względu na myszy. Następne w kolejce były kury. Wychowana w małym miasteczku, w domu z ogrodem, przez całe dzieciństwo i młodość byłam otoczona drobiem różnorakim. Moja Babcia z upodobaniem starała się o nowe, mało znane wówczas gatunki i oprócz poczciwych niosek hodowała perliczki, kaczki pekińskie, gęsi, indyki i nawet bażanty. Nawet gołębie różne rasowe były...
     Natomiast mój wujek i dziadek hodowali króliki. Wprawdzie u nas w domu ich się nie jadło (Babcia mówiła, że za bardzo przypominają jej obdarte ze skóry koty), ale sporo się zarabiało, sprzedając je na skup.
     Kiedy więc myślałam o zwierzętach "gnojodajnych", natychmiast przyszły mi na myśl króliki. tym bardziej, że trawy u nas mnóstwo.
     Dlaczego nie myślałam o innych, większych zwierzętach gospodarskich? Kozy nie były wówczas popularne, ale koń marzył mi się od dawna. Krowy znałam z wakacji u drugiej Babci i trochę się ich bałam. Otóż to: trochę obawiałam się większych zwierząt, nie umiałam się nimi zajmować, nie wiedziałam co robić. Najważniejsze było jednak, że nie mieliśmy żadnych pomieszczeń gospodarskich. Jedynie murowany garaż, potrójny. Jedna część łatwo dała się zaadaptować na kurnik i królikarnię, ale nie dla innych zwierząt. Dziś śmieję się z samej siebie na myśl, że wybudowanie niewielkiej stajni czy obory wydawało mi się czymś nad wyraz skomplikowanym, ale wtedy tak było.
     Stanęło więc na królikach. Ponieważ miałam opory przed ich zabijaniem ewentualnie sprzedawaniem na zabicie, rozejrzałam się po sklepach i stanęło na królikach miniaturkach i angorach na wełnę. W sklepach miniaturki kosztowały dość drogo, założyłam więc, że będzie to dobry interes.
     Zbudowałam duże, ładne klatki i postarałam się o kilka króliczków. To była wielka radość, kiedy karmiłyśmy je wspólnie z córką i kiedy rodziły się maleństwa. Okazało się jednak, że wcale nie tak łatwo je sprzedać wszystkie (kilka zawsze udawało mi się sprzedać na targu) i niedługo miałam wcale pokaźne stadko. Zrobiliśmy im więc wybieg z domkiem, żeby strzygły trawnik. No i stało się tak, jak u Kalinki: zrobiły podkop i uciekły. Inne przegryzły siatkę w klatce i też zwiały. Przez kilka lat mieszkały więc w naszym ogrodzie prawie dzikie króliki. Robiły trochę szkód w warzywach, więc mąż się pienił, ale bez przesady. Dla nas też zostawało dość. Mamy ogromne przestrzenie porośnięte trawą, zwykle zadawalały się nią. Nawet się rozmnażały i te młode, urodzone na wolności, były zdrowsze, piękniejsze i liczniejsze, niż te w klatkach. Niestety, wszystkie drapieżniki z okolicy na nie polowały: lisy, kuny, łasice, psy i dzikie koty, a nawet jastrzębie. Resztę wyłapałam przy pomocy okolicznych dzieci i rozdałam im za darmo.
       Kiedy tak przyglądałam się tym stworzeniom na swobodzie i ich pobratymcom w klatkach, dotarła do mnie pewna prawda: nawet duże i czyste klatki są celami więziennymi, gdzie istoty stworzone do swobody i przestrzeni cierpią, mogąc ledwie kicać. cierpią na zanik mięśni, nudę i różne choroby wynikające z bezruchu. Stworzyłam obóz koncentracyjny dla królików! Przestałam więc je rozmnażać i po śmierci ostatnich zlikwidowałam hodowlę.
      Być może wrócę do niej, ale tylko wtedy, kiedy będę mogła im zapewnić odpowiednio duży i bezpieczny wybieg, tak, żeby czuły się prawie jak na swobodzie.

