Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przechowywanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przechowywanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2013

Złota zasada

       Alchemicy mają takie powiedzenie, które jakoby zawiera niesamowitą mądrość: "Jako na górze, tak i na dole". Nieco parafrazując tę złotą myśl, mogę co roku powiedzieć : "To, co na górze - to na górę, to co na dole - na dół". Chodzi oczywiście o przechowywanie owoców i warzyw.
       Kiedyś wszystko było jasne: to, co rośnie "u góry", czyli wszelkie owoce (jabłka, dynie, gruszki itp) oraz to, co suszone (grzyby, jabłka) przechowuje się na strychu. Oraz dwa wyjątki: cebulę i czosnek powiązane w warkocze.
      Natomiast to, co rośnie w ziemi, przechowuje się w piwnicy - czyli wszystkie korzeniowe, poza czosnkiem i cebulą.
      Nowoczesna chemia podpowiedziała nam, dlaczego nie należy przechowywać jabłek z ziemniakami - każde z nich wydziela związki chemiczne (etylen, dwutlenek), które szkodzą drugiemu. Być może na tym polega antagonizm między owocami, a korzeniowymi?
      Być może wchodzi tu w grę wilgotność otoczenia? Inna mikroflora i mikrofauna? Drgania astralne? Przepływ energii chi? Trudno mi odpowiedzieć, jednak nasza praktyka potwierdza na 100% te spostrzeżenia. Zamiast strychu może być ewentualnie chłodna spiżarnia, ale NAD POWIERZCHNIĄ ZIEMI.
      Z jakichś, trudnych też do wytłumaczenia względów, warzywa lubią towarzystwo - swoje własne. Owoce też. Ziemniaki dużo lepiej przechowują się stłoczone w dużej skrzyni, wszystkie razem, niż w oddzielnych woreczkach. Jabłka lubią też leżeć obok siebie, ale arystokratycznie przedzielone słomą lub sianem i otulone nim, jak kołderką.
      Wszystkie warzywa powinny odrobinę obeschnąć - najlepiej po zbiorach i powierzchownym oczyszczeniu zostawić je na parę dni w przewiewnym pomieszczeniu . My zostawiamy w hangarze.
      Jabłka powinny być zerwane z drzewa, nie spady. Oraz oczywiście zdrowe.
      Czytałam w bardzo starych księgach o przechowywaniu owoców w otrębach - prawdopodobnie niektórym udawało się utrzymać soczyste śliwki aż do Karnawału, jednak sama tego nie praktykowałam (z braku odpowiedniej ilości otrąb).
      Podsumowanie: jako na dworze, tak i w spiżarni, czyli to, co rosło na górze - na górę, to co pod ziemią -  pod ziemię z wyjątkiem czosnku i cebuli, które robią na odwrót.

wtorek, 19 listopada 2013

Zapasy

         Prawie wszystkie warzywa już zebrane, została jeszcze brukselka, której przymrozki niestraszne i kilka marchewek specjalnie zostawionych na nasiona. Reszta posegregowana i złożona: owoce (w tym dynie i jabłka) na strychu, gdzie znalazła się też cebula i szalotka, korzeniowe częściowo w piwnicy, częściowo w sieni i zimnej spiżarni.
       Warzywa korzeniowe zawsze sortujemy na dwa albo trzy rodzaje, poczynając od najmniejszych i uszkodzonych, a kończąc na najbardziej dorodnych. Te małe i pokaleczone idą na pierwszy ogień, bo szybko wysychają albo się psują. Tak więc obieram teraz ziemniaczki niewiele większe od orzechów włoskich, za to potem będą wielkości jabłek, a później pięści.
        Zrobiłam około 300 słoików rozmaitych, na słodko i na słono, konfitury, soki, grzyby, buraczki itp. Także dwa garnki 10 litrowe pełne kapusty stoją w spiżarce. Już ją jedliśmy w surówce, pyszna jest. Oderwać się od niej nie mogłam.
         Sporo mrożonek też zrobiłam w tym roku - miękkie owoce, fasolka, groszek, mieszanka warzyw na zupę, też trochę grzybów.
        Niemało tego wszystkiego, ale za mało, żeby przetrwać całą zimę, dlatego przenosimy maliny z warzywnika do lasku, żeby w następnych latach mieć więcej. Będzie więcej miejsca na zagony, poza tym krzaki już stare i przerośnięte perzem, przyda się je odmłodzić. Mąż cieszy się, że ma zajęcie, bo on nie cierpi bezrobocia, marudzi wtedy, że nie zasłużył sobie na jedzenie i spanie, nudzi się i ma jakieś dolegliwości. To w ogóle ciekawa sprawa: kiedy pracuje, jest w pełnej formie i biega jak młodzik, a kiedy tylko ma wymuszony odpoczynek zimą, to zaraz zaczyna mu coś dolegać. Pewnie dlatego zaproponował sąsiadowi, że przytnie mu jabłonie. Sąsiadów mamy bardzo miłych i dobrych, dużo nam pomagają, przyjemnie jest z nimi porozmawiać.
       W zasadzie nawet lubię listopad, bo spiżarnia pełna i zadowolenie z dobrze wykonanej pracy jest. Dni krótkie, melancholijne, ale jak przyjemnie o zmierzchu siedzieć w domu przy gadającym ogniu, ze szklanką naparu jakiegoś. Świeczka woskowa pachnie, my gwarzymy spokojnie, w tle dobra muzyczka (mamy teraz fazę na Mozarta, wcześniej był Czajkowski). A mnie przyciągają już kolorowe nitki w pudełkach, ciągnie do komputera i do ciekawej książki. Psy chrapią na podłodze a koty w skrzyni z papierami na rozpałkę... I żeby kicz był całkowity - nad zębatą liną lasu prześwieca przez nagie gałęzie jesionu księżyc w pełni.
       W sumie to ja nawet lubię ten melancholijny, zadumany świat jesieni. Syty i senny jak kot, pachnący dymem drzewnym i jabłkami. I herbatką z cynamonem....