Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podniesione grządki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podniesione grządki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 stycznia 2018

Wały, przekładańce i spółka

          Wiele razy już pisałam, jak zakładać wały permakulturowe, grządki-przekładańce i inne "lasagne". Można też znaleźć na ten temat sporo materiałów. Co jednak dzieje się z tymi wałami w następnych latach?
          Materiał organiczny rozkłada się dość szybko, tym szybciej, im lepsza i bardziej żywa jest gleba. Wystarczy, aby zapewnić odpowiednią wilgotność w przypadku suszy. W zeszłym roku, bardzo wilgotnym, nowo założone wały zmniejszyły się prawie o 2/3. Tak, wały osiadają w miarę powstawania humusu i to jest naturalne i prawidłowe. Po 2-3 latach mamy zwyczajną, nieco wzniesioną grządkę bardzo dobrej ziemi. Najdłużej pozostają te zbudowane na zasadzie hugla, z dużą ilością pniaków i drewna w środku. To, że wały osiadają, jest normalne i pożądane, świadczy o tym, że zyskujemy dobrą ziemię.
        Jednocześnie przerastają je chwasty lub pożyteczne rośliny, ale niepożądane w tym miejscu. U nas w tym roku połowę warzywnika zarosła mięta. Bardzo smaczna i pożyteczna, tyle, że nie dawała rosnąć innym warzywom. Gdzie indziej przebija perz lub mniszek, sałata kompasowa albo jeszcze coś innego. Dobra ziemia przyciąga wszelkie życie. Trzeba wtedy wyeksmitować nieco uciążliwych gości, czyli złapać za widły szerokozębne czy inną "grelinette" i co nieco pokopać. I to dość dokładnie, żeby pousuwać korzenie. I nie, nie piszę herezji przeciw niekopaniu. Ziemi i jej układowi nie zagraża takie drapanie po wierzchu, czyli spokojnie możemy przekopywać gleby ciężkie na ok.10 cm., a lekkie ( a rozłożone wały to zwykle lekka próchnica) nawet do 20. Oczywiście nie należy robić tego systematycznie i bez potrzeby. Tyle, że czasem jest potrzebne, bo dzikich roślin z rozłożystymi kłączami lub korzeniami jest sporo. I rosną piorunem, nawet zimą (zwłaszcza taką łagodną, jak teraz). Także użycie wspomnianych przeze mnie narzędzi mniej zaburza strukturę ziemi, niż orka.
        Państwo Bourgignon twierdzą, że na polach orka konna, czyli "drapanie po wierzchu" nie jest szkodliwa dla gleby, bardzo szkodliwe jest dopiero użycie ciężkiego sprzętu ubijającego podglebie i orka głęboka. A to przecież naprawdę wielcy specjaliści od mikrobiologii gleby i upraw naturalnych. Czyli jak się musi, to można, byle z wolna i z ostrożna.

       Taka grządka, powstała po wałach, zwłaszcza, jeśli jest ściółkowana, utrzymuje żyzność przez wiele lat. Jednak czasem trzeba jej pomóc, użyźnić jeszcze bardziej. Wtedy mamy dwa wyjścia: albo podsypujemy kompost, albo robimy nowy wał czy przekładaniec w tym miejscu. Tylko że szkoda byłoby przykrywać taką dobrą próchnicę. Najlepiej wtedy jest odgarnąć ją na bok łopatą i następnie użyć do przykrycia nowego wału.

