niedziela, 14 października 2018

        Wygląda na to, że utonęłam w tych pomidorach.... Tymczasem narobiłam wiele rozmaitych przetworów i mrożonek. Niektóre dżemy dość egzotyczne, jak np. kalina, rokitnik, dzikie gruszki i dzika róża. Wczoraj przygotowałam warzywa w słoikach, takie jak do ryby po grecku. Suszę dziką różę, głóg i berberys na herbatki. I wiele innych zapasów, przetworów i suszonek. Czyli mówiąc krótko zarobiona jestem, a wieczorem często tak wyprana z energii, że nie jestem w stanie sklecić posta. Ale żyję i coś robię, mimo, że mam wiele zaległości.

      Życie to nie tylko robota, to też ogarnianie zachwytem i miłością świata wokół nas. A tego roku jest szczególnie pięknie. Po ciepłym, miodowym lecie mamy ciepłą, kolorową jesień. Dziś rano w sadzie spotkałam wiewiórkę - to chyba pierwszy raz, odkąd tu mieszkamy. Las niby nie jest daleko, ale jednak to ponad kilometr i przedzielony od nas rzeką. A dookoła łąki. Sad i tych kilka drzew, prawda, że pięknych, nie wystarczyło dla wiewiórek. Mieliśmy różne ptaki, łasice, lisy, kuny, bobry, ale nie wiewiórki. Teraz nasza posiadłość, czyli ok.3 ha jest cała takim łąkowo-ogrodowo-leśnym parkiem, więc pani Ruda Kitka sprowadziła się do nas.

     Ostatnio prywatna korespondencja z niektórymi z Was pomogła mi na nowo przemyśleć cel tego bloga. Otóż z założenia i w moim sercu nie jest to poradnik ogrodowy, bo takich jest pełno, ale pieśń miłości do Ziemi i Natury. Zachęta, aby je poznawać, szanować i współdziałać z Nimi, zamiast walczyć. Bo nasza Ziemia jest coraz bardziej chora, chora na brak miłości i zrozumienia z naszej strony. A drugiej nie mamy. Jest jednocześnie cudem tak wielkim, że ciągle w większości nieodkrytym. Zjawiskiem wręcz mistycznym w swojej głębi.

     Ziemia może nie tylko nas nakarmić i ubrać, ale też zaspokoić wszystkie inne potrzeby: piękna, bezpieczeństwa, przydatności, refleksji.... i wiele innych. Potrzebna jest tylko otwartość i chęć z naszej strony. Na jakimś tam poziomie reaguje też na nasze myśli i intencje, dlatego dostajemy to, czego szukamy. Jeśli ktoś chce walki i harówki, to będzie miał, jeśli ktoś chce zachwytu i współdziałania, obfitości i radości - to to właśnie otrzyma.



      Jednak zawsze trzeba zachować zdrowy rozsądek i widzieć PRAWDĘ o naturze, a nie nasze marzenia, obojętnie - drapieżne lub ckliwe. Dostałam przemiły list od wrażliwej i dobrej kobiety, pełnej szacunku dla każdej formy życia. Otóż ta kobieta ma wielki problem z bielinkami, które zjadają jej kapustę. Z góry zapowiedziała, że nie chce ich zabijać. Co więcej - hoduje dla nich specjalnie jarmuż i chyba je tam przenosi, żeby tylko nie ingerować w naturę. A bielinków jest coraz więcej, tak, że nic nie zostaje dla niej. Nie chce też przykrywać kapusty, chociaż to by było jakieś wyjście. I tak, z najlepszych intencji, wynikło coś szkodliwego dla natury - hodowla bielinków, która zawyża ich liczbę w sposób piorunujący. A każda plaga jest zaburzeniem porządku natury. Przyroda potrafi być dość nieubłagana i zabijanie nadmiernie rozprzestrzeniających się organizmów jest tam na porządku dziennym. Istnieją ekologiczne środki na bazie wirusów, które są bardzo skuteczne, a przy tym zupełnie nieszkodliwe dla ludzi. Jeśli ktoś jest zbyt wrażliwy na takie działanie, to zostaje rezygnacja z uprawy roślin kapustnych na kilka lat, a kiedy liczebność motyli wróci do normy, można zastosować łagodne metody np. upraw mieszanych, gdzie pojedyncze kapusty schowane są między innymi ziołami i warzywami. Ale i tak pewnie trzeba będzie usunąć kilka gąsienic. Ale taka rezygnacja też pociąga za sobą zabijanie, tyle, że nie bezpośrednio - nadprogramowe bielinki umrą z głodu. Tak, nie możemy wyjść czyści i nieskalani z życia na Ziemi. Ważne jest, aby nie było to naszym sposobem istnienia, ta walka i niszczenie, ale przykrą i rzadką koniecznością, której staramy się zapobiegać, pracując nad równowagą. Tylko że sam fakt istnienia ogrodu i delikatnych warzyw w nim jest już pewną ingerencją w naturę, musimy więc czasami wcielać się w rolę Matki Przyrody i chronić nasze delikatne rośliny, tak, jak ona chroni dzikie. Każdy organizm, w tym taki bielinek, ma swoich naturalnych wrogów. Atakują go wirusy, bakterie, nicienie. Drapieżne osy składają jajeczka w ciałach gąsienic. Ptaki je zjadają. Jeśli oni, ci naturalni regulatorzy, nie dają rady, to naszą rolą jest im pomagać. Bez okrucieństwa i obsesji, ale szybko i skutecznie.

      Oczywiście, ideałem jest stworzenie takiej równowagi biologicznej, żeby ogród sam dbał o siebie. Do tego trzeba dążyć, ale nie jestem pewna, czy do końca jest to możliwe. Ale zawsze można robić postępy, uczyć się.

   
Teraz pójdę do lasu, żeby nasycić się pięknem i uspokoić umysł i ciało.

Pięknej i owocnej jesieni życzę nam wszystkim.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Pomidorowo

       Pomidory w tunelach korzystają z lata, ile mogą. Już 3 tygodnie temu zebrałam pierwszy, ogromny, ponad kilogramowy. Potem po kilka, a dzisiaj dały czadu: 15 kg za jednym zamachem. Co prawda od kilku dni nie zbierałam.
      Piękne, duże (w większości) i w większości smaczne. Jedna tylko odmiana mnie rozczarowała - dostałam z Francji nasiona super wczesnych, super ekologicznych itp. pomidorów. No i może są wczesne i ekologiczne, dość ładnie owocują, ale smaku nie mają. Na dokładkę krzaki cały czas, od posadzenia, wyglądają, jakby im brakowało wody. A nie brakuje, pilnuję. Nie ma to jak pomidory rosyjskich, starych odmian! Wszystkie mają wyrazisty smak i zapach, każde inny.
 
      Od paru lat zbieram już swoje nasiona, z najlepszych, najładniejszych owoców i potem wysiewam. Tak, że sama już nie bardzo wiem, jakie to odmiany. Ale wszystkie pochodzą albo z Pomidorlandii albo z Pomidorowej Doliny.

    Jeszcze Czarny Krymski łatwo odróżnić, ale inne? Mam jakieś malinowe w typie Bawolego Serca i jakieś duże czerwone, możliwe, że Anna Russian lub Grigorij Altai. Mam też podłużne czerwone, ale z tymi była ciekawa historia. Otóż kiedyś miałam dwa gatunki podłużnych - Opalkę i Amish Pasta. Miałam też żółte podłużne. Niezbyt się udały, bardzo szybko złapały szarą pleśń i dały tylko kilka niezbyt dorodnych owoców. W zeszłym roku wzeszło mi "na dziko" w foliaku kilka krzaczków pomidorów. Niektórym pozwoliłam rosnąć. Jeden z nich wyrósł niezwykle wysoko i dał całą masę dorodnych, podłużnych owoców. Ale nie wiem, czyim potomkiem jest. W każdym razie zebrałam nasiona i w tym roku mam ich sporo. Znów pięknie rosną i nie mają żadnych chorób. Ładnie też owocują.

    W tym roku, po raz pierwszy chyba, nie mam dżungli, ale dość zadbane krzaki. Podcięte umiarkowanie, pozbawione "wilków" i podwiązane.

     Bardzo dobrze sprawdza się ściółkowanie kartonami, które zastosowałam na połowie tunelu. Jest czysto bez pielenia, krzaki mniej cierpią od suszy i upału, za to szybciej dojrzewają tam owoce. Prawdopodobnie karton odbija część promieni słonecznych.