     Nawóz króliczy jest bardzo dobry, nadaje się i na kompost i do budowania podniesionych grządek. A tak, jak napisała jedna z Was - hodowanie królików prawie nic nie kosztuje, u nas zarówno latem, jak i zimą, bo trawy i siana oraz resztek warzyw jest aż nadto.
    Ten post jest zainspirowany komentarzem Evuni pod postem o inteligentnej marchewce. Dziękuję!
  

czwartek, 1 maja 2014

Niech no tylko zakwitną jabłonie

         Nie pamiętam takiego roku, żeby jabłonie kwitły w kwietniu! Ale w tym roku już są gotowe, za chwilę eksplodują różowe pączusie i będzie festiwal zachwycenia, zapachu i bzyku.
         Wiosna tego roku spieszy się truchtem, na przód sceny występują kolejne krzewy i drzewa. Mirabelki już przekwitły, czereśnie i czeremchy przekwitają, grusze podobnie, a jabłonie przebierają nóżkami czekając na swoją kolej. Tak szybko to idzie, że prawie nie ma czasu nacieszyć się i nazachwycać, kiedy następuje zmiana dekoracji.
       Trawa już wysoka - przyjemna odmiana po szaro-burym przedwiośniu. Mleczy mniej, niż zwykle (ale i tak dużo), bo owce pasjami jedzą świeże pączki.
       Znowu musiałam siać i sadzić poza czasem sadzenia, ale co miałam robić? Kiedy był czas sadzenia, u nas nocami przymarzało nawet do -5 stopni, a potem nagle wiosna wybuchła i bardzo ciepło się zrobiło.
       Jeśli gdziekolwiek brakuje owadów zapylających, to nie u nas. Oba ule przetrwały zimę w dobrej formie. Ulik dla dzikich pszczół też tłumnie zamieszkany, a na dokładkę wszędzie tułają się rozmaite trzmiele, małe i duże, rozczochrane rozkosznie. Pełno tez innych bzyków, w tym takich, bez których chętnie bym się obeszła, czyli meszek i komarów. No, na razie jeszcze można wytrzymać, nie tak, jak w zeszłym roku, kiedy przebywanie na dworze było torturą.
       Mężowi wróciła miłość do ogrodów ozdobnych, szaleje w części dekoracyjnej, czyści, sadzi, przycina. Jego pojęcie raju to piękno. Nawet wpuścił do stawu kilka złotych karasi. Jestem jak najbardziej za! One jedzą larwy komarów! Powiedział mi niedawno, że nie mógłby spędzać emerytury w mieście, nawet w swoim rodzinnym Paryżu, bo tylko by siedział i czekał na śmierć, ewentualnie szukał jakichś bezproduktywnych rozrywek typu kino, teatr itp., a tutaj ciągle jest aktywny, ciągle planuje przyszłość. Sadzi drzewa i krzewy spodziewając zobaczyć je rozrośnięte, dosadza nowe rośliny na rabaty i wie, że zobaczy ich kwitnienie. Planuje następne dekoracje. I ciągle czuje się młody.
       Zauważyłam już od dłuższego czasu, że nasze organizmy dostosowują się do pór roku. Zimą trudno nam zwlec się z łóżka o 8, teraz wstajemy wypoczęci i wesolutcy przed 6 rano, za to w południe trzeba trochę odpocząć, nawet się zdrzemnąć chwilę. Mimo to udaje się nam zrobić tyle, że aż sama jestem zdziwiona. Myślę, że szkoła i praca zawodowa, która nie uznaje tych uwarunkowań ludzkiego organizmu może być odpowiedzialna za wiele chorób i niedomagań. chyba nawet niektóre instytucje to zauważyły, bo np. CERN (ten od przyspieszaczy hadronów, gdzie pracował mój szwagier) wprowadził już od kilku lat mobilny czas pracy. Czyli przychodzisz do pracy, o której chcesz, ale masz przepracować swoje 8 godzin. Możesz też sobie zrobić przerwę w środku dnia, a potem zostać choćby do północy, jeśli Ci to pasi. Co ciekawe - od razu wzrosła wydajność pracy. Czyli ludzie umieją dobrze korzystać z wolności, o ile mają zakreślone konkretne wymagania. A mnie jest ciągle szkoda wiejskich dzieciaczków, które zrywają się zimą o 5 rano, żeby zdążyć na autobus o 6, a potem tłuką się, głodne i zaspane, po szkolnych korytarzach. Dla mnie to aberracja!




niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozumna marchewka?