      Jeszcze jedno zastosowanie dobrej ziemi: jest ona pełna pożytecznych mikroorganizmów i może być używana tak samo, jak zakwas. Kiedy zakładamy nowe wały czy grządki na nieużytkach, wykopmy w nich dołek i włóżmy pieczołowicie kilka garści dobrej ziemi. Potem przykryjmy ją lekko i podlejmy, a nasza nowa grządka zatętni niewidzialnym życiem o wiele szybciej.

sobota, 26 marca 2016

Budzenie ziemi

     W naszym ogrodzie na ogół nie pracuję w ziemi przed Wielkanocą - no, chyba że jest baaardzo późna. Jakoś tak aura nie sprzyja temu, bo nawet jeśli są chwilowe ocieplenia, to zaraz za nimi przychodzą przymrozki i śniegi. Ziemia jest mokra, senna i niechętna. Nie ma co jej budzić przedwcześnie, niech sobie jeszcze odpoczywa. W naszym regionie wiosna przychodzi późno. W tej chwili wszystko jest jeszcze szarobure obydwa... a nie, to inna bajka...

    Nie znaczy to jednak, że nic nie robimy: odsłaniamy róże, winorośle i inne wrażliwsze krzaki i byliny z zimowych osłon, robimy inspekty, w tym jeden wielki w tunelu, sprzątamy, sadzimy drzewka w dzikim lasku. Z samym sprzątaniem jest sporo roboty.

    Pierre także zerwał darń z niektórych ścieżek w warzywniku i w zamian przykryliśmy je grubą warstwą ściółki. Alejki te były zbyt wąskie, żeby wjechać na nie z kosiarką, wymagały więc koszenia wykaszarką, na dodatek trawa z nich ruszała bez przerwy na podbój grządek, dodając mi pracy. Zostawiliśmy zadarnione większe aleje, bo to ładnie wygląda, a poza tym dzikie trawy wnoszą coś specyficznego do klimatu ogrodu.

     Przy okazji przygotowywania nowego inspektu znaleźliśmy zapomniane główki czosnku, już ze sporymi pędami. Trzeba było je szybko posadzić, ale gdzie? Rozejrzałam się dookoła i mój wybór padł na 3 letni wał, który tak się rozłożył, że stał się właściwie lekko tylko kopulasto wybrzuszoną grządką. No to po narzędzia - grabie i motyczkę. W mig zgrabiłam zaścielające go liście i siano, po prostu na ścieżki po obu stronach. Mało się tego zrobiło, jakby ubyło przez zimę. Ta resztka będzie chronić ścieżki przed wysychaniem, udeptywaniem i porośnięciem chwastami, a przy okazji dostarczać próchnicy, bo przecież korzenie nie ograniczają się do grządek.
     Następnie przedziabałam ziemię motyczką, wyrywając kilka nieśmiałych chwastów. Znowu zagrabiłam. W mniej, niż pół godziny była gotowa grządka szeroka na metr dwadzieścia, a długa na 6 metrów. Ziemia na niej jest pulchna, ciemna i przyjemna. Idealna do sadzenia i siewu. Wyobrażacie sobie, że musiała bym ją najpierw przekopywać? Zeszły by mi ze dwa dni, bo ból w plecach nie pozwoliłby mi skończyć. Jak ja kocham metodę uprawiania bez kopania! Na dodatek grządka jest czyściutka i tak samo ładna i pulchna, jak te kopane. Ma za to jeszcze więcej dobrej próchnicy.

     Szybciutko posadziłam czosnek bez żadnych narzędzi, po prostu robiąc dołki palcami. Niech sobie rośnie. A kiedy ziemia się ogrzeje (trudno powiedzieć, kiedy, bo nocami bywa u nas i -7), to dostanie do towarzystwa marchewkę wczesną (połączenie neutralne), buraki (połączenie korzystne) oraz może selery i fasolkę szparagową. A może posadzę tam truskawki na koniec sezonu?
   

