W naszym ogrodzie na ogół nie pracuję w ziemi przed Wielkanocą - no, chyba że jest baaardzo późna. Jakoś tak aura nie sprzyja temu, bo nawet jeśli są chwilowe ocieplenia, to zaraz za nimi przychodzą przymrozki i śniegi. Ziemia jest mokra, senna i niechętna. Nie ma co jej budzić przedwcześnie, niech sobie jeszcze odpoczywa. W naszym regionie wiosna przychodzi późno. W tej chwili wszystko jest jeszcze szarobure obydwa... a nie, to inna bajka...
Nie znaczy to jednak, że nic nie robimy: odsłaniamy róże, winorośle i inne wrażliwsze krzaki i byliny z zimowych osłon, robimy inspekty, w tym jeden wielki w tunelu, sprzątamy, sadzimy drzewka w dzikim lasku. Z samym sprzątaniem jest sporo roboty.
Pierre także zerwał darń z niektórych ścieżek w warzywniku i w zamian przykryliśmy je grubą warstwą ściółki. Alejki te były zbyt wąskie, żeby wjechać na nie z kosiarką, wymagały więc koszenia wykaszarką, na dodatek trawa z nich ruszała bez przerwy na podbój grządek, dodając mi pracy. Zostawiliśmy zadarnione większe aleje, bo to ładnie wygląda, a poza tym dzikie trawy wnoszą coś specyficznego do klimatu ogrodu.
Przy okazji przygotowywania nowego inspektu znaleźliśmy zapomniane główki czosnku, już ze sporymi pędami. Trzeba było je szybko posadzić, ale gdzie? Rozejrzałam się dookoła i mój wybór padł na 3 letni wał, który tak się rozłożył, że stał się właściwie lekko tylko kopulasto wybrzuszoną grządką. No to po narzędzia - grabie i motyczkę. W mig zgrabiłam zaścielające go liście i siano, po prostu na ścieżki po obu stronach. Mało się tego zrobiło, jakby ubyło przez zimę. Ta resztka będzie chronić ścieżki przed wysychaniem, udeptywaniem i porośnięciem chwastami, a przy okazji dostarczać próchnicy, bo przecież korzenie nie ograniczają się do grządek.
Następnie przedziabałam ziemię motyczką, wyrywając kilka nieśmiałych chwastów. Znowu zagrabiłam. W mniej, niż pół godziny była gotowa grządka szeroka na metr dwadzieścia, a długa na 6 metrów. Ziemia na niej jest pulchna, ciemna i przyjemna. Idealna do sadzenia i siewu. Wyobrażacie sobie, że musiała bym ją najpierw przekopywać? Zeszły by mi ze dwa dni, bo ból w plecach nie pozwoliłby mi skończyć. Jak ja kocham metodę uprawiania bez kopania! Na dodatek grządka jest czyściutka i tak samo ładna i pulchna, jak te kopane. Ma za to jeszcze więcej dobrej próchnicy.
Szybciutko posadziłam czosnek bez żadnych narzędzi, po prostu robiąc dołki palcami. Niech sobie rośnie. A kiedy ziemia się ogrzeje (trudno powiedzieć, kiedy, bo nocami bywa u nas i -7), to dostanie do towarzystwa marchewkę wczesną (połączenie neutralne), buraki (połączenie korzystne) oraz może selery i fasolkę szparagową. A może posadzę tam truskawki na koniec sezonu?
Na grządkach staram się sadzić jak największą różnorodność roślin, unikając jedynie wyraźnie szkodliwych wzajemnie połączeń. Rośliny są dość zagęszczone, ale nie przesadnie - tak, żeby każda miała miejsce dla korzeni. Liście i łodygi rozwijają się na różnych poziomach, maksymalnie wykorzystując światło słoneczne i jednocześnie zacieniając glebę.
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
sobota, 26 marca 2016
sobota, 12 marca 2016
Dostałam taki list
Dostałam taki list. I co ja mam z tym zrobić? Jak wiecie jestem obsobaczona i okocona do imentu i to przez charakterne zwierzaki. A pięknych jamniczek szkoda... Może ktoś coś?
Droga Pani Krystyno
Jestem czytelniczką Pani bloga. Miałam kiedyś przez kilkanaście lat własny ogród. Marzę, żeby jeszcze kiedyś mieć a na razie podczytuję i poznaję nowe sposoby uprawy.
Wiem, że kocha Pani zwierzęta i ma "szczęśliwą rękę" do adopcji zwierzaków. Dlatego ośmieliłam się prosić o pomoc.
