czwartek, 7 października 2021

Ile człowieka?

      Kochani, mam dwa posty w przygotowaniu. Krzepiące, dobre posty. Ale wybaczcie, chwilowo trudno mi nad nimi pracować. To, co dzieje się blisko nas, na granicy z Białorusią, zupełnie wybiło mnie z normalnego rytmu. Ile człowieczeństwa w nas zostało? Ile znaczy człowiek w dzisiejszym świecie?

Czytam różne opinie, komentarze i popadam w coraz większą depresję. Prezydent Białorusi toczy swoją wojenkę z UE i przede wszystkim z Polską, a mięsem armatnim są ludzie. Ludzie, którzy cierpią i umierają. Nie liczą się, liczy się "obrona granic" i w jej imię można posuwać się do bestialstwa. Owszem, granic należy bronić i zabezpieczać, mamy to prawo i obowiązek, ale nie tworząc bariery z trupów tych najsłabszych (bo silni przejdą). Nawet na wojnie obowiązuje prawo wojenne, które nakazuje humanitarnie traktować jeńców. Wywożenie dzieci w lasy i na bagna NIE JEST obroną granic.

Nie kosztem naszego człowieczeństwa.

Jeszcze gorsze są komentarze. Pełne nienawiści jednych do drugich.

Dziś szczują na tych ludzi. Nikt nie migruje, nie podejmuje takiego ryzyka, jeśli mu jest dobrze. Jutro mogą szczuć na kogoś innego. Nikt z nas nie jest już bezpieczny, nie wtedy, kiedy rozpętała się Bestia.

Proszę, przeczytajcie świadectwo mądrego człowieka, filozofa i pisarza, który osiedlił się z rodziną na "bajkowym Podlasiu", a teraz żyje w koszmarze: "Słyszę wycie dziecka na granicy całą noc. Miejcie odwagę przyjechać" (oko.press)

wtorek, 7 września 2021

Od-życie

       Przez długi czas nic nie pisałam, bo zajęta byłam. Zajęta byłam odżywaniem, pracą ze swoim życiem i zdrowiem. Ponieważ z założenia jest to blog o zakładaniu i utrzymaniu ogrodów, a ja sobie ogród odpuściłam (no, nie całkiem, ciągle mamy jakieś warzywa) - nie bardzo miałam co pisać. 

      Ogród zszedł na dalszy plan, przynajmniej praca w nim. Poza postawieniem nowej, niewielkiej szklarni poliwęglanowej w miejsce zawalonych tuneli, nic nowego w nim się nie działo.

      Mój stan zdrowia był bardzo zły. Nie tylko tusza i ból kręgosłupa, ale też wszechogarniająca słabość sprawiały, że na przedwiośniu wszystko było niesłychanie trudne, nawet przejście kilkunastu metrów czy wejście na schody. Nie chciałam zasypywać Was skargami i opisami, jak to stałam u stóp schodów na strych i płakałam, bo nie mogłam wejść. Potem doszła niesłychanie bolesna rwa kulszowa.

      Mąż złamał tej zimy rękę i też cierpiał z powodu bólu w ramieniu. Na dodatek Kundzia, nasz ukochany nowy psiak, zginęła w wypadku.

     

         Na szczęście jest w naszym otoczeniu kilka wspaniałych osób, które nas nie opuściły. Pomagali z wożeniem drewna, z zakupami, z wizytami męża w szpitalu. Moje kuzynki przyjechały do mnie z masażami, Basia pomogła przy sprzątaniu (a sprzątanie było artystyczne, bo to artystka-malarka). No i prawie na siłę zaciągnęli mnie na rehabilitację do rehabilitanta-osteopaty. Pomogło, ból znacznie ustąpił.

     Ogarnęliśmy w dużej części warzywniki, chociaż szkielety zawalonych tuneli ciągle straszą. Myślałam, że latem może ktoś się znajdzie, kto je potnie i zabierze na złom, ale jakoś nie wyszło.

      Kiedy skończyłam zabiegi u osteopaty, pomyślałam, że dobrze by było kontynuować w tym kierunku i zabrałam się za swoją tuszę. Nie wierzyłam w powodzenie, bo próbowałam już wielokrotnie. Za każdym razem albo nie wytrzymywałam, albo dieta nic nie dawała. Na specjalnie opracowanej przez lekarkę diecie przytyłam kiedyś 6 kg. Kiedy próbowałam zostać witarianką, o mało nie znalazłam się w szpitalu z powodu ostrej biegunki. Ale postanowiłam spróbować jeszcze raz, moja znajoma mówiła o jakiejś diecie, którą zamierza wypróbować. To rzuciłam się w to pod wpływem impulsu. Dobry impuls! Mimo, że jest chyba najłagodniejszą ze znanych mi diet (a może właśnie dlatego) zaczęłam chudnąć. W tej chwili, po 3 miesiącach, pożegnałam się z 12 kg. Ulga dla nóg niesamowita. A to jeszcze nie koniec! I nie tylko wchodzę po schodach, ale wręcz wbiegam! Nawet na grzyby chodzę, chociaż w lesie, na nierównej powierzchni, czuję trochę ten niedowład nóg.

    Pomalutku odzyskiwałam też siłę i energię. Oszczędzałam ją na najpotrzebniejsze rzeczy, na przeżycie i niezbędne prace. Mimo to spiżarka powoli zapełnia się przetworami. A ja mam uczucie, jakby świat zwolnił. Mam czas na siedzenie z książką czy po prostu gapienie się na obłoki, na medytację, na spacery. Na zabawę z Małym Draniem, czyli szczeniakiem-sierotą, który u nas zagościł. Naprawdę nazywa się Arago i ma w sobie coś z charta, ale jest tak żywiołowy i ekspansywny, że zasłużył na miano "drania". Kochany jest przy tym i słodki do wywołania cukrzycy. Za towarzysza i mistrza ma Tikiego i to dobrze, bo Tiki jest bardzo rozsądnym starszym panem. Niestety, niedawno wykryto u niego nowotwór z przerzutami. Nieoperowalny. Na razie funkcjonuje prawie normalnie, nie cierpi specjalnie, więc cieszymy się czasem, jaki nam został. Obawiam się nieco myśliwskich genów u Arago, ale jak na razie poluje tylko na freesbi i szarpaki. Koty się go nie boją, a jak im dokucza, to go równo po pysku leją miękkimi łapkami, bez pazurów. Celuje w tym zwłaszcza Marszałek P. Jak na Marszałka przystało, kiedy widzi pędzącego szczeniaka, to nie ucieka, tylko siada spokojnie, a następnie baf! baf! po pysku. Także kury nie dają sobie w kaszę dmuchać. Akurat w tym roku, po kilkuletniej przerwie, mam dwie kwoki z pisklętami. Uznałam to za znak, że wszystko, co złe, już minęło i dobra energia się odradza.



Kiedy mały zaczął interesować się nimi trochę za bardzo, to tak mu wsiadły na ogon, że uciekał z krzykiem. Czyli chwilowo mam spokój.

      W tym roku udały się nam melony! Pierwszy raz były takie bujne i dojrzałe! Posiane w inspekcie, rozwinęły się nad podziw. Obdarzyły nas wieloma dużymi owocami. Niestety, smak nie poszedł w parze z pięknym wyglądem. Dwa były bardzo smaczne, słodkie. Inne jadalne. A kilka mdłych i niesmacznych. Z tych mdłych zrobiłam konfiturę melonową, całkiem fajną.


     


          Tego lata wszystkie moje siły i energie, jakie mi zostały, poświęciłam też memu wyjątkowemu projektowi: Chatce Czarownicy. Budował Mistrz Jan ((1) Chata z secondhanda | Facebook ). Jeszcze nie jest skończona na dobre, ale już zagospodarowałam wnętrze. Brakuje tam tylko pieca, czekam z utęsknieniem. No i trzeba potem położyć drewno na dach, skończyć ganek... Pracownia Czarownicy jednak działa i ma niezwykłą atmosferę. Odbyło się tam już kilka bardzo ważnych rozmów oraz pokazów ludowego uzdrawiania (ściąganie uroków), odbywały się medytacje. Nawet spał tam ktoś. Jedna z osób uczestniczących powiedziała, że chatka powinna nazywać się "Odrodzenie", tak działa jej magia.