        Pamiętacie, jak pisałam o tym, że rośliny potrafią współpracować, bronić się i komunikować między sobą? Otóż niedawno w "Newsweeku" ukazał się artykuł na ten temat:  http://nauka.newsweek.pl/inteligentne-rosliny-co-mysli-marchewka-newsweek-pl,artykuly,282191,1.html .
      Jak zwykle w takich przypadkach rozgorzała zacięta dyskusja między wegetarianami i wszystkożercami. Co dziwne, stroną bardziej napastliwą i emocjonalnie agresywną okazali się wegetarianie, przecież z założenia bardziej łagodni. Poza tym niektóre argumenty były z pogranicza  oszustwa. Czy ci ludzie nie widzą, że sami sobie szkodzą w taki sposób?
      Ogólnie rzecz biorąc, daje się zauważyć współcześnie silna polaryzacja postaw, nie tylko w dziedzinie odżywiania, ze skłonnością do fanatyzmu u jednej i drugiej strony. Pewnie jest wiele psychologicznych uzasadnień tego zjawiska, takich jak chęć bycia "po dobrej stronie", chęć poczucia się lepszym od innych czy uznania swoich racji, ale mnie to zjawisko bardzo niepokoi. Bo takie czy inne wybory są NASZYMI wyborami, są dobre dla nas, co nie oznacza, że są dobre dla wszystkich.
       Rodzaj pożywienia nie czyni z nas automatycznie ludzi bardziej uduchowionych i "wyższych" od innych. Dopiero całościowy stosunek do świata i spojrzenia bez uprzedzeń takimi nas czynią. 
       Często patrzymy na świat przez pryzmat naszych oczekiwań i uprzedzeń, jak przez klapki na oczach, które pozwalają widzieć tylko maleńki wycinek rzeczywistości. Warto jednak spojrzeć szerzej, ogólnie i uczyć się. Natura to nie tylko mięciutkie jelonki czy kociątka o wilgotnych oczętach, to także drapieżcy i wstrętne pasożyty. A szacunek należy się wszystkim....
       Nie my stworzyliśmy ten świat, więc nie bardzo mamy prawo go zakłamywać i zmieniać według własnego "widzimisię", możemy tylko się uczyć istnienia świadomego.
       Poniżej przytoczę w całości swoją wypowiedź, którą umieściłam w tamtej dyskusji. Jest ona reakcją na to, co pisali inni, stąd odwołania do pewnych wątków. Myślę jednak, że tok rozumowania jest zrozumiały. Oto ona:
       Myślę, że potrzeba tu pewnej pokory i spojrzenia w prawdzie. Tak, jesteśmy cudzożywni. Czy to rośliny, czy zwierzęta - pokarm czerpiemy z zewnątrz. Odżywianie się słońcem dla znakomitej większości z nas nie jest możliwe. Tak, zwierzęta są nam bliższe, jeśli idzie o sposób odczuwania i dlatego jesteśmy odpowiedzialni za piekło hodowli przemysłowych i przemysłowych rzeźni. Ten obraz budzi nasz wstręt, ale u mnie nie wzbudza wstrętu obraz Indianina zabijającego dzikie zwierzę na pożywienie swojej rodziny strzałą lub dmuchawą, tak, jak nie budzi wstrętu atak lwa lub wilka. Tak, jesteśmy wszystkożerni i możemy prosperować (także duchowo) zarówno na samym mięsie, jak i na samych warzywach. Układ pokarmowy mamy wszystkożerców. Jeśli ktoś dokonuje wyboru, to z wolnej woli, nie dlatego, że zmuszają go do tego jakieś mityczne złogi i strach. Tym większa jego chwała, bo działa z własnej woli, nie ze strachu i czy przymusu. Ważny jest szacunek dla tego, co jest naszym pokarmem i godne traktowanie Ziemi jako całości. Weganie, którzy wsuwają papki z genetycznie modyfikowanej soji albo kukurydzy opryskiwanej tonami pestycydów albo jedzą olej palmowy z podejrzanych plantacji (na Borneo wycięto prawie całą dżunglę, żeby założyć plantacje palmy) jest dla mnie tak samo moralnie podejrzany, jak zwolennik mięsa z rzeźni. Szanuję natomiast rolnika, który dobrze traktuje swoje zwierzęta, zapewnia im dobre, godziwe życie, a czasem poświęca jedno z nich na wyżywienie swojej rodziny, zabijając szybko i bez stresu. Każdy jest wolny, ale nikt nie jest lepszy od innych i nikt nie ma prawa pogardzać innymi z powodu tego, co spożywają, bo nie to, co wchodzi w człowieka, czyni go nieczystym, ale to, co z niego wychodzi. Nie pokarm kala, ale myśli i uczucia. Nikt nie daje nam prawa, żeby uważać się za lepszych od innych. A pycha jest objawem duchowej ślepoty. Można być istotą niezwykle uduchowioną, odżywiając się mięsem, jak niektórzy Indianie, a można być też potworem, będąc wegetarianinem ( Hitler). Nie warto toczyć wojenki ani wypraw krzyżowych przeciwko odżywiającym się inaczej, ale przeciwko wynaturzeniom, przeciwko naszemu stosunkowi do całości Stworzenia. 
      Tu nie chodzi o pisanie, bo pisanie, to teoria i bicie piany. Ja tak żyję, nie umiem już inaczej i nie chcę. Teksty pisane są często zafałszowane, uwodzicielskie, ale nieprawdziwe. Natura, Przy-Roda jest prawdziwa i nie zna fałszu, choć czasem bywa twarda. Cała Ziemia, cały wszechświat przekazuje nam pewne niezłomne prawdy, tylko trzeba wyjść do niego i spojrzeć uważnie, bez uprzedzeń i a priori przyjętych założeń. I jeszcze jeden kamyk w kałużę: dla mnie nie ma rozdziału na duchowe i materialne. Wszystko jest jednym, jedno płynnie przechodzi w drugie, Materia jest przejawem Ducha, duch realizuje się prze Materię.