      W materiałach biodynamicznych kiedyś wyczytałam, że pomidor jest bodaj jedyną rośliną, która lubi rosnąć sama po sobie, nie jest więc konieczny płodozmian. I tego się trzymam, bo trudno mi przestawić tunele, a jeszcze trudniej odnawiać ziemię. Co roku sprzątam tylko stare pędy, pryskam trochę Miedzianem i dosypuję porządnie kompostu.  Zimą wrzucam obficie śnieg do środka, o ile jest go wystarczająco dużo.

     Po zeszłym roku, który był katastrofalny dla pomidorów, ten odpłaca się z nawiązką. Tkwię po uszy w robieniu przecierów.
     Pozdrawiam wszystkich pomidorowo!


Ten garnek z przecierem ma pojemność 7 litrów. Poprzez porównanie widać wielkość niektórych pomidorów.

piątek, 3 sierpnia 2018

Życie w Raju

       Co to jest żyć w raju?
 To obudzić się rano i podziwiać promienie słońca tuż nad horyzontem, kiedy próbują przebić mgły nad łąkami. 
 To wyjść bosymi stopami na miękką trawę, przytulić psy, pogłaskać koty.
 Podziwiać grę światła i cienia w niezliczonych drzewach, krzewach, ziołach i kwiatach.
To zachwycić się pajęczyną i tańcem motyli.
To spocić się wśród zapachów ogrodu, pomagając roślinom wzrastać.
Schować się w przyjemnym, cienistym domu, kiedy upał staje się zbyt mocny, napić chłodnej, krystalicznej wody, schłodzonego cydru albo sodówki z sokiem. Zjeść lekki posiłek z zebranych warzyw, a potem drzemać lub odpoczywać przy dobrej książce lub komputerze.
Zrobić konfiturę z zebranych wczoraj śliwek i włożyć ją do słoików, oblizując łyżkę na koniec.

Żyć w raju, to pojechać przed wieczorem nad jezioro, przez las pachnący jak milion kadzielnic, pustą drogą. Wykąpać się w cieplutkiej, a jednak orzeźwiającej wodzie na czyściutkiej plaży.

Wrócić do domu pod purpurowym niebem i grą obłoków, spotkać rogatego majestatycznego łosia przy drodze.

Wieczorem podziwiać szum gwiazd i wstające mgły.

Cieszyć się, że można wziąć letni prysznic i umyć się pachnącym, ekologicznym mydełkiem.

Poczuć takie dobre, miłe zmęczenie i móc zasnąć w swoim wygodnym łóżku.

Dziś cały dzień przeżyłam w raju.

Tak mocno czuję te radości, przyjemność z drobnych spraw. Takie piękno nas otacza. Upał też nie jest straszny w naszym raju: dom jest chłodny i przytulny, woda w jeziorze orzeźwiająca, cień drzew przyjemny.

poniedziałek, 16 lipca 2018

poniedziałek, 2 lipca 2018

      Obieram białe porzeczki na galaretkę porzeczkową i wsłuchuję się w najpiękniejszy w tej chwili dźwięk: szum padającego deszczu. Obsiadły mnie oba psy i oba koty, pochrapując rozkosznie.
       Susza już dała się nam we znaki. Może trochę mniej, niż na terenach położonych dalej od bagien, ale jednak. Drzewa i krzewy jakoś sobie radzą, bo bagna nagromadziły dużo wody zimą i na przedwiośniu, podnosząc tym samym poziom wód gruntowych, ale trawa przypomina rżysko, a warzywa, mimo podlewania, mają oklapnięte liście. Mimo to wszystko rośnie przepięknie i owocuje wcześniej, niż w poprzednich latach. 
     Zbieram już plony, tak smakowite, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam gatunek, co w sklepie. Mamy już groszek zielony, fasolkę szparagową, brokuły, wczesną kapustę, cebulę, marchewki słodkie jak owoce i masę ziół. Dojrzewa już któreś tam pokolenie sałaty i rzodkiewek.

     Znowu pławimy się w obfitości i urodzaju, zajadamy owoce i warzywa wprost z ziemi czy z krzaka, wdychamy zapachy.

     Ogród jak zwykle przypomina dżunglę, ale już się przyzwyczaiłam. Za to jak dotąd udaje mi się ogarniać pomidory i papryki. Tak zadbanego tunelu nie miałam od lat! Chociaż na zbiory trzeba będzie jeszcze poczekać, to już oglądam zielone kulki pomidorów różnych kształtów i małe papryczki i gadam sobie z nimi.

     Wygląda na to, że ten rok będzie dyniowy - te lubiące ciepło rośliny rosną jak szalone i niektóre owoce niedługo już będą dojrzałe. Także rok kapuściany: kapusta aż chrzęści, tak rośnie. A teraz, kiedy odkryłam ekologiczne środki ochrony przed gąsienicami bielinka, nie grozi jej zeżarcie do gołych nerwów. Obie nękające mnie plagi, czyli gąsienice bielinka i stonka znalazły rozwiązanie za jednym zamachem. Bo na te paskudy nie działają ani gnojówki, ani wywary z ziół, pozostaje ręczne zbieranie, niezbyt skuteczne, za to bardzo pracochłonne. A teraz mam moją tajną broń i trzymam ją w pogotowiu. Jak na razie nie ma potrzeby jej stosowania, ale jakby co....
      Chodzi o to, że istnieją środki dopuszczalne w rolnictwie i ogrodnictwie ekologicznym, na ogół są to minerały, bądź wyciągi z bakterii lub wirusów, czasem wyciągi z roślin. Listę można sobie sprawdzić tutaj: http://www.agrobiotest.pl/strona/pliki/Wykaz_SOR_05_05_15.pdf

    Oczywiście, najlepiej ich unikać, ale czasem pogoda czy inne niesprzyjające warunki sprowadzają plagę szkodników, z którą trudno dać sobie radę.

   


To samo miejsce, w odstępie kilkunastu dni. Grządka, gdzie wysiałam rośliny "wyspowo" - różne wysepki obsiane warzywami i kwiatami. Wygląda przepięknie i wszystko dobrze rośnie jak szalone.


W tym miejscu w zeszłym roku była wieża ziemniaczana. Nawybierałam stąd kilka taczek kompostu, a mimo to zostało go tyle, że rośliny są wyjątkowo bujne i zdrowe. Jak widzicie w tym roku zaszalałam z mieszaniem ze sobą różnych gatunków, inne wysiały się same. Wszystkie wydają się zadowolone z takiego układu.

     I tak żyjemy sobie, pod słońcem i księżycem, pod łaskawymi gwiazdami, ciesząc się darami Żywii i smakując każdą chwilę, zarówno słoneczną, jak deszczową. A na progu domu witają nas malwy i winogrona.

piątek, 15 czerwca 2018

Tajemnicze dynie

       Dyniowate mają to do siebie, że czasem rosną jak szalone, a czasem, mimo pozornie dobrych warunków, nie chcą rosnąć. Przyznam się, że ich gusta przez długi czas pozostawały dla mnie tajemnicą, ale tego roku chyba odgadłam, czego im potrzeba.
      Moim problemem było to, że na kupie kompostu zwykle rosły dobrze, natomiast na starannie przygotowanych wałach czy słomianych grzędach - ledwie wegetowały.

      No i eureka! Mam wrażenie, że dynie lubią rozkładający się kompost, ale też LUBIĄ ZIEMIĘ i to do tego stopnia, że bez niej nie chcą rosnąć. Przynajmniej na to wskazują tegoroczne dyniaste. Popatrzcie sami, chociaż zdjęcia, robione z różnej perspektywy, nie oddają dobrze różnic między nimi i musicie mi trochę wierzyć na słowo.

 Najbujniejsze, czyli nr1 w moim rankingu: posadzone na ułożonym jesienią przekładańcu słoma i liście-obornik-słoma i liście- gruba warstwa ziemi i kompostu, wystawa południowa. Przekładaniec w tej chwili prawie już się rozłożył, w każdym razie zmniejszył swoją objętość do 1/4, a dyniowate bujają jak szalone i dzielnie wspinają się na siatkę.


