Ostatnie liście spadają z drzew... tylko dęby i buki zatrzymają swoje do wiosny. Teraz w pełni doceniam soczystą zieleń sosen, świerków, jałowców i cisów. Podziwiam też koronkowe fraktale gałęzi i fakturę kory. Szczególnie monumentalnie wyglądają nasz jesion i lipa - obydwa chyba już kwalifikują się jako pomniki przyrody. Teraz, kiedy liście opadły, widać wyraźnie mocarne, ogromne konary i pień. Lipa przez tych kilkanaście lat wyrosła wyrosła niesamowicie. Mam wrażenie, że to częściowo dzięki temu, że jej korzenie sięgają aż do połowy warzywnika i bezwstydnie wyżerają, co się da. Wały muszę tam budować nowe co kilka lat, bo ziemia jałowieje o wiele szybciej. Ale nic to - kocham tę lipę. Co ciekawe - kilkanaście metrów dalej, za płotem, rośnie druga lipa. Kiedy tu przyjechaliśmy, były obie podobnej wielkości, teraz ta nasza jest o wiele wyższa. I to chyba nie tylko dobra ziemia, bo tamta mniejsza też rośnie w bardzo dobrej ziemi, w miejscu, gdzie kiedyś były obory, a teraz jest gąszcz pokrzyw... Czyli ziemia jest porównywalna. Czyżby ta nasza odpowiadała tak bujnym wzrostem na naszą troskę i uwagę?
Kiedy potrójny pień zaczął się rozpękać, wezwaliśmy specjalistę, który powiązał koronę... Lubimy ją, podziwiamy i przyglądamy się jej z upodobaniem. Czyżby to pomagało rosnąć na równi z nawozem?
Z pewnych oznak sądzę, że zima będzie w tym roku mocno śnieżna. Jak będzie z mrozem, trudno powiedzieć, ale jak duży śnieg, to zwykle i mroźno jest. Z jednej strony lubię to bardzo, ale jest strona praktyczna: drogi są odśnieżane, ale niezwykle śliskie i z koleinami. Już kilka razy zaliczyliśmy rowy w takie śnieżne zimy. Poślizg to nic przyjemnego, a jaki może być niebezpieczny! Zwłaszcza jeśli coś jedzie z przeciwka. To okropne wrażenie, kiedy samochód nagle zaczyna kręcić się na drodze i pędzi nie wiadomo gdzie! Czyli prawdopodobnie będę uziemiona w środku pięknego, śnieżnego pejzażu. Muszę pomyśleć o zapasach mąki na chleb, kaszy i innych takich, zwłaszcza że mąż, który mniej boi się ośnieżonych dróg prawdopodobnie przez pewien czas nie będzie mógł prowadzić. W listopadzie ma mieć operację lewej ręki - choroba Dupuytrena. Nie jest to niebezpieczne, ale upierdliwe, bo palce zginają się jak szpony i nie ma w nich władzy. Nie ma na to żadnego lekarstwa, jedyne, co można zrobić, to wyciąć zdrewniałe ścięgno. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze.
W każdym razie w tym roku rośnie u nas wyjątkowo dużo jaskółczego ziela. Według tego, co mówią doświadczone szeptuchy - jeśli coś wyrasta bujnie, to znak, że jest nam w tej chwili potrzebne.
O właściwościach jaskółczego ziela tutaj: http://luskiewnik.strefa.pl/chelidonium.html
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
czwartek, 27 października 2016
piątek, 21 października 2016
Odloty
Nadszedł czas odlotów i zamykania. Klucze ptaków już zniknęły za horyzontem, liście odlatują z drzew. Lubię jesień, bo nawet przy szarej pogodzie lasy są rozświetlone żółciami i oranżem. Mgły dodają tajemnicy znanym pejzażom, na ziemi dominują brązy i zgaszone jesienie.
Jest to czas zamykania sezonu ogrodowego, zapełniania spiżarni i piwnicy. Dla mnie to był głównie czas walki ze złośliwą grypą i jej powikłaniami, więc nabrałam nieco opóźnienia, ale już jest dobrze. Ocet jabłkowy kwasi się od paru tygodni, drugi baniak kapusty zakiszony. Reszta kapusty w piwnicy czeka na swoją kolej. Na grządkach zostały jeszcze warzywa, co się przymrozków nie boją: jamruż, pory, trochę pietruszki i marchewki, brukselka. Zbieram je powoli i sukcesywnie.
Od dzieciństwa jesienią napada mnie ochota na wędrówkę - ot, wyjść gdzieś za próg, ruszyć naprzód ku przygodzie, ku nieznanemu. Wzdycham i mówię "Może kiedy indziej..." i wracam do domu, do ciepłego pieca, czekających zwierząt i miliona małych spraw, oswajających świat. A tu okna trzeba umyć, wypić coś w ulubionym kubku, zapalić świece. Zrobić lampion, wianki jesienne na groby bliskich. Nie polecę za horyzont w tym roku. Może innym razem...
Tym bardziej lubię więc podróże w wyobraźni, w głąb siebie, do źródeł baśni i mitów. Wracam do książek i filmów ulubionych, ciepłych i takich, które mi dodają ducha. Kiedy za oknem wiatr stuka gałązkami winorośli, kiedy ciemno i tajemniczo, kiedy granica między światami staje się cieniutka, można tam wejść. Niedawno obejrzałam po raz wtóry "Władcę Pierścieni". Z pierwszego oglądania pamiętam niezadowolenie, że to nie tak, jak sobie wymyśliłam od dzieciństwa. "Coście zrobili z moją ulubioną książką" - miałam ochotę zapytać. Wiele rzeczy mi nie odpowiadało, wiele przeoczyłam. Teraz obejrzałam spokojnie, delektując się i dając wciągnąć w tamten świat. I było całkiem inaczej - zaczęłam dostrzegać głębsze myśli, pewien sens, doceniać estetykę. Spodobało mi się i to jak!
Moim ulubionym ludem w Śródziemiu są.... nie, nie zapobiegliwe i miłe hobbity, ale dumne, mądre, piękne i z lekka tragiczne elfy. Zawsze tak było. Wiem, że jest to trochę tak, jakby żaba podziwiała motyle, albo... człowiek anioły, choć elfy są doskonalsze od aniołów, bo znają życie w ciele. Podziwiam je, piękne, mądre, dobre, odporne na zło do tego stopnia, że nawet wytworzone przez nich przedmioty to zło oddalają. Za przywiązanie do Ziemi, do dzikiej przyrody i umiejętność wtopienia się w nią, za miłość do wszystkiego, co piękne i dobre. Rozumiem ich chęć trwania, niechęć do zmian, ich smutek i ich dumę. Wiem, wiem - wiele osób nie lubi ich właśnie dlatego, że takie idealne. Dla mnie są tym bardziej pociągające.
Świat ludzi daje nam taką dozę tego, co brudne, trudne i złe, że człowiekowi dobrze jest obmyć duszę. I tak po cichu wierzyć, że jeśli zdecyduje się trwać mimo wszystko, do końca, to w najczarniejszym momencie pojawi się Haldir ze swoim wojskiem, żeby mu pomóc.
Zaczyna się głęboka jesień. Czas legend, baśni i czarów. Czas zwijania się przed ogniem i odlotów w głąb siebie, w głąb człowieczeństwa, żeby zrozumieć, żeby ocalić tę iskrę nadziei i piękna. Czas świec, światełek i ścieżek we mgle.
Ar sindoriello caita mornie
Ar illye tier undaluve lumbule
W szarym kraju zapadła ciemność
I wszystkie drogi toną w głębokich cieniach.
P.S. 1 Ideę Mrocznej Puszczy (tam, gdzie mieszka Thranduil i Legolas) Tolkien zaczerpnął z mitologii skandynawskiej. Z kolei Skandynawowie tak nazywali nieprzebyte puszcze w dorzeczu Wisły.....
P.S. 2 Gdyby mapę Śródziemia nałożyć na mapę Europy, to Mroczna Puszcza sytuuje się gdzieś w dorzeczu Bugu i Biebrzy (możecie mi mówić "Tauriel"), a Lothlorien leży na granicy polsko-niemiecko-czeskiej. Hej, ludzie z Izerów i okolicy, rozglądajcie się wokoło!
P.S. 3 Niektórzy uważają, że pierwowzorem elfów w mitach były plemiona słowiańskie: http://dragontn.blog.pl/2012/12/25/slowianszczyzna-%E2%80%93-krolestwo-elfow/
Jest to czas zamykania sezonu ogrodowego, zapełniania spiżarni i piwnicy. Dla mnie to był głównie czas walki ze złośliwą grypą i jej powikłaniami, więc nabrałam nieco opóźnienia, ale już jest dobrze. Ocet jabłkowy kwasi się od paru tygodni, drugi baniak kapusty zakiszony. Reszta kapusty w piwnicy czeka na swoją kolej. Na grządkach zostały jeszcze warzywa, co się przymrozków nie boją: jamruż, pory, trochę pietruszki i marchewki, brukselka. Zbieram je powoli i sukcesywnie.
Od dzieciństwa jesienią napada mnie ochota na wędrówkę - ot, wyjść gdzieś za próg, ruszyć naprzód ku przygodzie, ku nieznanemu. Wzdycham i mówię "Może kiedy indziej..." i wracam do domu, do ciepłego pieca, czekających zwierząt i miliona małych spraw, oswajających świat. A tu okna trzeba umyć, wypić coś w ulubionym kubku, zapalić świece. Zrobić lampion, wianki jesienne na groby bliskich. Nie polecę za horyzont w tym roku. Może innym razem...
Tym bardziej lubię więc podróże w wyobraźni, w głąb siebie, do źródeł baśni i mitów. Wracam do książek i filmów ulubionych, ciepłych i takich, które mi dodają ducha. Kiedy za oknem wiatr stuka gałązkami winorośli, kiedy ciemno i tajemniczo, kiedy granica między światami staje się cieniutka, można tam wejść. Niedawno obejrzałam po raz wtóry "Władcę Pierścieni". Z pierwszego oglądania pamiętam niezadowolenie, że to nie tak, jak sobie wymyśliłam od dzieciństwa. "Coście zrobili z moją ulubioną książką" - miałam ochotę zapytać. Wiele rzeczy mi nie odpowiadało, wiele przeoczyłam. Teraz obejrzałam spokojnie, delektując się i dając wciągnąć w tamten świat. I było całkiem inaczej - zaczęłam dostrzegać głębsze myśli, pewien sens, doceniać estetykę. Spodobało mi się i to jak!
Moim ulubionym ludem w Śródziemiu są.... nie, nie zapobiegliwe i miłe hobbity, ale dumne, mądre, piękne i z lekka tragiczne elfy. Zawsze tak było. Wiem, że jest to trochę tak, jakby żaba podziwiała motyle, albo... człowiek anioły, choć elfy są doskonalsze od aniołów, bo znają życie w ciele. Podziwiam je, piękne, mądre, dobre, odporne na zło do tego stopnia, że nawet wytworzone przez nich przedmioty to zło oddalają. Za przywiązanie do Ziemi, do dzikiej przyrody i umiejętność wtopienia się w nią, za miłość do wszystkiego, co piękne i dobre. Rozumiem ich chęć trwania, niechęć do zmian, ich smutek i ich dumę. Wiem, wiem - wiele osób nie lubi ich właśnie dlatego, że takie idealne. Dla mnie są tym bardziej pociągające.
Świat ludzi daje nam taką dozę tego, co brudne, trudne i złe, że człowiekowi dobrze jest obmyć duszę. I tak po cichu wierzyć, że jeśli zdecyduje się trwać mimo wszystko, do końca, to w najczarniejszym momencie pojawi się Haldir ze swoim wojskiem, żeby mu pomóc.
Zaczyna się głęboka jesień. Czas legend, baśni i czarów. Czas zwijania się przed ogniem i odlotów w głąb siebie, w głąb człowieczeństwa, żeby zrozumieć, żeby ocalić tę iskrę nadziei i piękna. Czas świec, światełek i ścieżek we mgle.
Ar sindoriello caita mornie
Ar illye tier undaluve lumbule
W szarym kraju zapadła ciemność
I wszystkie drogi toną w głębokich cieniach.
P.S. 1 Ideę Mrocznej Puszczy (tam, gdzie mieszka Thranduil i Legolas) Tolkien zaczerpnął z mitologii skandynawskiej. Z kolei Skandynawowie tak nazywali nieprzebyte puszcze w dorzeczu Wisły.....
P.S. 2 Gdyby mapę Śródziemia nałożyć na mapę Europy, to Mroczna Puszcza sytuuje się gdzieś w dorzeczu Bugu i Biebrzy (możecie mi mówić "Tauriel"), a Lothlorien leży na granicy polsko-niemiecko-czeskiej. Hej, ludzie z Izerów i okolicy, rozglądajcie się wokoło!
P.S. 3 Niektórzy uważają, że pierwowzorem elfów w mitach były plemiona słowiańskie: http://dragontn.blog.pl/2012/12/25/slowianszczyzna-%E2%80%93-krolestwo-elfow/
niedziela, 9 października 2016
Jak zachować radość i spokój
Wpadłam ostatnio na wypowiedź Włodzimierza Bukowskiego, gdzie porównuje Unię Europejską i dawne ZSRR ( https://www.youtube.com/watch?v=ZrZJcEWcErE ). Wypowiedź dyskusyjna, można się nie zgadzać w wielu punktach. Jednak pewne podobieństwa są uderzające. Moim zdaniem te podobieństwa to poddawanie społeczeństwa swoistej psychomanipulacji przy pomocy propagandy i rozmaitych zabiegów "wychowawczych".
Żyłam w czasach, kiedy ta propaganda miała się jeszcze całkiem dobrze, zwłaszcza w szkołach i pamiętam. Pamiętam też inne rzeczy - ludzi o złamanym sumieniu, trenowanych od dziecka w dwulicowości.
Mimo to ta propaganda miała pewien aspekt, który okazał się dla ludzi pozytywny i na dłuższą metę zachował ich integralność. Był to optymizm i witalność. To nic, że nie były prawdziwe - wielu, nawet bardzo wielu nie zdawało sobie z tego sprawy. Jest jednak pewien mechanizm psychologiczny: jeśli człowiek uśmiecha się, nawet na siłę, to po pewnym czasie naprawdę poprawia mu się nastrój. Jeśli do człowieka napływają pozytywne informacje, dziarska muzyka i kult życia, to on sam zachowuje lepszą formę fizyczną i duchową. Może dlatego w tych trudnych czasach ludzie zachowali wiele najlepszych, ludzkich odruchów mimo wszystko, może dlatego byli bliżej siebie, życzliwsi sobie nawzajem. Co stało się przyczyną pośrednią upadku systemu.
