Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wały permakulturowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wały permakulturowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 stycznia 2018

Wały, przekładańce i spółka

          Wiele razy już pisałam, jak zakładać wały permakulturowe, grządki-przekładańce i inne "lasagne". Można też znaleźć na ten temat sporo materiałów. Co jednak dzieje się z tymi wałami w następnych latach?
          Materiał organiczny rozkłada się dość szybko, tym szybciej, im lepsza i bardziej żywa jest gleba. Wystarczy, aby zapewnić odpowiednią wilgotność w przypadku suszy. W zeszłym roku, bardzo wilgotnym, nowo założone wały zmniejszyły się prawie o 2/3. Tak, wały osiadają w miarę powstawania humusu i to jest naturalne i prawidłowe. Po 2-3 latach mamy zwyczajną, nieco wzniesioną grządkę bardzo dobrej ziemi. Najdłużej pozostają te zbudowane na zasadzie hugla, z dużą ilością pniaków i drewna w środku. To, że wały osiadają, jest normalne i pożądane, świadczy o tym, że zyskujemy dobrą ziemię.
        Jednocześnie przerastają je chwasty lub pożyteczne rośliny, ale niepożądane w tym miejscu. U nas w tym roku połowę warzywnika zarosła mięta. Bardzo smaczna i pożyteczna, tyle, że nie dawała rosnąć innym warzywom. Gdzie indziej przebija perz lub mniszek, sałata kompasowa albo jeszcze coś innego. Dobra ziemia przyciąga wszelkie życie. Trzeba wtedy wyeksmitować nieco uciążliwych gości, czyli złapać za widły szerokozębne czy inną "grelinette" i co nieco pokopać. I to dość dokładnie, żeby pousuwać korzenie. I nie, nie piszę herezji przeciw niekopaniu. Ziemi i jej układowi nie zagraża takie drapanie po wierzchu, czyli spokojnie możemy przekopywać gleby ciężkie na ok.10 cm., a lekkie ( a rozłożone wały to zwykle lekka próchnica) nawet do 20. Oczywiście nie należy robić tego systematycznie i bez potrzeby. Tyle, że czasem jest potrzebne, bo dzikich roślin z rozłożystymi kłączami lub korzeniami jest sporo. I rosną piorunem, nawet zimą (zwłaszcza taką łagodną, jak teraz). Także użycie wspomnianych przeze mnie narzędzi mniej zaburza strukturę ziemi, niż orka.
        Państwo Bourgignon twierdzą, że na polach orka konna, czyli "drapanie po wierzchu" nie jest szkodliwa dla gleby, bardzo szkodliwe jest dopiero użycie ciężkiego sprzętu ubijającego podglebie i orka głęboka. A to przecież naprawdę wielcy specjaliści od mikrobiologii gleby i upraw naturalnych. Czyli jak się musi, to można, byle z wolna i z ostrożna.

       Taka grządka, powstała po wałach, zwłaszcza, jeśli jest ściółkowana, utrzymuje żyzność przez wiele lat. Jednak czasem trzeba jej pomóc, użyźnić jeszcze bardziej. Wtedy mamy dwa wyjścia: albo podsypujemy kompost, albo robimy nowy wał czy przekładaniec w tym miejscu. Tylko że szkoda byłoby przykrywać taką dobrą próchnicę. Najlepiej wtedy jest odgarnąć ją na bok łopatą i następnie użyć do przykrycia nowego wału.

      Jeszcze jedno zastosowanie dobrej ziemi: jest ona pełna pożytecznych mikroorganizmów i może być używana tak samo, jak zakwas. Kiedy zakładamy nowe wały czy grządki na nieużytkach, wykopmy w nich dołek i włóżmy pieczołowicie kilka garści dobrej ziemi. Potem przykryjmy ją lekko i podlejmy, a nasza nowa grządka zatętni niewidzialnym życiem o wiele szybciej.

sobota, 26 marca 2016

Budzenie ziemi

     W naszym ogrodzie na ogół nie pracuję w ziemi przed Wielkanocą - no, chyba że jest baaardzo późna. Jakoś tak aura nie sprzyja temu, bo nawet jeśli są chwilowe ocieplenia, to zaraz za nimi przychodzą przymrozki i śniegi. Ziemia jest mokra, senna i niechętna. Nie ma co jej budzić przedwcześnie, niech sobie jeszcze odpoczywa. W naszym regionie wiosna przychodzi późno. W tej chwili wszystko jest jeszcze szarobure obydwa... a nie, to inna bajka...