Opiekuję się od miesiąca dwoma pieskami przyjaciela, który jest w szpitalu. Mieszkał sam, złamał rękę. Z tą złamana ręką wyprowadzał psy na spacer i spadł ze schodów. Uderzył się poważnie w głowę i niestety po 6 tygodniach rokowania są mało optymistyczne. Stracił pamięć o ostatnich latach, przestał być samodzielny.
O psy jeszcze nie zapytał. Kochał je najbardziej na świecie a teraz ich nie pamięta.
Jego jedyny syn nie ma warunków, by opiekować się psami, no i musi się teraz zająć ojcem. Jedyne co może zrobić, to oddać je do schroniska. Wtedy może znajdą nowy dom, ale pewnie zostaną rozdzielone. To byłoby bardzo smutne, bo są razem od szczeniaka, straciły już pana a teraz mogą stracić siebie nawzajem. Chciałabym tego uniknąć. Może jest jakaś szansa.
Jestem czytelniczką Pani bloga. Miałam kiedyś przez kilkanaście lat własny ogród. Marzę, żeby jeszcze kiedyś mieć a na razie podczytuję i poznaję nowe sposoby uprawy.
Wiem, że kocha Pani zwierzęta i ma "szczęśliwą rękę" do adopcji zwierzaków. Dlatego ośmieliłam się prosić o pomoc.
Opiekuję się od miesiąca dwoma pieskami przyjaciela, który jest w szpitalu. Mieszkał sam, złamał rękę. Z tą złamana ręką wyprowadzał psy na spacer i spadł ze schodów. Uderzył się poważnie w głowę i niestety po 6 tygodniach rokowania są mało optymistyczne. Stracił pamięć o ostatnich latach, przestał być samodzielny.
O psy jeszcze nie zapytał. Kochał je najbardziej na świecie a teraz ich nie pamięta.
Jego jedyny syn nie ma warunków, by opiekować się psami, no i musi się teraz zająć ojcem. Jedyne co może zrobić, to oddać je do schroniska. Wtedy może znajdą nowy dom, ale pewnie zostaną rozdzielone. To byłoby bardzo smutne, bo są razem od szczeniaka, straciły już pana a teraz mogą stracić siebie nawzajem. Chciałabym tego uniknąć. Może jest jakaś szansa.
To dwa jamniki szorstkowłose, miniaturowe, z
rodowodami ale na wystawach nie bywały. Piesek kastrowany i suczka
niekastrowana. Mają po 8,5 roku. Są zdrowe i w świetnej kondycji. Nigdy
nie doznały żadnej krzywdy, więc kochają wszystkich ludzi, są bardzo
ufne i łagodne dla dzieci.
To psy myśliwskie, ale nigdy nie polowały.
Lubią natomiast gonić koty i rozkopywać mysie nory. Mieszkały na stałe w
mieście ale często bywały na wsi.
Ja mogę się nimi zająć jeszcze miesiąc,
góra dwa ale to wszystko, bo nie jestem u siebie i na więcej nie mam
zgody. Mieszkam aktualnie z córką i zięciem, pracuję u nich jako
babcia-niania. Jestem z psami na wsi pod Poznaniem.
Może znajdzie się wśród czytelników bloga ktoś, kto je przyjmie i pokocha.
Z góry dziękuję za jakąkolwiek pomoc
Może znajdzie się wśród czytelników bloga ktoś, kto je przyjmie i pokocha.
Z góry dziękuję za jakąkolwiek pomoc
Pozdrawiam serdecznie
sandra2611@o2.pl
P.S. Autorka listu powiadamia, że psiaczki znalazły fajny dom! Dzięki Waszym udostępnieniom!
środa, 9 marca 2016
Jest taki deszcz
Koniec zimy bywa paskudny i depresyjny. Szaro, mokro, buro. Beznadzieja. Bladzi, wymęczeni ludzie łapią przeziębienia i wędrujące smuteczki. Jednym słowem - ciężkie czasy (jak mawiał ruski sołdat kradnąc zegar z wieży kościelnej).
A potem nagle przychodzi deszcz. Trudno mi powiedzieć, dlaczego zawsze zaczyna się deszczem, rzęsistym i takim jakimś innym. I nagle wszystko się zmienia, jakby bura ziemia umyła sobie twarz i postanowiła się obudzić. Nagle, po nocy, wszystko pachnie inaczej. Światło robi się perłowe. Niebo zaptasia się bardzo, ciągną klucze rozmaite. domowe sikorki i wróble zaczynają jakoś inaczej popiskiwać. Wśród suchych liści bieleją przebiśniegi. Nawet bura murawa ma jakąś nieśmiałą nutkę zieleni. I to wszystko praktycznie po jednej nocy.