     Na grządkach staram się sadzić jak największą różnorodność roślin, unikając jedynie wyraźnie szkodliwych wzajemnie połączeń. Rośliny są dość zagęszczone, ale nie przesadnie - tak, żeby każda miała miejsce dla korzeni. Liście i łodygi rozwijają się na różnych poziomach, maksymalnie wykorzystując światło słoneczne i jednocześnie zacieniając glebę.



piątek, 27 listopada 2015

Zamrozek

      Przyszedł w końcu mrozek, najpierw malutki przymrozek, potem większy, a na tę noc zapowiada się całkiem spory. Świat jakoś tak wyładniał, pachnie inaczej, zimą, zorzą północną, reniferami, przygodą. Czekam teraz na śnieg, żeby dopełnić zimową bajkę.
      Ziemia jest już twarda, zapadła w sen. Nadeszły wakacje ogrodnika, bo teraz nie można już nic robić. Tylko wyciągać kolejne słoiki i przetworami, zaparzać własnoręcznie zebrane herbatki i marzyć przy ogniu. Dzięki wytrwałej pracy naszej i naszych niektórych gości mamy wiele przetworów, a dzięki darom przyjaciół (dzięki, Haniu i dzięki, Surowa Zieleń) spiżarnia wzbogaciła się o owoce suszone i przepyszne orzechy.

       Grządki i grzędy śpią pod kołderkami z liści, słomy i siana. W tym roku jesienią połączyliśmy stare wały, likwidując niektóre ścieżki i tworząc duże uprawne prostokąty. Zostały tylko główne trawiaste alejki, a jednoroczne, doraźne ścieżki będę wytyczać w miarę potrzeb.
       W Nowym Warzywniku, na glinie, odłożyła się już porządna warstwa humusu. Niektórzy goście nie chcą wierzyć, kiedy pokazuję im grudy twardej gliny na ścieżce i ciemną, pulchną ziemię na grzędach - że to jest to samo podłoże. Rzeczywiście, próchnica jest najlepsza do polepszania jakości gleby. Nie radzę raczej stosować torfu na glinach, bo po pierwsze kosztuje, po drugie nie ma żadnych właściwości odżywczych, po trzecie - próbowaliście kiedyś zwilżyć suchy torf? Humus ma to wszystko, czego on nie ma, a na dokładkę jest za darmo. Ot, trochę ściętej trawy, liści, trochę obornika (jeśli jest), wszystkie resztki organiczne, jakie mamy pod ręką i po 2-3 latach w miejsce gliny mamy piękną, ciemną ziemię. Przyjemnie jest przesiewać ją między palcami. A to jest ważne, takie dotykanie ziemi dłonią, bosą stopą, okazywanie jej szacunku i czułości. Niekiedy nasi goście dziwią się, kiedy nakłaniam ich, aby zdjęli rękawice robocze i dotknęli ziemi gołą ręką, niektórzy wręcz czują się nieswojo. Ale potem mówią, że to jest jedyne, specjalne doświadczenie. Oczywiście, ja też zakładam rękawice do pracy przy różach czy ostach, ale kiedy się da, to wolę czuć swoją skórą to, co robię. A ręce mam ciągle miękkie i delikatne. Wszystkim mówię, że to od głaskania Luny i owiec, bo i jedna i drugie wydzielają lanolinę. No, krem od Utygan tez pomaga... I to bardzo.

     A co teraz robię? Ano wyciągnęłam robótki. I jeśli zostaje mi czasu po czyszczeniu popiołu (warto go zachować albo dodawać do kompostu), noszeniu drewna na opał, sprzątaniu, karmieniu całego tałatajstwa i pojeniu go, to coś tam dłubię.

      Dokarmiany też dość intensywnie ptaki. Kiedyś, w szczęśliwszych czasach, miały zarośla chwastów, dzikie drzewa owocowe i krzewy. Teraz my, ludzie, wyczyściliśmy większość tych zarośli. Jesteśmy więc winni ptakom ich pokarm. Są z tego też inne korzyści, bo ptaki przyzwyczajają się do miejsca i zostają potem na lato w ogrodzie, a ich rola w niszczeniu szkodliwych owadów jest nie do przecenienia. Jest jeszcze jeden zysk - to ptasie odchody, równie bogate, jak najlepsze guano. Niby jest tego niewiele od jednego ptaszka, ale pod krzewami i drzewami, gdzie przebywają, jest całkiem gruba warstwa. Dla nas to przyjemność obserwowania karmnika, dla nich kwestia przeżycia.
Lubię siedzieć przy oknie w kuchni, z kubkiem aromatycznego naparu, i patrzeć na ten ptasi świat. Koty podzielają to moje upodobanie. Pod płytą mruczy ogień, zapada zmrok. Idę dać kolację kurom i owcom.