    Nie znaczy to jednak, że nic nie robimy: odsłaniamy róże, winorośle i inne wrażliwsze krzaki i byliny z zimowych osłon, robimy inspekty, w tym jeden wielki w tunelu, sprzątamy, sadzimy drzewka w dzikim lasku. Z samym sprzątaniem jest sporo roboty.

    Pierre także zerwał darń z niektórych ścieżek w warzywniku i w zamian przykryliśmy je grubą warstwą ściółki. Alejki te były zbyt wąskie, żeby wjechać na nie z kosiarką, wymagały więc koszenia wykaszarką, na dodatek trawa z nich ruszała bez przerwy na podbój grządek, dodając mi pracy. Zostawiliśmy zadarnione większe aleje, bo to ładnie wygląda, a poza tym dzikie trawy wnoszą coś specyficznego do klimatu ogrodu.

     Przy okazji przygotowywania nowego inspektu znaleźliśmy zapomniane główki czosnku, już ze sporymi pędami. Trzeba było je szybko posadzić, ale gdzie? Rozejrzałam się dookoła i mój wybór padł na 3 letni wał, który tak się rozłożył, że stał się właściwie lekko tylko kopulasto wybrzuszoną grządką. No to po narzędzia - grabie i motyczkę. W mig zgrabiłam zaścielające go liście i siano, po prostu na ścieżki po obu stronach. Mało się tego zrobiło, jakby ubyło przez zimę. Ta resztka będzie chronić ścieżki przed wysychaniem, udeptywaniem i porośnięciem chwastami, a przy okazji dostarczać próchnicy, bo przecież korzenie nie ograniczają się do grządek.
     Następnie przedziabałam ziemię motyczką, wyrywając kilka nieśmiałych chwastów. Znowu zagrabiłam. W mniej, niż pół godziny była gotowa grządka szeroka na metr dwadzieścia, a długa na 6 metrów. Ziemia na niej jest pulchna, ciemna i przyjemna. Idealna do sadzenia i siewu. Wyobrażacie sobie, że musiała bym ją najpierw przekopywać? Zeszły by mi ze dwa dni, bo ból w plecach nie pozwoliłby mi skończyć. Jak ja kocham metodę uprawiania bez kopania! Na dodatek grządka jest czyściutka i tak samo ładna i pulchna, jak te kopane. Ma za to jeszcze więcej dobrej próchnicy.

     Szybciutko posadziłam czosnek bez żadnych narzędzi, po prostu robiąc dołki palcami. Niech sobie rośnie. A kiedy ziemia się ogrzeje (trudno powiedzieć, kiedy, bo nocami bywa u nas i -7), to dostanie do towarzystwa marchewkę wczesną (połączenie neutralne), buraki (połączenie korzystne) oraz może selery i fasolkę szparagową. A może posadzę tam truskawki na koniec sezonu?
   

     Na grządkach staram się sadzić jak największą różnorodność roślin, unikając jedynie wyraźnie szkodliwych wzajemnie połączeń. Rośliny są dość zagęszczone, ale nie przesadnie - tak, żeby każda miała miejsce dla korzeni. Liście i łodygi rozwijają się na różnych poziomach, maksymalnie wykorzystując światło słoneczne i jednocześnie zacieniając glebę.



niedziela, 11 października 2015

Próchnica jest dobra na wszystko!

     Pamiętacie takie różne wyliczanki z dzieciństwa, które miały zapewnić spełnienie marzeń? Trzeba było naliczyć np. 12 kasków motocyklowych białych, ale nie spojrzeć w międzyczasie na żaden czerwony i szczęście się miało w kieszeni.
     Dorośliśmy, zmądrzeliśmy, a ciągle coś z takiego myślenia zostało. Dostaję sporo listów, w których ludzie pytają o tę jedną, jedyną receptę, która zapewni im piękny ogród i zdrowe plony. I co ja mam powiedzieć? Że takiej nie ma? Bo każdy ogród jest inny, każda gleba jest inna i środowisko wokół też.Że u mnie grządki słomiane w tym roku zawiodły, a u pewnego znajomego z FB spisały się na medal?
   Czasem myślimy, że jeśli poznamy tę jedną, jedyną receptę i będziemy się jej niewolniczo trzymać, to się na pewno uda. Tymczasem gleba jest organizmem żywym, powiązanym z całym środowiskiem, z całym Wszechświatem. Jest różna w różnych miejscach. Dlatego zamiast szukać gotowej recepty, najlepiej jest zapoznać się z zasadami jej funkcjonowania i dopasować metody do naszych sił i naszego kawałka ziemi.