 



 



 


środa, 9 czerwca 2021

Zasilanie roślin


       Po chłodnym, mokrym maju przyszły upały i moje rośliny rosą na potęgę, prawie w oczach. Te, które powschodziły i trwały w takim stanie maluchów, zaczęły piąć się w górę. Jak zwykle w różnych miejscach warzywnika różnie rosną. Czasem na tej samej grządce widać różnicę na każdym z końców. A ja nie przestaję zachwycać się tym cudem.

       Jak można pomóc naszym roślinom? Oczywiście w sposób ekologiczny i naturalny. Są dwa różne sposoby: jedne to te, które poprawiają stan gleby na dłuższy czas, a drugie to te, które odżywiają rośliny doraźnie, przydatne zwłaszcza na słabszej glebie.

       Oczywiście wolę te, które trwale poprawiają strukturę ziemi. Bo żadna gleba na świecie nie jest tak mocno eksploatowana, jak ogrodowa. Co roku oczekujemy pięknych, zdrowych plonów, pełnych witamin. Mamy nawet kilka siewów na tych samych grządkach, wymagające rośliny... Trzeba więc naszą glebę dopieszczać i odżywiać.

       Metod polepszających glebę jest kilka i wszystkie dają rezultaty na dłuższy czas. Nie na zawsze, bo wiadomo: materia organiczna rozkłada się bez przerwy, jest zużywana, wypłukiwana itp. Te metody to:

1. Przykopywanie obornika. Najbardziej stosowana metoda i chyba najmniej skuteczna, ale tak robią ogrodnicy od pokoleń i nie muszą być oblatani w permakulturze czy biodynamice, żeby o tym wiedzieć. Płytkie kopanie, takie ręczną łopatą, nie szkodzi specjalnie glebie (w przeciwieństwie do głębokiej orki), pozwala natomiast pozbyć się korzeni chwastów, co czasem jest konieczne. Na takiej zasilonej obornikiem grządce nie można uprawiać wielu warzyw, bo też niewiele z nich go znosi. Ale już w następnym roku, kiedy rozłoży się do próchnicy, można prawie wszystko. W trzecim roku najczęściej sieje się bobowate (motylkowe), które współpracują z bakteriami azotowymi, przetwarzającymi  azot z powietrza na związki dostępne roślinom. Ta metoda jest bardzo pracochłonna i wymaga zdrowych pleców, nie jest więc dla każdego.

2. Kompostowanie powierzchniowe, czyli ściółkowanie. Świetna metoda, która najbardziej naśladuje procesy zachodzące w naturze. Przy tym zapobiega zachwaszczeniu i utrzymuje glebę wilgotną i pulchną. Niestety, plaga ślimaków w wielu regionach ogranicza możliwość jej stosowania. Także taka zaściółkowana gleba wolniej się rozgrzewa i dość trudno w niej siać, ale ogólnie metoda godna polecenia. Do stosowania na glebach już żyznych, żeby podtrzymać ich walory. A w bardzo grubej warstwie także na glebach słabszych, na nowo zakładanych ogrodach. Wtedy siejemy tam dyniowate i sadzimy ziemniaki.

3. Rozsypywanie gotowego kompostu. Ulubiona metoda biodynamików, którzy twierdzą, ze w ten sposób podajemy roślinom gotowy posiłek, a nie prefabrykaty do jego sporządzania. Kompost zawsze warto mieć w ogrodzie, bo zawsze się przydaje. I nie trzeba mieć wypasionego kompostownika, aby go zrobić. Może to być zwykła pryzma ułożona w zacienionym kącie i podlewana w czasie suszy. Są różne sposoby sporządzania kompostu, niektóre (te ze skokiem temperatury) wymagające sporych umiejętności, inne odpowiednie dla leniwych ogrodników, do których ja się radośnie zaliczam. Zauważyłam, że złożone "na kupę" resztki z ogrodu, wyrwane chwasty, ściółka z kurnika itp. bez dodatkowej pracy stają się też świetną ziemią kompostową. Już dżdżownice i mikroorganizmy się o to troszczą.

       Tu chcę dodać pewną uwagę: wiele osób myli gnicie z kompostowaniem. To są dwa różne procesy, gnicie na ogół przeprowadzane jest przez beztlenowce i skutkuje otrzymaniem cuchnącej mazi, zupełnie nieprzydatnej. Natomiast rozkład tlenowy daje kompost o przyjemnym zapachu ściółki leśnej i konsystencji podobnej do torfu. I nie, torf nie jest kompostem i nie zawiera składników odżywczych.

4. Wały permakulturowe, rozmaite hugle i inne. Mój ulubiony sposób. Zakładamy po prostu jakby pryzmę kompostową od razu na swoim miejscu i korzystamy z jej dobrodziejstw przez wiele lat. Więcej o wałach pisałam w dawniejszych postach, można to odnaleźć w chmurze na górze. Jeśli natura pozwala nam ściółkować (bez wspomagania ślimaczej inwazji) taką pryzmę, to jest ona praktycznie wieczna, chociaż z czasem osiądzie do poziomu zwykłej grządki. Zakładałam takie wały w rozmaitych ogrodach - i takich gdzie "piach do samej Australii" i na twardych, gliniastych ziemiach. Zawsze, o ile o nie zadbano, rezultat był spektakularny.  Przy wałach należy pamiętać o tym, ze wysychają dość szybko w czasie upałów, a woda z węża do podlewania po nich spływa, dlatego albo stosujemy metodę butelkową (duże butle plastykowe z odciętym dnem, wetknięte szyjką w ziemię, które napełniamy w miarę potrzeby), albo podlewanie kropelkowe.

   5.   Pewną odmianą wałów są skrzynie, które tak samo wypełniamy materiałem organicznym i ziemią kompostową. Bardzo przyjazne dla osób o ograniczonej zdolności ruchowej, którym trudno się schylać. Prezentują się też bardzo ładnie, a na dokładkę ogrzewają się szybciej, niż zwykła ziemia, co pozwala przyspieszyć siewy. Można na nich też budować małe namiociki, chroniące przed przymrozkami.

6. Grządki ze słomy (oczywiście porządnie uzupełnione azotem). Różnie z nimi bywa, wbrew pięknym zdjęciom i filmikom, zwłaszcza jeśli słoma jest z tradycyjnego gospodarstwa, traktowana Rondupem i innymi odchwaszczaczami. Z moich doświadczeń plony w pierwszym roku nie są takie oczywiste, ale innym udaje się to lepiej. Natomiast są niezastąpione w zakładaniu nowego ogrodu, bo można je zrobić wprost na trawie. I już w drugim roku mamy piękną, żyzną ziemię, na której wszystko rośnie.

7. Do tej grupy zaliczam też posypywanie ziemi dolomitem w celu odkwaszenia.


      Teraz metody doraźne, oczywiście ekologiczne i naturalne. Jest to podlewanie wszelkimi gnojówkami roślinnymi i tymi z obornika (najlepiej krowiego), kompostem bokashi, "herbatką" kompostową. Nie poprawiają one na stałe struktury gleby i jej składu, ale dostarczają roślinom potrzebnych substancji odżywczych. Bardzo przydatne, kiedy widzimy, że rośliny mają jakieś niedobory i nie rosną zbyt dobrze. Ale uwaga: gnojówką można nawieźć zbyt mocno, przenawozić. To sprzyja akumulowaniu się w roślinach szkodliwych azotynów. Czyli do stosowania z rozsądkiem i umiarem.

      Nie będę teraz opisywać różnych gnojówek, robiłam to już wcześniej i pewnie jeszcze zrobię. Wspomnę tylko, że ta z pokrzywy dostarcza sporo azotu i żelaza, a z żywokostu - potasu. Oczywiście razem z innymi składnikami. Gnojówka pokrzywowa służy też do zwalczania mszyc i innych utrapionych zjadaczy naszych warzyw.

      W naprawdę dobrej, żywej glebie, dokarmianie dodatkowe nie jest konieczne. Dlatego najlepiej zadbać o glebę, ją "hodować" przede wszystkim. Oraz o równowagę biologiczną w naszym ogrodzie. Wtedy arsenał środków doraźnych można ograniczyć do minimum, także wszelkich "lekarstw" do zwalczania tego czy tamtego. Czasem się przydają, kiedy pogoda nie sprzyja albo jakaś inna plaga na nas spada, ale tak ogólnie to ja prawie z nich nie korzystam. 


piątek, 4 czerwca 2021

Bluszczyk na kaszel

            Podzielę się pewnym doświadczeniem zielarskim, może się komuś przyda. Zwłaszcza teraz, w czasach, kiedy nasze płuca są zagrożone.