Obecnie psychomanipulatorzy wiele się nauczyli i poszli o wiele dalej. Nie potrzeba obecnie dziarskich budowniczych lepszej przyszłości, wymyślili więc skłócone społeczeństwo zombi. Zauważcie, że prawie wszystkie wiadomości, jakie do nas docierają, jątrzą, bolą i wzbudzają jedynie negatywne emocje i poczucie frustracji. Rodzi się iluzja, jakby świat był pozbawiony już radości, pogody i beztroski, dobrych ciepłych uczuć i spokoju. Niektórzy nazywają to "obniżaniem wibracji". W tej idei wibracji jest coś bardzo mądrego i prawdziwego. Nie będę teraz wdawać się w szczegóły, powiem tylko, że nasz mózg wydziela fale, które można zmierzyć i zapisać. Te fale są zupełnie inne w przypadku smutku i beznadziei, a inne w wypadku szczęścia. A fala jest wibracją...
Mierzono nawet te "fale szczęścia", chcąc zbadać, jacy ludzie są najszczęśliwsi. Wyszło, że mnisi buddyjscy, a także ci, którzy sporo czasu poświęcają medytacji i kontaktowi z przyrodą i potrafią niejako "wyalienować się z nierozentuzjazmowanego tłumu", ale też mają poczucie łączności z innymi.
Odkąd zaczęłam zwracać uwagę na to, jak chce się wzbudzić w nas te niskie, nieprzyjemne wibracje, widzę bardzo wyraźnie te mechanizmy w mediach, w internecie, nawet w książkach. Wystarczy przeczytać kilka nagłówków i zapytać:"Jakie uczucia mają one wzbudzać?" "Czemu służyć?". Wtedy widać wyraźnie jak na dłoni, że znakomita większość próbuje odwoływać się do najniższych uczuć i instynktów.
Gdyby to sobie było tak na uboczu, to jeszcze nic strasznego, ale to przekłada się na wzrost agresji wśród nas wszystkich, poczucie beznadziejności i smutek, a w rezultacie spadek sił witalnych i chęci do czegokolwiek, więc bylejakość życia. Nie jest to życie, o jaki byśmy marzyli, prawda?
Warto więc pielęgnować nasze wibracje, naszą siłę życiową i nasz zdrowy rozsądek. Jak? Ja stosuję kilka prostych zabiegów, widzę ich pozytywny wpływ na siebie i na swoje otoczenie. Po pierwsze, chociaż jestem bardzo dociekliwa, to staram się unikać wszelkich doniesień, wiadomości, a zwłaszcza tych "sensacyjnych" i jątrzących. Bo co mnie obchodzi, że jakaś pani czy pan coś tam chlapnął? Nawet jeśli jest to wysoko postawiona osoba, jego cyrk, jego pchły. Podobnie wszelkie doniesienia o rzekomych katastrofach, upadku gospodarczym, moralnym czy na zadek. Nie i nie, po prostu.
Drugą rzeczą jest moja mała tajemnica, którą praktykuję od lat. Codziennie poświęcam przynajmniej 10 minut na myślenie o czymś pięknym i wzniosłym. Z rozkoszą i z detalami. Najlepiej rano, ale o każdej porze jest dobrze. Myślę i zachwycam się bez obaw i ograniczeń. Zauważcie, że jeśli gdzieś - w filmie, w książce, w reportażu, w sztuce - pojawiają się sprawy piękne i wzniosłe, to zaraz są wygwizdane, zdeprecjonowane i wyśmiane. A przecież potrzeba czci i szacunku oraz zachwytu jest czymś elementarnym i niezbędnym.
Następną moją tajemnicą jest kontakt z przyrodą, z roślinami i zwierzętami. Zauroczenie tymi przejawami życia w każdym momencie i przy każdej pogodzie.
Jeszcze jeden sposób, to moja kolekcja. Wiecie, ludzie kolekcjonują różne rzeczy. Ja, od wczesnej młodości, kolekcjonuję "klejnoty". Są to te piękne chwile i zachwyty, jakie spotykam. Może to być duże wydarzenie, ale najczęściej są to małe impresje, które w pewnym momencie mi się zdarzyły: jakiś promień słońca w jesiennym lesie, jakaś wyprawa po kasztany, jakieś gwiazdy gdzieś nad namiotem. Składam te cenne wspomnienia do specjalnego miejsca we mnie i czasem otwieram i przeglądam. Coś cudownego!
Jest jeszcze praca nad sobą, żeby usunąć pewne szkodliwe wdruki i schematy, które odbierają mi radość i szczęście. Albo po prostu są fałszywe, mechaniczne i niepotrzebne. Praca dość mozolna i czasem przez chwilę boli (jak przy usuwaniu wbitej głęboko drzazgi), ale jest niesamowicie satysfakcjonująca i dająca poczucie wolności.
Dwa dni później: muszę dorzucić jeszcze jedno przemyślenie. Otóż wmawia się nam, że ludzie lubują się w złych wiadomościach. Uważam, że to bujda na resorach. owszem, katastrofa czy wypadek porusza nas i każe się zatrzymać, ale to nie znaczy, że w niej się lubujemy. Badamy zagrożenie, po prostu. Natomiast eskalacja katastrof powoduje znieczulenie. Jednak jeszcze gorsze są ciągłe wzajemne oskarżenia, publiczne pranie brudów, idiotyczne i szkodliwe relacje. Nie chodzi mi o wymuszony hurra optymizm, fałszywy też, ale o prawdę i nadzieję. Bo zdradzę Wam sekret: większość z nas uwielbia komedie, szczęśliwe zakończenia i po prostu kicz. Tylko wstydzi się do tego przyznać. tym bardziej, że jak zauważyła Dorota Terakowska ("Tam, gdzie spadają anioły"), to, co w sztuce uważa się za kicz, w naturze jest przejmująco piękne: łabędź na jeziorze, majestatyczny jeleń na polanie, słowik na kwitnącej gałęzi...
Żyłam w czasach, kiedy ta propaganda miała się jeszcze całkiem dobrze, zwłaszcza w szkołach i pamiętam. Pamiętam też inne rzeczy - ludzi o złamanym sumieniu, trenowanych od dziecka w dwulicowości.
Mimo to ta propaganda miała pewien aspekt, który okazał się dla ludzi pozytywny i na dłuższą metę zachował ich integralność. Był to optymizm i witalność. To nic, że nie były prawdziwe - wielu, nawet bardzo wielu nie zdawało sobie z tego sprawy. Jest jednak pewien mechanizm psychologiczny: jeśli człowiek uśmiecha się, nawet na siłę, to po pewnym czasie naprawdę poprawia mu się nastrój. Jeśli do człowieka napływają pozytywne informacje, dziarska muzyka i kult życia, to on sam zachowuje lepszą formę fizyczną i duchową. Może dlatego w tych trudnych czasach ludzie zachowali wiele najlepszych, ludzkich odruchów mimo wszystko, może dlatego byli bliżej siebie, życzliwsi sobie nawzajem. Co stało się przyczyną pośrednią upadku systemu.
Obecnie psychomanipulatorzy wiele się nauczyli i poszli o wiele dalej. Nie potrzeba obecnie dziarskich budowniczych lepszej przyszłości, wymyślili więc skłócone społeczeństwo zombi. Zauważcie, że prawie wszystkie wiadomości, jakie do nas docierają, jątrzą, bolą i wzbudzają jedynie negatywne emocje i poczucie frustracji. Rodzi się iluzja, jakby świat był pozbawiony już radości, pogody i beztroski, dobrych ciepłych uczuć i spokoju. Niektórzy nazywają to "obniżaniem wibracji". W tej idei wibracji jest coś bardzo mądrego i prawdziwego. Nie będę teraz wdawać się w szczegóły, powiem tylko, że nasz mózg wydziela fale, które można zmierzyć i zapisać. Te fale są zupełnie inne w przypadku smutku i beznadziei, a inne w wypadku szczęścia. A fala jest wibracją...
Mierzono nawet te "fale szczęścia", chcąc zbadać, jacy ludzie są najszczęśliwsi. Wyszło, że mnisi buddyjscy, a także ci, którzy sporo czasu poświęcają medytacji i kontaktowi z przyrodą i potrafią niejako "wyalienować się z nierozentuzjazmowanego tłumu", ale też mają poczucie łączności z innymi.
Odkąd zaczęłam zwracać uwagę na to, jak chce się wzbudzić w nas te niskie, nieprzyjemne wibracje, widzę bardzo wyraźnie te mechanizmy w mediach, w internecie, nawet w książkach. Wystarczy przeczytać kilka nagłówków i zapytać:"Jakie uczucia mają one wzbudzać?" "Czemu służyć?". Wtedy widać wyraźnie jak na dłoni, że znakomita większość próbuje odwoływać się do najniższych uczuć i instynktów.
Gdyby to sobie było tak na uboczu, to jeszcze nic strasznego, ale to przekłada się na wzrost agresji wśród nas wszystkich, poczucie beznadziejności i smutek, a w rezultacie spadek sił witalnych i chęci do czegokolwiek, więc bylejakość życia. Nie jest to życie, o jaki byśmy marzyli, prawda?
Warto więc pielęgnować nasze wibracje, naszą siłę życiową i nasz zdrowy rozsądek. Jak? Ja stosuję kilka prostych zabiegów, widzę ich pozytywny wpływ na siebie i na swoje otoczenie. Po pierwsze, chociaż jestem bardzo dociekliwa, to staram się unikać wszelkich doniesień, wiadomości, a zwłaszcza tych "sensacyjnych" i jątrzących. Bo co mnie obchodzi, że jakaś pani czy pan coś tam chlapnął? Nawet jeśli jest to wysoko postawiona osoba, jego cyrk, jego pchły. Podobnie wszelkie doniesienia o rzekomych katastrofach, upadku gospodarczym, moralnym czy na zadek. Nie i nie, po prostu.
Drugą rzeczą jest moja mała tajemnica, którą praktykuję od lat. Codziennie poświęcam przynajmniej 10 minut na myślenie o czymś pięknym i wzniosłym. Z rozkoszą i z detalami. Najlepiej rano, ale o każdej porze jest dobrze. Myślę i zachwycam się bez obaw i ograniczeń. Zauważcie, że jeśli gdzieś - w filmie, w książce, w reportażu, w sztuce - pojawiają się sprawy piękne i wzniosłe, to zaraz są wygwizdane, zdeprecjonowane i wyśmiane. A przecież potrzeba czci i szacunku oraz zachwytu jest czymś elementarnym i niezbędnym.
Następną moją tajemnicą jest kontakt z przyrodą, z roślinami i zwierzętami. Zauroczenie tymi przejawami życia w każdym momencie i przy każdej pogodzie.
Jeszcze jeden sposób, to moja kolekcja. Wiecie, ludzie kolekcjonują różne rzeczy. Ja, od wczesnej młodości, kolekcjonuję "klejnoty". Są to te piękne chwile i zachwyty, jakie spotykam. Może to być duże wydarzenie, ale najczęściej są to małe impresje, które w pewnym momencie mi się zdarzyły: jakiś promień słońca w jesiennym lesie, jakaś wyprawa po kasztany, jakieś gwiazdy gdzieś nad namiotem. Składam te cenne wspomnienia do specjalnego miejsca we mnie i czasem otwieram i przeglądam. Coś cudownego!
Jest jeszcze praca nad sobą, żeby usunąć pewne szkodliwe wdruki i schematy, które odbierają mi radość i szczęście. Albo po prostu są fałszywe, mechaniczne i niepotrzebne. Praca dość mozolna i czasem przez chwilę boli (jak przy usuwaniu wbitej głęboko drzazgi), ale jest niesamowicie satysfakcjonująca i dająca poczucie wolności.
Dwa dni później: muszę dorzucić jeszcze jedno przemyślenie. Otóż wmawia się nam, że ludzie lubują się w złych wiadomościach. Uważam, że to bujda na resorach. owszem, katastrofa czy wypadek porusza nas i każe się zatrzymać, ale to nie znaczy, że w niej się lubujemy. Badamy zagrożenie, po prostu. Natomiast eskalacja katastrof powoduje znieczulenie. Jednak jeszcze gorsze są ciągłe wzajemne oskarżenia, publiczne pranie brudów, idiotyczne i szkodliwe relacje. Nie chodzi mi o wymuszony hurra optymizm, fałszywy też, ale o prawdę i nadzieję. Bo zdradzę Wam sekret: większość z nas uwielbia komedie, szczęśliwe zakończenia i po prostu kicz. Tylko wstydzi się do tego przyznać. tym bardziej, że jak zauważyła Dorota Terakowska ("Tam, gdzie spadają anioły"), to, co w sztuce uważa się za kicz, w naturze jest przejmująco piękne: łabędź na jeziorze, majestatyczny jeleń na polanie, słowik na kwitnącej gałęzi...
poniedziałek, 3 października 2016
Namaste - pozdrawiam świętość w Tobie
Miałam nie odzywać się odnośnie ustawy aborcyjnej i protestów, bo fakt, że jest to manipulacja społeczeństwem w myśl starej zasady "dziel i rządź" aż skacze do oczu. Tyle, że widzę, jak zatacza coraz szersze kręgi, jak dzielą się moje kochane przyjaciółki i znajomi, ile złych emocji wywołuje, więc nie mogę już dłużej milczeć.
Kochani, tam, na górze, nikomu nie chodzi o świętość życia czy wolność wyboru. Chodzi o to, aby podzielić ludzi, aby wzbudzić jak najwięcej niechęci. Pula złych emocji wzrasta. A ona żywi potwory... Dobre emocje są dla nich trucizną. Tylko dlatego rozpętano tę huśtawkę nienawiści i poczucia krzywdy. Nie ma w niej najmniejszych logicznych przesłanek i ustawa ta prawdopodobnie nigdy by nie ujrzała światła dziennego. A tak ludzie karmią potwory, a politycy tymczasem pod tą osłoną dymną robią swoje.I nie jest to nic, co by nam przyniosło dobro. Gorzko...