 Nr2 - wiosenny inspekt, teraz skrzynia jest zdjęta. Zrobiony na przedwiośniu. Na ziemię dana gruba warstwa patyków i różnych badyli ze słomą, na to owczy obornik, słoma i gruba warstwa ziemi z dużą ilością kompostu. Mam tu problemy z szybkim wysychaniem, trzeba było obficie podlewać, ale rosną też bardzo bujnie i, odkąd zacieniają ziemię i korzenie przeszły w głąb ziemi, problemów z wysychaniem jakby mniej.



 Nr3 - zeszłoroczny kompost z wyrwanych chwastów i resztek warzyw, czyli z dużą domieszką ziemi na korzeniach chwastów, wzmocniony kurzeńcem i przykryty dość cienką warstwą ziemi. Znów miałam problemy z wysychaniem, ale też już jest lepiej. Mają trochę mniej słońca, niż dwie poprzednie i nie widać jeszcze owoców, co na tamtych jest już regułą. W tym przypadku podlewanie po powierzchni dawało słabe rezultaty, dopiero nawodnienie korzeniowe przy użyciu tych butelek, które widać w głębi, radykalnie poprawiło ich wzrost.


 Nr4 i ostatni - słabiutkie dynie na wale założonym jesienią. Znowu obornik i liście, ale tym razem bez przykrycia ziemią. Wprawdzie sadząc je wygrzebałam w ściółce spore dołki, które wypełniłam ziemią, ale, jak widać, to nie wystarczy. Możliwe, że resztki perzu, które uparcie wybijają na brzegach, też mają swój wkład w słaby wzrost - perz wydziela substancje hamujące wzrost innych roślin. W każdym razie różnica jest wielka.


A na koniec trochę smakowitości, takich nagrzanych słońcem, pełnych słodyczy!

środa, 13 czerwca 2018

Ogród w czasie

      Codziennie zbieram się, aby napisać jakiś post, który przekładam na następny dzień, a potem traci on na aktualności. Rośliny rosną, albo i nie - ale na ogół rosną chętnie, tylko obecna susza daje się nam we znaki. Ludzie pojawiają się i odjeżdżają, dni przesuwają się w korowodzie. Kolejno coś zakwita, pachnie i brzęczy, a potem ustępuje miejsca czemuś innemu. Ptaki wylatują z gniazd - dziś widziałam całe stadko młodych szczygłów.
     No, dobra, już nie marudzę. Czas na konkrety.
Pierwszy konkret: owce. Pilnie wymagały ostrzyżenia. Dal mnie samej to fizycznie niemożliwe, ale dobry los mi zesłał dwójkę wspaniałych młodych ludzi - Patryka i Martę z drugiego końca Polski po przekątnej - z osady Rozalia na Opolszczyźnie i z Kotliny Kłodzkiej. No nie, wzruszyłam się jak nigdy dotąd, bo przyjechali specjalnie, żeby mi pomóc. Owce zostały odwełnine, kopytka pięknie przycięte i natarte olejkiem.
    A tak w ogóle, to w Rozalii od 1 do 15 lipca urządzają Piętnasto Minutnik czyli, jak sami o tym piszą:
   "Piętnasto Minutnik to wydarzenie, które ma na celu integrację i inspirację ludzi z różnych stron, pełnych pasji i energii do działania. Każdy kto się pojawi, ma możliwość (nie obowiązek) zaprezentowania czegoś ciekawego w wystąpieniu maksymalnie 15. minutowym. 
Może to być praktycznie wszystko: opowieść, prezentacja, warsztat, występ, panel dyskusyjny, medytacja, taniec, śpiew, koncert i co Wam wpadnie do głowy! Będziemy się wzajemnie inspirować i dzielić wiedzą, umiejętnościami i refleksjami na różne tematy. 
Jedyne ograniczenie to wyobraźnia oraz czas: 15 minut."

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/15Minutnik/photos/a.441405626025705.1073741825.441399799359621/991468587686070/?type=3&theater

        Mieliśmy też inne, bardzo miłe odwiedziny, zarówno ludzi interesujących się permakulturą, jak i bardziej rodzinne. Naprawdę, mam w życiu niesłychane szczęście, że na mojej drodze pojawiają się tak piękne dusze!

       Poza tym zauważyłam ciekawe zjawisko odnośnie dyń - niezbyt chętnie rosną na wałach, które ułożone są z obornika i innych liści czy słomy, ale z małym udziałem ziemi. Nawet jeśli przy sadzeniu robię dołki wypełnione ziemią. Także perz, nawet w niewielkiej ilości, hamuje ich wzrost. Natomiast rosną niesłychanie bujnie na podobnych grządkach, ale z dużym udziałem ziemi. Dam zdjęcia, obiecuję.

    W tym cieple wszystko rośnie szybciej i szybciej dojrzewa, chociaż u nas jest to mniej widoczne, niż w innych rejonach Polski. Niestety, musimy ostatnio dużo czasu spędzać na podlewaniu. Susza zamieniła łąki i trawniki w żółte rżysko, owce odmawiają wychodzenia na pastwisko, tylko buszują po podwórku, gdzie uchowało się trochę zieleni. 
      Zuzia, najstarsza, niewidoma owca, oddana mi z tego powodu za przysłowiową złotówkę, bo "długo nie pożyje", pożyła u mnie bagatela! 10 lat. Teraz jednak już chyba dobiega kresu. Najpierw zaczęła się gubić i chodzić jak kołowata nie wiadomo gdzie, aż musieliśmy jej szukać po sąsiadach. A w tej chwili głównie poleguje. No cóż, mam nadzieję, że będzie jej lepiej na zielonych łąkach raju. Wszystko przemija, a to, co ma początek, ma też swój kres. Zwierzęta przemijają szybciej, niż my.

      Reszta zwierzyńca ma się dobrze. Luna chodzi coraz mniej, ale chodzi. To też wpisane jest w koło dziejów. Ja również chodzę z trudnością, ale tym bardziej cieszę się ze wszystkiego, co mnie otacza. Może trzeba zacząć chodzić wolniej, więcej siedzieć, żeby uroda świata zaczęła docierać do nas mocniej. Tak mocno, że aż się nie da tego opisać inaczej, jak jednym słowem: ZACHWYT.

    Czasem, plewiąc grządki, wygodnie, bo na siedząco (więc bez bólu), tak się zapatrzę, zasłucham i upoję zapachami, że nie czuję mijającego czasu. Momentami można wtedy dojrzeć rąbek czegoś innego, jakiejś tajemnicy, jakby przebłysk innego świata.




   

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Największa klęska ludzkości

       Ten artykuł jest bardzo ważny, pokazuje, że nasze zajmowanie się permakulturą to nie zabawa, ale być może ratowanie Ziemi i ludzkości, przywracanie pierwotnej równowagi, zdrowia i spokoju.

https://exignorant.wordpress.com/2018/06/02/najgorszy-blad-ludzkosci/

Dziękuję bardzo Ignorantowi, który go udostępnił!