Mówi się często, że w pobliżu domu wyrastają zioła, których nam właśnie w tej chwili potrzeba. Potwierdziło mi się to już nie raz, np. serdecznik, którego wcześniej nie było, wyrósł akurat tego roku, kiedy córka miała kłopoty z serduchem. A obecnie wszędzie rośnie bluszczyk kurdybanek.



Męczył nas już od dawna paskudny kaszel z odpluwaniem. U mnie, to nic dziwnego, kaszelek palacza, ale Pierre nigdy wcześniej tego nie miał. Naciskał, żeby go leczyć, ale wiecie, kaszelek u 82 letniego delikwenta nie interesuje lekarzy. A że udało mi się przekonać go do ziół już dawniej, spektakularnymi wynikami leczenia, to teraz też ziół zażądał. A konkretnie babki. Ale u nas lancetowatej jak na lekarstwo, znalazłam więc zamiennik: bluszczyk kurdybanek (czyli skurczybyczek, jak mawiała Simona Kossak). Pierre sprawdził w swoich kompediach francuskich i potwierdziło się: dobry na oskrzela. A rośnie u nas jak szalony, więc zaczęliśmy stosować. Nie chce mi się robić soków, intraktów, naparów itp., w końcu w świeżym zielu jest dużo substancji czynnych. Zrywamy więc dobrą porcję listków i walę je do sałatek i do zup (po ugotowaniu, jak pietruszkę). Słuchajcie, rezultaty są spektakularne! Już po dwóch dniach u obojga kaszel się zmniejszył, ja w końcu mogę spać spokojnie. Liście całkiem fajnie komponują się z potrawami. Pierre jest zaskoczony tak szybkim i radykalnym działaniem. Ja - tym, że na mnie też działają, bo ja jestem dość oporna.

poniedziałek, 17 maja 2021

Niech no tylko zakwitną jabłonie

     


      Przyłapałam dziś jabłonie na gorącym uczynku otwierania pąków! To magiczny i cudowny moment, którego oczekuję co roku. Jabłonie są niezawodne i są moją wielką pociechą. Tym bardziej, że w tym roku pogoda sprzyja. Jest taki prawdziwy maj, nie za gorący, nie za zimny. Łagodnie ciepły i obmyty deszczami. Natura nadrabia te co najmniej 3 tygodnie opóźnienia, liście i kwiaty rozwijają się dosłownie w oczach. Ptaki śpiewają zawzięcie, oprócz tradycyjnych treli i pokląskiwań zdarzają się ciekawostki - jeden szpak naśladuje syrenę karetki pogotowia.



     Mroźna zima spowodowała trochę strat: padły np. tawuły, które powinny być odporne. Wymarzły perukowce, ale im się to często zdarza i już odbijają z korzenia. Straciłam też dwie młode morelki. I kilka innych drzew i krzewów, w tym sporo winorośli. W takich momentach niezawodne jabłonie są ostoją optymizmu.



     Zakwitły też dwie jabłonki-samosiejki, mieszanki jabłoni ozdobnej o purpurowych kwiatach i którejś z jadalnych. Jedna z tych samosiejek miała już raz owoce, niewielkie, ciemnopurpurowe i bardzo smaczne. Nazywam je swoimi wymarzonymi jabłuszkami, bo przypominają mi te, które były u mojej babci i które podziwiałam przez całe dzieciństwo. Kiedy kupiliśmy ten dom, chciałam wziąć zrazy i zaszczepić je u nas, ale okazało się, że jabłoń jest już ścięta. Szkoda. A potem wyrosła ta samosiejka, do złudzenia przypominająca tę utraconą.



  

 Teraz przez kilka dni będę świętować kwiaty jabłoni, jak Japończycy świętują swoje wiśnie.




sobota, 15 maja 2021

Wolontariat otwarty

       Ciepła pora roku pomału zaczyna się mościć i czuć się coraz pewniej. Do tej pory to był taniec w te i we wte, trochę ciepła, trochę śniegu i przymrozków. Razem z nią zaczął się gorący sezon na prace w ogrodzie. Piękny czas, pełen nadziei. Łany kwiatów powystawiały pyszczki, kwitną wiśnie. Za dwa-trzy dni zacznie się festiwal kwitnienia jabłoni.


      

        Robimy, co możemy. A ja się cieszę, ze mogę więcej, niż w poprzednie lata. Nie ma szału, ale coś tam daję radę zrobić. Pierre też zwija się jak mrówka, tyle że po złamaniu lewa ręka ciągle jest niesprawna. A w ogrodzie mamy opóźnienia, które na gwałt trzeba nadrabiać. I sporo już zrobiliśmy.

      Jednak są rzeczy, których nie dajemy rady ruszyć, jak połamane tunele foliowe. A ziemia pod nimi dobra, przydało by się coś zasiać.


    

        Dlatego ogłaszam sezon na wolontariat otwarty. Jeśli ktoś chce odpocząć, połazić po bagnach i lasach, posiedzieć w ogrodzie, a przy okazji nam pomóc, to zapraszamy. Ze względu na warunki przyjmujemy najwyżej 2-3 osoby naraz i na okres do 2 tygodni (może być krócej). Oferujemy bardzo znośne warunki mieszkaniowe - duży, ładny pokój na górze z 2 łóżkami z pościelą i własną toaletą i umywalką; oraz dobre posiłki codziennie. Prysznic można brać na dole. No i wszelką wiedzę, jak mogę się podzielić. Wolontariusze są naszymi gośćmi, uczestniczą w codziennym życiu, jak rodzina. Oczekujemy w zamian 4-5 godzin pomocy w ogrodzie dziennie przez 6 dni w tygodniu. Możemy też chętnie pokazać szlaki i ciekawe miejsca do zwiedzania w okolicy. A jest tego trochę, bo zbieg Bagien Biebrzańskich i Puszczy Augustowskiej obfituje w szlaki piesze i rowerowe, miejsca mocy i rezerwaty.


     

        Mam cichą nadzieję, że dawni wolontariusze skomentują i podzielą się wspomnieniami, żebyście wiedzieli, czego oczekiwać.


     

        Ponieważ jest tu sporo bzyczących krwiopijców, dobrze by było, gdyby wolontariusze sami zaopatrzyli się w środki przeciwkomarowe, inaczej może być ciężko.




      Można już rezerwować miejsca i terminy.

piątek, 26 marca 2021

Święto wiosny

        Dla mnie wiosna zaczyna się, kiedy poczuję w powietrzu to nieuchwytne "coś", jakąś zmianę, która mi mówi, ze właśnie się zaczęło. Mój pierwszy dzień wiosny jest więc świętem ruchomym i bardzo subiektywnym, ale przeżywam go bardzo intensywnie. Dwa dni temu poczułam, że przedwiośnie się skończyło, a zaczęła się wiosna. To nic, że miejscami zalegają jeszcze płaty śniegu, powietrze pachnie już inaczej. W tym roku początek wiosny przebiega u nas pod znakiem zwierząt.



      Najpierw niebo zaludniło się kluczami dzikich gęsi, czajek, szpaków. Na łąkach zaczęły tańczyć żurawie. A pierzaste towarzystwo, które zimą odwiedzało nasz karmnik, z całych sił zabrało się za budowę gniazd. W gęstym świerku przed domem wije gniazdo cukrówka-synogarlica. Jak to możliwe, że taki śliczny ptak pohukuje tak ponuro? Za to reszta ćwierka i śpiewa na całego.

     Ostatnio dość często pokonywałam trasę do Dąbrowy Białostockiej przez Lipsk i prawie za każdym razem spotykam leśne zwierzęta: a to młody łoś-gapiszon stoi tuż przy drodze, a to chmara saren pasie się na łące, nawet parkę kuropatw widziałam. Te kuropatwy obudziły we mnie radość i wielkie rozczulenie. Pamiętam czasy z mego dzieciństwa, kiedy widziało się ich całe stada, a leśnicy zimą budowali namiociki z gałęzi świerka, pod którymi rozrzucali pokarm. Potem mechanizacja, chemizacja i plaga lisów prawie wytrzebiły te miłe ptaki. Dobrze zobaczyć je znowu.