Otóż u nas właśnie dwa dni temu przeszedł TEN deszcz. A w nas pomału wstępują siły i chęć do pracy, rozmywa się zimowa ospałość. Na razie jeszcze powoli, nieśmiało. Ale już niedługo wybuchnie fajerwerkami energii i wiosennej krzątaniny.
Rozłożyłam nasiona, planuję siewy. Gdzie ja to wszystko zmieszczę?
Dziś zrobiliśmy grzejącą grządkę w tunelu, tam, gdzie mamy skrzynię. Wyrzuciliśmy wszystką ziemię, używaną od poprzedniego razu, czyli od 3 lat. Wypełniliśmy skrzynię gnojem ze słomą. Mieszankę wyborową mamy w tym roku, bo trochę od kur, dużo od naszych owiec i sporo krowiego od sąsiada. Obornik owczy grzeje prawie tak samo dobrze, jak koński, krowi rozluźnia wszystko, a kurzy daje kopa azotowego do rozkładu słomy. Warstwa obornika musi mieć co najmniej 40 cm. Dobrze zmoczyliśmy ją wężem i dobrze udeptałam ją centymetr po centymetrze. Na wierzch poszła duża część wydobytej poprzednio ziemi, tak przynajmniej 20 cm. Ziemia ciągle jest żyzna, bo cały czas była ściółkowana. Z satysfakcją zamknęliśmy tunel i pozwoliliśmy grządce pracować. Za kilka dni pójdzie na nią pierwszy rzut rzodkiewek, sałatki i takich tam nowalijek.
Znalazłam nowe miejsce na konstrukcję fasolową, wiecie, tę z wysokiego drąga z kołem od roweru na szczycie. Muszę je jeszcze wyczyścić, ale z tym akurat nie ma pośpiechu.
Pierre podsypał kompostu na grządkę z ziołami aromatycznymi. Już coś tam powolutku zaczyna wychodzić z ziemi. Odkrywamy powoli róże i zbieramy gałęzie choiny, chroniące niektóre krzewy.
Samej ziemi jeszcze nie tykamy, jeszcze za wcześnie. Nie będziemy jej wyrywać tak nagle ze snu, niech się budzi w swoim rytmie. Za to za kilka dni odkryję część wałów, żeby się nagrzały, bo na trzyletnich można już wysiewać marchewkę.
Być może przyjdą jeszcze zimne dni, może nawet pośnieży. Tyle, że przełom już się dokonał. Już żurawie otwierają niebo swoimi głosami, już ziemia łapie oddech. Przyszedł magiczny moment, który co roku mnie zadziwia i zachwyca. Ogłaszam niniejszym koniec zimy!
A potem nagle przychodzi deszcz. Trudno mi powiedzieć, dlaczego zawsze zaczyna się deszczem, rzęsistym i takim jakimś innym. I nagle wszystko się zmienia, jakby bura ziemia umyła sobie twarz i postanowiła się obudzić. Nagle, po nocy, wszystko pachnie inaczej. Światło robi się perłowe. Niebo zaptasia się bardzo, ciągną klucze rozmaite. domowe sikorki i wróble zaczynają jakoś inaczej popiskiwać. Wśród suchych liści bieleją przebiśniegi. Nawet bura murawa ma jakąś nieśmiałą nutkę zieleni. I to wszystko praktycznie po jednej nocy.
Otóż u nas właśnie dwa dni temu przeszedł TEN deszcz. A w nas pomału wstępują siły i chęć do pracy, rozmywa się zimowa ospałość. Na razie jeszcze powoli, nieśmiało. Ale już niedługo wybuchnie fajerwerkami energii i wiosennej krzątaniny.
Rozłożyłam nasiona, planuję siewy. Gdzie ja to wszystko zmieszczę?
Dziś zrobiliśmy grzejącą grządkę w tunelu, tam, gdzie mamy skrzynię. Wyrzuciliśmy wszystką ziemię, używaną od poprzedniego razu, czyli od 3 lat. Wypełniliśmy skrzynię gnojem ze słomą. Mieszankę wyborową mamy w tym roku, bo trochę od kur, dużo od naszych owiec i sporo krowiego od sąsiada. Obornik owczy grzeje prawie tak samo dobrze, jak koński, krowi rozluźnia wszystko, a kurzy daje kopa azotowego do rozkładu słomy. Warstwa obornika musi mieć co najmniej 40 cm. Dobrze zmoczyliśmy ją wężem i dobrze udeptałam ją centymetr po centymetrze. Na wierzch poszła duża część wydobytej poprzednio ziemi, tak przynajmniej 20 cm. Ziemia ciągle jest żyzna, bo cały czas była ściółkowana. Z satysfakcją zamknęliśmy tunel i pozwoliliśmy grządce pracować. Za kilka dni pójdzie na nią pierwszy rzut rzodkiewek, sałatki i takich tam nowalijek.