piątek, 13 marca 2015

Zdjęcia grzędy

      Miałam kłopoty ze zgraniem zdjęć z aparatu przez kabel, ale od czego są przyjaciele? Dowiedziałam się od Utygan, że można zgrać bezpośrednio z karty pamięci i tak zrobiłam. Oto zdjęcia mojej grzędy słomiano-gnojowej, po wierzchu też przykrytej słomą.

Obok, po lewej stronie, widać podobną, zrobioną z luźnej słomy i gnoju w zeszłym roku. Ta podobna jest jednak przykryta z wierzchu ziemią kompostową i warstwą ściółki.  Po prawej jest 3 letni wał, ściółka na nim zniknęła (bo nie miałam już jej zbyt wiele), ale, chociaż na zdjęciu tego nie widać, rośnie na nim gęsto rumianek lekarski i przytrzymuje go korzeniami. Rumianek posiałam prawie 20 lat temu i od tej pory rozsiewa się sam. Jest świetną rośliną towarzyszącą dla wielu warzyw, zbieram z niego kwiaty do suszenia, leczy ziemię. Kiedy chcę posiać warzywa, wyrywam większość roślin i daję je na kompost, jednak kilka czy kilkanaście zawsze zostawiam. Kwiaty wydają nasiona jesienią i od razu prawie kiełkują, ale zostawiam te młode rośliny na zimę. Ot, taki niekłopotliwy i samoczynny zielony nawóz.
    W trakcie układania grzędy przyszło mi do głowy, że jeśli buduje się z całych kostek, to należy ścisnąć je razem za pomocą liny lub grubego drutu. Najprościej wbić kołki w 4 rogach nowej grzędy i między nimi przeciągnąć ten sznurek lub, ewentualnie, przybić drewniane poprzeczki, żeby kostki na grzedzie się nie rozłaziły.
    Ze względu na dość żyzną i czystą ziemię mogę sobie pozwolić na taką niską grzędę, na słabej ziemi jednak lepiej stawiać całe kostki. Jeśli zakładacie ją na zachwaszczonej ziemi, to należy pod spód dać dużo tektury, co najmniej 3 warstwy, tak, aby wystawała dookoła grzędy przynajmniej na 30 centymetrów, a najlepiej na więcej.
    Tę grzędę, po skończeniu podlewania i chyba już po posadzeniu ziemniaczków, przykryję też warstwą ziemi kompostowej. Tej akurat mam w tym roku sporo.
   Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym musiała cały ten kawałek skopać? Zajęło by mi to ze 3 dni, bo przy moich plecach dużo bym na dzień nie ukopała. O zmęczeniu już nie wspomnę.
     Pamiętajcie też, że na takich nowych grządkach najlepiej jest posadzić rośliny, które lubią nie do końca rozłożoną materię organiczną. Klasyczne są albo ziemniaki albo dynie i inne ogórki, przy innym klimacie, niż nasz, mogły by być też pomidory. Chociaż, ku memu wielkiemu zdziwieniu, Francuzi już w pierwszym roku sadzą na nich z rozsady sałaty, buraka liściowego i kapustę. Można spróbować.