     Jedna rzecz jest najważniejsza - o żyzności gleby decyduje próchnica. A ta powstaje ze szczątków organicznych, czyli resztek roślin, zwierząt, odchodów itp. Natura tak zrobiła, że próchnica tworzy się na powierzchni gleby lub tuż pod, a nie w głębi. Powstaje ona przy udziale mikroorganizmów (w tym grzybów, bakterii, drobnych zwierząt itp.), które potrzebują tlenu. Jej skład w naturze jest taki, że przeważają materiały roślinne, następnie są odchody zwierzęce, dalej inne szczątki.

    Próchnica wiąże się z cząsteczkami gliny w przewodzie pokarmowym dżdżownic. Jest tam taki gruczoł wapienny, który produkuje zjonizowany wapń. Wapń pełni rolę spoiwa pomiędzy próchnicą, a gliną. Tak powstają gruzełki. Dzięki nim sole mineralne z próchnicy uwalniane są powoli, a nie wypłukiwane gwałtownie i zabierane w głąb ziemi. Rośliny mogą więc je czerpać równomiernie i według swoich potrzeb.

    Dobra próchnica zawiera rozmaite sole mineralne i pierwiastki. To ważne, bo potrzeby roślin zmieniają się dość często i szybko, w zależności od fazy wzrostu, a nawet od pory dnia. Żadne nawozy nie są w stanie ich zastąpić.

    Uwaga: torf NIE JEST próchnicą i nie ma żadnych właściwości odżywczych.

    Przenawozić można nie tylko nawozami chemicznymi, ale też naturalnymi, np. zbyt obficie stosowaną gnojówką. Tak wyhodowane warzywa też mogą być pełne rakotwórczych azotanów.

   Próchnica poza tym poprawia strukturę gleby, rozluźnia gleby ciężkie, a zwiększa pojemność wodną gleb lekkich.

   Wnioski:
- podstawową zasadą jest dbanie o odpowiednią ilość próchnicy w glebie,
- próchnicę otrzymujemy przez kompostowanie mieszanki materiału roślinnego (szczątki roślin, słoma, siano itp) oraz zwierzęcego (gnój, sierść, kości itp) przy dostępie powietrza i wody.

    Metodę kompostowania wybieramy taką, jak nam się podoba. Mnie najbardziej odpowiadają przekładańce czyli wały permakulturowe + ściółkowanie, ale kompost też robię, bo zawsze jest potrzebny.

   W zależności od rodzaju gleby do wałów/pryzm wprowadzamy pewne dodatki.
      Dobrze jest znać odczyn gleby - jeśli jest kwaśny, to dobrze jest podsypać grządki dolomitem., czyli zmieloną skałą wapienną. Wapna raczej nie polecam, chyba że mamy czas i cierpliwość podsypywać malutkie ilości co kilka dni. Dlaczego nie wapno? Bo działa super szybko i równie szybko jest wypłukiwane. Powoduje to huśtawkę "nastroju" gleby (czyli jej odczynu) kwaśny - zasadowy-znowu kwaśny, co nigdy nie wpływa dobrze na całość. Dolomit natomiast jest skała, z której wapń jest wypłukiwany powoli i sukcesywnie, poza tym zawiera inne, ciekawe mikroelementy. Podobne odkwaszające działanie ma popiół drzewny.
    Jeśli ziemia jest piaszczysta i przepuszczalna, dobrze jest do niej dodać trochę gliny. Ale uwaga: często pod warstwą piasku, płytko, znajduje się glina. Wtedy dodatek nie jest potrzebny. Robaczki wyniosą ją same na powierzchnię.

    Teraz, jesienią, dobrze jest przykryć nasze grządki grubą warstwą ściółki (liści jest pod dostatkiem), żeby życie w nich mogło rozwijać się bujnie i spokojnie. Wczesną wiosną dobrze jest je zgarnąć, choćby na ścieżki, żeby ziemia szybko się ogrzała, a kiedy rośliny podrosną, zaścielić znowu międzyrzędzia chroniąc je przed upałem i wyparowaniem wody.