      Pamiętacie mego zajączka z warzywniaka? Tego, którego kilka lat temu obserwowałam jako malucha, który w zeszłym roku skubał mi truskawki kilka metrów ode mnie i który nie boi się psów? Otóż ciągle tu jest. Chyba ten sam, bo takiej nonszalancji względem człowieka i psów nie spotyka się często. Zostawiłam brukselki pod śniegiem, bo jakieś takie niewydarzone były, malutkie. Zajączek zrobił mi więc uczciwy barter: zjadł brukselki, za to nawiózł obficie grządkę. On jest jakiś dziwny, bo latem kapusty ani marchwi nie rusza. Może koniczyna mu lepiej smakuje? I tak sobie pomieszkuje kątem w ogrodzie. Mógłby wyjść na łąki, wie doskonale, gdzie są wszystkie furtki i czasem sobie idzie, ale zaraz wraca. Widocznie mu tu dobrze.

     Tego dnia, kiedy poczułam wiosnę, podczas przechadzki po ogrodzie zostałam zaczepiona i wręcz przyciągnięta przez jeden świerk. Sadziłam go jako niewielkie drzewko, a teraz ma kilkanaście metrów wysokości i potężny pień. Po raz pierwszy w życiu czułam, jak drzewo mnie woła. Nie rozumiem mowy drzewnej, więc nic mądrego nie napiszę o jego przesłaniu. Wiem tylko, że otulił mnie chmurą zapachu i szelestu, jakby mówił, że teraz już będzie dobrze.



      Kwitną przebiśniegi i pierwsze krokusy. Wierzby rozpuściły swoje bazie. Drzewa jeszcze nagie, ale już otacza je taka zielonkawa poświata, zwłaszcza brzozy i wierzby.


piątek, 19 marca 2021

Kręgosłup i przyległości

         To będzie post bardzo prywatny, o bólu, cierpieniu i o aniołach, które zjawiają się w odpowiednim momencie, nie o ogrodach. Ale może komuś się przydać i będzie szanował swój kręgosłup. A w razie problemów nie poddawał się, a szukał pomocy tam, gdzie ją może znaleźć.

        Pamiętacie może, że skarżyłam się na ból w kręgosłupie, narastający od lat i zmuszający mnie do zwolnienia trybu życia? Otóż przeszłam ostatnio coś, co spowodowało, że wydał mi się miły, oswojony i znośny. No bo on usłużnie znika, kiedy usiądę lub się położę. Tymczasem dorwała mnie rwa kulszowa z bólem ostrym i nie przemijającym w żadnej pozycji. Czasem lżejszym, czasem (najczęściej) nie do zniesienia. Człowiek ma ochotę wyć i wbić zęby w ścianę. Miewałam to już przedtem, w poprzednich latach. Zasięgałam wtedy porady u utytułowanych lekarzy, paru. Zrobiłam skan w tomografie. Diagnoza była taka, że nacieki zwyrodnieniowe zakrywają mi kanały, którymi wychodzą nerwy. Nie ma lekarstwa, należy przyjmować środki przeciwbólowe. Do operacji się nie kwalifikuje. A będzie coraz gorzej, aż kanały się zamkną i odetną mi nerwy. Wtedy bezwład i wózek inwalidzki po latach cierpień, o ile dożyję. Zresztą bezwład nóg już się zaczął parę lat temu.

     Środki przeciwbólowe to dla mnie ostateczność. Jestem z nimi bardzo ostrożna, ponieważ spowodowały śmierć mojej matki. Miała podobne bóle, przyjmowała pod kontrolą lekarza coraz silniejsze przeciwbólowe tabletki. Spowodowały krwotok z przewodu pokarmowego. Raz było to u mnie, zawiozłam do szpitala. Tam potraktowano ją najpierw jak symulantkę, dopóki nie wypluła z siebie na podłogę masy krwi. Drugiego krwotoku dostała, jak była sama w mieszkaniu. Nie udało się jej uratować. Lekarz na OIOM-ie przestrzegł mnie przed tymi lekami przeciwbólowymi... No więc się strzegę.

    Ale tym razem zaczęłam je przyjmować. Okropny ból, trwający miesiąc, podkopał zupełnie moje morale. Skoro ma być tak do końca, a właściwie coraz gorzej, to co za sens dbać o swoje życie?

   Jak zwykle w takich sytuacjach, los zaczął zsyłać mi anioły. Byli już tacy, którzy nas zaopatrywali, kiedy byliśmy przysypani śniegiem. Teraz zjawiły się inne. Jedna anielica pomogła mi doprowadzić dom do porządku. Inne przyjechały z olejkami do masażu i z całej siły starały mi się ulżyć. Od nich to dowiedziałam się, że niezbyt daleko od nas, w zimnym mieście, przyjmuje rehabilitant - osteopata, który działa cuda. Miałam opory, powiedziano mi, że rehabilitacja nie pomoże na ten ból. Ale niemal mnie zmuszono do wizyty. Najadłam się tych przeciwbólowych i pojechałam.

    Przede wszystkim człowiek jest niesłychanie sympatyczny, bezpośredni i dający nadzieję. Przeanalizował skany, dokumenty i orzeczenia i delikatnie podważył hipotezę zamykających się kanałów pod naciekami. Po prostu w opisie były dwa zjawiska, nacieki i wypukliny, które raczej nie występują razem. Potem zapytał mnie, czy uderzyłam się kiedyś w lewą stronę ciała, zwłaszcza w biodro. Od razu przyszedł mi na myśl wypadek na rowerze sprzed lat, kiedy przy dużej szybkości walnęłam właśnie tą stroną ciała w krawężnik. Miałam też złamaną rękę. Bo on usłyszał to, czego lekarze z tytułami nie chcieli przyjąć do wiadomości: kiedy wstaję rano, czuję się dobrze, wręcz fruwam... przez jakieś pół godziny. Ich zdaniem musiałam wstawać sztywna i obolała, a dopiero potem "się rozchodzić". No i okazało się, że takie bóle, jakie ja mam, też istnieją i nie są skutkiem zwyrodnienia, a lekkiego przesunięcia w stawach biodrowych spowodowanego urazem mechanicznym.

    Chyba po raz pierwszy ktoś ze służby zdrowia nie lekceważył mego bólu ani tego, co miałam do powiedzenia. Już to samo w sobie jest bardzo pocieszające i dające nadzieję.

    Powiedział też, że, jego zdaniem, może mi pomóc. Na początek zajął się rwą. Zabieg był dziwny, miałam wrażenie, że wbija mi rozżarzone do białości pręty w ciało, ale...rwa ustąpiła. Został śladowy ból, o czym byłam uprzedzona, a który po 3 dniach minął zupełnie. Rwa spowodowała opuchliznę i stan zapalny, więc teraz się regeneruję. W perspektywie mam ustawienie stawu biodrowego i zmniejszenie (nie ośmielam się marzyć, że usunięcie) bólu w plecach.

     Ale najważniejsza jest nadzieja. Jestem jak człowiek, który miał w perspektywie długotrwałe tortury, bez nadziei na ich koniec, a którego nagle wypuszczono z więzienia. Znów robię plany, kaligrafuję, nawet coś tam szkicuję. Mam taki przypływ energii, jakiego nie miałam od lat.

    Nie było by tego, gdyby nie anioły. Wszechświat jednak się o nas troszczy i podsuwa rozwiązania nawet w pozornie beznadziejnych sytuacjach. Dobrze, że nie przegapiłam tej ścieżki, posłuchałam Wszechświata i zrobiłam to, do czego mnie zachęcał.

      Jeszcze coś, dziwny "przypadek". W samym apogeum tego epizodu z rwą wyciągnęłam sobie runy. Jako przyszłość ukazała mi się runa wyzdrowienia i regeneracji. A na drugi dzień przyszła taka fala pogorszenia, że zwątpiłam. Nie trzeba było.

     Zrobiłam szkic swojej wersji Drzewa Gondoru. Jest to szkic, próbowałam różne farbki i tusze, litery są okropne, ale całość do mnie przemawia.  



niedziela, 7 marca 2021

Bogactwo i szacunek

     W tym roku, po kilku latach nieobecności, za naszym domem pojawiły się rozlewiska. Powitaliśmy je z radością, bo zwiastują koniec suszy, która dała się we znaki wszystkim zielonym mieszkańcom regionu. Zwłaszcza drzewa cierpiały i było to widać.

     Radość tym większa, że bardzo dużo tej wody już wsiąkło w ziemię, która pod solidną kołdrą śniegu była miejscami nie zamarznięta. Więc woda z roztopów wsiąkała na bieżąco, odżywiając głębokie warstwy gleby i głębokie korzenie. 