Znalazłam nowe miejsce na konstrukcję fasolową, wiecie, tę z wysokiego drąga z kołem od roweru na szczycie. Muszę je jeszcze wyczyścić, ale z tym akurat nie ma pośpiechu.
Pierre podsypał kompostu na grządkę z ziołami aromatycznymi. Już coś tam powolutku zaczyna wychodzić z ziemi. Odkrywamy powoli róże i zbieramy gałęzie choiny, chroniące niektóre krzewy.
Samej ziemi jeszcze nie tykamy, jeszcze za wcześnie. Nie będziemy jej wyrywać tak nagle ze snu, niech się budzi w swoim rytmie. Za to za kilka dni odkryję część wałów, żeby się nagrzały, bo na trzyletnich można już wysiewać marchewkę.
Być może przyjdą jeszcze zimne dni, może nawet pośnieży. Tyle, że przełom już się dokonał. Już żurawie otwierają niebo swoimi głosami, już ziemia łapie oddech. Przyszedł magiczny moment, który co roku mnie zadziwia i zachwyca. Ogłaszam niniejszym koniec zimy!
czwartek, 25 lutego 2016
Permakultura - jak to wygląda?
Permakultura to pełny szacunek dla natury i dla człowieka. Jak to jednak wygląda w praktyce? Udajmy się w odwiedziny do takiego idealnego permakulturowego siedliska. Ma ono swoje centrum, od którego jak kręgi na wodzie rozchodzą się różne strefy. W formie koncentrycznych kręgów była zbudowana Atlantyda, Dante zarówno Niebo jak i Piekło podzielił na kręgi, głos i światło rozchodzą się po okręgu. Tyle, że jak wszystko w permakulturze, nie są one idealne, wchodzą nawzajem na siebie, przenikają się, płynnie zaślubiają teren. Zobaczmy je okiem wędrowca, który zbliża się z zewnątrz.
Najdalszy krąg to dzika przyroda, w naszym klimacie będzie to prawdopodobnie las. Nie taki sadzony pod sznurek, ale dziki, mieszany i majestatyczny. Człowiek zjawia się tu tylko jako obserwator, więc i my przemykamy na paluszkach.
Dalej jest strefa, gdzie człowiek przychodzi czasem by pracować i coś pozyskać. Połacie lasków, gdzie czasami ścina się drzewa na opał lub do budowania i natychmiast za każde ścięte zasadza 7 innych przenikają się z pastwiskami i sianożęciami. Grają owady, śpiewa skowronek, bo oto wchodzimy w trzecią strefę - pól i upraw nie wymagających stałej opieki.
Pola są niewielkie, bo nie używa się maszyn spalinowych, tylko koniki. Mają różne kształty i kolory, na niektórych rosną rośliny wieloletnie. Stąd już tylko kilka kroków i wchodzimy do sadu.
Sad jest podobny do urodzajnego lasku, gdzie rosną pomieszane rozmaite drzewa i krzewy dające owoce. Jest on jak kochające ramiona otaczające centrum, chroniące je od wiatrów i dające wspaniałe owoce. W sadzie "pasą się" kury - zjadają one opadłe owoce i wszystkie robaki, które spadają razem z nimi, a przy okazji nawożą ziemię.Mają też w pobliżu swój kurnik. Wszystkie zwierzęta mają swoje schronienia w pobliżu miejsc wypasu i niedaleko domu, ale nie tuż przy nim. Możliwe, że pasie się też pod wyniosłymi jabłoniami ulubiony kucyk. Może jest tam też cieplarnia, albo bliżej domu, w strefie ogrodu.
Ostatnia strefa to ogrody warzywne. Gdzieś na styku tych stref, przecinając je i urozmaicając, błyszczy staw. Ponieważ najbogatsze i najurodzajniejsze są strefy przejściowe pomiędzy różnymi środowiskami, to tak wszystko zaplanowano, że przeplatają się one ze sobą, tworząc meandry i zakątki. Nie ma linii prostych, ale łagodne krzywizny. Wśród warzyw można też znaleźć drzewo owocowe lub krzew, kwiaty rosną po trochu wszędzie, pachną zioła. W zacienionym zakątku stoi kilka uli... A po ogrodzie biegają kaczki. Dlaczego właśnie kaczki? Bo zjadają ślimaki. Według B.Mollisona nie ma problemu ze ślimakami, może być tylko za mało kaczek.