   Tak dbamy o naszą próchnicę. Nie jest ważne, czy będą to wały, "kanapki" czy oddzielny kompost, który potem rozsypiemy na grządkach. Ważne jest, by było jej jak najwięcej. Bo próchnica jest dobra na wszystko!



poniedziałek, 15 czerwca 2015

Sprawozdanie

    Czuję się dżunglasto! Co roku o tej porze wręcz poraża mnie zielona, rozbuchana bujność, która bierze we władanie nasz ogród. Czuję się w nim jak krasnoludek, wśród ostróżek wyższych ode mnie i krzewów i pnączy. Wysiłki, żeby okiełzać trochę to wszystko wydają się też krasnoludzkie..

       W warzywniku też już pełno nowości. Ze wszystkich rodzajów grządek najlepiej spisują się klasyczne wały. Dwa zrobione w zeszłym roku latem, przy miłej pomocy Kuro Neko i jej chłopaka, a jeden przeze mnie wczesną jesienią.
Wały zrobione zgodnie z zasadą: wykopany rowek zapełniony butwiejącym drewnem, na to warstwami gnój, słoma, liście i inne takie. Następnie przykryte wykopaną ziemią i obsiane zielonym nawozem. Zimę przetrwały pod grubą kołderką z liści i słomy, a wczesną wiosną zostały odkryte. Ziemia nagrzała się na nich szybciutko i można było sadzić. Teraz znowu je ściółkuję, zwłaszcza pod ziemniakami, które wybujały bajecznie i zaczynają już kwitnąć. Także ścieżki są zaściółkowane słomą.



Grządki z kostek słomy spisują się tak sobie, poprawnie, tak na 3+, ale nic więcej. Zrobiłam dwie i posadziłam na nich dynie. Możliwe, że to dlatego, że kostki są bardzo luźne. Albo za mało azotu? Rozrobiłam więc w wodzie trochę owczego nawozu i podlewam dynie taką rozcieńczoną gnojówką. Grządka na zdjęciu jest przytulona do południowo-wschodniej ściany tunelu.
      W tle przepiękny krzew bzu czarnego. wiecie, że te krzewy, przywiezione od mojej Babci nie chciały u nas rosnąć? Za słaba ziemia (była). Ale na to znalazł się sposób - posadziłam go na końcu warzywnika i zaczęłam pod nim składać kompost, czyli głównie wyrwane chwasty. Teraz jest piękny, bujny i cieszy oczy. A ja mam źródło liści na ściółkę, kwiatu i owoców. W tej chwili jego zapach rozchodzi się po całym Nowym Warzywniku (nazwanym tak w przeciwieństwie do Starego Warzywnika, który powstał parę lat wcześniej). Warto posadzić taki krzew w warzywniku, gdzieś, gdzie nie będzie przeszkadzał. Nie tylko kompost w jego cieniu rozkłada się lepiej, niż gdzie indziej, to jeszcze zapach odstrasza ślimaki, podobnie jak liście rozłożone jako ściółka. Poza tym jest rośliną pułapkową dla mszyc, które często na nim widać, ale które mu nie szkodzą.

Na złomowisku znalazłam stare koło od roweru i tak powstało ustrojstwo dla fasoli, która pnie się po nim bardzo zadowolona. Jest praktyczniejsze od tyczek, mniej z nim roboty i nie przewróci się, w przeciwieństwie do tyczkowych wigwamów. Każdy sznurek jest przytwierdzony do ziemi kołeczkiem.
  












   A po prawej groszek na siatce. Na wale pięcioletnim, w towarzystwie buraczków, pietruszki i zjedzonej już rzodkiewki z sałatą. Już ma całkiem duże strąki, za kilka dni zaczną się uczty groszkowe. Będzie zupa-krem z groszku, ulubiona przez wielu moich krewnych i znajomych. Te wielkie liście na pierwszym planie to nie pory, tylko czosnek. Jakaś tradycyjna odmiana, bardzo bujna, którą dostałam od pewnej młodej kuzyneczki. Dzięki!



A to wieczornik damski, mój ulubiony, na brzegu Starego Warzywnika. Jest większy ode mnie, uwierzycie? Taka gigantyczna maciejka, chociaż pachnie nieco inaczej.I o zmroku pachnie przepięknie, słodko i nostalgicznie. Na zdjęciu tego nie widać, ale kwiaty są w różnych odcieniach fioletu i białe. Postaram się zebrać nasiona, będą do rozdania. Za nim szparagi rozwijają swoje pióropusze.