Tak naprawdę to wszyscy mają rację. Zabijanie, każde zabijanie jest złem. Ba, każda krzywda i ból wyrządzona innej osobie jest złem. Jednak życie jest, jakie jest i czasami mniejsze zło jest akceptowane, by uniknąć zła większego. Inaczej wszyscy żołnierze powinni być sądzeni jako zawodowi mordercy. Tymczasem otaczają ich troską rozmaici kapelani, święcą działa, helikoptery i czołgi.
Wolność wyboru jest nieodłączną cechą człowieczeństwa, daną nam przez los czy Boga. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwa i przyjemna. I nikt nie powinien w tę wolność wkraczać inaczej, niż z życzliwą radą czy obietnicą pomocy. Niejaki Jezus z Nazaretu powiedział: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" i "Jaką miarą mierzycie, taką wam odmierzą". Jesteśmy świadkami mierzenia innych miarą niechęci, pogardy i nienawiści. Jak to pogodzić?
Gdyby tak naprawdę decydentom i wszelkiej maści bojownikom o słuszną sprawę zależało na życiu, na każdym życiu, które jest bezcenne, to w przypadku ciąży, zwłaszcza takiej z problemami, kobieta i cała jej rodzina otrzymywała by wsparcie i współczucie i to nie tylko chwilowe, ale rozciągające się na całe życie. Przedstawiano by jasno sytuację i różne możliwości, a w przypadku jakiejkolwiek decyzji można by liczyć na zrozumienie i wsparcie. Gdyby była odpowiednia opieka nad kobietami w ciąży, pomoc psychologiczna i materialna, pewność bezpieczeństwa i dachu nad głową, pełna opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi, to aborcji było by dużo mniej.
Ustawa jest tylko kryminogenna, bo kogo w tym kraju powstrzymały kiedykolwiek jakieś zakazy? Tylko aborcyjne podziemie będzie miało pożytek ze szkodą dla kobiet, które może by urodziły, gdyby aborcja była legalna, ale przed jej wykonaniem proponowano by wszelką możliwą pomoc. Myślicie, że ci mądrale z parlamentu o tym nie wiedzą? Ale powtarzam - im wcale nie chodzi o poczęte dzieci. Dlatego zaczynają od dupy strony. Chodzi o skłócenie nas i wzięcie jeszcze bardziej pod but, bo skłóconymi łatwiej manipulować.
Aborcja jest złem. Złem też jest zabijanie ludzi na wojnie. Mówi się o niewinnych istotkach. A czy dwudziestoletni chłopcy, rzuceni w nieludzką grę, są bardziej winni? Czy dzieci w zakładach opieki specjalnej są czemuś winne?
Pracowałam kilka lat w zakładach dla dzieci upośledzonych, zarówno tych prowadzonych przez Caritas, jak i państwowych. To jest piekło niewinnych. Piekło i upodlenie, gwałty, bicie, tęsknota i odmawianie człowieczeństwa. Rażące zaniedbania, rany, odleżyny.... To życie także jest święte, czemu nikt nie urządza marszów w ich obronie?
Może właśnie od tego trzeba by zacząć? Od zapewnienia opieki i uczucia KAŻDEMU dziecku narodzonemu i jego rodzinie? Marzę o tym, żeby w każdym szpitalu możliwa była aborcja na życzenie, ale żeby nikt z niej nie korzystał.Bo każdy byłby wpatrzony w płomień świętości własnego życia i życia innych. Tylko tak, szanując świętość życia w każdej osobie, można coś osiągnąć.
Namaste, moja siostro, córko, moja przyjaciółko, człowieku. Uznaję świętość w Tobie i szanuję Twoją wolną wolę. W razie potrzeby możesz na mnie liczyć. Namaste.
Kochani, tam, na górze, nikomu nie chodzi o świętość życia czy wolność wyboru. Chodzi o to, aby podzielić ludzi, aby wzbudzić jak najwięcej niechęci. Pula złych emocji wzrasta. A ona żywi potwory... Dobre emocje są dla nich trucizną. Tylko dlatego rozpętano tę huśtawkę nienawiści i poczucia krzywdy. Nie ma w niej najmniejszych logicznych przesłanek i ustawa ta prawdopodobnie nigdy by nie ujrzała światła dziennego. A tak ludzie karmią potwory, a politycy tymczasem pod tą osłoną dymną robią swoje.I nie jest to nic, co by nam przyniosło dobro. Gorzko...
Tak naprawdę to wszyscy mają rację. Zabijanie, każde zabijanie jest złem. Ba, każda krzywda i ból wyrządzona innej osobie jest złem. Jednak życie jest, jakie jest i czasami mniejsze zło jest akceptowane, by uniknąć zła większego. Inaczej wszyscy żołnierze powinni być sądzeni jako zawodowi mordercy. Tymczasem otaczają ich troską rozmaici kapelani, święcą działa, helikoptery i czołgi.
Wolność wyboru jest nieodłączną cechą człowieczeństwa, daną nam przez los czy Boga. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwa i przyjemna. I nikt nie powinien w tę wolność wkraczać inaczej, niż z życzliwą radą czy obietnicą pomocy. Niejaki Jezus z Nazaretu powiedział: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" i "Jaką miarą mierzycie, taką wam odmierzą". Jesteśmy świadkami mierzenia innych miarą niechęci, pogardy i nienawiści. Jak to pogodzić?
Gdyby tak naprawdę decydentom i wszelkiej maści bojownikom o słuszną sprawę zależało na życiu, na każdym życiu, które jest bezcenne, to w przypadku ciąży, zwłaszcza takiej z problemami, kobieta i cała jej rodzina otrzymywała by wsparcie i współczucie i to nie tylko chwilowe, ale rozciągające się na całe życie. Przedstawiano by jasno sytuację i różne możliwości, a w przypadku jakiejkolwiek decyzji można by liczyć na zrozumienie i wsparcie. Gdyby była odpowiednia opieka nad kobietami w ciąży, pomoc psychologiczna i materialna, pewność bezpieczeństwa i dachu nad głową, pełna opieka nad dziećmi niepełnosprawnymi, to aborcji było by dużo mniej.
Ustawa jest tylko kryminogenna, bo kogo w tym kraju powstrzymały kiedykolwiek jakieś zakazy? Tylko aborcyjne podziemie będzie miało pożytek ze szkodą dla kobiet, które może by urodziły, gdyby aborcja była legalna, ale przed jej wykonaniem proponowano by wszelką możliwą pomoc. Myślicie, że ci mądrale z parlamentu o tym nie wiedzą? Ale powtarzam - im wcale nie chodzi o poczęte dzieci. Dlatego zaczynają od dupy strony. Chodzi o skłócenie nas i wzięcie jeszcze bardziej pod but, bo skłóconymi łatwiej manipulować.
Aborcja jest złem. Złem też jest zabijanie ludzi na wojnie. Mówi się o niewinnych istotkach. A czy dwudziestoletni chłopcy, rzuceni w nieludzką grę, są bardziej winni? Czy dzieci w zakładach opieki specjalnej są czemuś winne?
Pracowałam kilka lat w zakładach dla dzieci upośledzonych, zarówno tych prowadzonych przez Caritas, jak i państwowych. To jest piekło niewinnych. Piekło i upodlenie, gwałty, bicie, tęsknota i odmawianie człowieczeństwa. Rażące zaniedbania, rany, odleżyny.... To życie także jest święte, czemu nikt nie urządza marszów w ich obronie?
Może właśnie od tego trzeba by zacząć? Od zapewnienia opieki i uczucia KAŻDEMU dziecku narodzonemu i jego rodzinie? Marzę o tym, żeby w każdym szpitalu możliwa była aborcja na życzenie, ale żeby nikt z niej nie korzystał.Bo każdy byłby wpatrzony w płomień świętości własnego życia i życia innych. Tylko tak, szanując świętość życia w każdej osobie, można coś osiągnąć.
Namaste, moja siostro, córko, moja przyjaciółko, człowieku. Uznaję świętość w Tobie i szanuję Twoją wolną wolę. W razie potrzeby możesz na mnie liczyć. Namaste.
piątek, 23 września 2016
Czas obfitości
Lubię jesień. Lubię poranne mgły, chłodne noce, światło padające z ukosa. Lubię też jesień za to, że dla ogrodnika jest czasem obfitości i bogactwa. Oczywiście już od wiosny zbieramy różne plony w naszym warzywniku, ale to jesienią jest prawdziwa eksplozja smaków i zapachów.
W tym roku, jak zwykle, niektóre warzywa udały się pięknie, inne tylko poprawnie, ale zawsze jest ich bogactwo nieprzebrane. Najpierw te "poprawne" - ziemniaki. To częściowo moja wina, bo nie dosyć dokładałam im materii organicznej. Zwykle dysponuję sporą ilością siana, ale w tym roku mąż już nie dał rady kosić wykaszarką i przesiadł się na traktorek-kosiarkę. A po niej tyle siana, że ledwie owcom wystarczy, a może i nie. To i kartoflom zabrakło. Poza tym zawaliłam sprawę ze stonką, no i choroby grzybowe, wyjątkowo obfite tego lata. Jednak mam worek ziemniaków z grządki 5na 5 metrów oraz pół worka czarnych. Średniej wielkości, trochę dużych tylko, ale niezwykle zwięzłe i smaczne. W dotyku są zupełnie inne, niż te kupowane, twardsze, bardziej suche. Być może, hodowane w spartańskich warunkach, są o wiele bardziej skoncentrowane. Drugi "trójkowicz" to marchewka. To znaczy była by pewnie, gdyby nie to, że pewnego wiosennego poranka mój mąż, wielce zadowolony własną dobrocią, gorliwie wypielił i wymotykował zagonek cebuli. Tyle, że między rzędami cebuli to nie chwasty rosły, a marchewka... Odsiałam oczywiście, no i była wczesna, okrągła, która rosła gdzie indziej, ale jest jej mniej. Nieco lepiej od marchewki plonują pory i selery, tyle, że pory złapały pasożyta. Szkody nie są wielkie, ale jednak.... Całkiem nieźle plonował zielony groszek, tyle, że miałam go niewiele.
Bardzo ładnie udała się za to pietruszka, oczywiście dynie i kabaczki (dyniowy rok był), pomidory, fasola, buraki (zwykłe i liściowe), sałaty, rzodkiewki, czarna rzodkiew. Brukselka pięknie wiąże małe główki. Kapusta wczesna, późna i czerwona przedstawia się nader malowniczo, bo gąsienice zrobiły z zewnętrznych liści koronkę, ale główki są duże, zwięzłe i smaczne. Jeden baniak już zakiszony. Brokuły dają już chyba czwarty plon w postaci malutkich różyczek, doskonałych do gotowania na parze razem z innymi smakowitościami.
Celebruję jesień. Stawiam kociołek z warzywami na kuchni opalanej drewnem i on sobie pomalutku pyrka. Zioła, suszące się przy kuchni, pachną. Smak moich warzyw jest dla mnie nieporównany, podobnie jak owoców. Mamy w tym roku urodzaj na winogrona, w tym jeden krzak owocuje po raz pierwszy - wczesne, drobne, ciemnofioletowe. Bardzo słodkie. Krzew dostałam od znajomych w postaci malutkiej sadzoneczki tylko 3 lata temu! A już mam pełne wiadro owoców. Chodzę i skubię je namiętnie, a Luna łazi za mną i dopomina się o słodkie jagódki. Mam psa owocożercę!
Jesień to nagroda dla ogrodnika. A jeszcze większą nagrodą jest świadomość, że moja ziemia jest żywa, żyzna. W obliczu klęski umierających gleb na polach mam nadzieję być oazą, z której być może wyjdzie przyszłe odrodzenie. Bo trzeba wprawdzie lat wprowadzania do gleby różnych chemicznych świństw, żeby ją zabić i żeby rolnictwo stało się po prostu nieopłacalne, bo wydatki na chemię przewyższają zarobek, ale potem trzeba też lat, żeby ziemia na powrót ożyła. Od 5 do 25 lat, w zależności od rozmiarów szkód. Ludzie coraz bardziej zwracają uwagę na to, co jedzą i skąd. Budzi się pomału świadomość manipulacji, jakimi zwodzą nas duże koncerny - im chodzi o zyski, nie o nasze dobro. Możliwe, że niedługo ziemia żywa i zamieszkana miriadami organizmów będzie na wagę złota.
W tym roku, jak zwykle, niektóre warzywa udały się pięknie, inne tylko poprawnie, ale zawsze jest ich bogactwo nieprzebrane. Najpierw te "poprawne" - ziemniaki. To częściowo moja wina, bo nie dosyć dokładałam im materii organicznej. Zwykle dysponuję sporą ilością siana, ale w tym roku mąż już nie dał rady kosić wykaszarką i przesiadł się na traktorek-kosiarkę. A po niej tyle siana, że ledwie owcom wystarczy, a może i nie. To i kartoflom zabrakło. Poza tym zawaliłam sprawę ze stonką, no i choroby grzybowe, wyjątkowo obfite tego lata. Jednak mam worek ziemniaków z grządki 5na 5 metrów oraz pół worka czarnych. Średniej wielkości, trochę dużych tylko, ale niezwykle zwięzłe i smaczne. W dotyku są zupełnie inne, niż te kupowane, twardsze, bardziej suche. Być może, hodowane w spartańskich warunkach, są o wiele bardziej skoncentrowane. Drugi "trójkowicz" to marchewka. To znaczy była by pewnie, gdyby nie to, że pewnego wiosennego poranka mój mąż, wielce zadowolony własną dobrocią, gorliwie wypielił i wymotykował zagonek cebuli. Tyle, że między rzędami cebuli to nie chwasty rosły, a marchewka... Odsiałam oczywiście, no i była wczesna, okrągła, która rosła gdzie indziej, ale jest jej mniej. Nieco lepiej od marchewki plonują pory i selery, tyle, że pory złapały pasożyta. Szkody nie są wielkie, ale jednak.... Całkiem nieźle plonował zielony groszek, tyle, że miałam go niewiele.
Bardzo ładnie udała się za to pietruszka, oczywiście dynie i kabaczki (dyniowy rok był), pomidory, fasola, buraki (zwykłe i liściowe), sałaty, rzodkiewki, czarna rzodkiew. Brukselka pięknie wiąże małe główki. Kapusta wczesna, późna i czerwona przedstawia się nader malowniczo, bo gąsienice zrobiły z zewnętrznych liści koronkę, ale główki są duże, zwięzłe i smaczne. Jeden baniak już zakiszony. Brokuły dają już chyba czwarty plon w postaci malutkich różyczek, doskonałych do gotowania na parze razem z innymi smakowitościami.