Oto dochodzimy do punktu 0, centrum całego tego mikroświat - czyli do domu. Jest on wtopiony w swoje środowisko, naturalny, wygodny i piękny. Piękno jest ważne - wszystko jest tu zaplanowane tak, by cieszyć oczy.
Taki układ przestrzeni zaoszczędza wiele pracy i niepotrzebnego dreptania. To, czego musimy doglądać często i czego potrzebujemy do przygotowania posiłku, znajduje się pod ręką.
Ogród, uprawiany ze znajomością sztuki, z ćwierci hektara może wyżywić jedną rodzinę. A jest jeszcze sad i pola, las i jego jagody i grzyby, staw z rybami. Całość może zamknąć się w kilku hektarach.
W domu, w punkcie zerowym, jest serce i mózg tego rajskiego zakątka - Człowiek. Człowiek, który wstając rano idzie do pracy jak do zabawy. Człowiek, który nie niszczy, nie brudzi, nie śmieci, ale tworzy wokół siebie życie i piękno.
Słuchajcie, wiem, że to wersja nieco bajkowa i utopijna, ale czy ta utopia nie jest możliwa? Może warto chociażby spróbować?
Najdalszy krąg to dzika przyroda, w naszym klimacie będzie to prawdopodobnie las. Nie taki sadzony pod sznurek, ale dziki, mieszany i majestatyczny. Człowiek zjawia się tu tylko jako obserwator, więc i my przemykamy na paluszkach.
Dalej jest strefa, gdzie człowiek przychodzi czasem by pracować i coś pozyskać. Połacie lasków, gdzie czasami ścina się drzewa na opał lub do budowania i natychmiast za każde ścięte zasadza 7 innych przenikają się z pastwiskami i sianożęciami. Grają owady, śpiewa skowronek, bo oto wchodzimy w trzecią strefę - pól i upraw nie wymagających stałej opieki.
Pola są niewielkie, bo nie używa się maszyn spalinowych, tylko koniki. Mają różne kształty i kolory, na niektórych rosną rośliny wieloletnie. Stąd już tylko kilka kroków i wchodzimy do sadu.
Sad jest podobny do urodzajnego lasku, gdzie rosną pomieszane rozmaite drzewa i krzewy dające owoce. Jest on jak kochające ramiona otaczające centrum, chroniące je od wiatrów i dające wspaniałe owoce. W sadzie "pasą się" kury - zjadają one opadłe owoce i wszystkie robaki, które spadają razem z nimi, a przy okazji nawożą ziemię.Mają też w pobliżu swój kurnik. Wszystkie zwierzęta mają swoje schronienia w pobliżu miejsc wypasu i niedaleko domu, ale nie tuż przy nim. Możliwe, że pasie się też pod wyniosłymi jabłoniami ulubiony kucyk. Może jest tam też cieplarnia, albo bliżej domu, w strefie ogrodu.
Ostatnia strefa to ogrody warzywne. Gdzieś na styku tych stref, przecinając je i urozmaicając, błyszczy staw. Ponieważ najbogatsze i najurodzajniejsze są strefy przejściowe pomiędzy różnymi środowiskami, to tak wszystko zaplanowano, że przeplatają się one ze sobą, tworząc meandry i zakątki. Nie ma linii prostych, ale łagodne krzywizny. Wśród warzyw można też znaleźć drzewo owocowe lub krzew, kwiaty rosną po trochu wszędzie, pachną zioła. W zacienionym zakątku stoi kilka uli... A po ogrodzie biegają kaczki. Dlaczego właśnie kaczki? Bo zjadają ślimaki. Według B.Mollisona nie ma problemu ze ślimakami, może być tylko za mało kaczek.
Oto dochodzimy do punktu 0, centrum całego tego mikroświat - czyli do domu. Jest on wtopiony w swoje środowisko, naturalny, wygodny i piękny. Piękno jest ważne - wszystko jest tu zaplanowane tak, by cieszyć oczy.
Taki układ przestrzeni zaoszczędza wiele pracy i niepotrzebnego dreptania. To, czego musimy doglądać często i czego potrzebujemy do przygotowania posiłku, znajduje się pod ręką.
