piątek, 4 września 2015

Ogródek dla Anny-Marii

       Pewna moja miła bardzo znajoma poprosiła o pomoc w zaprojektowaniu dla niej ogrodu warzywnego w chaszczach, jakimi obrósł jej dom w czasie, kiedy poświęcała się remontowi.
       Musiałam trochę pomyśleć, bo większość metod zakładania ogrodu, nawet ta z wałami permakulturowymi, wymaga na początku dość znacznego wysiłku fizycznego. A tu osóbka bardzo zdeterminowana, metodyczna, ale delikatna, z bólami kgosłupa. I żadnej pomocy męskiego ramienia... Na dodatek może zajmować się ogrodem dopiero po powrocie z pracy.
      Inne dane: dość dobra ziemia, niewielki obszar, możliwość zorganizowania obornika i słomy.

      Moim założeniem jest, że ogród ma być radością i przyjemnością, a nie jeszcze jedną harówką i ciężkim obowiązkiem. Pierwsza rada więc była taka, żeby potraktować to wszystko jak zabawę w piaskownicy - lekko i z przymrużeniem oka, a nie jak dodatkowy obowiązek. Bo my się staramy, a natura swoje. Mój ogród w tym roku przypomina słomianą wycieraczkę... tym bardziej wdzięczna jestem za każdy plon, jaki udało się zebrać.

      Co do samego założenia ogrodu, to sięgnęłam po metodę, której u siebie nie używałam, ale którą sprawdzili moi znajomi, w tym mój najlepszy uczeń. Twierdzą, że działa.

     A teraz kolejne etapy postępowania:

1. Zgromadzić dużą ilość kartonów, obornika i słomy lub siana.

2. Porządną wykaszarką wykosić chwasty i zostawić je na miejscu. Tu namawiam do zainwestowania w dobrą, profesjonalną wykaszarkę. Maleństwa na elektryczność, tak lubiane przez kobiety, nadają się tylko do koszenia trawy, grubsze łodygi są ponad ich siły. Do tego potrzebna dobra spalinówka z dyskiem albo usłużny sąsiad takąż dysponujący. Zawsze się przydaje do utrzymywania porządku na obrzeżach, pracuje szybciej i przy mniejszym wysiłku.

3. Na całym kawałku przeznaczonym na warzywnik rozrzucić obornik i następnie cały teren przykryć POTRÓJNĄ warstwą kartonu. Nie musi to być od razu zbyt wielki teren. Na początek 1/2 do 1 ara wystarczy w zupełności.

4. Na kartony dać warstwę ściółki w postaci słomy i/lub siana.

5. Zostawić to przez zimę i początek wiosny, aby "się przerobiło".
    Tu mam moment zastanowienia - stwierdziłam, że pod ściółką ziemia rozgrzewa się wolniej, a tu dochodzi jeszcze karton.... W tym wypadku nie można zgrabić ściółki, jak to robię na wałach. Najlepiej więc poczekać do dość późnej wiosny.

6. Wyznaczyć sobie na tym terenie grządki i ścieżki, tak umownie. Grządki mogą mieć kształt, jaki się Wam tylko zamarzy - prostokątne, okrągłe, spiralne... Na grządkach miejscami odgarniać ściółkę i wycinać dziurę w kartonie, żeby dostać się do ziemi. Można tam wetknąć ziemniaki i od razu znowu przykryć ściółką, ale myślę, że można też inne rośliny: bób (dobrze rośnie z ziemniakami), jedną roślinę chrzanu (chroni ziemniaki przed chorobami), sadzonki kapusty, selera, kalafiora czy brokuły, sadzonki dyni, ogórków, kabaczków i innych. W tym wypadku nie należy ich przykrywać ściółką, oczywiście. Wszystkie te rośliny można wysadzać w drugiej połowie maja, kiedy ziemia się już ogrzeje. Chodzimy po ściółce i kartonie, a tym samym nie ubijamy ziemi i chwasty nie rosną na ścieżkach.

7. Na wszelki wypadek zrobić dodatkowe dziury w kartonie i zainstalować podlewanie butelkowe, przydatne w czasie suszy. Pamiętacie - butelka z obciętym dnem, wbita szyjką w ziemię. Daje to jakby taki kielich, do którego wlewa się wodę. A ta idzie prosto do korzeni. Jednak, jeśli lato jest normalne, może to być zbędne. Wystarczy wtedy 3-4 razy dobrze podlać rośliny po posadzeniu.

8. Do jesieni karton powinien się już rozłożyć, przynajmniej w dużej części. Uzyskujemy pulchną ziemię ogrodową, praktycznie wolną och chwastów. W następnym roku możemy już siać i sadzić prawie pełny zestaw warzyw.