Celebruję jesień. Stawiam kociołek z warzywami na kuchni opalanej drewnem i on sobie pomalutku pyrka. Zioła, suszące się przy kuchni, pachną. Smak moich warzyw jest dla mnie nieporównany, podobnie jak owoców. Mamy w tym roku urodzaj na winogrona, w tym jeden krzak owocuje po raz pierwszy - wczesne, drobne, ciemnofioletowe. Bardzo słodkie. Krzew dostałam od znajomych w postaci malutkiej sadzoneczki tylko 3 lata temu! A już mam pełne wiadro owoców. Chodzę i skubię je namiętnie, a Luna łazi za mną i dopomina się o słodkie jagódki. Mam psa owocożercę!
Jesień to nagroda dla ogrodnika. A jeszcze większą nagrodą jest świadomość, że moja ziemia jest żywa, żyzna. W obliczu klęski umierających gleb na polach mam nadzieję być oazą, z której być może wyjdzie przyszłe odrodzenie. Bo trzeba wprawdzie lat wprowadzania do gleby różnych chemicznych świństw, żeby ją zabić i żeby rolnictwo stało się po prostu nieopłacalne, bo wydatki na chemię przewyższają zarobek, ale potem trzeba też lat, żeby ziemia na powrót ożyła. Od 5 do 25 lat, w zależności od rozmiarów szkód. Ludzie coraz bardziej zwracają uwagę na to, co jedzą i skąd. Budzi się pomału świadomość manipulacji, jakimi zwodzą nas duże koncerny - im chodzi o zyski, nie o nasze dobro. Możliwe, że niedługo ziemia żywa i zamieszkana miriadami organizmów będzie na wagę złota.
środa, 14 września 2016
Kojące książki
Jestem od najmłodszych lat molem książkowym i bardzo to lubię. Kiedy się trochę nudzę, to szukam w książkach przygody i emocji, a kiedy jestem zmęczona, to ukojenia i oderwania. Mam chyba jakiś dziwny charakter, bo ukojenie przynosi mi wejście w świat nauki, ale takiej, gdzie sprawy naszego życia zyskują zupełnie inne proporcje. No i wymagam, żeby były dostępne dla człowieka normalnego z zacięciem raczej humanistyczno-przyrodniczym.
Ta dostępność jest ważna, bo przez kilka ostatnich lat upodobałam sobie fizykę i astrofizykę, czyli dziedziny, których nie lubiłam w szkole. No cóż, kobieta zmienną jest. Dla mnie to jest takie wietrzenie mózgu, gdzie wychodzę poza codzienny ciasny światek i pędzę po niezmierzonych przestrzeniach, które przecież są wokół nas i w nas. Fakty naukowe przy dzisiejszym stanie nauki przekraczają najdziwniejsze fantazje. Aż w głowie się kręci, kiedy człowiek sobie uświadomi, że SĄ PRAWDZIWE.
Moje ciągoty do wypraw w gwiazdy zaspokoiły smakowicie książki braci Bogdanov, ekscentrycznych francusko- rosyjsko- coś tam-coś tam naukowców bliźniaków. Niesłychanie smakowite, napakowane wiedzą i ciekawostkami, tyle, że niedostępne po polsku w tej chwili.
Potem chciałam w końcu pojąć co nieco z fizyki kwantowej i wpadłam na książkę "Tańczący Mistrzowie Wu LI" (Gary Zukav). Przesiedziałam nad nią ostatnią zimę i nawet chyba co nieco zrozumiałam, w każdym razie mam to uczucie świeżości w umyśle i lekkiego zawrotu głowy, jak zawsze, kiedy coś pojmuję. Okazuje się, że nie trzeba koniecznie znać ton wzorów i innych takich, żeby pojąć podstawy fizyki, a otwiera się przed człowiekiem zupełnie nieprzeczuwalny świat.
Kosmos to było nurkowanie w niepojęcie wielkie, fizyka kwantowa - w niepojęcie małe. Teraz przyszedł czas na odkrywanie tajemniczych światów w naszym codziennym wymiarze. Wpadłam ostatnio na książkę "Sekretne Życie Drzew" i ... wpadłam.
Wydawało mi się, że wiem sporo o drzewach, ale okazuje się, że jest mnóstwo rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Drzewa opiekujące się swoim potomstwem? Drzewa umiejące liczyć i posługujące się czymś w rodzaju internetu? Drzewa krzyczące? Żadnych niesprawdzonych teorii, same naukowe fakty, tyle że podane ze swadą i miłością do lasów doświadczonego leśnika. Widać tam wyraźnie, jak tak naprawdę mało wiemy o drzewach i jak często rozumiemy je opacznie - ich potrzeby i dobrobyt.
Polecam tę książkę każdemu, kto interesuje się przyrodą, naturą i chce po prostu trochę lepiej zrozumieć świat. Takie jesienne wietrzenie mózgu pośród opadających liści.
"SEKRETNE ŻYCIE DRZEW" Peter Wohlleben
Ta dostępność jest ważna, bo przez kilka ostatnich lat upodobałam sobie fizykę i astrofizykę, czyli dziedziny, których nie lubiłam w szkole. No cóż, kobieta zmienną jest. Dla mnie to jest takie wietrzenie mózgu, gdzie wychodzę poza codzienny ciasny światek i pędzę po niezmierzonych przestrzeniach, które przecież są wokół nas i w nas. Fakty naukowe przy dzisiejszym stanie nauki przekraczają najdziwniejsze fantazje. Aż w głowie się kręci, kiedy człowiek sobie uświadomi, że SĄ PRAWDZIWE.
Moje ciągoty do wypraw w gwiazdy zaspokoiły smakowicie książki braci Bogdanov, ekscentrycznych francusko- rosyjsko- coś tam-coś tam naukowców bliźniaków. Niesłychanie smakowite, napakowane wiedzą i ciekawostkami, tyle, że niedostępne po polsku w tej chwili.
Potem chciałam w końcu pojąć co nieco z fizyki kwantowej i wpadłam na książkę "Tańczący Mistrzowie Wu LI" (Gary Zukav). Przesiedziałam nad nią ostatnią zimę i nawet chyba co nieco zrozumiałam, w każdym razie mam to uczucie świeżości w umyśle i lekkiego zawrotu głowy, jak zawsze, kiedy coś pojmuję. Okazuje się, że nie trzeba koniecznie znać ton wzorów i innych takich, żeby pojąć podstawy fizyki, a otwiera się przed człowiekiem zupełnie nieprzeczuwalny świat.
Kosmos to było nurkowanie w niepojęcie wielkie, fizyka kwantowa - w niepojęcie małe. Teraz przyszedł czas na odkrywanie tajemniczych światów w naszym codziennym wymiarze. Wpadłam ostatnio na książkę "Sekretne Życie Drzew" i ... wpadłam.
Wydawało mi się, że wiem sporo o drzewach, ale okazuje się, że jest mnóstwo rzeczy, o których nie miałam pojęcia. Drzewa opiekujące się swoim potomstwem? Drzewa umiejące liczyć i posługujące się czymś w rodzaju internetu? Drzewa krzyczące? Żadnych niesprawdzonych teorii, same naukowe fakty, tyle że podane ze swadą i miłością do lasów doświadczonego leśnika. Widać tam wyraźnie, jak tak naprawdę mało wiemy o drzewach i jak często rozumiemy je opacznie - ich potrzeby i dobrobyt.
Polecam tę książkę każdemu, kto interesuje się przyrodą, naturą i chce po prostu trochę lepiej zrozumieć świat. Takie jesienne wietrzenie mózgu pośród opadających liści.
"SEKRETNE ŻYCIE DRZEW" Peter Wohlleben
czwartek, 8 września 2016
To już?
W mocnym, skośnym świetle słońca snują się nitki babiego lata. Ranki są zimne i białe od rosy. Kolory zaczynają ciążyć w kierunku żółci i brązów. I jest zdziwienie: "Jak to? To już?"
Przecież na parapecie leżą jeszcze nie do końca wysiane torebki nasion, przecież tylko co odkrywałam ziemię po zimie.... Czuję się, jakby ktoś ukradł mi lato. Szukam we wspomnieniach i nic, jakby go nie było. Tak jakoś szybko minęło.
Nie wiem, gdzie popełniłam błąd, ale to zniknięte lato daje mi do myślenia. Zagrzebałam się gdzieś w przetworach, w zamknięciu kuchni, w swoim zmęczeniu i pozwoliłam czasowi przemijać niezauważenie. Czuję się znużona codziennymi, powtarzalnymi czynnościami, które zjadają czas. Coraz mniej mam ochoty i cierpliwości na kontakty z ludźmi, bo czuję się nieludzko wręcz zmęczona i dlatego obojętna. Mam dość wszystkich "trzeba", "należy", "muszę"... Najchętniej wyciągnęła bym się wygodnie i nic nie musiała, tylko podziwiała niebo. I chyba w końcu tak zrobię, w miarę możliwości. I zrobię wielkie odkurzanie w swoim życiu.
Bo cała ta codzienna krzątanina, ta niekończąca się praca nie ma żadnej wartości i popieleje, jeśli nie nadaje jej sensu miłość. Ta, która najszybciej przychodzi na myśl - do bliskich, do zwierząt. Ale też miłość do życia i do tego miejsca, gdzie żyję, w szczególności. I miłość do siebie samej, nawet do tych bolących pleców i stóp.
Odnajdę tę miłość, a z nią zachwyt i kolory życia. Nie przetrwonię jesieni.
Przecież na parapecie leżą jeszcze nie do końca wysiane torebki nasion, przecież tylko co odkrywałam ziemię po zimie.... Czuję się, jakby ktoś ukradł mi lato. Szukam we wspomnieniach i nic, jakby go nie było. Tak jakoś szybko minęło.
Nie wiem, gdzie popełniłam błąd, ale to zniknięte lato daje mi do myślenia. Zagrzebałam się gdzieś w przetworach, w zamknięciu kuchni, w swoim zmęczeniu i pozwoliłam czasowi przemijać niezauważenie. Czuję się znużona codziennymi, powtarzalnymi czynnościami, które zjadają czas. Coraz mniej mam ochoty i cierpliwości na kontakty z ludźmi, bo czuję się nieludzko wręcz zmęczona i dlatego obojętna. Mam dość wszystkich "trzeba", "należy", "muszę"... Najchętniej wyciągnęła bym się wygodnie i nic nie musiała, tylko podziwiała niebo. I chyba w końcu tak zrobię, w miarę możliwości. I zrobię wielkie odkurzanie w swoim życiu.
Bo cała ta codzienna krzątanina, ta niekończąca się praca nie ma żadnej wartości i popieleje, jeśli nie nadaje jej sensu miłość. Ta, która najszybciej przychodzi na myśl - do bliskich, do zwierząt. Ale też miłość do życia i do tego miejsca, gdzie żyję, w szczególności. I miłość do siebie samej, nawet do tych bolących pleców i stóp.
Odnajdę tę miłość, a z nią zachwyt i kolory życia. Nie przetrwonię jesieni.
sobota, 20 sierpnia 2016
Hodowanie gleby II
No to już wydusiliśmy murawę, mamy niezły wał przekładańcowy pełen humusu i co dalej? Ano dalej natura działa swoim trybem: humus dostarcza środków odżywczych roślinom, my je zjadamy - czyli zabieramy pewną ilość substancji odżywczych z gleby. Także gotowe sole mineralne - wynik rozkładu humusu - są pomału wypłukiwane z grządki. Trzeba te braki uzupełniać, czyli dostarczać nowej materii organicznej do rozkładu.
I tu są dwie drogi, każda ma swoje wady i zalety. Można wybrać, albo tak jak ja stosować obie. Jedna to jest ściółkowanie, a druga dostarczanie kompostu, czyli już gotowego humusu.
Ściółka poza dostarczaniem substancji odżywczych do gleby chroni ją przed wysychaniem lub zbiciem przez deszcz, zapewnia bogate życie w glebie i jest prostsza i łatwiejsza. Ma jednak złą prasę, moim zdaniem przesadzoną. Prawdopodobnie przyciąga nornice. Możliwe, tyle, że mam wrażenie, że to nie ściółka, tylko obfitość pożywienia. Jeśli naokoło jest pustynia biologiczna (trawnik, pola zlewane chemią, słaba ziemia), to nornice rzucą się od razu na taki zastawiony stół. U nas plaga nornic była przez kilka pierwszych lat, jak na ironię wtedy nie ściółkowałam. Robiłam tylko pierwsze przekładańce, a chodzenie po ogrodzie przypominało chodzenie po polu minowym. Co rusz noga zapadała się w jakąś dziurę. Jednak, o dziwo, miałam coraz lepsze plony. A to dlatego, że nornice są wszystkożerne i o wiele bardziej od korzonków naszych warzyw lubią rozmaite pędraki, drutowce, turkucie i inne paskudne podgryzacze, a tych było zatrzęsienie. Pomału, bez fanfar, liczba nornic spadła tak, że teraz tylko czasem je spotykam. Jak to się stało? Po pierwsze porosły żywopłoty, wyrósł lasek i biologiczna pustynia zamieniła się w żyzną ziemię. Rozlazły się więc po okolicy, tym bardziej, że w warzywniku jest sporo roślin, które im obrzydzają życie oraz sporo drapieżników, które na nie polują, zarówno dzikich, jak i domowych. I tak ta dam! pojawiło się Siedmiu Wspaniałych: czarny bez, aksamitka, czosnek, bazylia (można jeszcze rącznik i szachownicę, ale ja ich nie mam), kot, pies i łasica oraz, jako przyczepka, niedopałki papierosów wtykane w nory i przegnali na cztery strony świata tałatajstwo. Teraz buszują po dzikich polach z topinamburem, tylko czasem któraś zajrzy do warzywnika i wyżre pędraki. Niech tam, nie żałuję jej.
Prawdopodobnie ściółka sprzyja też ślimakom. I to częściowo jest prawda. Prawda też jest taka, że jeśli ślimaki gdzieś są, to są i bez ściółki, a jeśli ich jest niewiele to i ze ściółką wielkiej szkody nie zrobią. U nas jest niewiele, choć współczuję wszystkim, którzy z tą plagą walczą. Powtarzam się: kaczki biegusy są najlepsze i najbardziej ekonomiczne.