Fragment artykułu Jareda Diamonda – m.in. antropologa, biologa ewolucyjnego, biogeografa i badacza upadków cywilizacji.
Nauka dokonała dramatycznej korekty naszego gatunkowego autoportretu malowanego próżnością i poczuciem wyższości. Astronomia nauczyła nas, że Ziemia nie jest centrum wszechświata, lecz jednym z miliardów ciał niebieskich. Od biologów dowiedzieliśmy się, że nie jesteśmy osobnym, wyjątkowym tworem Boga, tylko ewoluowaliśmy i ewoluujemy wraz z milionami innych gatunków. Teraz archeologia burzy święte przekonanie o tym, że ostatni milion lat ludzkiej historii jest w istocie długą opowieścią o postępie. Ostatnie odkrycia przekonują, iż wprowadzenie rolnictwa, rzekomo stanowiącego najważniejszy krok ku lepszemu życiu, było pod wieloma względami katastrofą, po której nigdy nie zdołaliśmy się pozbierać. Wraz z rolnictwem nadeszła era nierówności społecznej, nierówności płci, chorób i despotyzmu.
Pogląd progresywistyczny głosił, że nasza egzystencja uległa poprawie 10 000 lat temu, gdy porzuciliśmy zbieractwo i łowiectwo. Do niedawna archeolodzy musieli testować tę hipotezę w sposób pośredni. Ku powszechnemu zdumieniu wyniki nie przyniosły spodziewanego jej potwierdzenia. Oto przykład testu pośredniego: czy łowcy-zbieracze z XX wieku są naprawdę w gorszej sytuacji od rolników? Kilkadziesiąt rozsianych po całym świecie grup ludzi „prymitywnych”, takich jak Buszmeni z Kalahari, wciąż realizuje model życia naszych protoplastów. Okazuje się, że mają dużo wolnego czasu, śpią długo i pracują nieporównanie mniej niż ich sąsiedzi-rolnicy. Na zdobycie pożywienia plemię Buszmenów poświęca tygodniowo 12–19 godzin, z kolei koczownikom Hadza wystarczy maksymalnie 14 godzin. Zapytany, dlaczego nie naśladuje szczepów zajmujących się uprawą, jeden z Buszmenów odparł: Dlaczego mielibyśmy to robić, skoro na świecie jest mnóstwo orzechów mongongo?.
Podczas gdy rolnicy koncentrują się na uprawach bogatych w węglowodany (m.in. ryż i ziemniaki), menu dzisiejszych myśliwych-zbieraczy, na które składają się dzikie rośliny i zwierzęta, zapewnia więcej białka i lepszą równowagę innych substancji odżywczych. Jedno z badań ujawniło, iż Buszmeni spożywają 2 140 kalorii i 93 gramy białka dziennie, czyli dawkę wyższą od zalecanej osobom o podobnej posturze. Jako że Buszmeni konsumują około 75 różnych, dziko rosnących roślin, nie grozi im śmierć głodowa, która dotknęła chociażby setki tysięcy irlandzkich rolników i ich rodzin w latach 40. XIX wieku (Wielki głód ziemniaczany).
Plemię Dessana (autor: D. Lazar).
Codzienność ocalałych, współczesnych łowców-zbieraczy nie jest bynajmniej okropna i brutalna, mimo że rolnicy zepchnęli ich na jedne z najbardziej nieprzystępnych obszarów świata. Jednak byt społeczności zbieracko-łowieckich, które od tysięcy lat mają kontakt ze społeczeństwami rolniczymi, nie mówi nam o warunkach, jakie panowały przed rewolucją rolną. Według perspektywy progresywistycznej odnoszącej się do odległej przeszłości żywot ludzi niecywilizowanych polepszył się, gdy zrezygnowali ze zbieractwa na rzecz rolnictwa. Archeolodzy analizują prehistoryczne wysypiska śmieci i potrafią określić datę tego przejścia oddzielając szczątki dzikiej fauny i flory od pozostałości roślin i zwierząt udomowionych.
Jak można wydedukować stan zdrowia prehistorycznych producentów śmieci i tym samym bezpośrednio zweryfikować trafność poglądu progresywistycznego? Udzielenie odpowiedzi na to pytanie stało się możliwe dopiero w ostatnich latach, częściowo dzięki nowym technikom paleopatologii – nauce, która studiuje ślady chorób znalezione w prochach starożytnych ludów. W okolicznościach sprzyjających paleopatolog ma dzisiaj do dyspozycji równie bogaty materiał do studiowania, co zwykły patolog. Na przykład zmumifikowane ciała znalezione na pustyniach w Chile były tak dobrze zachowane, że ich autopsja ustaliła, w jakiej były kondycji w chwili śmierci. Natomiast odchody dawno zmarłych Indian, którzy mieszkali w suchych jaskiniach w Nevadzie, zbadano na obecność pasożytów.
Zwykle jedynym dostępnym materiałem badawczym są ludzkie szkielety. Pozwalają one na wyciągniecie zadziwiająco wielu wniosków. Przede wszystkim kościec ujawnia płeć, wagę i przybliżony wiek denata/denatki. Gdy szkieletów jest wiele, co nie zdarza się często, zestawia się tabele umieralności, takie jak te, które firmy ubezpieczeniowe wykorzystują do obliczania spodziewanej długości życia i ryzyka śmierci. Paleopatolodzy mogą też obliczyć tempo wzrostu (w oparciu o pomiar kości osób w różnym wieku), dokonać przeglądu uzębienia pod kątem defektów szkliwa (oznaki niedożywienia w dzieciństwie) i rozpoznać blizny pozostawione na kościach przez niedokrwistość, gruźlicę, trąd i inne przypadłości.
Paleopatolodzy odczytali ze szkieletów historyczne różnice we wzroście ludzi. Szkielety myśliwych-zbieraczy z Grecji i Turcji pokazują, że pod koniec epok lodowcowych mężczyźni mierzyli średnio 180 cm, zaś kobiety 170 cm. Po wprowadzeniu rolnictwa doszło do gwałtownego spadku tych wartości – w 3000 roku p.n.e. mężczyźni mieli średnio 160 cm wzrostu, a kobiety 150 cm. Odwrócenie trendu nastąpiło bardzo wolno przed nadejściem czasów klasycznych, ale współcześni Grecy i Turcy nie odzyskali przeciętnego wzrostu swoich odległych przodków.
Kolejnym przykładem paleopatologii stosowanej jest analiza szkieletów indiańskich z kurhanów w dolinach rzek Illinois i Ohio. W pobliżu miejscowości Dickson Mounds archeolodzy wykopali około 800 egzemplarzy, które przedstawiają obraz zmian zdrowotnych, jakie zaszły ok. 1150 roku, kiedy kultura zbieracko-łowiecka ustąpiła miejsca intensywnej kultywacji kukurydzy. Badania George’a Armelagosa i jego kolegów z Uniwersytetu Massachusetts odkryły, że ci wcześni rolnicy zapłacili wysoką cenę za nowy styl życia. W porównaniu ze zbiorowościami poprzedników zajmujących się łowiectwem i zbieractwem w ich szeregach było 50% więcej uszkodzeń szkliwa, czterokrotnie więcej przypadków anemii wskutek deficytu żelaza (świadczy o nim choroba kości o nazwie hiperostoza), trzykrotnej więcej zmian chorobowych kości (były one konsekwencją chorób zakaźnych) i zwyrodnień kręgosłupa (prawdopodobnie spowodowała je ciężka praca fizyczna). W epoce przed-rolniczej ludzie żyli dłużej niż w społecznościach rolniczych. Tak więc stres żywieniowy i choroby zakaźne wywierały poważny wpływ na zdolność przetrwania.
Co najmniej trzy powody wyjaśniają, dlaczego rolnictwo było szkodliwe dla zdrowia. Po pierwsze łowcy-zbieracze mieli urozmaiconą dietę, natomiast wcześni rolnicy żywili się jedną lub kilkoma roślinami skrobiowymi. Tanie kalorie były uzyskiwane kosztem złego odżywiania. (Dzisiaj tylko trzy wysoko-węglowodanowe rośliny – pszenica, ryż i kukurydza – dostarczają większość kalorii konsumowanych przez gatunek ludzki, ale każda z nich wykazuje niedobór niezbędnych do życia witamin lub aminokwasów.) Po drugie rolnikom zagrażał głód, gdyż byli zależni od ograniczonej liczby roślin uprawnych – wystarczyło, że klęska nieurodzaju spustoszyła jedną z nich. Po trzecie rolnictwo skłoniło ludzi do tłoczenia się w jednym miejscu i formowania większych społeczności, które często prowadziły handel z obcymi społecznościami, co sprzyjało rozprzestrzenianiu pasożytów i chorób zakaźnych. Epidemie nie mogły zaistnieć, gdy populacje miały małą liczebność, były rozproszone, mobilne i obozowały tymczasowo. Gruźlica i biegunka musiały czekać na pojawienie się rolnictwa, zaś odra i dżuma na powstanie miast.
Poza niedożywieniem, głodem i epidemiami uprawa roli przyniosła kolejne przekleństwo ludzkości: głębokie podziały klasowe. Myśliwi-zbieracze nie gromadzą pokarmu i nie posiadają żadnych skoncentrowanych jego źródeł (np. sadów i stad krów) – spożywają dzikie rośliny i zwierzęta, które zdobywają każdego dnia. Dlatego nie mogą wyłonić się królowie czy jakakolwiek klasa pasożytów społecznych, która tuczy się żywnością przejętą od innych. Ciesząca się dobrym zdrowiem, bezproduktywna elita mogła postawić siebie ponad dręczonymi przez choroby masami wyłącznie w społeczeństwach rolniczych. Szkielety z greckich grobowców w Mykenach z ok. 1500 roku p.n.e. sugerują, że rodziny królewskie raczyły się bardziej urozmaiconym jadłem niż poddani, ponieważ ich członkowie byli wyżsi o 10 cm i mieli lepsze uzębienie (przeciętnie jeden ubytek lub brakujący ząb zamiast sześciu). Wśród chilijskich mumii z ok. 1000 roku p.n.e. elitę wyróżniały nie tylko ornamenty i złote spinki do włosów, lecz także czterokrotnie mniejsza liczba chorobowych zmian kostnych. Podobne kontrasty w żywieniu i zdrowiu utrzymują się nadal w skali globalnej.