Ponieważ moja przyjaciółka chce też posiać trochę warzyw korzeniowych, ustaliłyśmy, że wiosną, czekając, aż ziemia pod kartonami się rozgrzeje, po prostu zerwie darń z małego kawałka ziemi do niej przylegającego i skopie go w sposób klasyczny, wyciągając korzenie chwastów. Najlepsze do tego są widły amerykańskie z szerokimi, prostymi zębami. Da radę zrobić mniej więcej 1 metr kwadratowy dziennie bez zbytniego wysiłku. Po 2-3 tygodniach daje to całkiem niezły kawałek ziemi. Tak zrobione grządki należy obsiewać dość szybko, w myśl zasady, że ziemia nie powinna zostawać naga. Dlatego też odradziłam jej przekopywanie jesienią.  Ponieważ ziemia jest tam żyzna (rosną na niej pokrzywy, rośliny wskaźnikowe), to bez żadnego dodatku w pierwszym roku powinna wydać porządne plony. Na następne lata przygotowujemy w cieniu kompost ze wszystkich dostępnych resztek, można też jesienią wysiewać zielone nawozy. Najlepiej te wiążące azot, czyli motylkowe, ale inne też są niezłe.

       Ponieważ co roku jesienią można powiększać taki warzywnik o dodatkowy ar czy dwa, po kilku latach możemy mieć całkiem spory ogród. A ponieważ zaczynaliśmy od małej powierzchni, to w międzyczasie staliśmy się ekspertami i bez większego wysiłku możemy to wszystko ogarnąć.

    Powodzenia, Anno - Mario. I baw się dobrze, tworząc swój własny kawałek raju!

8 komentarzy:

  1. Ale fajny post, dzięki za rady i doświadczenia przekazywane na blogu. Kiedyś dzięki Tobie założyłam wały i się wspaniałe sprawdzają i rzeczywiście dają radość uprawiania, pomyślności i dużo zdrowia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, nie może się nie sprawdzić to, co jest w zgodzie z naturalnymi procesami w glebie. cieszę się, że jesteś z nich zadowolona.

      Usuń
  2. Bardzo mi się podoba takie zaczynanie ogródka, od małego fragmentu. Po perypetiach z zaoranym kawałem ogrodu i próbami ogarnięcia wszystkiego naraz, doceniam takie rozwiązanie. I doceniam korzyści jakie to przynosi. Teraz założyłam ogród w nowym miejscu i właśnie tak się dzieje jak piszesz Jagodo. Do uprawionego kawałka przybędzie nowy fragment świeżo założonej pryzmy na dynie i ziemniaczki, oraz kawałek spacyfikowanej przez całe lato pod czarną folią ziemi (pod truskawki- w sumie uprawę kilkuletnią).
    I powiem, że czuję się z tym dobrze, bo jesienią mam więcej czasu i energii na przygotowanie wszystkiego. Pobawię się w siewy zimowe i wypróbuję na kawałku ziemi patent z ziemniaczkami :)
    Pozdrawiam Gorzka Jagodo i dziękuję za fajne pomysły. Dzięki nim mam o wiele więcej czasu na inne sprawy, a ogród plonuje sam z siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejmy nadzieje, że przy zapowiadanej mroźnej zimie kartofelki nie wymarzną. Trzeba je dobrze okryć, biedulki. Zrobiłam ten jesienny siew, bo miałam sporo zazielenionych ziemniaków, niezdatnych do jedzenia. No i się udało. Nawet myszy ich nie zjadły, czego się obawiałam.
      Dziękuję.

      Usuń
  3. Bardzo dziękuję za te informacje, przydadzą się i na nasz ogród. Mam tylko pytanie. Na naszej działeczce mamy całą stertę próchniejących gałęzi i słomy, a pod nimi raj dla nornic, które buszują jak najęte. Czy w takim razie podłoże z kartonów i słomy nie będzie doskonałym miejscem dla nich do przezimowania i rozprzestrzenienia się na cały warzywniak?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzę z założenia, że w przyrodzie nie ma szkodników. Wszystko jest do czegoś potrzebne. Jeśli jest inwazja jakiegoś gatunku i zaczyna on być szkodnikiem, to świadczy o zachwianej równowadze całości. Niewielka ilość nornic przydaje się w ogrodzie. Kłopot zaczyna się, jeśli jest ich zbyt wiele. Mają one jednak swoich naturalnych wrogów, nie tylko kuny, koty i zaskrońce, ale też choroby, pasożyty i mróz. Jeśli masz obawy, to nie rób tego. Masz spróchniałe drewno, resztki roślinne - zbuduj wał. Jemu nornice tak bardzo nie szkodzą. Jest jeszcze jedno: czarny bez, paproć, tytoń, wrotycz i kilka innych odstraszają nornice.

      Usuń
    2. Dziękuje za odpowiedź. Opcja jest taka - posiać tyle, żeby cała nasza swołocz się wyżywiła, w tym także i my. Podoba mi się.

      Usuń
    3. Wy tam macie szczęście mieć busz. Na pewno są naturalni wrogowie nornic, a jak weźmiecie kota, to jeszcze jeden przybędzie. Niektórzy sadzą topinambur w kątach jako wabik dla nornic, wtedy mają co jeść (a lubią go) i zostawiają resztę w spokoju.

      Usuń