No i trzecia rzecz: ściółka wygląda trochę bałaganiarsko. Nie do końca prawda, ładna, dobrze ułożona ściółka jest bardzo estetyczna, ale weź przekonaj tych, co opory mają we krwi.
Wbrew modzie słoma wcale nie jest najlepsza, ale lepsza słoma, niż nic.
A jaka jest ściółka idealna? Mieszanka słomy czy siana i części zielonych, rozdrobniona np. przy pomocy kosiarki. Delikatna, drobna, łatwo się ją układa. Najbogatsza i najlepsza do stosowania w trudnych miejscach, np. między rzędami wysianych nasion. Do większych sadzonek, jak dynie, ziemniaki, pomidory itp. może być słoma i/lub siano.
Można też ściółkować tylko jesienią, a wiosną zgrabić resztki ściółki na ścieżki lub na kompost. Bo zimą gleba powinna być przykryta, za wszelką cenę.
Jeśli jednak ktoś ma wstręt do ściółkowania, to może po prostu robić kompost i taki dojrzały rozsiewać na grządki, zwłaszcza te starsze. Ma to też sporo zalet.
W sumie ważne jest, żeby dostarczać próchnicę, sposób każdy wybiera sobie sam.
Można jeszcze po prostu co kilka lat zakładać nowe przekładańce (co 5-7 lat wystarczy) przykrywając je po wierzchu odgarniętą warstwą żyznej gleby.
Jak widać metod jest sporo, każdy może wybrać, co mu się podoba, albo łączyć je razem. Najważniejsze jest, by mieć na uwadze procesy zachodzące w glebie, rozumieć je i z nimi współdziałać.
Zdjęcie z początku lipca tego roku, wykonane w czasie fali upałów. Widać na nim dobrze ściółkę i rośliny, które te upały przeżyły w dobrej formie praktycznie bez podlewania.
I tu są dwie drogi, każda ma swoje wady i zalety. Można wybrać, albo tak jak ja stosować obie. Jedna to jest ściółkowanie, a druga dostarczanie kompostu, czyli już gotowego humusu.
Ściółka poza dostarczaniem substancji odżywczych do gleby chroni ją przed wysychaniem lub zbiciem przez deszcz, zapewnia bogate życie w glebie i jest prostsza i łatwiejsza. Ma jednak złą prasę, moim zdaniem przesadzoną. Prawdopodobnie przyciąga nornice. Możliwe, tyle, że mam wrażenie, że to nie ściółka, tylko obfitość pożywienia. Jeśli naokoło jest pustynia biologiczna (trawnik, pola zlewane chemią, słaba ziemia), to nornice rzucą się od razu na taki zastawiony stół. U nas plaga nornic była przez kilka pierwszych lat, jak na ironię wtedy nie ściółkowałam. Robiłam tylko pierwsze przekładańce, a chodzenie po ogrodzie przypominało chodzenie po polu minowym. Co rusz noga zapadała się w jakąś dziurę. Jednak, o dziwo, miałam coraz lepsze plony. A to dlatego, że nornice są wszystkożerne i o wiele bardziej od korzonków naszych warzyw lubią rozmaite pędraki, drutowce, turkucie i inne paskudne podgryzacze, a tych było zatrzęsienie. Pomału, bez fanfar, liczba nornic spadła tak, że teraz tylko czasem je spotykam. Jak to się stało? Po pierwsze porosły żywopłoty, wyrósł lasek i biologiczna pustynia zamieniła się w żyzną ziemię. Rozlazły się więc po okolicy, tym bardziej, że w warzywniku jest sporo roślin, które im obrzydzają życie oraz sporo drapieżników, które na nie polują, zarówno dzikich, jak i domowych. I tak ta dam! pojawiło się Siedmiu Wspaniałych: czarny bez, aksamitka, czosnek, bazylia (można jeszcze rącznik i szachownicę, ale ja ich nie mam), kot, pies i łasica oraz, jako przyczepka, niedopałki papierosów wtykane w nory i przegnali na cztery strony świata tałatajstwo. Teraz buszują po dzikich polach z topinamburem, tylko czasem któraś zajrzy do warzywnika i wyżre pędraki. Niech tam, nie żałuję jej.
Prawdopodobnie ściółka sprzyja też ślimakom. I to częściowo jest prawda. Prawda też jest taka, że jeśli ślimaki gdzieś są, to są i bez ściółki, a jeśli ich jest niewiele to i ze ściółką wielkiej szkody nie zrobią. U nas jest niewiele, choć współczuję wszystkim, którzy z tą plagą walczą. Powtarzam się: kaczki biegusy są najlepsze i najbardziej ekonomiczne.
No i trzecia rzecz: ściółka wygląda trochę bałaganiarsko. Nie do końca prawda, ładna, dobrze ułożona ściółka jest bardzo estetyczna, ale weź przekonaj tych, co opory mają we krwi.
Wbrew modzie słoma wcale nie jest najlepsza, ale lepsza słoma, niż nic.
A jaka jest ściółka idealna? Mieszanka słomy czy siana i części zielonych, rozdrobniona np. przy pomocy kosiarki. Delikatna, drobna, łatwo się ją układa. Najbogatsza i najlepsza do stosowania w trudnych miejscach, np. między rzędami wysianych nasion. Do większych sadzonek, jak dynie, ziemniaki, pomidory itp. może być słoma i/lub siano.
Można też ściółkować tylko jesienią, a wiosną zgrabić resztki ściółki na ścieżki lub na kompost. Bo zimą gleba powinna być przykryta, za wszelką cenę.
Jeśli jednak ktoś ma wstręt do ściółkowania, to może po prostu robić kompost i taki dojrzały rozsiewać na grządki, zwłaszcza te starsze. Ma to też sporo zalet.
W sumie ważne jest, żeby dostarczać próchnicę, sposób każdy wybiera sobie sam.
Można jeszcze po prostu co kilka lat zakładać nowe przekładańce (co 5-7 lat wystarczy) przykrywając je po wierzchu odgarniętą warstwą żyznej gleby.
Jak widać metod jest sporo, każdy może wybrać, co mu się podoba, albo łączyć je razem. Najważniejsze jest, by mieć na uwadze procesy zachodzące w glebie, rozumieć je i z nimi współdziałać.
Zdjęcie z początku lipca tego roku, wykonane w czasie fali upałów. Widać na nim dobrze ściółkę i rośliny, które te upały przeżyły w dobrej formie praktycznie bez podlewania.
poniedziałek, 25 lipca 2016
Soczewica
Bardzo lubimy soczewicę. Próbowałam ją już kiedyś posiać, ale nawet nie wykiełkowała, więc myślałam, że klimat jej nie odpowiada. Ale to chyba nasiona były lipne (jak wiele ostatnio) albo wysiałam za późno, bo w tym roku....
Najpierw dowiedziałam się, że na naszych terenach dawniej uprawiano soczewicę. Potem przeczytałam, że wysiewa się ją wcześnie, w tym samym czasie, co groch, czyli u nas w kwietniu. Nabrałam ochoty, żeby znowu spróbować. W kwietniu, kiedy widmo późnych przymrozków i śniegu odeszło już w niebyt, wysiałam garść ziaren zielonej soczewicy ekologicznej. Po prostu - wzięłam je z torebki przeznaczonej do spożycia, ze sklepu spożywczego.
Wykiełkowała nad podziw pięknie, wyrosła ładna i rozkwitła masą drobniuśkich kwiatuszków. Strączki też są malusie, na jedno lub dwa ziarna, ale jest ich dużo. Pojawił się problem, jak je wyłuskać.
Teraz zaczęła już więdnąć, więc Córka ją wyrwała, powiązała w pęczki i powiesiła pod okapem stodoły na dalsze doschnięcie. Tak tutaj po wsiach z dawien dawna robiło się z grochem i fasolą, więc pewnie soczewica też to dobrze zniesie.
Po uschnięciu zamierzam ją wymłócić kijem w płóciennym worku (stara poszewka na kołdrę). Już widzę, że jeśli ptaszory nie zeżrą mi nasion, to z jednej garstki będę miała dużą michę. Mniam!
Najpierw dowiedziałam się, że na naszych terenach dawniej uprawiano soczewicę. Potem przeczytałam, że wysiewa się ją wcześnie, w tym samym czasie, co groch, czyli u nas w kwietniu. Nabrałam ochoty, żeby znowu spróbować. W kwietniu, kiedy widmo późnych przymrozków i śniegu odeszło już w niebyt, wysiałam garść ziaren zielonej soczewicy ekologicznej. Po prostu - wzięłam je z torebki przeznaczonej do spożycia, ze sklepu spożywczego.
Wykiełkowała nad podziw pięknie, wyrosła ładna i rozkwitła masą drobniuśkich kwiatuszków. Strączki też są malusie, na jedno lub dwa ziarna, ale jest ich dużo. Pojawił się problem, jak je wyłuskać.
Teraz zaczęła już więdnąć, więc Córka ją wyrwała, powiązała w pęczki i powiesiła pod okapem stodoły na dalsze doschnięcie. Tak tutaj po wsiach z dawien dawna robiło się z grochem i fasolą, więc pewnie soczewica też to dobrze zniesie.
Po uschnięciu zamierzam ją wymłócić kijem w płóciennym worku (stara poszewka na kołdrę). Już widzę, że jeśli ptaszory nie zeżrą mi nasion, to z jednej garstki będę miała dużą michę. Mniam!
piątek, 15 lipca 2016
Hodowanie gleby
Ogrodnicy permakulturowi wszystkich krajów i opcji są zgodni w tym, że aby mieć piękny i wydajny ogród trzeba najpierw i przede wszystkim hodować glebę. Gleba to podstawa, bez której nic się nie uda. Niektórzy próbują zastępować hodowanie gleby intensywnym pompowaniem nawozów sztucznych i rozmaitych -idów, ale już teraz widać, że taka droga prowadzi donikąd, na dodatek jest kosztowna i bez perspektyw. A rezultatem są warzywa może i ładne, ale prawie pozbawione smaku, zapachu i substancji odżywczych.
Jak więc hodować glebę? A bardzo prosto - dostarczając jej substancji organicznych w dużych ilościach. Na ogół gleba sama zajmie się ich rozłożeniem i zamianą na żyzną ziemię ogrodową. Jeśli jesteśmy w tak rozpaczliwej sytuacji, że nasza ziemia jest martwa lub bardzo chora i nie ma w niej wystarczającej ilości mikroorganizmów i dżdżownic, żeby rozłożyć dostarczony materiał, to mały zastrzyk dobrej ziemi ogrodowej od zaprzyjaźnionego ogrodnika lub rolnika organicznego wystarczy, żeby je rozmnożyć. Nawet można samemu znaleźć taką ziemię gdzieś na nieużytkach wolnych od chemii i dodać do stosów materii organicznej w naszym ogrodzie. Na szczęście tak rozpaczliwa sytuacja jest rzadka w naszym kraju.
Aby założyć ogródek lub nową grządkę bez wielkich kosztów i nakładów pracy wystarczy przykryć wybrany kawałek ugoru bardzo grubą warstwą np. słomy, siana, resztek roślinnych i gnoju. Uwaga: jeśli chcemy wydusić obecną tam trawę, warstwa musi być naprawdę gruba. Można dać pod spód kartony, ale bez nich też da się radę. Widzę jakąś fetyszyzację tych kartonów u początkujących ogrodników, tymczasem jest to tylko środek pomocniczy. Dzięki nim warstwa siano-słoma-gnój-resztki roślinne może być nieco cieńsza i tyle. Ja dwa lata temu ułożyłam wprost na trawie kostki słomy, przykryłam je obficie gnojem i podlewałam. W pierwszym roku plony były takie sobie, za mało rozłożone było to wszystko. W tym roku posadzone rośliny aż biją rekordy zdrowotności i wielkości. A trawa zniknęła.
Inna opcja to słynne wały, z wkładem z drewna lub bez. W każdym wydaniu są wspaniałe i zapewniają wspaniały plon, jeśli tylko są odpowiednio nawadniane (bo mają tendencję do szybszego wysychania).
Jeśli chcemy byś must de must, czyli super dobrzy, to będziemy zwracać uwagę na to, jaką mamy glebę. Gleba gliniasta jest bardzo dobrą podstawą, bo materia organiczna + glina formuje cudowny kompleks argilo-humiczny, na którym wszystko rośnie. Jeśli mamy natomiast szczery piasek, to dobrze dodać do naszych wałów trochę gliny. Czy to w postaci skorup (np. gliniane doniczki, cegła niepalona itp), czy to w postaci sproszkowanej. Można też wtedy wykopać płytkie rowy, do których dajemy dopiero nasz "nabój", czyli drewno, materię organiczną, glinę itp. Zapobiegnie to zbyt szybkiemu przesuszaniu.
Jeśli zostaje mi jakiś kawałek nieużytku w ogrodzie, to gromadzę tam wszystkie wyrwane chwasty, słomę z kurzeńcem z kurnika, odpadki, obierki i nać. Pod koniec sezonu trochę formuję taką grządkę i przykrywam ją liśćmi, sianem lub kompostem. Wyhodowałam tak już wiele metrów kwadratowych wspaniałej gleby.
Oprócz tego warto też jest mieć kompost. U nas jest taki najprostszy - dżdżownicowy. Nie trzeba przerabiać pryzmy, dbać o parametry itp. wystarczy sukcesywnie gromadzić wszystkie odpadki organiczne na stosie, dorzucając coraz to nowe. Gdy osiągnie pożądaną wysokość, zostawia się go w spokoju (ewentualnie można przykryć), a tuż obok formuje się nowy. Dżdżownice kompostowe (czasem zwane kalifornijskimi, ale zapewniam Was, że Kalifornii to one na oczy nie widziały) pracują od dołu do góry, czyli takie sukcesywne dokładanie nowego papu bardzo im pasuje. A kiedy skończą robotę, to szukają obok. A my mamy stos, który zmniejszył się do 1/3, ale za to wspaniałej, żyznej próchnicy.
Jak widzicie hodowanie gleby nie jest trudne, ale daje wspaniałe rezultaty. Dodatkiem jest też przykrywanie gleby, żeby dostarczać ciągle nowych elementów, ale o tym w następnym poście.