poniedziałek, 9 marca 2015

Błogosławieństwo leniwej ogrodniczki

      Te grządki słomiane i to, co napisałam o ściółce NA powierzchni ziemi okazały się dziś dla mnie prawdziwym błogosławieństwem.
       Piotruś wywalił z obórki nawóz, który zebrał się tam przez zimę. Miałam zamiar zbudować następny, szeroki i solidny wał w Starym Warzywniku, tam, gdzie korzenie moich pomników przyrody bezczelnie wysysają ziemię. Już szłam ze szpadlem, żeby odgarnąć wierzchnią warstwę gleby i zrobić wykop, kiedy mnie tknęło: "A jakby tak nie kopać, tylko zrobić tak, jak pisałam?"
      Pomacałam się po bolących plecach, którym kopanie zdecydowanie nie odpowiada i poleciałam liczyć kostki słomy, które nam zostały. Kurczę, za mało... Ale co tam, nie buduję przecież ogródka na betonie ani na jałowej glebie, ale na całkiem niezłej ziemi ogrodowej. Na wierzch pójdzie całkiem pokaźna warstwa nawozu, który też przecież jest słomiasty... I podzieliłam każdą kostkę na 4 albo 5 części. Tam jest teren lekko nachylony i to w złą stronę, bo na północ i chciałam to wyrównać.
     Raz-dwa i zgrabne, choć cienkie kostki słomy leżały koło siebie w trzech rzędach. Na to poszedł obornik, na to znowu słoma i siano luzem. Każdą warstwę zwilżyłam wieloma konewkami deszczówki, Piotruś po wierzchu zatańczył czeczotkę, żeby to ugnieść. No i mam grzędę długą na 11 metrów, a szeroką na 2,5. Sporo. Niecałe 3 godziny pracy, bez większego zmęczenia.
      Grzęda wygląda bardzo porządnie, wręcz rewelacyjnie. Jeśli Wasza druga połowa nie ma przekonania do ogrodnictwa permakulturowego, to na taki widok na pewno się przekona.
      Oczywiście pracy było mało, bo układałam na czystej ziemi. Tam od lat są zagonki i jako tako o nie dbam, więc nie musiałam zrywać darni ani jej przykrywać licznymi kartonami.
       Mało pracy i lekka, a rezultat imponujący.
       Zastanawiam się, co teraz na niej posadzić: ziemniaki czy dynie? Oczywiście wraz z roślinami towarzyszącymi. A co do dalszego podlewania, to liczę, że niebo mnie zastąpi, bo zapowiadają u nas deszcze. Jeśli nie to co tam, mogę z konewkami polatać.

niedziela, 1 marca 2015

Ogródek na kostkach słomy

     Macie dość kopania i przewracania ziemi? Wały permakulturowe wydają się zbyt skomplikowane?  Bolą Was plecy od schylania się?  Macie wyjątkowo słabą, kamienistą ziemię?
     Znalazłam bardzo ciekawy sposób uprawy warzyw i kwiatów na kostkach słomy. Z tym, że trzeba by już teraz zacząć go przygotowywać, żeby wiosną móc posadzić w nim rośliny.

     Na początek potrzebne nam są kostki słomy w dowolnej ilości (najlepiej z gospodarstwa ekologicznego, żeby nie wprowadzać różnych chemicznych świństw do swego ogrodu) oraz nawóz bogaty w azot (kurzeniec, krowieniec, końskie "pączki", gnojowica itp) oraz woda pozbawiona chloru, najlepiej deszczówka lub woda ze studni
   
           Kostki słomy układamy bezpośrednio na ziemi, tak, aby słoma była pionowo. Grządki robimy takiej wielkości i kształtu, jaki nam odpowiada. Zostawiamy między nimi odpowiednio szerokie alejki, żeby ewentualnie móc skosić trawę kosiarką. Można też zerwać darń, a ziemię przykryć np. grubą warstwą kartonu. Zwilżamy lekko nasze kostki i posypujemy je sukcesywnie 1,3 i 5 dnia nawozem bogatym w azot. Jeśli stosujemy gnojowicę, to po prostu podlewamy nią kostki. Nie należy lać za dużo, chodzi o to, żeby azot przeniknął do środka słomy, a nie spłynął do ziemi.  Można też po prostu położyć na kostkach warstwę gnoju. Za każdym razem podlewamy delikatnie, żeby nie wypłukać azotu i innych składników mineralnych.
          W dni parzyste, czyli 2, 4 i 6 dnia podlewamy obficie, żeby baloty były wilgotne aż do samego środka. Nie używajmy wody z kranu! Zawarty w niej chlor może zniweczyć nasze wysiłki!