      A ja chcę wam napisać, jak ratowałam nieudane naleśniki. Mamy z mężem taki feblik, że bardzo szanujemy żywność. Nie ma mowy, żeby coś wyrzucić bezproduktywnie. To, czego nie zjemy, oddajemy zwierzakom, a dopiero, jeśli nie nadaje się dla nich,  idzie na kompost.  Wiemy, jak rośnie żywność i ile sił natury i ludzkiej troski wymaga, więc jest dla nas godna szacunku. Jeśli ktoś był kiedyś bardzo, ale to bardzo głodny, to wie, jakim cudem jest najeść się do syta.

      Ten szacunek pogłębił się jeszcze, kiedy zaczęłam kupować mąki bio i eko, oraz inne wyroby i produkty, których u nas nie ma, jeśli nie bio i eko, to przynajmniej z małych gospodarstw rodzinnych. Mąki zgotowały nam sporo niespodzianek. Np. mój mąż pasjami lubi naleśniki, takie prosto z patelni. Tylko zawsze narzekał, że są gumowate, a nie chrupiące jak lubi. Robiłam, co mogłam, ale zawsze trochę gumowate były. Zrobiłam z mąki orkiszowej bio pomieszanej z pszenną i proszę! niespodzianka! mamy chrupiące naleśniki bez wysiłku.

     Następnie spróbowałam z samopszy zrobić ciasto naleśnikowe, ale coś schrzaniłam. Wyszło za rzadkie, na patelni powierzchnia placka była przypalona, a w środku niesmaczny glut. Bleeee.... Ale przecież nie wyrzucę ciasta z Samopszy! Zagęściłam je orkiszową mąką i zostawiłam na noc. Rano placki były lepsze, ale też bez szaleństwa i, mówiąc prawdę, już mieliśmy ich dość. A tu zostało jeszcze sporo ciasta. No to zagęściłam je jeszcze bardziej, dodałam drożdży i po wyrośnięciu upiekłam bułkę. Ta w końcu wyszła bardzo smaczna, przypominająca chałkę. A ja miałam satysfakcję, że nie zmarnowałam darów Ziemi.

    Dziwna sytuacja z tymi darami od życia. Kiedy zaczynam myśleć, czego mi brakuje, albo co jest nie tak, to czuję się uboga i przygnieciona. A kiedy moje myśli zwrócą się do tego, co zostało mi dane prawie bez wysiłku, to aż rozpiera mnie wdzięczność. Mam ciepło, mam dobre jedzenie do syta, suchy, miły pokoik. Co tam pokoik, cały dom! Mam kawałek ziemi, który mnie chroni, żywi, leczy i zachwyca, którym mogę się opiekować, co nadaje sens mojej egzystencji. Kto błąkał się po zimnie i deszczu, głodny i zgnębiony, potrafi docenić niezwykłość takiego bogactwa.



    Często dzieje się tak, że kiedy snuję jakieś myśli, układam wątki, to pojawiają się skądś wiadomości akurat do nich pasujące. Czasem przynoszą je ludzie, ale częściej są to książki lub eseje. No i właśnie teraz, kiedy przemyśliwałam o szacunku i o darach, przyszła do mnie cudowna książka, która idealnie współgra z nimi. Od pierwszych stron miałam gulę w gardle ze wzruszenia. Bogowie, jakie to piękne i mądre! To jakby Peter Wohlleben, Łukasz Łuczaj, Ursula Le Guin, Winnetou i kroniki szamańskie w jednym. Z dodatkiem czegoś więcej.

      Ta książka to "Pieśń Ziemi" Robin Wall Kimmerer. Autorka jest rdzenną Indianką, ale też doktorem nauk przyrodniczych. Łączy ze sobą te dwa rodzaje wiedzy, bo sama przeszła długą drogę, żeby je scalić w sobie. Jako dziecko rozumiała całą przyrodę jako dar, moc duchową i piękno, jako Osobę. Potem, przy wstąpieniu na studia, wyśmiano ją. Więc zacisnęła zęby i latami starała się patrzeć na naturę oczami białego człowieka, jako na coś, co się bada i wykorzystuje. W pewnym momencie te dwie ścieżki splotły się ze sobą, kiedy uświadomiła sobie, że jedna nie przeczy drugiej, a to, co jest ważne, to nasza postawa.


     Tej książki nie da się opowiedzieć, trzeba ją przeczytać, a bardziej jeszcze - przemedytować. Są w niej też rzeczy praktyczne. Nie wiedziałam, ze pałka wodna kryje w sobie takie bogactwo zastosowań! A żywotnik, tak często oczerniany u nas! Ale najważniejsze jest to, jak widzimy świat i jaką postawę przyjmujemy. Dla Indian Ziemia jest darem miłości i osobą, podobnie jak wszystkie istoty na niej żyjące. A my jesteśmy młodszymi braćmi tych istot, którzy są przez nich rozpieszczani i uczeni. Dziękczynienie jest najlepszą naszą postawą wobec tylu cudów. Może mniej by mnie to uderzyło, gdyby nie to, że od lat doświadczam tego uczucia. Czasem sama siebie karciłam za sentymentalizm, tymczasem okazuje się, że kroczyłam ścieżką rdzennych Indian. Cudowne odkrycie.

    Niech sobie zwolennicy ludzkiego "panowania" mruczą o antropomorfizacji. Dokąd nas zaprowadziła taka postawa, sami widzimy. Zamiast antropomorfizować drzewa, zwierzęta i inne rośliny, sama wolę stać się "zdrzewiała" w duszy.

    

wtorek, 23 lutego 2021

Pokonać smoka

      Powiało ciepłem. W ciągu dnia temperatury są na plusie, powietrze pachnie inaczej. Gruba pokrywa śniegu pomału kurczy się. I chociaż wszędzie jest biało, to ptaki drą się zupełnie wiosennie. Drogę do domu już od kilku dni mamy odśnieżoną przez spychacz, ale nie zdobyłam się jeszcze na to, żeby wyjechać. Zaraz za naszą drogą prywatną zaczyna się droga gminna, odśnieżana, ale nigdy nie posypywana, wyjeżdżona na glacę i lodowisko i podwójnie śliska w tej chwili. Dziś jeden z przyjaciół zawiózł Pierra na zakupy, mamy zapasy na co najmniej 10 dni. A potem, mam nadzieję, to czarne na drogach wyjrzy spod lodu.

     Ale ja nie o tym chciałam. Chciałam o depresji, bo czas przedwiosenny taki jakiś ciężki jest, czas historyczny też niełatwy, a na dodatek obchodziliśmy dzień walki z depresją.

    Miałam to świństwo kiedyś, ciągnęło się latami i miało wiele epizodów, aż w końcu udało się urwać łeb hydrze. Można więc powiedzieć, że jestem weteranką i jako stary wojak rzucę kilka mądrości. Otóż moim bardzo nieortodoksyjnym zdaniem (lekarze się obrażą), depresja nie jest żadną chorobą psychiczną, a zwykłą chorobą fizyczną. Bo na czym polega? Na braku pewnych hormonów, głównie serotoniny i dopaminy. W tym podobna jest do innych chorób, np. do cukrzycy, która też spowodowana jest przez brak pewnego hormonu. I tutaj żadne "branie się w garść" czy nawet najlepsze życzenia nie pomogą. No bo każcie np. cukrzykowi żeby wziął się w garść i zaczął trawić ten cukier, a na śpiączkę cukrzycową polećcie spacery i mocną kawę...

    Ludzie nagminnie mylą smutek, chandrę czy spadek formy z depresją, stąd ogólne niezrozumienie tej choroby. Na depresję może zapaść każdy, jak na grypę, ale niektórzy są bardziej podatni (albo mniej odporni), niż inni. Jak we wszystkich chorobach. Czasem jest jakiś czynnik ją wywołujący, jak wstrząs psychiczny czy żałoba - po prostu produkcja hormonków już kulała, a teraz zapchała się na amen. Czasem nie ma żadnego widocznego powodu, a to cholerstwo podgryza powoli i nieustannie, aż do katastrofy.

    Właśnie dlatego, że wczesne objawy depresji podobne są do spadku formy, chandry czy żałoby, często mijają niezauważone. Czasem naśladują zmęczenie i spadek energii. Delikwent więc "bierze się w garść", wysila się, żeby funkcjonować normalnie. Można nawet się śmiać, ale to sztuczny uśmiech. Można opowiadać dowcipy, a w środku kula gniecie. Potem pojawia się apatia, chęć do pozostania w łóżku, bezsens wszystkiego. 