Jak więc hodować glebę? A bardzo prosto - dostarczając jej substancji organicznych w dużych ilościach. Na ogół gleba sama zajmie się ich rozłożeniem i zamianą na żyzną ziemię ogrodową. Jeśli jesteśmy w tak rozpaczliwej sytuacji, że nasza ziemia jest martwa lub bardzo chora i nie ma w niej wystarczającej ilości mikroorganizmów i dżdżownic, żeby rozłożyć dostarczony materiał, to mały zastrzyk dobrej ziemi ogrodowej od zaprzyjaźnionego ogrodnika lub rolnika organicznego wystarczy, żeby je rozmnożyć. Nawet można samemu znaleźć taką ziemię gdzieś na nieużytkach wolnych od chemii i dodać do stosów materii organicznej w naszym ogrodzie. Na szczęście tak rozpaczliwa sytuacja jest rzadka w naszym kraju.
Aby założyć ogródek lub nową grządkę bez wielkich kosztów i nakładów pracy wystarczy przykryć wybrany kawałek ugoru bardzo grubą warstwą np. słomy, siana, resztek roślinnych i gnoju. Uwaga: jeśli chcemy wydusić obecną tam trawę, warstwa musi być naprawdę gruba. Można dać pod spód kartony, ale bez nich też da się radę. Widzę jakąś fetyszyzację tych kartonów u początkujących ogrodników, tymczasem jest to tylko środek pomocniczy. Dzięki nim warstwa siano-słoma-gnój-resztki roślinne może być nieco cieńsza i tyle. Ja dwa lata temu ułożyłam wprost na trawie kostki słomy, przykryłam je obficie gnojem i podlewałam. W pierwszym roku plony były takie sobie, za mało rozłożone było to wszystko. W tym roku posadzone rośliny aż biją rekordy zdrowotności i wielkości. A trawa zniknęła.
Inna opcja to słynne wały, z wkładem z drewna lub bez. W każdym wydaniu są wspaniałe i zapewniają wspaniały plon, jeśli tylko są odpowiednio nawadniane (bo mają tendencję do szybszego wysychania).
Jeśli chcemy byś must de must, czyli super dobrzy, to będziemy zwracać uwagę na to, jaką mamy glebę. Gleba gliniasta jest bardzo dobrą podstawą, bo materia organiczna + glina formuje cudowny kompleks argilo-humiczny, na którym wszystko rośnie. Jeśli mamy natomiast szczery piasek, to dobrze dodać do naszych wałów trochę gliny. Czy to w postaci skorup (np. gliniane doniczki, cegła niepalona itp), czy to w postaci sproszkowanej. Można też wtedy wykopać płytkie rowy, do których dajemy dopiero nasz "nabój", czyli drewno, materię organiczną, glinę itp. Zapobiegnie to zbyt szybkiemu przesuszaniu.
Jeśli zostaje mi jakiś kawałek nieużytku w ogrodzie, to gromadzę tam wszystkie wyrwane chwasty, słomę z kurzeńcem z kurnika, odpadki, obierki i nać. Pod koniec sezonu trochę formuję taką grządkę i przykrywam ją liśćmi, sianem lub kompostem. Wyhodowałam tak już wiele metrów kwadratowych wspaniałej gleby.
Oprócz tego warto też jest mieć kompost. U nas jest taki najprostszy - dżdżownicowy. Nie trzeba przerabiać pryzmy, dbać o parametry itp. wystarczy sukcesywnie gromadzić wszystkie odpadki organiczne na stosie, dorzucając coraz to nowe. Gdy osiągnie pożądaną wysokość, zostawia się go w spokoju (ewentualnie można przykryć), a tuż obok formuje się nowy. Dżdżownice kompostowe (czasem zwane kalifornijskimi, ale zapewniam Was, że Kalifornii to one na oczy nie widziały) pracują od dołu do góry, czyli takie sukcesywne dokładanie nowego papu bardzo im pasuje. A kiedy skończą robotę, to szukają obok. A my mamy stos, który zmniejszył się do 1/3, ale za to wspaniałej, żyznej próchnicy.
Jak widzicie hodowanie gleby nie jest trudne, ale daje wspaniałe rezultaty. Dodatkiem jest też przykrywanie gleby, żeby dostarczać ciągle nowych elementów, ale o tym w następnym poście.
niedziela, 3 lipca 2016
Ogród szaleje
W tym roku ogród szaleje! Na szczęście co susza nam zagląda w oczy, to w ostatniej chwili ratuje nas deszcz. W tej chwili też - po fali upałów dziś nareszcie pada!
W takich warunkach rośliny rosną jak szalone. Pomidory w obu tunelach i na dworze prawie codziennie podwajają swoją wielkość. Wczoraj zjedliśmy już pierwszego i to rosnącego na dworze. Odmiana Polar Baby z Alaski, niewielkie krzewy, niewielkie okrągłe pomidory (ale większe od koktajlowych), super wczesne. Okryte są masą kwiatów, mam nadzieję, że będą jeszcze długo owocować. Inne są jeszcze zielone, ale też już spore. a krzaki tak się rozrosły, że niedługo nie będę mogła wejść do tunelów. Papryka natomiast jakaś taka niezdecydowana, nie wie, czy rosnąć, czy nie, smęci się i kręci. Stanowczo coś jej się nie podoba. Oberżyny, po pierwszych wahaniach, wystrzeliły w górę. O ogórkach nawet nie mówię - idą w zawody z pomidorami. Także ogórki-miniaturki rosną jak szalone, tylko są takie pajęczo drobniutkie. Z ciekawością czekam, jakie będą ich owoce.
Na początku wiosny, w tym samym czasie, co groch, zasiałam też rządek soczewicy zielonej. Po prostu wzięłam ziarna z torebki spożywczej i posiałam. Rosną bardzo ładnie, mają już malutkie strączki przypominające motyle skrzydełka. Czyli eksperyment w pełni udany, można u nas hodować soczewicę.
A co już jemy? Rzodkiewka już zjedzona, szparagi też po sezonie. Cały czas zjadamy tony różnych sałat i roszponek, mam zioła, koper w ilościach przemysłowych. Ostatnio zebrałam cukinie. Cebula też już się nadaje do użytku, idem jej kuzyn czosnek. Z zielonego groszku robię już od pewnego czasu pyszne dania, czeka już kalarepka, bób (dziś zjadłam jeden strączek - za jakieś 3 dni powinien być dobry do jedzenia na surowo, trochę później do gotowania) i wczesna kapusta. A chłodnik z młodych buraczków robił za przebój upałów.
Wczoraj też zjedliśmy tartę z buraka liściowego, którego traktuję jak szpinak. Truskawki jeszcze są, ale niedługo koniec wysypu, zostaną tylko powtarzające. Trwa zbiór porzeczek.
W warzywniku nasiało mi się maciejki i teraz wieczorem pachnie tam, jak w perfumerii, tylko ładniej. Zaczynają kwitnąć nagietki i nasturcje. Pszczoły brzęczą wokół ogóreczników. Fasola kwitnie. Jest tak pięknie, że człowiek miałby ochotę nie wychodzić z tego gąszczu. chwasty też są piękne, nie chwaląc się.... Ale na tym etapie już niewiele mogą zaszkodzić.
Kiedy mnie tu nie ma, to znaczy, że zagubiłam się gdzieś w tym gąszczu, zapachach, smakach. gorący sezon w każdym tego słowa znaczeniu.
W takich warunkach rośliny rosną jak szalone. Pomidory w obu tunelach i na dworze prawie codziennie podwajają swoją wielkość. Wczoraj zjedliśmy już pierwszego i to rosnącego na dworze. Odmiana Polar Baby z Alaski, niewielkie krzewy, niewielkie okrągłe pomidory (ale większe od koktajlowych), super wczesne. Okryte są masą kwiatów, mam nadzieję, że będą jeszcze długo owocować. Inne są jeszcze zielone, ale też już spore. a krzaki tak się rozrosły, że niedługo nie będę mogła wejść do tunelów. Papryka natomiast jakaś taka niezdecydowana, nie wie, czy rosnąć, czy nie, smęci się i kręci. Stanowczo coś jej się nie podoba. Oberżyny, po pierwszych wahaniach, wystrzeliły w górę. O ogórkach nawet nie mówię - idą w zawody z pomidorami. Także ogórki-miniaturki rosną jak szalone, tylko są takie pajęczo drobniutkie. Z ciekawością czekam, jakie będą ich owoce.
Na początku wiosny, w tym samym czasie, co groch, zasiałam też rządek soczewicy zielonej. Po prostu wzięłam ziarna z torebki spożywczej i posiałam. Rosną bardzo ładnie, mają już malutkie strączki przypominające motyle skrzydełka. Czyli eksperyment w pełni udany, można u nas hodować soczewicę.
A co już jemy? Rzodkiewka już zjedzona, szparagi też po sezonie. Cały czas zjadamy tony różnych sałat i roszponek, mam zioła, koper w ilościach przemysłowych. Ostatnio zebrałam cukinie. Cebula też już się nadaje do użytku, idem jej kuzyn czosnek. Z zielonego groszku robię już od pewnego czasu pyszne dania, czeka już kalarepka, bób (dziś zjadłam jeden strączek - za jakieś 3 dni powinien być dobry do jedzenia na surowo, trochę później do gotowania) i wczesna kapusta. A chłodnik z młodych buraczków robił za przebój upałów.
Wczoraj też zjedliśmy tartę z buraka liściowego, którego traktuję jak szpinak. Truskawki jeszcze są, ale niedługo koniec wysypu, zostaną tylko powtarzające. Trwa zbiór porzeczek.
W warzywniku nasiało mi się maciejki i teraz wieczorem pachnie tam, jak w perfumerii, tylko ładniej. Zaczynają kwitnąć nagietki i nasturcje. Pszczoły brzęczą wokół ogóreczników. Fasola kwitnie. Jest tak pięknie, że człowiek miałby ochotę nie wychodzić z tego gąszczu. chwasty też są piękne, nie chwaląc się.... Ale na tym etapie już niewiele mogą zaszkodzić.
Kiedy mnie tu nie ma, to znaczy, że zagubiłam się gdzieś w tym gąszczu, zapachach, smakach. gorący sezon w każdym tego słowa znaczeniu.
sobota, 11 czerwca 2016
Aksamitki
Przywiozłam od mamy otrzymaną w podarunku donicę z flancami aksamitek i od rana biegałam po ogrodzie, sadząc je gdzie się tylko dało między warzywami. Jest ona dla nich lekarzem i ochroniarzem w jednym.
Powinno się unikać sadzenia aksamitki z ziołami, bo jej specyficzny zapach (który bardzo lubię) źle na nie wpływa, ale wszystkie warzywa będą mi wdzięczne za jej towarzystwo.
Widzieliście kiedyś takie "parchy" na korzeniach? Zwłaszcza buraków czy ziemniaków? Na ogół to działalność nicieni. Są to mikroskopijne robaczki, tworzące bardzo dużą rodzinę. Nie wszyscy jej członkowie są szkodnikami, ale wiele z nich tak. Same nazwy mówią za siebie: niszczyk zjadliwy (niszczy głównie cebulę, pora, czosnek, ale też bób, seler, pietruszkę), guzak północny (marchew, pietruszka, pomidor, ziemniak, ogórek), mątwiki (burak, kapusta, kalafior, ziemniak, pomidor, ogórek, sałata) oraz szpilecznik baldasznik (pietruszka, seler, lubczyk). Paskudztwa te wygryzają tkanki, rosliny nie rosną, schną, deformują się i często zamierają. Ponieważ szkodników nie widać gołym okiem, często nie wiemy, co roślinom dolega.
Otóż aksamitki zwalczają tych paskudników - przyciągają je do siebie, a ponieważ nie zawierają substancji pokarmowych, to nicienie giną masowo.
Nasz kochany "śmierdziuszek" odkaża też lekko glebę. Zapobiega atakom białej muszki, która w niektórych okolicach jest bardzo uciążliwa. Ogólnie odstrasza szkodliwe owady oraz szkodniki glebowe. A jakby tego było mało - ogranicza rozwój chwastów.
Podobne działanie ma nagietek lekarski, dobrze jest sadzić obie te rośliny, choćby jako ozdobną obwódkę dookoła grządek lub pośrodku lub jak komu pasuje.
Działanie lecznicze nagietka daje efekty tylko wtedy, kiedy rośnie on w ziemi obok warzyw, więc różne kosze czy donice mają tylko znaczenie estetyczne, ale nie działają leczniczo.
Dla mnie ważne jest też piękno, które te kwiaty wnoszą do warzywnika, słoneczny, złoty kolor, który rozwesela.
Wiele kwiatów, poza aksamitkami, pomaga warzywom w różny sposób. Najpopularniejsze są nagietki, o których już wspomniałam, nasturcje, ogórecznik, kosmos, bratki i wiele innych. Czasem zaciera się różnica między kwiatem a warzywem - np. kwiaty nagietków, ogórecznika czy nasturcji są jadalne. A jaki piękny jest taki ukwiecony warzywnik! Kocham mój bałaganik, gdzie do kapusty tuli się koper i nagietek, między kukurydzą toczą się dynie i ogórki a marchewka zaleca się do cebuli!
Powinno się unikać sadzenia aksamitki z ziołami, bo jej specyficzny zapach (który bardzo lubię) źle na nie wpływa, ale wszystkie warzywa będą mi wdzięczne za jej towarzystwo.
Widzieliście kiedyś takie "parchy" na korzeniach? Zwłaszcza buraków czy ziemniaków? Na ogół to działalność nicieni. Są to mikroskopijne robaczki, tworzące bardzo dużą rodzinę. Nie wszyscy jej członkowie są szkodnikami, ale wiele z nich tak. Same nazwy mówią za siebie: niszczyk zjadliwy (niszczy głównie cebulę, pora, czosnek, ale też bób, seler, pietruszkę), guzak północny (marchew, pietruszka, pomidor, ziemniak, ogórek), mątwiki (burak, kapusta, kalafior, ziemniak, pomidor, ogórek, sałata) oraz szpilecznik baldasznik (pietruszka, seler, lubczyk). Paskudztwa te wygryzają tkanki, rosliny nie rosną, schną, deformują się i często zamierają. Ponieważ szkodników nie widać gołym okiem, często nie wiemy, co roślinom dolega.
Otóż aksamitki zwalczają tych paskudników - przyciągają je do siebie, a ponieważ nie zawierają substancji pokarmowych, to nicienie giną masowo.