Rolnictwo sprzyjało nierównościom między płciami. Uwolnione od konieczności transportowania swoich dzieci (narzuconej przez bytowanie koczownicze) i pozostające pod presją regularnej prokreacji (podyktowanej potrzebą zapewnienia dodatkowych rąk do pracy w polu), chłopki rodziły częściej od kobiet z plemion zbieracko-łowieckich, co w konsekwencji poważnie osłabiało ich odporność. Na przykład u żeńskich mumii chilijskich częściej niż u męskich występują ślady wskazujące na przebycie choroby zakaźnej.
Kobiety w społeczeństwach rolniczych wykorzystuje się też jako zwierzęta juczne. W Nowej Gwinei często widywałem je, jak zataczają się pod ciężarem warzyw i drewna opałowego, tymczasem mężczyźni chodzą bez balastu. Kiedy byłem tam na wyprawie ornitologicznej, zaoferowałem, że zapłacę kilku miejscowym chłopom za przeniesienie ekwipunku z lądowiska do obozu w górach. Najwięcej ważył 50-kilogramowy worek ryżu, który przywiązałem do słupa i przydzieliłem zespołowi czterech męskich tragarzy. Dopiero gdy do nich dołączyłem, zorientowałem się, że mężczyźni nieśli lekkie ładunki, a filigranowa kobieta taszczyła ryż – była lżejsza od worka, który podtrzymywała przepaską oplatającą jej czoło i skronie.
Zatem rolnictwo stworzyło zamożne elity, a byt zdecydowanej większości ludzi uległ znacznemu pogorszeniu. Zamiast bezkrytycznie akceptować progresywistyczną linię programową, zgodnie z którą wybraliśmy rolnictwo, ponieważ było to dla nas ze wszech miar korzystne, musimy zapytać, jak wpadliśmy w tę pułapkę. Jedną z odpowiedzi jest maksyma „siła w liczbie”. Rolnictwo mogło utrzymać więcej osób, choć było to równoznaczne z obniżeniem jakości życia. (Gęstość zaludnienia łowców-zbieraczy sporadycznie przekracza jedną osobę na 25 kilometrów kwadratowych; u rolników jest 100 razy większa.) Po części dlatego, że pole zasiane rośliną jadalną dostarczy więcej pokarmu niż las, gdzie rośliny jadalne są rozproszone. Poza tym myśliwi-zbieracze muszą wydawać potomstwo w odstępach czteroletnich – uśmiercając noworodki lub stosując różne formy antykoncepcji – ponieważ matka nosi dziecko do chwili, gdy będzie ono wystarczająco samodzielne, by nadążyć za dorosłymi. Kobiety żyjące na roli nie mają takich ograniczeń i mogą zachodzić w ciążę co dwa lata.
Pod koniec epok lodowcowych gęstość zaludnienia myśliwych-zbieraczy powoli rosła. Plemiona stawały przed dylematem: nakarmić dodatkowych współplemieńców plonami eksperymentalnych upraw lub szukać sposobu na ograniczenie swojej liczebności. Niektóre grupy zdecydowały się na pierwsze rozwiązanie, bo nie dostrzegły ciemnych stron rolnictwa i dały się uwieść przelotnej obfitości zbiorów, którą cieszyły się, dopóki popyt nie przerósł zwiększonej podaży pożywienia. Takie społeczności przepędzały lub zabijały łowców-zbieraczy, ponieważ setka niedożywionych rolników poradzi sobie z jednym zdrowym myśliwym. Rozsądne szczepy, które nie porzuciły tradycji, zostały usunięte ze wszystkich obszarów, które chcieli przejąć rolnicy.
Warto w tym miejscu przypomnieć o dyżurnym zarzucie, że archeologia jest luksusem, zajmuje się odległą przeszłością i nie edukuje teraźniejszości. Archeolodzy badający narodziny rolnictwa zrekonstruowali kluczowy etap, w którym popełniliśmy najgorszy błąd w historii naszego gatunku. Zmuszeni do wyboru między ograniczaniem populacji a próbą zwielokrotnienia produkcji żywności, sięgnęliśmy po to drugie i zafundowaliśmy sobie głód, wojnę i tyranię. Styl życia praktykowany przez łowców-zbieraczy był najbardziej udanym i długowiecznym w dziejach Homo sapiens.
 Badanie opublikowane 17 marca 2017 w czasopiśmie The Lancet ustaliło, że najzdrowsi ludzie mieszkają obecnie w lasach Boliwii i są członkami plemienia łowców-zbieraczy Tsimane.
Żyzny Półksiężyc: pustynia w Iraku.
Skrót wywiadu z ekolożką.
Rolnictwo jest fundamentem cywilizacji. To organizacja warunków życia, która nie miała przyszłości. Rasa ludzka uzależniła się od niego całkowicie (za wyjątkiem kilkudziesięciu ostatnich plemion myśliwych-zbieraczy).
Rolnictwo w ujęciu zasadniczym: bierzemy połać ziemi, usuwamy wszystko, co na niej żyje (z bakteriami włącznie), a potem uprawiamy z myślą o ludzkim użytkowaniu. Jest to równoznaczne z czystką biotyczną. Miliony organizmów, które powinny tu żyć, nie mają gdzie się podziać. Następuje masowe wymieranie. Zamiast dzielić Ziemię z innymi istotami, których większość wykonuje pracę podtrzymującą planetarne życie, rozmnażamy się bez opamiętania. Dlatego od 10 000 lat nasza populacja powiększa się nieprzerwanie.
Dewastujemy przy tym wierzchnią warstwę gleby, czyli podstawę lądowego życia. Nasze istnienie zawdzięczamy górnym 15 centymetrom gruntu i stabilnemu klimatowi. Około 80% spożywanych przez nas kalorii dostarczają uprawy. Gleba kopalna jest wynikiem procesu przebiegającego wiele stuleci. Jeden sezon kultywacji pszenicy, kukurydzy czy soi zużywa glebę, która powstawała przez 2 000 lat.
Przed swoim oknem mamy skrawek ziemi porośnięty trawą. Chcemy zamienić go w ogródek. Co robimy? Usuwamy murawę. Nie możemy tak po prostu sypnąć nasionami i liczyć na to, że coś się wydarzy. Nasiona roślin udomowionych nie poradzą sobie z trawą, która jest niemal niezniszczalna. Będziemy kopać kilkakrotnie, by się jej pozbyć. Kiedy podłoże zostanie „oczyszczone”, zasiejemy naszą wymarzoną roślinę jednoroczną – sałatę, pomidor itp. W przyszłym sezonie już się nie odrodzi. Tylko rośliny wieloletnie mogą rosnąć przez 2 000/3 000 lat (np. sekwoje).
Obie rodziny roślin są absolutnie niezbędne. Pełnią odmienne funkcje. Korzenie roślin wieloletnich penetrują głęboko, kruszą skały. W ten sposób udostępniają selen, magnez i żelazo reszcie mieszkańców planety. Odpowiadają więc za recyrkulację minerałów – transportują je na powierzchnię. Bez tego procesu nasze życie dobiegłoby końca. Rośliny jednoroczne są płytko ukorzenione, a ich przeznaczeniem jest wydanie dużego owocu z nasionami. 
Długie korzenie roślin wieloletnich uzupełniają zasoby wód gruntowych. Każda odnoga jest ważna. Kiedy przejdą opady, deszczówka nie może wniknąć głęboko w glebę, „podróżuje” więc kanałami systemu korzeni. Kiedy społeczność życia potrzebuje jej latem (w porze suchej), pompują wodę w górę i utrzymują wszystkich przy życiu. Trzecia ważna rola roślin wieloletnich: tworzą osłonę gruntów. Las i preria przykrywają ziemię. Dochodzi tam do rozkładu materii roślinnej. Bez tej ochrony gleba po prostu umiera: słońce ją praży, deszcz zbija, wiatr rozdmuchuje. Ostatecznie zamienia się w pył.
Roślin jednorocznych jest w mnóstwo. Wniosek: przyroda lubi oportunistów. Klęski żywiołowe (pożar, powódź, trzęsienie lub osunięcie ziemi) obnażają glebę. Sytuacja kryzysowa. Baza życia jest zagrożona. Rośliny jednoroczne korzystają z okazji, że katastrofa wytrzebiła ich wieloletnich konkurentów – aktywizują się. Przez rok lub dwa „bandażują” ziemię, po czym ustępują pola lasom i trawom, które zabliźniają powstałe rany.
Odkąd zajmujemy się rolnictwem, stan klęski żywiołowej ma charakter permanentny. Ażeby dać szansę roślinom jednorocznym, musimy wykarczować las, oczyścić ziemię i dokonać zasiewu. Destrukcja lasów i traw na całym świecie zapewnia dominację monokultur. To wojna z żywym światem, który nie chce być monokulturą. Ziemia chroni glebę, życie nie poddaje się. Wszystkie rośliny i zwierzęta pragną odzyskać i zachować swój dom. A my nie pozwalamy im na powrót. Nie składamy broni.
Właśnie tym jest rolnictwo. Nie rozpoznajemy jego prawdziwego oblicza, ponieważ od prawie 10 000 lat egzystujemy w społeczeństwie agrarnym. Pojawiło się ono w rejonie Mezopotamii. Ekspansja monokultur stopniowo objęła Europę, Amerykę Południową i pozostałe obszary Ziemi. Koniec tego „epizodu” nadszedł w latach 50. XX wieku – wyniszczyliśmy górny, próchniczy poziom gleby. Od tamtej pory konsumujemy paliwa kopalne: w uprzemysłowionym świecie w jednej kalorii żywności jest 10 kalorii energii węglowodorowej.
Żywot cywilizacji trwa maksymalnie 2 000 lat. Upadek następuje z chwilą pogorszenia jakości podłoża uprawnego. Spójrzmy na współczesny Irak, czyli kolebkę rolnictwa. U początków cywilizacji był to Żyzny Półksiężyc. Dzisiaj pokrywają go kamienie i piach. Wszystkie rejony świata, gdzie rodziło się rolnictwo, podzieliły ten los.
Ziemia utraciła już 90% lasów i 99% prerii. Obdarliśmy ją ze skóry i spowodowaliśmy wielkie wymieranie gatunków. Z kolei wydobycie kopalin przyniosło osobny horror – zmianę klimatu.
Finał karczowania lasów i osuszania mokradeł jest zawsze taki sam: śmierć.
Opracował: exignorant
Reklamy