Słońce już zachodzi, a nad ogrodem czuwa aniołek w gęstwinie szałwi, lawendy, róż i hortensji.



piątek, 24 października 2014

Urodzajny bałagan

    W tym roku na dwóch wałach, obu dwuletnich, wprowadziłam nieskrępowany bałagan, z grubsza tylko regulowany mgliście doborem dobrosąsiedzkim wysianych i wyrosłych spontanicznie roślin. Wyglądało to-to niezbyt pięknie, mąż na niego narzekał, pokazywać trochę było wstyd, ale za to jakie plony! Przy niewielkiej robocie. No, chwasty trzeba było usuwać z grubsza, bo na tej żyznej ziemi i przy ciepłej i wilgotnej pogodzie tego lata potrafiły rozwinąć się w ciągu kilku dni do metrowej wysokości.
     To, co służyło chwastom, służyło też nieźle warzywom. Rezultat na zdjęciu. Pietruszka, jak wiadomo, jest warzywem dość wybrednym, nie zawsze chce kiełkować i nie zawsze ładnie wyrasta.


Pęczek po prawej (ten mniejszy) wysiany był na zagonku z dość dobrą ziemią, motykowany i pielony regularnie.
Ponieważ po siewie zostało mi trochę nasion w torebce, a nie chciałam ich przechowywać na następny rok, to wysypałam je bez ładu i składu na wał w końcu ogrodu, na którym rosły poza tym słoneczniki, dynie, rodzynek brazylijski i fasola pienna z brzegu. Jak przystało na miejsce ukryte za tunelem i porośnięte wysokimi dość roślinami, był on z lekka zapomniany podczas pielenia. Oczywiście, był czyściutki w momencie siewu i sadzenia, ale poza tym tylko raz w sezonie wyplewiłam go porządnie. Poza tym kilka razy wyrwałam co największe badziewie. No i w tym bałaganie odkryłam jesienią pietruchy wielkie, jak dorodne marchwie.

     Drugi bałaganiarski wał robił złe wrażenie w Starym Warzywniku, tym widocznym dla wszystkich. ale co ja z niego zebrałam! Począwszy od koszy szpinaku wiosną (sianego w poprzednim roku jesienią), poprzez sałatę i rzodkiewkę wiosenną od maja, cebulę, marchewkę okrągłą (moja ulubiona "Pariser Markt"), szpinak nowozelandzki,późne buraki, zioła, po jarmuż rosnący tam jeszcze w tej chwili i grubą rzodkiew o barwie buraka od Agniechy z Gór.

     Te bałaganiarskie grządki, gdzie często wysypywałam nasionka po prostu w puste miejsca i przykrywałam cieniutką warstwą ziemi branej wprost ze ścieżki, okazały się niezwykle urodzajne. Wszystkie warzywa na nich rosnące były piękne i zdrowe. To, że rzodkiewki i marchewki wraz z ferajną wyrastały nierówno i w różnym czasie okazało się zaletą w małym, rodzinnym gospodarstwie. Przez cały sezon miałam w ten sposób młode, świeżutkie warzywa, unikając jednorazowej "klęski urodzaju" przez kilka dni i posuchy przez resztę czasu.
      Do wrażenia bałagany przyczyniały się też te rośliny, których nie zebrałam na czas, pozwalając im wyrosnąć i wydać kwiaty i nasiona. Rozsiewają się wtedy same, a potem mam przyjemne niespodzianki. Od lat w ten sposób rozmnażam sałaty i szpinak nowozelandzki oraz niektóre kapustne. Nawet buraki liściowe z zeszłego roku dały mi w tym sezonie młode roślinki z samosiewu.

     U nas w tej chwili już mrozi całkiem regularnie. Przed mrozami udało mi się zrobić kopiasty wał na jednej z grządek. Nie przykrywałam go ziemią, za to pod spód wsunęłam sporo zazielenionych ziemniaków z ostatnich zbiorów. Mam nadzieję, że przezimują mi ładnie i wiosną rozrosną się podobnie, jak to było w tym roku.