Nasz kochany "śmierdziuszek" odkaża też lekko glebę. Zapobiega atakom białej muszki, która w niektórych okolicach jest bardzo uciążliwa. Ogólnie odstrasza szkodliwe owady oraz szkodniki glebowe. A jakby tego było mało - ogranicza rozwój chwastów.
Podobne działanie ma nagietek lekarski, dobrze jest sadzić obie te rośliny, choćby jako ozdobną obwódkę dookoła grządek lub pośrodku lub jak komu pasuje.
Działanie lecznicze nagietka daje efekty tylko wtedy, kiedy rośnie on w ziemi obok warzyw, więc różne kosze czy donice mają tylko znaczenie estetyczne, ale nie działają leczniczo.
Dla mnie ważne jest też piękno, które te kwiaty wnoszą do warzywnika, słoneczny, złoty kolor, który rozwesela.
Wiele kwiatów, poza aksamitkami, pomaga warzywom w różny sposób. Najpopularniejsze są nagietki, o których już wspomniałam, nasturcje, ogórecznik, kosmos, bratki i wiele innych. Czasem zaciera się różnica między kwiatem a warzywem - np. kwiaty nagietków, ogórecznika czy nasturcji są jadalne. A jaki piękny jest taki ukwiecony warzywnik! Kocham mój bałaganik, gdzie do kapusty tuli się koper i nagietek, między kukurydzą toczą się dynie i ogórki a marchewka zaleca się do cebuli!
środa, 1 czerwca 2016
Boso do nieba będę szła
Gorąco, jak w środku lata. Pogoda sprzyja chodzeniu boso, co bardzo lubię. Pierwsze dni są trochę trudne, ale dość szybko stopy się przyzwyczajają i jest otwiera się cała gama doznań. Otwiera się też brama wspomnień - wraca najpiękniejsze lato mojego dzieciństwa.
Chodzenie boso jest bardzo dobre dla zdrowia, masuje punkty akupunktury, zapewnia schodzenie ładunków energetycznych i wyrównanie bilansu organizmu, łączy z energią Matki - Ziemi. O tym wszystkim można przeczytać w necie czy w książkach. Dla mnie również ważne są odczucia, na jakie człowiek się otwiera - przechodzenie ze stref wygrzanych słońcem do cienia, delikatny chłód rosy, uginanie się ziemi w jednych miejscach, twardość w innych. Tego nie czuje się w butach. Cały świat wrażeń, który tracimy chodząc obuci.
A efekty dla zdrowia? Sama się o tym przekonałam, jako malutkie jeszcze dziecko. Więc, jako że dziś Dzień Dziecka, to Wam opowiem.
Urodziłam się trochę za wcześnie, malutka i chorowita. Na dokładkę moja mama przeszła w ciąży operację wyrostka, z narkozą i wszystkim, co się z tym wiąże. A że młodziutka była i niedoświadczona (miała 19 lat), to bardzo się o mnie bała. Dość szybko okazało się, że intelektualnie ze mną wszystko w porządku, fizycznie raczej też, tyle, że bardzo często chorowałam. Ciągłe bronchity, przeziębienia, astma, wszystkie dziecięce choroby przechodzone po kilka razy.... Pilnowano mnie więc bardzo, przegrzewano, wiecznie grubo ubrana (co za koszmar!). Zabraniano mi biegać, bo "mogę się spocić". Dziś wiem, że większość moich dolegliwości miała raczej charakter uczuleniowy, ale wtedy uczulenia nie były w modzie. Jako stworzenie nad wyraz ruchliwe i ciekawskie męczyłam się okropnie. W końcu trafili na mądrego lekarza, który zamiast serwować mi kolejne trucizny czy kuracje antybiotykowe kazał im rozebrać mnie prawie do naga i tak wypuścić na słońce. I to koniecznie boso! Na szczęście rodzinka posłuchała tych rad. Mama uszyła mi "opalacze" czyli bufiaste majteczki w kropeczki (czerwone w białe grochy) z przodzikiem i na szelkach, zdjęto mi buty i hajda na podwórze! Boże, jak mi było dobrze! Mieszkaliśmy w miasteczku, przy uliczce, która po drugiej stronie miała bagna i jeziorko. Hulałam więc z rozwianym włosem i na bosaka, ile się dało. Oczywiście, kilka razy zraniłam się w stopy, ale to furda! Mama pracowała, a Babcia przemywała rankę, robiła opatrunek i dalej na dwór.
Wtedy to po raz pierwszy poznałam, jak to się "widzi" stopami. Jak inaczej człowiek się czuje, kiedy boso idzie po ziemi. No i wiecie co? Od tej pory prawie nie chorowałam, a przynajmniej w rozsądnym wymiarze. Kłopoty wróciły, kiedy jako dorosła młoda osoba przestałam na lato zdejmować buty. A teraz znów mam używanie na całego.
Jeśli na początku wszystko kłuje w stopy, jeśli chodzić trudno, nie przejmujecie się. Zacznijcie na aksamitnej trawie, mając pod ręką jakieś klapki. A potem będzie coraz łatwiej chodzić, natomiast coraz trudniej znieść buty na nogach. A ile zdrowia przy tym człowiek zyska! No i dużo nowych wrażeń.
Pięknego bosego lata wszystkim życzę.
Zdjęcie z zeszłego roku.
Chodzenie boso jest bardzo dobre dla zdrowia, masuje punkty akupunktury, zapewnia schodzenie ładunków energetycznych i wyrównanie bilansu organizmu, łączy z energią Matki - Ziemi. O tym wszystkim można przeczytać w necie czy w książkach. Dla mnie również ważne są odczucia, na jakie człowiek się otwiera - przechodzenie ze stref wygrzanych słońcem do cienia, delikatny chłód rosy, uginanie się ziemi w jednych miejscach, twardość w innych. Tego nie czuje się w butach. Cały świat wrażeń, który tracimy chodząc obuci.
A efekty dla zdrowia? Sama się o tym przekonałam, jako malutkie jeszcze dziecko. Więc, jako że dziś Dzień Dziecka, to Wam opowiem.
Urodziłam się trochę za wcześnie, malutka i chorowita. Na dokładkę moja mama przeszła w ciąży operację wyrostka, z narkozą i wszystkim, co się z tym wiąże. A że młodziutka była i niedoświadczona (miała 19 lat), to bardzo się o mnie bała. Dość szybko okazało się, że intelektualnie ze mną wszystko w porządku, fizycznie raczej też, tyle, że bardzo często chorowałam. Ciągłe bronchity, przeziębienia, astma, wszystkie dziecięce choroby przechodzone po kilka razy.... Pilnowano mnie więc bardzo, przegrzewano, wiecznie grubo ubrana (co za koszmar!). Zabraniano mi biegać, bo "mogę się spocić". Dziś wiem, że większość moich dolegliwości miała raczej charakter uczuleniowy, ale wtedy uczulenia nie były w modzie. Jako stworzenie nad wyraz ruchliwe i ciekawskie męczyłam się okropnie. W końcu trafili na mądrego lekarza, który zamiast serwować mi kolejne trucizny czy kuracje antybiotykowe kazał im rozebrać mnie prawie do naga i tak wypuścić na słońce. I to koniecznie boso! Na szczęście rodzinka posłuchała tych rad. Mama uszyła mi "opalacze" czyli bufiaste majteczki w kropeczki (czerwone w białe grochy) z przodzikiem i na szelkach, zdjęto mi buty i hajda na podwórze! Boże, jak mi było dobrze! Mieszkaliśmy w miasteczku, przy uliczce, która po drugiej stronie miała bagna i jeziorko. Hulałam więc z rozwianym włosem i na bosaka, ile się dało. Oczywiście, kilka razy zraniłam się w stopy, ale to furda! Mama pracowała, a Babcia przemywała rankę, robiła opatrunek i dalej na dwór.
Wtedy to po raz pierwszy poznałam, jak to się "widzi" stopami. Jak inaczej człowiek się czuje, kiedy boso idzie po ziemi. No i wiecie co? Od tej pory prawie nie chorowałam, a przynajmniej w rozsądnym wymiarze. Kłopoty wróciły, kiedy jako dorosła młoda osoba przestałam na lato zdejmować buty. A teraz znów mam używanie na całego.
Jeśli na początku wszystko kłuje w stopy, jeśli chodzić trudno, nie przejmujecie się. Zacznijcie na aksamitnej trawie, mając pod ręką jakieś klapki. A potem będzie coraz łatwiej chodzić, natomiast coraz trudniej znieść buty na nogach. A ile zdrowia przy tym człowiek zyska! No i dużo nowych wrażeń.
Pięknego bosego lata wszystkim życzę.
Zdjęcie z zeszłego roku.
niedziela, 29 maja 2016
Kostki domina
Wszyscy widzieliśmy nieraz ogromne i skomplikowane konstrukcje z kostek domina, gdzie wystarczy poruszyć jedną kostkę, żeby wszystko sukcesywnie się poprzewracało. Nieco podobnie jest w naturze. Dąży ona do harmonii i równowagi wielu elementów, żywych i nieożywionych. Wszystko jest ze sobą powiązane najrozmaitszymi zależnościami, nićmi, które ciągle jeszcze są słabo poznane.
Wystarczy poruszyć jeden element, wyeliminować go i cała konstrukcja się chwieje. Wystarczy wyeliminować lub nieostrożnie wprowadzić jeden organizm i zaczynają się plagi i nieszczęścia.
Przykład: w pewnej wiosce wyeliminowano koty wolno żyjące, bo "niszczą ptaki". Po eliminacji kotów nastała plaga gryzoni, które do tej pory występowały nielicznie. Wytruto więc gryzonie w wojnie totalnej. W następnym roku nie obrodziły rośliny strączkowe, które były podstawą upraw w tamtym regionie. Znikła z łąk koniczyna. Dlaczego? Bo rośliny motylkowe zapylane są przez trzmiele, tylko one mają dość długie ssawki, żeby tego dokonać. A trzmiele żyją w opuszczonych mysich norkach. Zabrakło myszy = zabrakło norek = zabrakło trzmieli = motylkowe nie zostały zapylone.
Inny przykład: w Chinach jakiś "geniusz" obliczył kiedyś, ile ziarna nadermno zjadają ptaki. Postanowiono pozbyć się ptaków. Wszyscy Chińczycy rozpoczęli masakrę, zabijano ptaki, wycinano drzewa, na których przesiadywały. Dzieci dostawały w szkole nagrody za przyniesione martwe ptaki, dorośli musieli rozliczać się w zakładach pracy czy miejscowych komitetach. W niektórych okolicach ptaki całkowicie zniknęły i cieszono się, ileż to ryżu więcej będzie dla ludzi. W następnym roku nastała niespotykana plaga much i koników polnych i w rezultacie stracono o wiele więcej, niż wyjadały ptaki. I znowu wszyscy łapali much na chwałę Mao wielkim nakładem sił i czasu, a ptaki robiły to za darmo. No, prawie...
Zaglądam na różne grupy ogrodnicze i widzę, jak krucha jest chęć ludzi do uprawy ekologicznej. Tak, chcą mieć zdrowe warzywa, ale wystarczy, że pojawi się cień jakiejś choroby czy szkodnika, kiedy zaczynają panikować no i cóż - sięgają po chemię. Eliminują krety, a potem dziwią się, że zbiory zjada im turkuć podjadek. Zabijają niewinne zaskrońce, bo boją się węży, wyrzucają ich jaja z kompostu, a potem dziwią się, że mają nornice. Sięgają więc po środki przeciw nornicom. A kostki domina padają, padają, padają... W końcu nie można już obejść się bez chemii. Wpadają ludziska w panikę na widok kolonii mszyc na liściach, pryskają chemią, nie bacząc, że zabijają też larwy biedronek i złotooków, które by im tę populację mszyc zmniejszyły za darmo...
Oczywiście są też plagi niezawinione przez ogrodników, choć zawinione przez człowieka, jak hiszpańskie ślimaki, które w niektórych okolicach pożerają wszystko, co zielone. Żal mi tych ludzi, bo tu jest u nas w tej chwili jedna tylko rada: kaczki biegusy, które je pożerają. W swojej ojczyźnie te ślimaki mają naturalnych wrogów, nie tylko drapieżniki, ale też nicienie i organizmy, które na nich pasożytują, nie są więc zbyt wielkim problemem. U nas tych wrogów naturalnych chwilowo nie ma, ale cierpliwości - przyroda nie znosi próżni, niedługo się znajdą tak czy inaczej. W niektórych rejonach ich ilość już zaczyna spadać.
I tu pojawia się słowo-klucz: cierpliwość. Aby naprawić podartą koronkę powiązań trzeba czasu. Trzeba też mądrości, a tę zdobywa się przez obserwację. Wiadomo, że w pierwszych trzech latach po przestawieniu się z chemii na ogrodnictwo czy rolnictwo naturalne mogą wystąpić masywne ataki szkodników. Pomału jednak organizm Matki - Przyrody wraca do równowagi, wszystko istnieje, ale nie ma plag. No, chyba że plaga suszy czy powodzie, ale to już inna rzecz.
W naszym społeczeństwie istnieje kult choroby, podczas gdy natura uprawia kult zdrowia. Jesteśmy tak dogłębnie przekonani, że trzeba leczyć, pryskać, sypać, bo przecież natura jest chora, że dla wielu z nas przejście na ekologię oznacza zastąpienie środków chemicznych środkami ekologicznymi. Stąd furorę robią przepisy na różne gnojówki, napary i inne bakcyle w proszku. Tymczasem należy dążyć do tego, żeby obejść się bez tego, żeby pozwolić naturze działać. Czasem tylko, w wyjątkowych okolicznościach, dajemy maleńką pomoc, jak np. opryskanie drożdżami pomidorów przy niesprzyjającej pogodzie.
Szanujmy wszelkie życie, od bakterii glebowych do kretów, wężów, jeży i ptaków. Zapewnijmy im warunki do życia, ale nie asystujmy za bardzo. Przyroda pozbywa się organizmów chorych, niepotrzebnych lub w nadmiarze.
Pewna znajoma dokarmia jeże na swojej działce kocim żarciem. Nie mówiąc już o tym, że kocie żarcie, choć smakowite, jest dla nich wysoko szkodliwe, bo zapycha nie dostarczając potrzebnych składników, to nażarte jeże nie chcą polować. Potem taka osoba dziwi się, że jeże nie chcą jeść ślimaków. A potem te "ukochane" jeżyki umierają w męczarniach z jelitami zapchanymi kocim żarciem, którego nie mogą strawić, albo nękane wyniszczającą biegunką.