sobota, 12 maja 2018

Dni w złocie, zieleni i błękicie

        Tegoroczny maj nas rozpieszcza piękną pogodą i ciepłem. Kiedy przypomnę sobie zeszły rok, zimno i zasnute chmurami niebo, to cieszę się, że jest tak pięknie! Dni płyną cudownie rozjarzone słońcem, błękitem nieba i wszechobecną zielenią. Nawet komary nie potrafią mi zepsuć tego czaru, chociaż unikam wychodzenia o zachodzie Słońca.
        Prace w warzywniku postępują spokojnie. Dziś sadziłam pomidory w tunelu, jeszcze sporo ich zostało. Zaczynam też motykować zielsko. A wczoraj przywiozłam z targu cały koszyk rozmaitych kapustnych (kapusta późna, włoska, brukselka, kalafior itp) oraz jeszcze pory i selery. I było sadzenie na wyścigi z komarami po południu. Zaraz idę je podlać, bo ten upał sprawia, że się pokładają.
      Połowę tunelu wyścieliłam kartonami, będę w nich robić dziury i sadzić pomidory. Ten patent sprawdził się w zeszłym roku z kapustą, to może z pomidorami też. Bo muszę się przyznać, że pielenie w folii mnie przerasta - sauna tam niesamowita panuje latem.

      Duże ptaki ustąpiły na niebie miejsca tym mniejszym, tylko czasem przemknie bocian z przekąską dla młodych, a tak to różny drobiazg uwija się na wszystkie strony, śpiewa, pokrzykuje, myszkuje w gałęziach. Żaby wieczorami dają koncerty, a nocą śpiewa słowik.

     Wegetacja jest nieco przyspieszona w porównaniu z innymi latami, ale nie tak bardzo, jak w innych regionach. Noce są chłodne i gwiaździste. Bzy pachną, powoli kończąc swój występ. Kwitną głogi, dobre na serce. Jutro ich nazbieram i ususzę.

      Mam wrażenie, że co dzień jest święto, w tym złocie, zieleni i błękicie.


poniedziałek, 7 maja 2018

Utrudnienia w komentarzach

         Od pewnego czasu jestem zalewana spamem, na dodatek zawierającym wirusy. Przez jakiś czas po prostu usuwałam te komentarze po kilka razy dziennie, ale mnożą się jak stonka i jest ich coraz więcej. Dlatego włączyłam czasowo weryfikację obrazkową, może to ich przystopuje.
         Jeśli nawet to nic nie da, to nie wiem, co robić....

piątek, 4 maja 2018

Jak w raju

          W tym roku wiosna nas rozpieszcza przepiękną pogodą i upałami całkiem letnimi. Aż się wierzyć nie chce, że jeszcze miesiąc temu wszystko było skute lodem! Eksplozja zieleni, kwiatów, zapachów i ptasiego gwaru.  Zmiana scenerii z brązowo-burej szarości w rozedrgany młodymi kolorami raj.

 Kwitnie wszystko naraz - jabłonie, grusze, wiśnie, czeremchy. Zapach wręcz upajający, z zielonymi nutami iglaków. Czy ktoś czuł kiedyś zapach modrzewi? Przecudny! Można w tych zapachach pływać, kąpać się, brodzić... Zwłaszcza wieczorami, po ciepłym dniu, kiedy żaby grają swój koncert, a żurawie na pobliskiej łące im wtórują. Czasem odzywa się klekotka bociana, często śpiew melodyjny drozda i wilgi.


 Groszek pomału wychodzi z ziemi i już woła o pielenie. W tym roku mam 8 takich walców z siatki. A groszek powschodził nierówno: niezawodny Telefon pięknie, nasiona rzekomo ekologiczne - prawie wcale, musiałam dosiewać Sześciotygodniowym.


Można też zajrzeć do inspektu, gdzie w towarzystwie rzodkiewki i różnych sałat rosną sobie dynie Amazonki. Kiedy minie niebezpieczeństwo chłodnych nocy, zdejmę skrzynię inspektową i dynie będą miały dużo przestrzeni wokół siebie.

 To Nowy Warzywnik (tiaaa, nowy - jakieś 15 lat ma). Jak widzicie z pomocą Pierra jakoś sobie radzę z sianiem i sadzeniem. Te grządki to kilkuletnie wały, które już się rozłożyły, pozostawiając próchnicę.


 Pomidory i inne papryki chwilowo czekają, w namiotach foliowych jeszcze ziemia nie przygotowana. Pracuję powolutku, a tutaj obawiam się trochę Zimnych Ogrodników. W tej chwili gromadzę kartony, żeby nimi przykryć ziemię. Ściółka ze słomy bardzo ładnie wygląda, ale niezbyt zdaje egzamin jako zapora przeciw chwastom. Musiała to by być sieczka i bardzo grubo... A kartony, rozłożone w zeszłym roku eksperymentalnie na skrawku ziemi spisały się pięknie.


Kiedyś, bardzo dawno temu, wysiałam nasiona pierwiosnków ogrodowych. Do tej pory mamy ich mnóstwo, w różnych kolorach.

       Pracuję powoli, często odpoczywając. Po raz pierwszy od lat nie kręcę się jak fryga, żeby ze wszystkim nadążyć. Ile dam radę, tyle zrobię. Dojrzałam do kontemplacji, do uczestniczenia. Mogę siedzieć i tylko zachwycać się tym, co robi przyroda przy moim niewielkim udziale.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Czas siewu, czas bólu

        Możliwe, że niektórzy z Was zastanawiali się, czemu ostatnio tak rzadko piszę. Moja pasja do ziemi i roślin zostaje ciągle taka sama, mam jednak kłopoty ze zdrowiem, a ściślej - z kręgosłupem. Boli mnie okropnie, przejście na drugi koniec ogrodu staje się problemem. Miewam bardzo bolesną rwę kulszową, oprócz bólu "w krzyżach". Na dodatek tracę władzę w nogach. Oczywiście, leczę się. Do tej pory, od lat, leczyłam się środkami naturalnymi. Tej zimy, kiedy sytuacja stała się katastrofalna, zdecydowałam się na leczenie konwencjonalne.
      Najpierw byłam w centrum chorób kręgosłupa. Wybierałam po nazwie, więc nie wiedziałam dokładnie, co mnie czeka. Niestety, było to leczenie objawowe. Miałam elektrostymulację i leki. Na początku byłam zachwycona, bo nareszcie mogłam poruszać się prawie normalnie. Myślałam, że efekty będą trwałe, ale niestety - skończyły się leki i ból powrócił jeszcze gorszy. Teraz jestem w trakcie robienia badań zapisanych przez neurochirurga, możliwe, że będzie potrzebna operacja.