Ogród, uprawiany ze znajomością sztuki, z ćwierci hektara może wyżywić jedną rodzinę. A jest jeszcze sad i pola, las i jego jagody i grzyby, staw z rybami. Całość może zamknąć się w kilku hektarach.
W domu, w punkcie zerowym, jest serce i mózg tego rajskiego zakątka - Człowiek. Człowiek, który wstając rano idzie do pracy jak do zabawy. Człowiek, który nie niszczy, nie brudzi, nie śmieci, ale tworzy wokół siebie życie i piękno.
Słuchajcie, wiem, że to wersja nieco bajkowa i utopijna, ale czy ta utopia nie jest możliwa? Może warto chociażby spróbować?
wtorek, 23 lutego 2016
Permakultura - jaki sens?
Kiedy zaczynałam swoją przygodę z naturalnym ogrodnictwem, to słowo było nieznane. Obecnie odmienia się je na wszystkie sposoby, coraz częściej używa się go na oznaczenie takich czy innych grządek, sposobów uprawy. A co to tak naprawdę znaczy? Ni mniej ni więcej, tylko całkowitą rewolucję ludzkich postaw i sposobu działania, sposobu życia.
Nasza cywilizacja jest cywilizacją niesamowicie drapieżną i agresywną. Mamy toczyć walkę o byt, walczyć ze sobą o pozycję, o wyższe plony i większą wydajność. Mamy walczyć o oceny, zdobywać uznanie, zwalczać owady i nieprawidłowe postawy. Mamy czynić ziemię sobie poddaną, wydzierać jej plony, rozdzierać orką, a wszystko to w pocie i łzach. Hajda, wielkie, ryczące maszyny! Podbijemy i zgwałcimy ziemię, byle mieć zysk i być lepszym i bogatszym od innych! Zaciśnij zęby i walcz, albo giń!Ta cywilizacja zrodziła rabunkową gospodarkę, gdzie wszyscy wydzierają wszystko przyrodzie i sobie nawzajem. Schematy działania i myślenia są czysto mechaniczne i sprowadzają się do mechanicznego, bezmyślnego stosowania pewnych procedur i zabiegów.
Tyle, że ta rabunkowa gospodarka doszła już do ściany. Zatruta, martwa ziemia daje coraz mniejsze plony przy coraz większych nakładach. Produkowana mechanicznie żywność ma coraz mniejszą wartość, a nawet staje się trująca. Zwierzęta cierpią milionami i giną bez sensu, bo ich śmierć już nas nie żywi, a jedynie podtrzymuje wegetację... Pokolenie naszych dzieci będzie pierwszym od dziesięcioleci, które będzie żyło krócej i w gorszych warunkach, niż ich rodzice.
Jest jednak inna alternatywa, inna mądrość, która powraca do nas z głębi wieków, która przychodzi od ostatnich niedobitków ludów pierwotnych, która mamy tam gdzieś zapisaną w pamięci genetycznej. Ta mądrość mówi, że jesteśmy cząstką przyrody i jesteśmy z nią nierozerwalnie związani. Natura wykształciła się przez miliardy lat w system tak skomplikowany i tak doskonały, że nie możemy tego pojąć. Uczeni zobaczyli w kosmosie i w cząstkach kwantowych niepojęta tajemnicę i magię, która nie ma równej w swojej złożoności i doskonałości.
My jesteśmy dziećmi ziemi, a nie jej zdobywcami. Nie powinniśmy jej czynić poddaną, ale troszczyć się o nią. TROSKA O ZIEMIĘ jest pierwszą zasadą permakultury. Wypływa z tego podejście pełnego miłości dziecka i ucznia, który działa łagodnie, w zgodzie z zasadami, które natura sama mu podsuwa. Nie ma tu schematów, mechanicznego powtarzania - jest obserwacja, nauka i dostosowanie się do miejsca, czasu, klimatu, siebie samych...
Ta cywilizacja nie prze z hukiem i brzękiem stali, nie jest cywilizacją zabójców, gwałcicieli i rabusiów, ale łagodnie, jak woda, omija przeszkody i z radością idzie przed siebie niosąc życie.
W tej nowej cywilizacji człowiek nie walczy z innymi, nie rywalizuje i nie gnębi, ale stara się zapewnić sobie i swoim bliskim jak najlepszy byt przy jak najmniejszym zużyciu energii, paliw, surowców... Nikt nie da rady być tak zupełnie sam. Czas dojrzeć i przestać być dziećmi, które chcą tylko dla siebie, ale zacząć troszczyć się o ludzi - o siebie samego i innych. TROSZCZ SIĘ O LUDZI - to druga reguła permakultury. Nie tylko o innych, ale też o siebie samego.