   Nic nie ma smaku, niczym nie da się cieszyć, na nic nie ma ochoty. Życie przestaje mieć sens, tak po trochu. Ogólnie energia życiowa ucieka z człowieka, jak z dziurawej beczki.

   Często depresji towarzyszy lęk. Nie jakiś konkretny strach przed czymś, ale lęk nieuzasadniony, dławiący, ściskający serce. Żaden strach przed egzaminem, żaden strach przed niczym innym, nawet przed śmiercią, nie jest tak dławiący i straszny. W paroksyzmach wręcz paraliżuje.

     No i powiedzcie komuś takiemu, żeby wziął się w garść, żeby walczył. Jak człowiek nie ma garści ani motywacji do niczego. To jakby kazać człowiekowi z połamanymi nogami pobiegać dla rozruszania się.

     Tutaj już osoba dotknięta depresją nic nie może, bliscy nic nie mogą. Pomóc może tylko leczenie. Przede wszystkim leki, żeby ruszyła na nowo produkcja i przyswajanie hormonów. Psychoterapia jest pomocna dopiero w fazie wychodzenia z choroby. Wcześniej niewiele może. Cukrzyk musi otrzymać insulinę, osoba z depresją - serotoninę, po prostu.

     Wiecie, ze nie jestem wielką fanką medycyny oficjalnej, ale w takich wypadkach bywa niezbędna. Czy można wyleczyć się lekami naturalnymi i ziołami? Na niektórych etapach można, ale trzeba trafić na naprawdę dobrego specjalistę, a takich jak na lekarstwo. Bardziej prawdopodobne jest, że trafimy na szarlatana i tylko stracimy czas. Pozostaje tylko trafić na dobrego lekarza i dobrze dobrać leki. A to jest bardzo trudne. Dlaczego? Bo te hormony mogą być zablokowane na różnych etapach: wytwarzania, transportu w organizmie (a jest dość skomplikowany), w końcu przyswajania. Może być tak, że są produkowane, a nie dostarczane, albo dostarczane, ale nie przyswajane. Na każdy z tych etapów są różne leki, normalnie. No i trzeba utrafić w te, które są nam potrzebne. Nie trzeba wahać się przed zmianą leków, jeśli nie działają. Tak, jak przed zmianą lekarza, jeśli mu nie ufamy. Z moją panią doktor zostałyśmy niemal koleżankami, zamiast "wywlekać flaki", pokazywałyśmy sobie zdjęcia swoich ogrodów, zwierzaków, domów itp. Rozmawiałyśmy o tym, co fajne w naszym życiu, ale jak dwie kumpelki, nie jak lekarka z pacjentką. Kiedyś jej nie było i zastępujący ja lekarz, bardzo niesympatyczny, zmienił mi leki, twierdząc, że on wie lepiej. Spowodowało to u mnie koszmarną reakcję, nieomal zamieniłam się w warzywko. Jak najszybciej wróciłam z pomocą mojej pani doktor do poprzedniej kuracji. Tak, że na lekarzy też trzeba mocno uważać. Najlepiej zaufać swemu własnemu instynktowi.

     Mnie leczono kilkakrotnie, w różnych miejscach i różnymi lekami. I dopiero mając 40 lat trafiłam na lekarkę, która niemal z marszu dała mi dość lekki lek, który był tym, czego mi było potrzeba.  Zakończył się wieloletni marsz przez mękę. Nie będę opisywać rozłożonego na wiele lat koszmaru, który wyskakiwał w ostrej formie przy każdym tragicznym przeżyciu (a tych mi nie brakowało) i który nie pozwalał czuć najmniejszej radości w życiu. Przez większość czasu funkcjonowałam pozornie normalnie, ludzie widzący mnie nic nie podejrzewali, a w środku ruiny i zgliszcza. I jedna chęć, żeby umrzeć. I poczucie, ze się jest jakimś potworem, czymś wybrakowanym. Szkoda mi tego straconego czasu.

     Leki nie działają natychmiast. Trzeba odczekać kilka tygodni, żeby zobaczyć jakiś rezultat. To zniechęca wiele osób, a nie powinno. Moje leki były tak dobrane, że nie czułam otumanienia (w każdym razie nie większe, niż zwykle), natomiast powolutku życie zaczęło nabierać barw. Wiecie, to zabawne, odkryć po 40, że się jest z gruntu optymistką. Przez wiele miesięcy miałam tylko jedną obawę: że zabraknie mi leków i koszmar wróci. Brałam je więc regularnie. Odstawienie przyszło tak jakoś samo z siebie, po prawie 2 latach. Zaczęłam o nich zapominać, aż w końcu przestałam je brać.

     Nie miałam żadnej psychoterapii, ale zrobiłam porządek z energiami w moim organizmie przy pomocy przyjaciółki, która jest w tym specjalistką. Przejrzałam też moje nawyki, zapisy pewnych zachowań czy wkręcone mi sposoby myślenia. Oczyściłam to wszystko, dochodząc do tego, co naprawdę jest moje. Ale to już raczej wtajemniczenie szamańskie, zrozumienie podszewki świata.

    Minęło już 20 lat. Jak każdy przeżywam spadki i wzloty, zmęczenie i euforię, smutek i radość. A deprecha nie wraca. Było kilka wydarzeń tragicznych (śmierć ukochanej Babci, śmierć Mamy) i towarzysząca im żałoba. Spadek formy czy zniechęcenie chwilowe są wpisane w nasze życie, nie są depresją. Były też piękne momenty. Ogólnie rzecz biorąc tych dobrych, miłych momentów jest większość. Normalne życie. Tylko teraz wszystko spowite jest w taką łagodność, pogodę i poczucie sensu. Problemy są po to, żeby je rozwiązywać, jak łamigłówki.

    Nie zostawiamy osoby z połamanymi rękami i nogami, z przetrąconym kręgosłupem, aby sobie jakoś poradziła. Tu potrzebna jest fachowa pomoc i leczenie. W depresji jest podobnie.

    Przeszłam przez ciemną dolinę i wyszłam z niej mocniejsza i mądrzejsza. Depresję da się wyleczyć, żyć pięknie i mocno.





    .

     

środa, 27 stycznia 2021

Zmagania duszy z ciałem

         Ostatnie miesiące i tygodnie mijają mi na wyczerpujących zmaganiach duszy z ciałem. Wygląda to mniej więcej tak: z ciałem nie jest za dobrze, zwłaszcza z kręgosłupem, ale nie tylko. Jakby coś się rozregulowało, dopadają mnie różne dolegliwości i ogromne zmęczenie. Tym bardziej, że mąż złamał przed Świętami rękę i cała robota spadła na mnie + zajmowanie się biedną drugą połową i ratowanie go fizycznie i wspieranie moralnie. Powróciły też lęki, ten najbardziej oczywisty lęk o najbliższych i kochanych, oraz jakieś uogólnione, ale przenikliwe. Natomiast dusza cieszy się i jest wdzięczna za wszystko: za dobrych ludzi, za śnieg, który może położy koniec suszy, za dobre piece i zapas drewna, za kochane zwierzaki. Za całe to piękno za oknem.  I tak jedno drugiemu próbuje narzucić swój punkt widzenia. 


    Także epidemia kowidu i ogólnie sytuacja w kraju i na świecie dorzuca swoje. Moi przyjaciele i znajomi podzielili się na dwie frakcje: jedna brnie coraz głębiej w teorie spiskowe i popada czasem wręcz w paranoję, przekonana, ze jesteśmy skazani na zagładę lub los bydła rzeźnego przez jakichś "onych", inni bezgranicznie ufają w naukę i oficjalny przekaz. A ja, jak zwykle, na polu niczyim pomiędzy nimi. Doświadczenie z lat młodości nauczyło mnie nie wierzyć oficjalnym wiadomościom (ileż to razy okazało się, że karmiono nas fałszem), ale też trudno uwierzyć mi w "onych", chociaż już w matactwa wielkich koncernów - owszem. Tylko i tak nie mam na to wpływu, zajmuję się więc moim światem, na który mam wpływ. Udaje mi się to nad podziw. Zauważyłam niedawno, jak cudownych ludzi udało mi się poznać. Pomału także decyzje, które podjęłam, okazują się słuszne i przyszłościowe.

     Tak to walczą we mnie dwa bieguny i każdy próbuje przejąć władzę nad całością. Pracuję nad scaleniem ich i wiem, ze wyjdzie z tego coś dobrego.