piątek, 18 kwietnia 2014

Wilczo

       Wczoraj jakiś zwierz włamał się do kurnika i.... znowu masakra. Siatka jest zupełnie porwana, duży otwór. Prawdopodobnie duże zwierzę. Tiki prawdopodobnie bardzo szczekał, ale ja nie słyszałam, a mąż myślał, że po prostu maluch hałasuje.
       Może to przypadek, ale dziś rano widziałam dwa wilki na łące za naszym domem. Sąsiedzi mi już dawno mówili, że je widują w krzakach na pastwiskach. Dolina, gdzie są łąki zalewowe, z jednej strony dotyka do Puszczy, poza tym jest korytarzem między lasami i Bagnami Biebrzańskimi.
      Zobaczyć dwa wilki w świetle dnia, to jednak niesłychane. Coś musiało je spłoszyć.
      Psy w pierwszej chwili rzuciły się ze szczekaniem, ale wystarczyło, by większy wilk obrócił pysk w ich stronę, żeby zrobiły cofkę z ogonami pod sobą. Mniejszy wilk w tym czasie uciekł w zarośla, a większy pobiegł w inną stronę, ściągając psy za sobą. Połączyły się dużo dalej.
     Muszę teraz uważać na owce - koniec z pasieniem się na łące, zostają w sadku. Na szczęście poprawiliśmy już paliki i założyliśmy pastucha, żeby nie wydostały się do ogrodu.
     Ufff... niestety, chcieliśmy dziczy, to ją mamy. Trzeba z tym żyć.

     Ochłonęłam trochę i dopisuję dalszą część. W tej okolicy wilki były od zawsze. Kiedyś, jako dziecko, spędzałam wakacje u Dziadków. W sumie blisko stąd, jakieś 12 kilometrów. Wilk w biały dzień zaatakował owce na pastwisku, mimo że ludzie pracowali niedaleko. Pamiętam, że wtedy jedna z Cioć rzuciła się na niego z motyką, a wszyscy inni za nią z czym tam mieli. Owca była poraniona, ale przeżyła. A tam nie ma dużych lasów, tylko jakieś zagajniki, zarośla i takie mokradła, jak koło nas. Czyli nic nowego.
     Co do kur, to nie jestem pewna do końca, kogo za to winić. Ale dziura w siatce jest duża, za duża jak na lisa. Masakra miała miejsce późnym wieczorem, ja już spałam, dlatego nic nie słyszałam. Jedną z kur znalazłam na łące niedaleko miejsca, gdzie rano widziałam te wilki....
     Druga refleksja jest taka, że zwierzęta obecnie podchodzą coraz bliżej siedzib ludzkich. Można śmiać się z łosia, przechodzącego w Augustowie na światłach, ale faktem jest, że coraz więcej gatunków wprowadza się nawet do miast. A wilki to znani oportuniści. Na dokładkę my nie mieszkamy we wsi, tylko na takim odludziu, które tutaj nazywa się "kolonią".  Czyli w sumie nic dziwnego, że przychodzą blisko. Były to dwa tylko wilki, możliwe, że młode, które nie mają swego terytorium.