      Teraz plony już zebrane, wydawać by się mogło, że nie ma już nic do roboty. Jednak warto zrobić dwie rzeczy: wykorzystać obfitość resztek roślinnych i suchych liści do założenia nowych "przekładańców" oraz obficie okryć opustoszałe grządki i wały. A jeśli komuś starczy sił i ochoty, a co najważniejsze - materiałów, może też założyć kompost. To wszystko można robić jeszcze przez prawie cały listopad i dużą część grudnia, dopóki ziemia nie jest zamarznięta. Ofiarujmy swoim grządkom ciepłą kołderkę na zimę!

poniedziałek, 21 października 2013

Nasi mali pomocnicy

        W naszym ogrodzie mamy wielu pomocników, którzy, jeśli im na to pozwolimy, odrabiają za nas dużą część pracy. Bo założenie warzywnika, jeśli nawet w tej chwili komuś wydaje się trudne, wcale aż tak bardzo nas nie zmęczy. Trzeba tylko robić "po porządku":
1. porządnie wykosić trawę i badyle;
2. wyznaczyć grządkę dowolnego kształtu i rozmiaru;
3. zerwać darń dookoła na szerokość ok. 40 cm., ewentualnie porządnie przykryć kartonami i      papierem gazetowym (jeśli nie mamy siły ani możliwości zrywania);
4. ułożyć kopiec tak, jak wcześniej pisałam (albo tak, jak Wam się podoba);
5. obsiać go lub obsadzić warzywami takimi jak: dyniowate ( w tym ogórki) albo ziemniaki albo pomidory - tylko nie razem, bo one nie są dla siebie wzajemnie dobrym sąsiedztwem;
6. jeśli to nie pora na sadzenie warzyw, to obsiać zielonym nawozem (facelia, peluszka, koniczyna perska czy inne) lub przykryć słomą czy sianem;
7. przykryć można, a nawet trzeba także między warzywami oraz na ścieżkach lub kartonach obok.

Dobre zestawy roślin na podniesione grządki w 1 roku:
1. ziemniaki na szczycie wału, a u jego stóp kapusta, bób, fasola, kukurydza, seler, czosnek, groch.
2. dynie lub ogórki, a z nimi kukurydza, fasola, fasolka szparagowa, sałata, kalarepa, słonecznik, rzodkiewka, koper, seler.

      Nasi mali pomocnicy zajmą się dostarczaniem im tego, co do życia potrzebne. W pierwszym roku plony mogą być niewielkie, bo pełnię żyzności taka grządka osiąga w 2-3 roku po założeniu, ale już powinniśmy mieć sporo smacznych warzyw.

    Tutaj też mogą zacząć się problemy z amatorami naszych pysznych warzywek innymi, niż my sami. Z drutowcami i innymi pędrakami pomoże nam walczyć kret, dlatego przebaczmy mu podkopywanie korytarzy. Gorsze są nornice, zresztą większość szkód, które ludzie przypisują kretom, są spowodowane właśnie przez nie. Też kopią korytarze i sypią kopce. U nas dużą pomocą są koty, jeże i węże zaskrońce. Może trochę potrwać, zanim osiedlą się w naszym ogrodzie, dlatego dobrze jest je zachęcić do osiedlenia się u nas. Można na obrzeżu ogrodu stworzyć im apartamenty do zamieszkania: stosy gałęzi, które zostawimy w spokoju, podobne stosy kamieni, kilka krzewów, które posłużą za schronienie także innym sprzymierzeńcom - ptakom.

   Są też inni przeszkadzacze i zjadacze - ślimaki i gąsienice. Na ślimaki świetny jest jeż oraz ropucha. Ropuchy lubią chować się pod kamieniami lub deskami, w wilgotnym kąciku. Jest im również bardzo przydatne oczko wodne, gdzie mogą się rozmnażać. U nas niewiele się o tym mówi, ale za granicą już wiadomo, że nie ma prawdziwego ogrodu permakulturowego bez oczka wodnego. Na ogół jest ono centralnym punktem ogrodu i jego rola jest nieoceniona. Nie tylko służy za miejsce rozmnażania ropuchom, żabom i innym sprzymierzeńcom, ale też odbija promienie słoneczne i nasyca wilgocią atmosferę ogrodu, służy za poidełko dla ptaków - innych naszych sprzymierzeńców oraz cieszy nasze oczy i duszę.

    Ptaki są  naszymi przyjaciółmi, wszystkie karmią pisklęta gąsienicami i mszycami. Poza tym nawożą nam ogród najlepszym "guanem". No i pięknie śpiewają. skoro nasz ogród ma być naszym kawałkiem raju, nie należy zaniedbywać niczego, co cieszy też naszą duszę. Ptaki zwabimy, sadząc krzewy i drzewa - osłonę oraz źródło pokarmu oraz wieszając budki lęgowe (ale tak, aby nie dostały się do nich koty, więc raczej nie na gałęzi drzewa, ale na ścianach budynku lub wysokich żerdziach).