      Mam wrażenie, że nabawiłam się tego na własne życzenie. Kilkanaście lat temu woziliśmy jabłka na skup i podczas przenoszenia worków coś mi przeskoczyło w dole kręgosłupa i ból był nie do wytrzymania. Naturalnie byłam u lekarza, przyjęłam posłusznie serię zastrzyków witaminy B, potem drugą i trzecią... Nie drążyłam dalej, ból zelżał, choć czasem się przypominał, kiedy zbyt długo byłam w pozycji pół - schylonej. No ale ja byłam odważna - i dawaj taczki budowlane pełne ziemi lub kamieni, kopanie w ogrodzie itp. Okresy bez bólu były coraz krótsze. Na szczęście mijał, kiedy trochę posiedziałam albo poleżałam. Już w zeszłym roku na 15 minut pracy musiałam tyle samo odpoczywać. Tej zimy nie mijał nawet podczas odpoczynku.

     Teraz uwielbiam poranki tuż po wstaniu z łóżka - przez pewien czas nic nie boli, nogi nie są spuchnięte i mogę poruszać się prawie normalnie.

    Chciałabym, żebyście wszyscy uważali na siebie, zwłaszcza kobiety, bardziej podatne na takie wypadki. Szanujcie swoje zdrowie. Organizm, jak każda maszyna, zużywa się, jeśli jest zbyt eksploatowany.

     Mimo to, przy dużej pomocy Pierra, udało się doprowadzić ogród prawie do stanu używalności. Muszę się pochwalić, że sama zrobiłam inspekt. Mamy taką skrzynię składaną na haczyki, z wiekiem obitym folią. Nawiozłam sporą platformę z obornika, nieco większą niż skrzynia. Na to dałam sporo słomy i siana, na tym wszystkim ustawiłam skrzynię i nasypałam ziemi kompostowej. Rzodkiewki i sałata bujają w niej, aż miło.
      Skręciłam jeszcze kilka walców z siatki leśnej, przygotowałam ziemię i wysiałam groszek. Uwielbiam zielony groszek! W tej chwili wygląda to dosyć durnowato, taki szereg siatkowych walców, ale niedługo się zazielenią. Przygotowałam też dwie wieże ziemniaczane, ale mniejsze (czyli niższe), niż w zeszłym roku. Posadzę w nich szczególnie cenne ziemniaczki w kształcie baranich rogów, może Agniecha tej jesieni doczeka się kilku do spróbowania.
       Na jednej długiej grządce posadziłam wczesną marchew i cebulę, reszta jeszcze czeka, bo mam zagwozdkę: czy czekać na czas sadzenia, czy dać je teraz do ziemi?

     Dziś skończyliśmy przekładańca na jednej wyjątkowo zachwaszczonej grzędzie. Przekładaniec metodą Patryka, czyli wprost na ziemię sporo obornika, na to kartony, a na kartony ściółka ze słomy i liści. Zrobię w niej dziury i posadzę dość rzadko ziemniaki, a po 15 maja wsadzę pomiędzy nie kapustę.

     Bardzo lubię czas siania, zwłaszcza kiedy jest tak ciepło i przyjemnie, jak teraz. Niesie on tyle nadziei. To cud podobny do cudu narodzin.

      A kilka białych czapli rezyduje na łące za naszym domem, nad rzeczką Lebiedzianką. Wydaje mi się, że mnie wołają. Może zostaną na gniazdowanie?

„A droga wiedzie w przód i w przód,
Choć się zaczęła tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak, jak mogę…
Znużone stopy depczą szlak –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem dokąd? – rzec nie mogę.”
     Tolkien

niedziela, 8 kwietnia 2018

Wiosna nam wybuchła

         Pierwsza pojawiła się kiedyś, kilka lat temu, bardzo dyskretnie. Jak duch przemykała wśród trzcin nad rzeczką, która płynie środkiem szerokich łąk zalewowych za naszym domem. Kiedyś, kiedy lodowce topniały, płynęła tamtędy olbrzymia rzeka, niosąca piach i bryły lodu. Piach utworzył na podkładzie z gliny niewysokie wydmy, taką plażę pofałdowaną. Na jednej z nich stoi nasz dom.
        Tylko na przedwiośniu woda znów zalewa pradolinę, tworząc szerokie płycizny, na których buszuje ptactwo.I wczoraj zobaczyłam ich całe stado, rozproszone po obu stronach rzeki i obu stronach mostu i drogi na Lipsk, wiodącej groblą wśród rozlewisk. Eleganckie, niepokalanie białe, dystyngowane. Nie ukrywały się ani się nie bały, jak ta pierwsza. Duże, majestatyczne ptaki - czaple białe. Co najmniej 20, może więcej. Co ciekawe, to stado było mieszane, białym damom towarzyszyło kilka siwych kuzynek. A dziś zaobserwowałam kuriozum - jedną siwą, która miała część piór białych. Czyżby dochodziło do małżeństw mieszanych? Przeszukałam atlasy ornitologiczne i nie znalazłam o tym wzmianki, co nie znaczy, że nie istnieje. O wierzbie karłowatej też nie ma żadnej wzmianki w materiałach Biebrzańskiego Parku Narodowego, a rośnie na bagnach i ma się dobrze.
      Czaple białe, ptaki wielkości bociana, ale o innej sylwetce. Do niedawna w Polsce nie występowały, potem były bardzo rzadkie, ale od kilku ( a może już kilkunastu?) lat zadomowiły się nad Biebrzą i jest ich coraz więcej. Czaple siwe za to były od zawsze, ale też dość nieliczne.


      Ponieważ po zimie ze śniegiem nagle wybuchło prawie lato, mamy co niemiara zajęć w ogrodzie. Pracuję sobie pomalutku, oszczędzając bolący kręgosłup, odpoczywając co kilkanaście minut, ale mimo to coś tam już zrobiłam. Założyłam mianowicie inspekt na grubej warstwie słomy i obornika, a wybierając do niego ziemię kompostową z zeszłorocznej wieży ziemniaczanej spostrzegłam, że ziemia na głębokości ok. 10 centymetrów była jeszcze zamarznięta. To było trzy dni temu, dziś już jest miękka, ale ciągle opita wodą.
      Przygotowałam kawałek oczyszczonej ziemi pod groch. Trudno, będę go siać poza czasem sadzenia, wcześniej się nie dało. Rośnie u mnie w ogrodzie taka roślina z rodziny wilczomleczowatych (wydzielają biały sok po złamaniu liścia), która jest moim utrapieniem. Wypuszcza w tempie ekspresowym pod ziemią długie, kruche kłącza i w przeciągu paru tygodni potrafi doszczętnie zarosnąć grządkę, pokrywając ją gęstą siatką tych kłączo-korzeni. Bardzo trudno ją wyplenić, bo korzenie potrafią schodzić dość głęboko i łamią się bardzo łatwo, a każdy kawałek daje nową roślinę. Właśnie z nimi walczyłam, przygotowując zagonek pod groch.
     Bardzo przydatne w tej chwili są super-widły z Barkowa, przyjazne dla pleców i pracuje się nimi szybciej, niż widłami szerokozębnymi. We Francji mają podobne narzędzie, zwane grelinette.