piątek, 11 kwietnia 2014

Wieści z podwórza i ogrodu

      Dominik strasznie przejęty swoją rolą pana haremu. Już wcześniej dał się poznać jako troskliwy tatuś, bo otulał kurczęta własnymi skrzydłami, a teraz pokazuje swoim paniom, czego od nich się oczekuje, wchodząc do gniazda i koktając jak kwoka. Myślałam, że padnę ze śmiechu:


 Kurki patrzą na niego, mocno zdziwione. Ale metoda daje rezultaty, mam już pierwsze jajo. Tylko jedna kurka mnie trochę niepokoi, jakaś markotna jest.








A teraz z ogrodu:
 Oczyszczony przekładaniec (zostawiłam kilka dorodnych kęp rumianku po drugiej stronie), a na nim szpinak wysiany jesienią. Za nim rząd szparagów aktualnie czyszczony i część jeszcze nie ruszana, a mocno zarośnięta. Całą grzędę oczyściłam i przygotowałam do siewu w jedno krótkie popołudnie, siedząc wygodnie na rozesłanej obok słomie. Gdybym musiała przekopywać, zeszłoby dwa dni co najmniej.
  Po prawej - ulik dla dzikich pszczół i innych owadów. Na zdjęciu tego za bardzo nie widać, ale murarki kręcą się przy nim intensywnie.
 A to wczesna kapusta w ochronnej mini-szklarence z butelki od wody mineralnej. Jak widać dzisiejsze nocne przymrozki jej nie zaszkodziły.









A to grzęda pod przyszłe ziemniaki hodowane w słomie. W zeszłym roku zrobiłam eksperyment z kilkoma krzakami, wyniki okazały się zachęcające, więc w tym roku powiększyłam teren takiej uprawy. Pod słomą jest warstwa zimowej ściółki (słoma + liście), na to warstwa gnoju i słoma na wierzch. Koty lubią się tu wylegiwać. Potem, w miarę wzrostu ziemniaków, dołożę jeszcze między nimi słomy, zamiast okopywać.


A tera dwie grządki, jedna była na zimę okryta grubą warstwą liści, a druga nie, bo już mi ich zabrakło. Jak myślicie, gdzie jest mniej roboty?

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wyprawa po kury

       Pisałam już, że w grudniu straciliśmy w ciągu jednej nocy nasze stadko kurek, które hodowałam od kilku pokoleń. Zwykłe niedopatrzenie, niedokładnie zamknięty kurnik i rano ostał się tylko Dominik, kogut najpiękniejszy w całej wsi.
      Od tej pory snuł się markotnie, nawet na wybieg nie wyłaził. A my nie mieliśmy jajek. Wczoraj zobaczyłam ogłoszenie, że ktoś w Siemiatyczach sprzedaje dorosłe zielononóżki, bo musi zmniejszyć ilość kur na wybiegu. No i niewiele myśląc dziś rano wsiadłam w samochód i pojechałam. Jako alternatywę mieliśmy jazdę w którąś niedzielę na giełdę zwierząt do Białegostoku - z wynikiem trudnym do przewidzenia. W najlepszym razie mielibyśmy kurczaki.
     Miałam ochotę wpaść do Mamalinki, ale coś mi się pomyliło i wylądowałam w całkiem innym miejscu o tej samej nazwie. Było to trochę jak koszmar senny: na tabliczce znajoma nazwa wsi, a ja nic nie rozpoznaję.... Odczytałam to jako znak i pojechałam dalej po kury. Przejeżdżałam też przez okolice Kalinki i wyglądałam z okna, czy mi czasem gdzieś nie mignie. Samochód tymczasem jechał wężykiem, hi hi hi.
      Powrót był jeszcze ciekawszy - malutki, groszkowozielony Pyzio znów jechał zygzakiem, bo próbowałam prowadzić z głową wystawioną na zewnątrz. A za nim niosło się oburzone gdakanie (zwłaszcza na zakrętach) i smuga kurzego smrodu, bo z nerwów waliły, jak bombami.
     Na wpół zaczadzona dojechałam do domu, mając 400 km. w kołach, a Dominik o mało nie wyskoczył ze skóry na widok pięciu seksownych dam. Nieco wymiętoszonych po podróży, ale jednak dam.
      W podróży przeszłam z chłodnego przedwiośnia (u nas) w piękną wiosnę (w okolicach Białegostoku). Tam już zielono, dzikie śliwy kwitną, młode listeczki na drzewach... A u nas piździ, ile może i ledwo pierwsze źdźbła się zielenią i forsycje dopiero się otwierają. No i ciągle nie mogę siać! Z powodu zimna. Przygotowuję więc grządki. Najfajniej przygotowuje się przekładańce: wyrywam to, co na nich wyrosło (nie odważę się nazwać tego chwastami, bo w większości to rumianek lekarski), poruszę grabkami i gotowe. Są jednak miejsca, gdzie trzeba więcej się przyłożyć. A tu zimno, mokro i pada .... Trudno, taka gmina :)))