     Pilnie odnotowuję małe zwycięstwa: pojechałam samochodem do miasta i nie zlękłam się gołoledzi, udało mi się wyhodować piękny zakwas na chleb, Kundzia nauczyła się załatwiać na dworze, Pierre pomału zaczyna ruszać ręką. A przede wszystkim ludzie, którzy nas wspierają i są tak niesamowicie życzliwi.


     Mamy piękną zimę, za jaką tęskniłam. To nic, że dojazd do nas zawiany. Na razie mamy zaopatrzenie we wszystko, a potem dobre duchy jakoś to załatwią. Mamy czas. Za to za oknem same piękno śnieżnej zimy i zapowiedź letniego urodzaju w nawodnionej ziemi.

     Wiosna już gdzieś tam miga na horyzoncie, bo zaczęłam przeglądać nasiona i oferty w tej dziedzinie oraz filmiki o ogrodach.


wtorek, 17 listopada 2020

Przyjazna ciemność

        Ucichłam ostatnio. Hibernuję. Dużo śpię, zwinęłam się jakby do wnętrza. We wnętrzu dzieje się wiele, ale na zewnątrz cisza i spokój. Mam wrażenie, że siły wyciekają ze mnie, jak z dziurawego wiadra.

       Pomalutku i spokojnie kończyłam zagospodarowywanie zbiorów. Rośliny korzeniowe już w piwnicy, szpinak w zamrażarce, kapusta już ukiszona. Każdego dnia po trochu. Szpinak, posiany na początku września, ciągle daje nam jeszcze piękne liście. Zbieram je, a same rośliny zostają w ziemi. Mam nadzieję, że przeżyją do wiosny i będziemy mieć wczesne zbiory.

     Dzieją się też inne rzeczy, bardzo miłe. Pewna piękna dusza, czytelniczka tego bloga i aktywna ogrodniczka, poprosiła mnie o recenzję jej książki. Przeczytałam w swoim ślimaczym ostatnio tempie, zastanowiłam się, i jestem zachwycona. Jako biolog z wykształcenia i ogrodniczka ekologiczna z przekonania, łączy ona te dwie domeny i przepięknie przybliża wiele zagadnień. Cieszę się bardzo, ze są tacy wspaniali młodzi ludzie, którzy przejmują teraz pałeczkę w propagowaniu wiedzy o samodzielnym hodowaniu zdrowej żywności, pomagają ludziom stać się bardziej sprawcami swego zdrowia i życia. To jest piękne.

                                                                                    Oto co napisałam jako recenzję:

 " Pisząc swój blog o ogrodnictwie naturalnym, puszczałam na wiatr ziarna wiedzy i doświadczenia. Różny może być los takich ziarenek, ale niektóre miały szczęście trafić do ludzi takich, jak Klaudia. Przygarnęła je, posiała razem z innymi ziarenkami, zebranymi z innych miejsc i od innych ludzi i wydały one wspaniałe plony. Klaudia ma wyczucie tych tajemniczych więzów, jakie łączą człowieka oraz całą Przyrodę w jedną całość, ale oprócz tego ma wiedzę naukową, pozwalającą te połączenia zrozumieć i wytłumaczyć. Jej książka łączy w jedno te dwie ścieżki: magię i naukę. A to połączenie sprawia, że jest pożyteczna i ciekawa dla wszystkich, chcących uprawiać ziemię w sposób naturalny. Gorąco ją polecam zarówno początkującym, jak i doświadczonym ogrodnikom, którzy chcą uprawiać własną żywność, żywą i leczniczą, którym nieobojętne są losy Ziemi."

        Autorka to Klaudia Sidorowicz, a bliżej zapoznać się z jej książką można tutaj:   https://ogrodprobiotyczny.pl/

       Zamieszkała też u nas nowa domowniczka, blablador (jak nazywa to pani wetka), czyli coś co wygląda na labradora, ale nim nie jest. 

      Latem odeszła Luna, nasz psi Biały Anioł. Serce ciągle mnie boli, bo chociaż wszystkie psiaki są cudowne, to tak wyjątkowej osobowości już chyba nie spotkam. Cierpiałam długo, cierpiał też Tiki, jej równolatek (13 lat). Aż w końcu przyśniła mi się i przyniosła szczeniaka. Wtedy zaczęłam rozglądać się za innym psem. Rozpytywałam, bo z jednej strony moje serce wyrywało się do Podhalanów, a z drugiej strony nie chciałam kupować szczeniaka z hodowli. Natomiast do adopcji były psy już dorosłe i często o trudnym charakterze. Tiki ma kłopoty z akceptacją innych zwierząt, dorosłego psa nigdy by nie zaakceptował. 

     Postanowiłam więc zdać się na los i poczekać, co samo do mnie przyjdzie. No i przyszło, do mojej koleżanki ze wsi obok, pod postacią wałęsającej się parki wiejskich kundli. Takich, co to niby mają właściciela, ale głodne, brudne i zaniedbane włóczą się' szukając jedzenia. Dobra dusza z tej Moniki, zaczęła je dokarmiać i dopieszczać, a sunia odwdzięczyła się jej przyprowadzając trzy szczenięta czarne jak ona sama. Dostały ciepłe legowisko w budynku gospodarczym i michę, aż przyszedł czas pójść do ludzi. Pieski dość szybko znalazły właścicieli, a czarna sunia trafiła do mnie. Jest już po wizycie u weta, uwolniona od obcego życia wewnętrznego i zewnętrznego, obejrzana, zważona, zmierzona i czeka na drugie szczepienie. Pierwsze miała u Moniki. Ma dwa miesiące mniej więcej. No i mam takie półdiablę weneckie, rozrabiające i skaczące jak na sprężynach.



Na tym zdjęciu tylko tak smętnie wygląda, ale to wulkan energii, który ściąga z człowieka kołdrę w nocy, kradnie kapcie, ściąga z nóg skarpetki, zaczepia łapką, robi kompletne przemeblowanie i wszystko gryzie. Oraz sika jak lejek. Zjadła już karton, porwała mi koszulę nocną i zrobiła sobie legowisko z mojej ciepłej tuniki, świeżo wypranej. Niewiniątko takie.

    Teraz idę zwinąć się w moje norce i medytować o rzeczach tego świata. Lubię ten czas długich wieczorów i cichych dni, kiedy ciemność pomaga zajrzeć w głąb, do korzeni spraw i rzeczy.


środa, 23 września 2020

Cebula ozima i inne rarytasy

       Nadszedł taki błogosławiony czas, że po posiłek człowiek udaje się do ogrodu i sadu. Mimo, że sztywne kolano i inne bolesne przejścia przeszkodziły mi tego lata w wykonywaniu na czas odchwaszczania i innych zabiegów, mimo powtarzających się upalnych okresów suszy, ogród wydał piękny plon. Zapełniają się słoiki, piwniczka i spiżarnia. A ze mną jest już dużo lepiej.



     Pięknie obrodziły pomidory, buraki, dynie i wiele innych smakowitości. Dynie rozsiały się nam nawet na dziko pod drzewami i krzewami, gdzie Pierre położył świeży kompost. Rosły przez lato, a teraz je zjadamy. Dobre są, nie gorzkie i wyraźnie w typie swego gatunku - Amazonki, Hokkaido i dynia olbrzymia.

     Skubię sobie maliny Polana, po raz pierwszy od kilku lat. W poprzednich latach susza nie dopuściła do zawiązania owoców.

     Jabłka są pyszne i urodziwe, mimo, że jest nieco więcej chorych, niż zwykle. Ale i tak wystarczy i dla nas i dla sąsiadów.

      Piękne, miękkie światło przelewa się przez liście, zachęcając do spacerów. Powietrze pachnie ziołami i kwiatami. Próbujemy już pierwszych winogron. Jeszcze jest zielono i ciepło, dopiero pierwsze przebłyski żółci i brązów wśród liści. Dzika winorośl ma kolor burgunda.

      Po sprzątnięciu wszystkich ziemniaków mieliśmy spore kawałki ziemi oczyszczone, zasilone popiołem drzewnym i czekające na kołderkę z liści. Na jednym zagonie zasieliśmy szpinak, sałatę i rzodkiewkę. Rzodkiewka jest jeszcze niewielka, ale może zdąży przed mrozami, ma wielkość ziaren fasoli. Szpinak w zasadzie nadawał by się na młodziutkie listki i chyba część z niego wyrwę w tym celu, bo wzeszedł za gęsto. Sałata malutka, późno wykiełkowała. Może urośnie jesienią, może dopiero na wiosnę. Wczoraj posadziliśmy czosnek ozimy między rzodkiewką a sałatą.