Trzecią zasadą ...hmmm ... najpierw brzmiała ona "ogranicz populację i konsumpcję", ale potem została zmieniona na "dziel się nadmiarem". Jak dla mnie są to dwie różne rzeczy, obie słuszne.
Cywilizacja techniczna polega na sztywnych zasadach, nakazach i zakazach. Nowa cywilizacja jest bardziej intuicyjna, polega na wiedzy, obserwacji, uczuciu i współdziałaniu. Nie na pocie i łzach, ale na radości i tworzeniu przy minimalnym nakładzie pracy. Jest miękka, ale nieustępliwa.
Co ciekawe, to malutkie fermy prowadzone według zasad permakultury okazują się być bardziej produktywne, niż te techniczne. Są też o wiele piękniejsze i bardziej przyjazne ludziom. W domach zbudowanych na tych zasadach mieszka się wygodnie i przyjemnie bez zadłużania się na całe życie i bez bycia podtruwanym rozmaitymi oparami.
Nie jest łatwo zmienić sposób widzenia świata, jeśli przez pokolenia byliśmy tresowani w innej optyce, ale ten świat przyjazny Ziemi, ludziom i zwierzętom jest w nas. Ta odwieczna tęsknota za rajem utraconym, za utopią, za Wyspami Szczęśliwymi. Jest to możliwe...
I tak na koniec - nie lubię słowa "permakultura", jakoś tak zgrzyta mi i chrzęści. Ideę uwielbiam, ale słowo... Nasze słowo "uprawa" w swoim pierwotnym, niezmienionym sensie bardziej by mi leżało. "U-Prawa", czyli coś zgodne z odwiecznym Prawem, ale też Prawe w sensie uczciwe i prawdziwe. Należące do Prawii. Szkoda, że dzisiaj tak zmieniono i wypaczono jego znaczenie, że wielu ludziom kojarzy się z bezkresnymi polami i kombajnami...
Nasza cywilizacja jest cywilizacją niesamowicie drapieżną i agresywną. Mamy toczyć walkę o byt, walczyć ze sobą o pozycję, o wyższe plony i większą wydajność. Mamy walczyć o oceny, zdobywać uznanie, zwalczać owady i nieprawidłowe postawy. Mamy czynić ziemię sobie poddaną, wydzierać jej plony, rozdzierać orką, a wszystko to w pocie i łzach. Hajda, wielkie, ryczące maszyny! Podbijemy i zgwałcimy ziemię, byle mieć zysk i być lepszym i bogatszym od innych! Zaciśnij zęby i walcz, albo giń!Ta cywilizacja zrodziła rabunkową gospodarkę, gdzie wszyscy wydzierają wszystko przyrodzie i sobie nawzajem. Schematy działania i myślenia są czysto mechaniczne i sprowadzają się do mechanicznego, bezmyślnego stosowania pewnych procedur i zabiegów.
Tyle, że ta rabunkowa gospodarka doszła już do ściany. Zatruta, martwa ziemia daje coraz mniejsze plony przy coraz większych nakładach. Produkowana mechanicznie żywność ma coraz mniejszą wartość, a nawet staje się trująca. Zwierzęta cierpią milionami i giną bez sensu, bo ich śmierć już nas nie żywi, a jedynie podtrzymuje wegetację... Pokolenie naszych dzieci będzie pierwszym od dziesięcioleci, które będzie żyło krócej i w gorszych warunkach, niż ich rodzice.
Jest jednak inna alternatywa, inna mądrość, która powraca do nas z głębi wieków, która przychodzi od ostatnich niedobitków ludów pierwotnych, która mamy tam gdzieś zapisaną w pamięci genetycznej. Ta mądrość mówi, że jesteśmy cząstką przyrody i jesteśmy z nią nierozerwalnie związani. Natura wykształciła się przez miliardy lat w system tak skomplikowany i tak doskonały, że nie możemy tego pojąć. Uczeni zobaczyli w kosmosie i w cząstkach kwantowych niepojęta tajemnicę i magię, która nie ma równej w swojej złożoności i doskonałości.
My jesteśmy dziećmi ziemi, a nie jej zdobywcami. Nie powinniśmy jej czynić poddaną, ale troszczyć się o nią. TROSKA O ZIEMIĘ jest pierwszą zasadą permakultury. Wypływa z tego podejście pełnego miłości dziecka i ucznia, który działa łagodnie, w zgodzie z zasadami, które natura sama mu podsuwa. Nie ma tu schematów, mechanicznego powtarzania - jest obserwacja, nauka i dostosowanie się do miejsca, czasu, klimatu, siebie samych...