      Oto najważniejsze jest zrobione - zapewniliśmy warunki do życia grzybom i bakteriom, które zapoczątkują proces życia w naszej grządce. Lignina, główny składnik słomy, jest rozkładana tylko i jedynie przez grzyby żyjące w środowisku tlenowym. Bakterie przejmują następnie pałeczkę i wytwarzają substancje mineralne przyswajalne przez rośliny.

        Między 7 a 10 dniem nasze kostki powinny zacząć grzać, temperatura powinna dochodzić do 40 stopni. Jeśli nic się nie dzieje, to znaczy, że daliśmy za mało azotu lub wody, albo że na dworze jest za zimno. Dorzucamy więc znowu azot, podlewamy odstałą wodą i czekamy.

       Normalnie po ok. 2 tygodniach (jeśli pogoda pozwoli) słoma powinna zmienić kolor i powinny się na niej pojawić czarne i białe kropki - to znak, że życie zadomowiło się w słomie. Grzybnia i bakterie rozwijają się jak należy. W naszym klimacie i przy chłodnej pogodzie może to potrwać do 4-5 tygodni.


      Można już zacząć sadzić. Większość warzyw i kwiatów może rosnąć na takich grządkach, może z wyjątkiem korzeniowych. Przy sadzeniu roślin po prostu rozgarniamy słomę, robimy dołek i sadzimy roślinę podsypując ją dobrą ziemią kompostową.
      Ziemniaki wsadzamy dość głęboko w słomę i też przysypujemy ziemią oraz zatykamy dziurę garścią słomy.

       Jeśli chcemy siać, to trzeba przysypać wierzch naszych grządek warstwą dobrej ziemi, posiać i znów przysypać ziemią. Inaczej nasionka mogą wpaść głęboko między źdźbła i zagubić się.


  Na takich grządkach możemy siać i sadzić gęściej, niż na klasycznych. Można też   wykorzystać boczne ściany, żeby zasadzić w nich np. rośliny płożące (ogórki) lub towarzyszące, jak nasturcje czy nagietki. 
 Następnie pozostaje tylko dbać o podlewanie. Wbrew pozorom dobrze zmoczona słoma wcale nie wysycha tak łatwo. Nie należy zlewać jej zbyt intensywnie, za to regularnie. Jeśli ktoś ma możliwość zainstalowania nawadniania kropelkowego to w tym wypadku jest bardzo przydatne.
Można też po prostu napełniać regularnie deszczówką butelki plastykowe, którym na dnie zrobiliśmy trochę dziurek i po prostu stawiać je na słomie (otwarte, oczywiście).

      Rośliny mają bardzo długie korzenie, większość z nich przerośnie balot i zagłębi się w ziemi. Korzenie buraka mogą sięgać np. na 3 metry, ziemniaka na 1,5 m. (chodzi tu o korzenie "odżywiające", młode ziemniaczki tworzyć się będą w słomie).

     Mam wielką ochotę zrobić coś takiego u siebie. Od jutra zaczynam szukać kostek słomy.

      Po przemyśleniach: w źródłach francuskich, na których oparłam ten artykuł, mówią, że tego typu grządki można założyć nawet na betonie czy tarasie. Jednak ja obawiam się trochę o obecność mikroelementów w takich wypadkach, także wtedy, kiedy grządki są na jałowej ziemi . Z tego powodu uważam, że w sytuacjach ekstremalnych najlepszy jest obornik krowi, według biodynamików zawierający prawie wszystko, co roślinom potrzebne do życia. Można też lekko oprószyć słomę dolomitem lub popiołem, ale leciutko. No i można dać po wierzchu ziemię kompostową lub kompost dżdżownicowy.