czwartek, 3 kwietnia 2014

Nasza "terra preta"

      Było to jeszcze w czasach, kiedy kopaliśmy ziemię na zagonkach, jak tradycja każe. Jak zwykle wiosna wybuchła nagle i trzeba było spieszyć się z przygotowaniem ziemi. I jak zwykle mój mąż się przesilił i nie mógł kopać, bo miał bóle kręgosłupa. Tak dziwnie się dzieje, że wiosną zawsze zapada na jakąś poważną dolegliwość...
     Starałam się sama przygotować jak największą liczbę grządek, ale nie zdążyłam ze wszystkimi. W nowym warzywniku, gdzie ziemia jest gliniasta i ciężka, został całkiem spory kawałek. A ja już nie miałam sił. Patrząc wtedy na rosnące tam obficie chwasty, wpadłam na pomysł, żeby wykopane zielsko składać na tym właśnie kawałku, zamiast wozić je do kompostownika. Dorzucałam tam też popiół i resztki węgli z grilla, ale też wszystkie chwasty wyrywane przez całe lato, trawę z kosiarki, ściółkę z kurnika i od królików. Na jesieni miałam dużą pryzmę, taka 5 metrów na 3, wysoką gdzieś na metr. Przykryłam ją trochę ziemią, a w następnym roku posiałam tam dynie. Po dwóch latach miałam tam grubą warstwę żyznej ziemi, w której posadziłam truskawki. Oczywiście miała ona raczej 20 centymetrów, niż pierwotny metr. Do tej pory jest tam urodzajna ziemia, zasilana jedynie ściółką i czasem odrobiną dojrzałego kompostu.
     Tak oto niechcący wpadłam na sposób uprawy bez kopania ziemi. Byłam trochę zdziwiona, kiedy kilka lat potem dowiedziałam się, że jest to najnowszy hit ogrodnictwa ekologicznego (tzn. ta metoda była znana już wcześniej,  ale u nas jeszcze wtedy, czyli 15 lat temu mało popularna). Ja to zrobiłam z konieczności, ale dobrze wyszło. Może to jakoś tak jest, że jeśli jakaś idea istnieje w przestrzeni i czasie, to ludzie łapią ją nawet "z powietrza". Taka jakby transmisja myśli czy raczej idei.
     Mam podwójną wygodę: nie muszę latać z chwastami na odległy kompostownik ani budować skomplikowanych wałów, kiedy nie mam czasu. Teraz w całym ogrodzie są takie miejsca "do składowania odpadków zielonych", które w następnym roku stają się grządkami. Nie muszę dawać dużo węgla, bo gliniasta ziemia sama z siebie wiąże materię organiczną. Daję go w "starym warzywniku", gdzie ziemia jest piaszczysta. Tyle, że po 16 latach takiej uprawy cały "stary warzywnik" ma grubą warstwę czarnoziemu. Tyle, że nasza pomnikowa, ogromna lipa zapuszcza podstępnie korzenie aż do połowy warzywnika i wysysa, co się da. Z tego powodu co kilka lat buduję tam nowe "przekładańce".
   Oczywiście, trzeba je oczyszczać z chwastów, które na nich wyrastają. Czyli jednak pracować trzeba, nie tak, że nic się nie robi.
      A właśnie, pisałam już, że nie lubię nazwy "wały permakulturowe" (z całym szacunkiem dla niejakiego Wałka). Francuzi nazywają te grządki "lasagne", bo podobnie, jak ta potrawa, składają się z wielu warstw. Utygan nazywa je "kanapki". A mnie najbardziej podoba się nazwa "przekładaniec". Jeśli będę pisać, że zrobiłam przekładaniec w ogrodzie, to zrozumiecie, o co chodzi.
    A czasem na "przekładańcu" wyrastają zakochane marchewki, jak ta:


środa, 2 kwietnia 2014

Terra preta

    W dżungli amazońskiej ziemie są na ogół słabe, rozkład materii organicznej i jej wymywanie postępują w piorunującym tempie, dlatego wycinanie dżungli pod uprawy nie ma większego sensu - bardzo szybko ziemia na polach się wyjaławia i tylko masywne dawki sztucznych nawozów mogą zapewnić jakie takie plony... tymczasem w niektórych miejscach dżungli znaleziono całe połacie ziemi czarnej, żyznej i głębokiej.
     Gleba ta nie tylko nie jałowieje, ale ciągle się odnawia. Drzewa i inne rośliny rosnące w tych miejscach są o wiele bujniejsze, niż gdzie indziej.
     Przez długi czas usiłowano wyjaśnić jej powstanie w sposób naturalny, tymczasem okazało się, to przedkolumbijscy Indianie umieli "zrobić" taką ziemię, która przetrwała przez stulecia, a może nawet tysiąclecia w stanie żyzności .
      Jak to zrobili? Ano wydaje się, że kopali wielkie, płytkie doły, do których wrzucali wszystkie resztki - a w tamtych czasach wszystko było organiczne. Do dołu szły kości, ości, słoma, potłuczone na drobno kamienne garnki, ludzkie i zwierzęce odchody, popiół z ognisk oraz i przede wszystkim duża ilość węgla drzewnego. Węgiel drzewny wiąże w sobie azot i substancje organiczne, chłonąc je jak gąbka. Mam wrażenie, że równie ważne są te kości i ości oraz rogi i racice - wszystko to jest źródłem powoli uwalniającego się wapnia i fosforu, obu ważnych elementów.
     Tym prostym sposobem przez lata uzyskali całe hektary żyznych pól. Co więcej - te pola zachowały swoją urodzajność po dziś dzień, mimo, że otaczająca je ziemia jest jasna, kwaśna i z małą zawartością próchnicy.
     Jeśli więc mamy słabą, piaszczystą glebę, to róbmy jak Indianie: kopmy w niej rowy wypełniając je materią organiczną i węglem drzewnym oraz gliną (mogą być potłuczone na proszek gliniane cegły lub doniczki).
     Niektórzy wpadli na "dobry" pomysł i próbują zastąpić węgiel drzewny miałem węgla kamiennego. Moi drodzy, węgiel kamienny, mimo, że chemicznie podobny, ma zupełnie inną strukturę przestrzenną i do zrobienia terra preta nie bardzo się nadaje. W końcu sadza, grafit i diament to też czysty węgiel, ale właściwości mają zupełnie różne.
      Węgiel drzewny można dość łatwo zrobić samemu z różnych drewnianych odpadów, o ile dysponuje się żelazną beczką. Filmiki instruktażowe można znaleźć w necie. Do niewielkiego ogrodu wystarczy popiół z węgielkami z kominka, ewentualnie kilka paczek węgla do grilla. Powinien on dobrze nasiąknąć substancjami azotowymi - czyli albo dodać go do obornika i włożyć do dołu, albo w jakimś naczyniu zalać gnojówką lub rozwodnionym kurzeńcem i zostawić na kilka dni.
      A może zrobić po prostu jak Indianie: wykopać dół, zwalać tam wszystkie resztki i rzeczony węgiel, a kiedy będzie pełny, przykryć go ziemią i... wykopać następny.
      Po kilku latach będziemy mieć własną, żyzną, czarną ziemię w miejsce piasku. Fajne, nie?