     A drugi zagon po ziemniakach też doczekał się lokatorów. Byłam wczoraj w naszej pobliskiej "Mrówce" po słoiki i zakrętki i patrzę: leży sobie dymka na półkach. Przyglądam się bliżej, a tam pisze jak byk "Dymka ozima do sadzenia jesienią". No to kupiłam dwie siateczki i zasadziliśmy na brzegu zagonu. Teraz się zastanawiam, czy nie posiać też marchewki ozimej. Słyszałam o takiej praktyce, ale nigdy tego nie robiłam. Zobaczymy.


     Rano zagotowałam wielki gar leczo z cebuli, papryki i pomidorów, zrobiłam sok jabłkowy na szybkie wypicie w wyciskarce wolnoobrotowej (inne niszczą enzymy i witaminy), zebrałam zioła, których wielki pęk pachnie teraz w domu. Werbena, szałwia biała do okadzania i zwyczajna do kuchni (kadzić też nią można), rozmaryn na rozproszenie smuteczków jesiennych. Zrobiłam obiad. Teraz pójdę odpocząć na huśtawce i cieszyć się kolorami i zapachami pierwszego dnia jesieni.

środa, 2 września 2020

Jesienne siewy

          Na zagonie, z którego wykopaliśmy wczesne ziemniaki, aż się prosiło, żeby coś posiać. No bo jak to? Taka piękna ziemia, wyczyszczona, odżywiona. Niby można zielony nawóz, ale akurat nie miałam nasion.

       Zgrabiliśmy więc resztki ściółki (ziemniaki grubo ściółkuję sianem, a przed sadzeniem dałam obornik). Niestety, trochę ślimaków znalazło nasz ogród i rozsądniej jest nie ściółkować młodych siewek. Ściółka poszła więc na kompost, a pod nią była piękna warstwa próchnicy. Zasialiśmy sałatę, rzodkiewkę, koperek i szpinak Olbrzym Zimowy. Trzy pierwsze zdążą spokojnie wyrosnąć. Ze szpinakiem może być różnie, ale jeśli się uda, to ten z jesiennego siewu zawsze jest najbardziej bujny.

       Deszcze pięknie nam to podlewają, temperatura jest łagodna. Poszłam dziś sprawdzić - to dopiero 4 dni, a rzodkiewka już wschodzi. 

       Jeśli więc ktoś ma wolne zagonki, zwłaszcza w regionach o łagodnym klimacie, to można jeszcze siać.

niedziela, 30 sierpnia 2020

Zapachniało jesienią

       Od kilku dni leje i pada często i gęsto. Nareszcie, bo wcześniej susza była na całego. Niby normalnie, że podczas żniw sucho i gorąco, ale u nas ta susza pełza i się pogłębia już od kilku lat, a deszcze ratują nas tylko doraźnie.

     W każdym razie ochłodziło się i zapachniało jesienią, jak w piosence Jaskra-Zamachowskiego. A ja dopiero zaczęłam zbiory pomidorów. Pomidory w foliaku, razem z towarzyszącymi im selerami i papryką, to jedyne, co podlewałam w tym roku. A i tak z powodu dziwnych skoków temperatury i zimnej wiosny zaczęły owocować z opóźnieniem. Ale owocują pięknie i mam nadzieję, że to jeszcze potrwa. Zajadamy się nimi na okrągło i pierwsze słoiki przecieru już są w spiżarce. Smak, jak zwykle, cudowny, słodki i bogaty. To już któryś z kolei rok, kiedy rozmnażam pomidory z własnych nasion. Wcześniej kupiłam nasiona starych odmian i z tych, które mi najbardziej smakowały, wyjmowałam pestki, kładłam je na kawałku papierowego ręcznika i zostawiałam do wysuszenia. A wiosną razem z tym papierem sadziłam w skrzyneczce.

   Inne warzywa miały zapewniony survival w czasie suszy przeplatanej okresami ulewnych deszczy. Jednak obrodziły całkiem nieźle, jak na takie warunki. Ściółka jednak bardzo pomaga, ale nie stosuję jej wszędzie. Wybraliśmy z ziemi właśnie ziemniaki typu "Baranie rogi" - podłużne, bardzo zwięzłe i niezwykle smaczne. Nadają się najlepiej na frytki czy do sałatek, bo się nie rozsypują, ale ja przepadam za nimi po prostu pieczonymi w piekarniku, ze skórką. Co najwyżej te największe kroję na parę kawałków. Tujam je w oleju (ziemniaki w półmisku zalewam odrobiną oleju i mieszam rękami) i piekę na blasze. Pychota! Ta odmiana jest kapryśna i niezbyt wydajna, w handlu jej się nie znajdzie, ale jaka pyszna!

    Cebula jest niezbyt duża, ale łagodna i smaczna, wystarcza jej o wiele mniej, niż kupnej, żeby przyprawić danie. Ze względu na obostrzenia okołokoronawirusowe miałam bardzo mało dymki w tym roku, tylko jedną siateczkę, zbiory też są adekwatne. Ale jak ja ją lubię, tę cebulę ze swojego ogrodu!

     Marchewka, zwłaszcza ta średniopóźna, przez długi czas siedziała jak zaklęta i nie rosła, niedawno ruszyła i mam nadzieję, że przed zimą będzie miała szacowne rozmiary. Podobnie jest z pietruszką.

    Bardzo pięknie udała się fasolka szparagowa i buraczki. Fasola tyczna już gorzej, kwitła pięknie, ale coś słabo z zapylaniem. Strąki niewielkie i mało w nich ziaren. Wyglądało to tak, jakby kwiaty nie nektarowały. 

   A właśnie, z tym nektarowaniem dzieje się coś dziwnego. Lipy kwitły bardzo obficie, owady się wokół nich kręciły, ale okazało się, że pszczoły prawie nie zebrały miodu. Podobnie we wszystkich ulach w okolicy. Jedyne trochę pożytku mieli ci, co ustawili ule w rzepaku, ale i to nędznie. Słowem: miód u nas w tym roku nie wyszedł. Jeśli ktoś go ma, to dlatego, że karmił cukrem, ale co warty taki przetrawiony cukier? Nasze przeżyły lato na swoim miodzie, teraz Jan dokarmia je intensywnie przed zimą, bo inaczej nie przetrwały by, nie mają zapasów. Dziwi mnie to tym bardziej, że nawet bez lip, w ogrodzie jest bez liku kwiatów miododajnych - lawenda, lebiodka, słoneczniki, ogórecznik i wiele innych. Coś dziwnego dzieje się z tym nektarem.

       Pierre zaprzyjaźnia się z naszymi kurami i cieszy się, że jedzą mu z ręki. Poza tym jest aktywny, jak zawsze, ciągle coś robi, krząta się. A już 80 lat mu minęło... i coraz słabiej widzi. Któregoś dnia rzucił uwagę, że moje pomidorki koktajlowe nie chcą dojrzewać. Idę ja sprawdzić, o co chodzi, a on mi pokazuje ziemniaki rosnące w wieży ziemniaczanej, które owszem, mają owocki bardzo zielone. Bo z malutkich pomidorków posadziłam w foliaku tylko 3 krzaki takich ciemnofioletowych, zmieniających kolor na fioletowo-czerwony przy dojrzewaniu. Jedyne, które mi smakują spośród koktajlowych.

    Zioła się ładnie udały w tym roku, z wyjątkiem kopru. Zawsze go było zatrzęsienie, wielkiego i dorodnego, aż trzeba było walczyć jak z chwastami. W tym roku wzeszedł, a potem gdzieś zniknął, zostawiając tylko kilka rachitycznych łodyżek. Drugi rzut niewiele lepszy.

     Jabłonie pięknie zaowocowały. Jarzębiny za to wcale - był mróz w okresie ich kwitnienia. Jarzębinogrusze też pięknie kwitły, ale owoców nie dały.

     Jednym słowem - rok jak zwykle, jedno się udaje, inne wcale. Dlatego ważne jest, aby mieć różnorodne warzywa i owoce, a w ramach jednego gatunku - kilka odmian. Wtedy zawsze coś się uda.

A piosenka o zapachu jesieni jest tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=2Q0T0TSjQGg&list=RDfy_OFCTggl8&index=2