      Pracuję więc sobie w ogrodzie, w ciepłym słońcu. Czasem przysiadam na ławeczce albo stosie gałęzi, a nade mną przepływają wielkie ptaszyska. Rozpoznaję je - bocian, żurawie, czapla biała, czapla siwa, łabędzie z ich charakterystycznym poświstem skrzydeł, orzeł. Gołąb ukradkiem wpada w świerk, pewnie buduje tam gniazdo, jak w zeszłym roku. Ptasi drobiazg uwija się wszędzie, robiąc masę hałasu. Czasem zatrzepocze motyl. Nastawiam nos na zapachy - jeszcze wczoraj były piękne, ale potem sąsiad polał łąkę gnojowicą i zamiast wąchania mam czyszczenie zatok.... Na szczęście ten odorek po paru dniach mija.
      Kiedy wiatr rozwiewa ten "upojny" zapach, czuć korzenną woń nabrzmiewających pąków i świeżutkiej trawy.
        Korzystam ze słońca, z ciepła, z wolności, kiedy nie trzeba narzucać na siebie kilku warstw odzieży, wychodząc z domu, a można wyskoczyć, jak się stoi. Grabimy, sadzimy, czyścimy. Dobrze jest.
   Fotografia autorstwa Mateusza Matysiaka.

 

niedziela, 25 marca 2018

Koty

        No nie, o mało nie zeszłam na zawał przez tego kociaka! Jeśli idzie o zwierzęta, to już któryś raz, ale tym razem bardzo bolesny, bo podszyty winą.
        Otóż Karmelek zgubił się na całe 3 dni i noce! Szukałam, wołałam, wstawałam każdej nocy po 10 razy, żeby wyjrzeć na dwór. W końcu zaczęłam ryczeć. Żałowałam, że go nie odjajeczniłam wcześniej, ale on jeszcze młodziutki, dopiero szósty miesiąc ma, chciałam jeszcze ciut poczekać. Wprawdzie wyrósł wielki, prawie już tak duży, jak Marszałek, który sam jest dużym kotem, ale dla mnie to ciągle to kociąteczko, które jeszcze przed Bożym Narodzeniem mieściło się na dłoni i spało wtulone w zagłębienie między uchem, a obojczykiem. Ha, któregoś dnia "kociąteczko" próbowało znowu się tak ułożyć, wszedł mu kawałek doopki, a mówiąc ściślej jedno udo. Reszta kota leżała na mnie, sięgając łapkami do pępka. Czyli już chyba czas, a ja jeszcze tego nie zrobiłam.

      No i poszło kociąteczko w świat, a w  domu rozpacz. Wrócił dzisiaj, późnym rankiem - cały, zdrowy i niegłodny. Przywitania nam zrobił gorące, mizianiu, barankom i ocieraniu nie było końca. Coś tam podjadł dla porządku, ale jak na jego możliwości niewiele, ot, żeby pokazać, że nie jest chory. Teraz śpi na moim łóżku. Ani chybi wprosił się do kogoś w gościnę, dał się karmić i podziwiać i zwiał do domu przy pierwszej okazji. Ruda Mordeczka Zdradziecka!

      Zaraz po niedzieli, najszybciej jak tylko się da, pojedzie do weterynarza zostawić swoje klejnoty. Nie chcę przeżywać tego po raz drugi! A kocurki wysterylizowane trzymają się domu, najlepszym przykładem jest Marszałek P. Za to wczoraj zdybałam go na kalenicy dachu, siedział jak czarna figurka kota i gapił się w zachodzące słońce. Nasz dom jest bardzo wysoki, mimo, że parterowy, ale co to było dla Marszałka! Przynajmniej jednak zostaje w pobliżu i grzecznie wraca na noc do ciepełka.                                                                                                                                                                                 

czwartek, 22 marca 2018

Nieudane przeganianie Marzanny i czemu nie mogę planować

          Chcieliśmy tradycyjnie świętować pierwszy dzień wiosny, paląc ognisko, w którym mieliśmy podpalić Marzannę,a następnie utopić ją w stawie. Czyli ognisko miało być nad stawem. Chcieliśmy pozbyć się wszystkiego, co zastarzałe, zimne, złe, a wyszło, jak wyszło.....
          Po pierwsze mój mąż ma momenty, kiedy zachowuje się trochę dziwnie, no cóż podeszły wiek ma swoje prawa. Poza tym, jako dziecko miasta i ciepłego klimatu, nie ma wyczucia tutejszej przyrody i zjawisk w niej zachodzących. Dość, że pięknie przygotował ognisko, ale go nie zabezpieczył, wychodząc z założenia, że jest mokro, bo rzeka wylała, a w czasie odwilży grunt był przesiąknięty wodą. Tyle, że nie zauważył, że jest całkiem spory mróz, który wszelką wilgoć zamroził, jasne słońce i wiatr. To jakoś mu się nie skojarzyło, a szkoda. Dość, że zapalił ognisko wcześniej, wiatr powiał i poooszło po wyschniętej trawie! Jak burza.
        Ja w tym czasie spokojnie pracowałam przy biurku, potem robiłam obiad, cały czas będąc po wschodniej stronie domu i nic nie widząc. Dopiero telefon sąsiada, spanikowanego tym "wypalaniem łąk"w biały dzień i na oczach wszystkich, sprawił, że wyszłam przed dom i spojrzałam na zachód. A tam obraz nędzy i rozpaczy - ogromny szmat łąk, nie tylko naszych, wypalony. Pierre, podobny bardziej do diabła, niż do człowieka, biega gorączkowo i gasi, co może - albo deptając, albo lejąc wodę z wiadra. Czarny na twarzy od sadzy, w popalonej kurtce i spodniach, w gumowych butach spieczonych miejscami do cna, a przy tym mokrych, bo przechodził przez strumień, który ogień przeskoczył po bujnych turzycach, leje łzy nad młodymi drzewkami, które posadził w zeszłym roku i które ucierpiały od ognia.
       Ktoś zaalarmował straż pożarną, przyjechali już po wszystkim, zobaczyli tę kupkę nieszczęścia, którą stał się mój mąż, pięknie ułożone ognisko, które nawet się nie zapaliło porządnie i dali mu pouczenie. Zrozumieli, że to był wypadek.
      W domu, kiedy Pierre już się trochę odmył i ochłonął, okazało się, że ma pęcherze na stopach - poparzył je, zadeptując ogień.
       Sprawdziliśmy - żadne większe zwierzę nie ucierpiało, czyli żaden jeż, zajączek ani ptak. Przynajmniej tyle.

       A najlepsze w tym jest, że nikt z okolicznych mieszkańców nie uwierzy, że to naprawdę nieumyślnie.....

       Czyli człowiek planuje, a wychodzi, jak wychodzi. Ja też ciągle coś robię w międzyczasie, który musi być bardzo pojemny. Ot, choćby dzisiaj - przygotowując obiad chciałam wynieść kurom ususzone i utłuczone na proszek skorupki od jajek - ot, moment, mgnienie oka. Okazało się, że kury domagają się jeść i pić, bo mąż dał im karmę i wodę wewnątrz, a one jak na złość spędzają cały czas na dworze, mimo, że popaduje. No to za konewkę i po wodę, do kurnika, po karmę. Kto wie, jakie są u nas odległości między budynkami, to wie, że zabiera to trochę czasu. Owce, które wypuszczamy codziennie nawet teraz, zwykle cały dzień spędzają na pastwisku, a do obórki schodzą dopiero ze zmierzchem, na solidną porcję siana i wody. A tutaj, nie wiem, czy z powodu pogody, czy zdegustowane spalenizną, stoją przy zamknięciu i meczą wniebogłosy, że chcą do obórki. Więc znowu: nanieść siana i wody, przyprowadzić łowiecki, pogadać z nimi, zamknąć. Jedna z nich wyraźnie  kuleje, tak jakoś dziwnie. Patrzę bliżej, a ona ma drut okręcony wokół tylnej łapki. Musieliśmy gdzieś zgubić kawałek takiego grubego, mocnego drutu, który używamy do grodzenia.
       Na szczęście, będąc w ciasnej obórce i nie mając za bardzo wyjścia, nie panikowała i nie wariowała, dała mi grzecznie nóżkę i zaczęło się rozplątywanie. Dobra, drut zdjęty, ja śmierdząca od przytulania się do runa, owca zadowolona gryzie siano. Idę do domu. A tu ptaki koło karmnika kręcą się jak szalone. No tak, zjadły już poranną porcję. Czyli przynieść słonecznika.
     Tak to wychodząc na minutkę, wróciłam do domu prawie po godzinie. Weź tu człowieku i rób sobie rozkład zajęć, a i tak nigdy nie wiesz, co wyniknie. Tyle, że ja lubię to życie, zadowolone zwierzaki, poczucie spełnionego obowiązku. Tyle, że mąż musiał czekać długo na obiad i warczał, bo głodny był.