Jak radzi Fukuoka - nie zastanawiajmy się nad tym, co możemy zrobić, ale nad tym, CZEGO MOŻEMY NIE ZROBIĆ. I róbmy tylko to, co jest konieczne. I tak będzie tego po kokardę...
Kierując się rozwagą i pomyślunkiem osiągnęłam taki stopień równowagi w ogrodzie, że nie stosuję ŻADNYCH lekarstw. Sąsiedztwo roślin, obecność dzikich ziół, żywopłoty, cała wesoła hałastra dzikich zwierząt i zwierzątek dba o to, żeby żadna choroba czy szkodnik nie rozplenił się zbytnio. A jeśli coś uparcie choruje i nie chce rosnąć, mimo dobrego sąsiedztwa, pielęgnacji, karmienia i w razie potrzeby podlewania, to rezygnuję z tego, bo wiem, że tutejszy biotop po prostu temu nie odpowiada. Zastępuję to czymś innym, równie smakowitym czy ładnym, ale rosnącym zdrowo. Tak zrezygnowałam z brzoskwiń, którym ani ziemia ani klimat nie odpowiadają, a w zamian mam winogrona, jarzębinogrusze, świdośliwy, renklody i masę innych. Ja dostarczam im tylko próchnicę i wodę w razie potrzeby, pielę trochę, żeby nie zostały zagłuszone, sadzę gatunki sprzyjające i w sumie to wszystko. Ale dojście do takiej równowagi zajęło nam około 7 lat....
Wiadomo, że jeśli chcemy mieć mądre dziecko, to nie należy za niego odrabiać lekcji, ale trzeba go zainteresować światem, podsunąć książki, rozmawiać. Towarzyszyć mu. Nie odrabiajmy więc lekcji za Przyrodę, ale asystujmy jej i pozwólmy działać po swojemu. Ona jest miriady lat starsza od nas, wie, co robić.
Wystarczy poruszyć jeden element, wyeliminować go i cała konstrukcja się chwieje. Wystarczy wyeliminować lub nieostrożnie wprowadzić jeden organizm i zaczynają się plagi i nieszczęścia.
Przykład: w pewnej wiosce wyeliminowano koty wolno żyjące, bo "niszczą ptaki". Po eliminacji kotów nastała plaga gryzoni, które do tej pory występowały nielicznie. Wytruto więc gryzonie w wojnie totalnej. W następnym roku nie obrodziły rośliny strączkowe, które były podstawą upraw w tamtym regionie. Znikła z łąk koniczyna. Dlaczego? Bo rośliny motylkowe zapylane są przez trzmiele, tylko one mają dość długie ssawki, żeby tego dokonać. A trzmiele żyją w opuszczonych mysich norkach. Zabrakło myszy = zabrakło norek = zabrakło trzmieli = motylkowe nie zostały zapylone.
Inny przykład: w Chinach jakiś "geniusz" obliczył kiedyś, ile ziarna nadermno zjadają ptaki. Postanowiono pozbyć się ptaków. Wszyscy Chińczycy rozpoczęli masakrę, zabijano ptaki, wycinano drzewa, na których przesiadywały. Dzieci dostawały w szkole nagrody za przyniesione martwe ptaki, dorośli musieli rozliczać się w zakładach pracy czy miejscowych komitetach. W niektórych okolicach ptaki całkowicie zniknęły i cieszono się, ileż to ryżu więcej będzie dla ludzi. W następnym roku nastała niespotykana plaga much i koników polnych i w rezultacie stracono o wiele więcej, niż wyjadały ptaki. I znowu wszyscy łapali much na chwałę Mao wielkim nakładem sił i czasu, a ptaki robiły to za darmo. No, prawie...
Zaglądam na różne grupy ogrodnicze i widzę, jak krucha jest chęć ludzi do uprawy ekologicznej. Tak, chcą mieć zdrowe warzywa, ale wystarczy, że pojawi się cień jakiejś choroby czy szkodnika, kiedy zaczynają panikować no i cóż - sięgają po chemię. Eliminują krety, a potem dziwią się, że zbiory zjada im turkuć podjadek. Zabijają niewinne zaskrońce, bo boją się węży, wyrzucają ich jaja z kompostu, a potem dziwią się, że mają nornice. Sięgają więc po środki przeciw nornicom. A kostki domina padają, padają, padają... W końcu nie można już obejść się bez chemii. Wpadają ludziska w panikę na widok kolonii mszyc na liściach, pryskają chemią, nie bacząc, że zabijają też larwy biedronek i złotooków, które by im tę populację mszyc zmniejszyły za darmo...
Oczywiście są też plagi niezawinione przez ogrodników, choć zawinione przez człowieka, jak hiszpańskie ślimaki, które w niektórych okolicach pożerają wszystko, co zielone. Żal mi tych ludzi, bo tu jest u nas w tej chwili jedna tylko rada: kaczki biegusy, które je pożerają. W swojej ojczyźnie te ślimaki mają naturalnych wrogów, nie tylko drapieżniki, ale też nicienie i organizmy, które na nich pasożytują, nie są więc zbyt wielkim problemem. U nas tych wrogów naturalnych chwilowo nie ma, ale cierpliwości - przyroda nie znosi próżni, niedługo się znajdą tak czy inaczej. W niektórych rejonach ich ilość już zaczyna spadać.
I tu pojawia się słowo-klucz: cierpliwość. Aby naprawić podartą koronkę powiązań trzeba czasu. Trzeba też mądrości, a tę zdobywa się przez obserwację. Wiadomo, że w pierwszych trzech latach po przestawieniu się z chemii na ogrodnictwo czy rolnictwo naturalne mogą wystąpić masywne ataki szkodników. Pomału jednak organizm Matki - Przyrody wraca do równowagi, wszystko istnieje, ale nie ma plag. No, chyba że plaga suszy czy powodzie, ale to już inna rzecz.
W naszym społeczeństwie istnieje kult choroby, podczas gdy natura uprawia kult zdrowia. Jesteśmy tak dogłębnie przekonani, że trzeba leczyć, pryskać, sypać, bo przecież natura jest chora, że dla wielu z nas przejście na ekologię oznacza zastąpienie środków chemicznych środkami ekologicznymi. Stąd furorę robią przepisy na różne gnojówki, napary i inne bakcyle w proszku. Tymczasem należy dążyć do tego, żeby obejść się bez tego, żeby pozwolić naturze działać. Czasem tylko, w wyjątkowych okolicznościach, dajemy maleńką pomoc, jak np. opryskanie drożdżami pomidorów przy niesprzyjającej pogodzie.
Szanujmy wszelkie życie, od bakterii glebowych do kretów, wężów, jeży i ptaków. Zapewnijmy im warunki do życia, ale nie asystujmy za bardzo. Przyroda pozbywa się organizmów chorych, niepotrzebnych lub w nadmiarze.
Pewna znajoma dokarmia jeże na swojej działce kocim żarciem. Nie mówiąc już o tym, że kocie żarcie, choć smakowite, jest dla nich wysoko szkodliwe, bo zapycha nie dostarczając potrzebnych składników, to nażarte jeże nie chcą polować. Potem taka osoba dziwi się, że jeże nie chcą jeść ślimaków. A potem te "ukochane" jeżyki umierają w męczarniach z jelitami zapchanymi kocim żarciem, którego nie mogą strawić, albo nękane wyniszczającą biegunką.
Jak radzi Fukuoka - nie zastanawiajmy się nad tym, co możemy zrobić, ale nad tym, CZEGO MOŻEMY NIE ZROBIĆ. I róbmy tylko to, co jest konieczne. I tak będzie tego po kokardę...
Kierując się rozwagą i pomyślunkiem osiągnęłam taki stopień równowagi w ogrodzie, że nie stosuję ŻADNYCH lekarstw. Sąsiedztwo roślin, obecność dzikich ziół, żywopłoty, cała wesoła hałastra dzikich zwierząt i zwierzątek dba o to, żeby żadna choroba czy szkodnik nie rozplenił się zbytnio. A jeśli coś uparcie choruje i nie chce rosnąć, mimo dobrego sąsiedztwa, pielęgnacji, karmienia i w razie potrzeby podlewania, to rezygnuję z tego, bo wiem, że tutejszy biotop po prostu temu nie odpowiada. Zastępuję to czymś innym, równie smakowitym czy ładnym, ale rosnącym zdrowo. Tak zrezygnowałam z brzoskwiń, którym ani ziemia ani klimat nie odpowiadają, a w zamian mam winogrona, jarzębinogrusze, świdośliwy, renklody i masę innych. Ja dostarczam im tylko próchnicę i wodę w razie potrzeby, pielę trochę, żeby nie zostały zagłuszone, sadzę gatunki sprzyjające i w sumie to wszystko. Ale dojście do takiej równowagi zajęło nam około 7 lat....
Wiadomo, że jeśli chcemy mieć mądre dziecko, to nie należy za niego odrabiać lekcji, ale trzeba go zainteresować światem, podsunąć książki, rozmawiać. Towarzyszyć mu. Nie odrabiajmy więc lekcji za Przyrodę, ale asystujmy jej i pozwólmy działać po swojemu. Ona jest miriady lat starsza od nas, wie, co robić.
sobota, 21 maja 2016
To lubię
Przygotowanie grządek, siewy, sadzenie, stawianie nowego tunelu (przy pomocy miłych prawie-sąsiadów), obsadzanie go itp. już ogarnięte. Dzisiaj więc robiłam to, co lubię najbardziej, czyli pielenie.
Po nawale prac fizycznych, przy których mój kręgosłup cierpiał, a reszta była paskudnie wymęczona, nareszcie sama przyjemność. Bo ja motyczki używam głównie na ścieżkach, na zagonach o tej porze i często w ogóle się nie da. Korzystając z żyzności wzniesionych grządek sieję i sadzę dość gęsto i to mieszane towarzystwo - no, nie za gęsto, żeby miało każde, co potrzeba, czyli światło i miejsce, ale gęściej, niż to się zazwyczaj robi. Między malutkimi siewkami chwasty wyrastają w trybie przyspieszonym i często jest to jeden zielony dywan, gdzie nie dojdziesz, co i gdzie. Trzeba ręcznie. Siadam więc sobie z łopatką i pazurkami na ciepłej, suchej słomie alejki uzbrojona w okulary i wyskubuję paskudniki. Całkiem szybko to idzie. Mąż twierdzi, że osiągnęłam już prawie szybkość zbieraczki herbaty z Cejlonu. To duży komplement, bo im ręce chodzą z szybkością światła.
Siedzę więc lub klęczę sobie między grządkami, słońce do spółki z obłokami odstawia swój taniec, cieplutko, spokojnie. Bzy i konwalie pachną bez opamiętania, pszczoły bzykają, ptaki śpiewają, Tiki śpi. Pełnia szczęścia. Posuwam się sobie do przodu, a za mną zostają czyściutkie zagonki z rzędami młodych roślinek, prężącymi młodziutkie listeczki jak przedszkolaki udające wojsko. Rządki niezbyt równe, ale za to jakie dziarskie w swojej chęci do życia!
Zaściółkowane grzędy może nie wyglądają jak z żurnala, ale jaka na nich ziemia! Cudowna - ciepła, miękka, urodzajna. I nic to, że plątają się liście, słoma i patyczki - niedługo ich nie będzie widać.
Górą gdzieś wieje wiatr, korony drzew tańczą frenetycznie, ale w warzywniku między żywopłotami zacisznie jest i cieplutko. Kładę się na słomie, podziwiam grę obłoków i wykonaną pracę. Przyjemnie. Bose stopy czują energię wzbierającą w tej ziemi, to bujne życie dookoła.
Kwiaty jakby szły w zawody, rozkwitają coraz inne, coraz więcej. Świerki wypuściły malutkie, delikatne łapki. W słońcu pachną miodem...
Piękny dzień, aż szkoda, kiedy się kończy. To nic, jutro będzie jeszcze lepsze.
Po nawale prac fizycznych, przy których mój kręgosłup cierpiał, a reszta była paskudnie wymęczona, nareszcie sama przyjemność. Bo ja motyczki używam głównie na ścieżkach, na zagonach o tej porze i często w ogóle się nie da. Korzystając z żyzności wzniesionych grządek sieję i sadzę dość gęsto i to mieszane towarzystwo - no, nie za gęsto, żeby miało każde, co potrzeba, czyli światło i miejsce, ale gęściej, niż to się zazwyczaj robi. Między malutkimi siewkami chwasty wyrastają w trybie przyspieszonym i często jest to jeden zielony dywan, gdzie nie dojdziesz, co i gdzie. Trzeba ręcznie. Siadam więc sobie z łopatką i pazurkami na ciepłej, suchej słomie alejki uzbrojona w okulary i wyskubuję paskudniki. Całkiem szybko to idzie. Mąż twierdzi, że osiągnęłam już prawie szybkość zbieraczki herbaty z Cejlonu. To duży komplement, bo im ręce chodzą z szybkością światła.
Siedzę więc lub klęczę sobie między grządkami, słońce do spółki z obłokami odstawia swój taniec, cieplutko, spokojnie. Bzy i konwalie pachną bez opamiętania, pszczoły bzykają, ptaki śpiewają, Tiki śpi. Pełnia szczęścia. Posuwam się sobie do przodu, a za mną zostają czyściutkie zagonki z rzędami młodych roślinek, prężącymi młodziutkie listeczki jak przedszkolaki udające wojsko. Rządki niezbyt równe, ale za to jakie dziarskie w swojej chęci do życia!
Zaściółkowane grzędy może nie wyglądają jak z żurnala, ale jaka na nich ziemia! Cudowna - ciepła, miękka, urodzajna. I nic to, że plątają się liście, słoma i patyczki - niedługo ich nie będzie widać.
Górą gdzieś wieje wiatr, korony drzew tańczą frenetycznie, ale w warzywniku między żywopłotami zacisznie jest i cieplutko. Kładę się na słomie, podziwiam grę obłoków i wykonaną pracę. Przyjemnie. Bose stopy czują energię wzbierającą w tej ziemi, to bujne życie dookoła.
Kwiaty jakby szły w zawody, rozkwitają coraz inne, coraz więcej. Świerki wypuściły malutkie, delikatne łapki. W słońcu pachną miodem...
Piękny dzień, aż szkoda, kiedy się kończy. To nic, jutro będzie jeszcze lepsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