    Innymi naszymi "darmowymi robotnikami" są pożyteczne owady. Biedronki i złotooki zjadają mszyce, dzikie pszczoły zapylają rośliny owocowe, osy i mrówki zjadają gąsienice i wiele innych. Jak zrobić mini-ulik dla dzikich owadów, pokazywałam na filmie.

    Wszyscy ci sprzymierzeńcy człowieka giną masowo od chemii lub z braku schronienia. Oferując im schronienie spełniamy nie tylko dobry uczynek w stosunku do Matki Ziemi, ale też przyczyniamy się do ustalenia równowagi w naszym kawałku raju. My pomagamy im, one nam. A kiedy ta równowaga już się ustali, to żadne szkodniki nie są straszne i w zasadzie nie trzeba prowadzić z nimi walki. Zawsze trochę ich będzie, ale nie zagrożą naszym plonom, a my będziemy mieć o wiele mniej pracy.

    Taki żyjący ogród, kolorowy, śpiewający i mruczący, jest naprawdę rajskim zakątkiem, w którym także ludzie wracają do równowagi i odkrywają radość i spokój. Osiągnięcie tego stanu może trochę potrwać, ale po kilku latach sami się przekonacie....

     Acha, dobrze też jest zostawić gdzieś na uboczu łan pokrzyw - wylęgarnię dla wielu pięknych motyli oraz źródło pokrzyw, bardzo przydatnych do ściółkowania, budowania wałów, robienia gnojówki pokrzywowej i jako ziółko do zup, wiosennych szpinaków czy do parzenia na zdrowotne herbatki.


niedziela, 20 października 2013

Zakładanie ogrodu czyli co Kret może na ugorze?

       Bardzo podobało mi się to hasło rzucone przez Kretowatą :). Będę go używać :)
 
       Kiedy sprowadziliśmy się tutaj, z wyjątkiem mocno zaniedbanego sadu i kilku starych drzew, wokoło był ugór, na którym pasły się krowy sąsiadów... Wypróbowaliśmy różne metody, łącznie z oraniem. Różne też były rezultaty. Oranie niezbyt się sprawdziło - kosztowne i mało skuteczne dlatego, że naszym głównym problemem był PERZ. Bardzo ciekawa roślina lecznicza, ale na grządkach niemile widziany, bo nie tylko fizycznie dusi i przerasta inne rośliny, ale tez prowadzi z nimi wojnę chemiczną. Wydziela bowiem substancje, które hamują ich wzrost lub wręcz prowadzą do zamierania.
     Orka jest interesująca tylko o tyle, że odkleja płaty darni, które następnie wyciągałam tymi zakrzywionymi widłami i używałam na kompost. Mocno kłopotliwy kompost zresztą, bo bez przerwy porastał perzem i trzeba go było kilka razy przerzucać, za to ziemia w ten sposób otrzymana była wspaniale żyzna.

    Nie dałam rady zamienić wtedy całego terenu w ogród, więc a następnym roku znowu miałam ugór na większości terenu...

    Zaczęłam zakładać podniesione grządki, wprost na darni. Najpierw kładłam rdzeń z gałęzi, badyli i drewna. Na to, korzeniami do góry, darń zdartą wokół miejsca na grządkę. To jest dość ważne, bo jeśli zostawimy ją dookoła, to bardzo szybko skolonizuje nam cały wał. Na to kładłam gnój, na początku otrzymany od sąsiadów, potem od naszych zwierzaków. Na gnój warstwę siana, liści, słomy i różnych innych resztek roślinnych. Na końcu przysypywałam to ziemią zebraną dookoła, na tym pasie pozbawionym darni i kompostem (kiedy już go miałam). Wał był szeroki gdzieś tak na metr, a długi na kilkanaście. Obok zaraz zaczynałam drugi... Ja robiłam je proste, bo tak mi było najwygodniej, ale widziałam też takie w formie spirali. Każdy robi, jak mu się podoba.

    Niektórzy wyścielają darń kartonami, dopiero na nich budując wały. Wypróbowaliśmy ten sposób w Barkowie - perz przerasta nawet potrójną warstwę kartonu. Przerasta też czasem same wały, ale jest go dużo mniej i daje się łatwo wyrwać.

     Innym pomysłem, który zastosowaliśmy u nas, są skrzynki. Po prostu z resztek drewna buduje się skrzynie bez dna dowolnych wymiarów, ale takie, żeby łatwo było sięgnąć ręką w każde ich miejsce. W darni wykopuję rowek na wymiar skrzyni i wstawiam ją. Można też wkopać wzdłuż jej brzegów pasy blachy, tak na głębokość 20-30 cm., wtedy korzenie trawy rosnącej na ścieżce nie będą przechodzić do wnętrza skrzyni. Wysokość też może być dowolna, od 50 do 100 cm.

    Wewnątrz takiej skrzyni układamy "przekładaniec" z gałęzi i badyli, gnoju, resztek roślinnych, dając na wierzch dość grubą warstwę dobrej, kompostowej ziemi. Warzywa mogą w niej rosnąć wcześniej i gęściej, niż na grządce.

     Zarówno wały, jak skrzynie rozgrzewają się o wiele szybciej, niż okoliczna ziemia. Posługując się agrowłókniną, można "zarobić" nawet do 3 tygodni.

     W pierwszym roku nie należy sadzić na świeżo założonych grządkach warzyw korzeniowych, one nie lubią świeżego nawozu i na dodatek mogą kumulować azotany. Można natomiast spokojnie sadzić wszystkie dyniowate, ziemniaki, oraz, jeśli przysypaliśmy wszystko dość grubą warstwą ziemi, także kapustę, sałatę, seler, fasolkę szparagową. Tuż  obok takich grządek można też posadzić rośliny, które skorzystają ze spływającego z nich do ziemi "soku", a jednocześnie będą je ochraniać : kukurydzę, fasolę tyczną, słoneczniki, groszek pnący.

    Nie zapominajmy też o kwiatach, które pomagają nam w ochronie warzyw: aksamitka przeciw nicieniom, nagietek przeciw chorobom i owadom, nasturcja ( roślina pułapkowa dla mszyc). Oraz o ziołach, które wnoszą na grządki zdrową atmosferę. To ważne, aby nasz ogród był też piękny!

     Tak założone grządki mają masę zalet, ale jedną wadę - dość szybko wysychają. Można zastosować porowate rozprowadzacze, ale ja za nimi nie przepadam - powodują, że korzenie roślin rosną tuż przy powierzchni. Podlewanie wężem czy konewką sprawia, że woda spływa w dół, nie mocząc wnętrza wału i wiele jej wyparowuje. Jest na to jedna rada, bardzo prosta, a zarazem "recyklingowa" - trzeba postarać się o duże, plastikowe butelki (najlepsze są takie 5 litrowe, ale można też mniejsze) i poobcinać im dna. Następnie takie butelki wbijamy w grządkę szyjką w dół, tak gdzieś do 1/3 wysokości. Przypomina to kielichy otwarte na górze... w te kielichy wlewamy wodę. Jeśli wycieka zbyt szybko, wsypujemy do środka trochę ziemi, żeby w szyjce utworzył się sączek. W ten sposób cenna woda dociera wprost do korzeni, a my oszczędzamy sporo czasu na podlewaniu.
      Te same butelki mogą służyć wczesną wiosną jako mini-szklarenki, którymi przykrywamy młodziutkie roślinki lub miejsca, gdzie wysialiśmy wrażliwe nasiona (np.kukurydzę czy fasolę).

    I nie przeganiajmy kretów! One są bardzo użyteczne. Tam, gdzie nie ma kretów, mnożą się rozmaite turkucie, drutowce i inni amatorzy świeżych korzonków. Możemy je odstraszyć od wchodzenia na grządki bardzo prosto - wsuwając niedopałki papierosów do norki pod kretowiskiem (jeśli jest na grządce) . Kret, osóbka o czujnym węchu i wrażliwa, będzie omijać to, co śmierdzące, ale działać dookoła.

    Przy wszystkich tych sposobach jest nieco pracy na początku, zwłaszcza darcie darni jest uciążliwe (Kreciku, zaproponuj skrzynkę piwa miejscowym bezrobotnym w zamian za tę robotę - za pieniądze się nie zgodzą, za skrzynkę piwa zawsze :)). Potem jednak jest jej coraz mniej, a jednocześnie unikamy uciążliwego kopania i nawożenia co roku.

     Wzniesione grządki pomalutku będą opadać, aż utworzą się z nich normalne, żyzne grządki. Jeśli będziesz je, Kreciku, regularnie ściółkować oraz od czasu do czasu podrzucisz trochę kompostu, to pozostaną żyzne na lata. Pulchne i gruzełkowate. Wystarczy je lekko poruszyć motyczką i siać, a czasem wystarczy nawet zwykłe zagrabienie zimowej ściółki i wyrównanie powierzchni.

    Powodzenia!