Ta cywilizacja nie prze z hukiem i brzękiem stali, nie jest cywilizacją zabójców, gwałcicieli i rabusiów, ale łagodnie, jak woda, omija przeszkody i z radością idzie przed siebie niosąc życie.
W tej nowej cywilizacji człowiek nie walczy z innymi, nie rywalizuje i nie gnębi, ale stara się zapewnić sobie i swoim bliskim jak najlepszy byt przy jak najmniejszym zużyciu energii, paliw, surowców... Nikt nie da rady być tak zupełnie sam. Czas dojrzeć i przestać być dziećmi, które chcą tylko dla siebie, ale zacząć troszczyć się o ludzi - o siebie samego i innych. TROSZCZ SIĘ O LUDZI - to druga reguła permakultury. Nie tylko o innych, ale też o siebie samego.
Trzecią zasadą ...hmmm ... najpierw brzmiała ona "ogranicz populację i konsumpcję", ale potem została zmieniona na "dziel się nadmiarem". Jak dla mnie są to dwie różne rzeczy, obie słuszne.
Cywilizacja techniczna polega na sztywnych zasadach, nakazach i zakazach. Nowa cywilizacja jest bardziej intuicyjna, polega na wiedzy, obserwacji, uczuciu i współdziałaniu. Nie na pocie i łzach, ale na radości i tworzeniu przy minimalnym nakładzie pracy. Jest miękka, ale nieustępliwa.
Co ciekawe, to malutkie fermy prowadzone według zasad permakultury okazują się być bardziej produktywne, niż te techniczne. Są też o wiele piękniejsze i bardziej przyjazne ludziom. W domach zbudowanych na tych zasadach mieszka się wygodnie i przyjemnie bez zadłużania się na całe życie i bez bycia podtruwanym rozmaitymi oparami.
Nie jest łatwo zmienić sposób widzenia świata, jeśli przez pokolenia byliśmy tresowani w innej optyce, ale ten świat przyjazny Ziemi, ludziom i zwierzętom jest w nas. Ta odwieczna tęsknota za rajem utraconym, za utopią, za Wyspami Szczęśliwymi. Jest to możliwe...
I tak na koniec - nie lubię słowa "permakultura", jakoś tak zgrzyta mi i chrzęści. Ideę uwielbiam, ale słowo... Nasze słowo "uprawa" w swoim pierwotnym, niezmienionym sensie bardziej by mi leżało. "U-Prawa", czyli coś zgodne z odwiecznym Prawem, ale też Prawe w sensie uczciwe i prawdziwe. Należące do Prawii. Szkoda, że dzisiaj tak zmieniono i wypaczono jego znaczenie, że wielu ludziom kojarzy się z bezkresnymi polami i kombajnami...
niedziela, 14 lutego 2016
Gliniane garnki
Lubię historię, ale nie monotonną litanię dat i bitew, ale dociekanie, jak żyli i myśleli ludzie w dawnych czasach. Czytając kiedyś pewną książkę o naszych przodkach i ich kuchni dowiedziałam się, że nie wiadomo dlaczego upierali się przy prymitywnych glinianych garach, "w których jedzenie z jednej strony było przypalone, a z drugiej pół surowe". Jakże mylił się autor tego tekstu! Nie wiem, co oni mają, ci historycy, że na siłę próbują przedstawić naszych przodków jako głupich prymitywów.
Jeśli gospodynie słowiańskie tak ceniły garnki gliniane, to nie bez racji. Ostatnio się o tym przekonuję, używając nagminnie takiego gara, zwanego "garnkiem rzymskim".
Moje widzenie glinianych garów zaczęło się zmieniać, kiedy na Litwie posmakowałam czenaków, czyli jednoosobowych, polewanych garnuszków, wypełnionych kapustą z mięsem i warzywami i zapiekanych w piecu. Takie proste, a smak niepowtarzalny!
Jakiś czas temu kupiłam więc glinianą brytfankę z pokrywą i... trzeba było mi nauczyć się zupełnie innego sposobu gotowania. Nie można jej traktować, jak normalnego garnka czy blachy. Trzeba ją najpierw wymoczyć, następnie wypełnić tym, czym chcemy (warzywa, kasze, mięso itp) i wstawić do ZIMNEGO pieca. Dopiero potem rozpalić piec i pozwolić zapiekać się powoli temu wszystkiemu.
Jest jeszcze inna korzyść z używania tego ustrojstwa: prawie brak zapachów w kuchni. Wiadomo, że smażenina np. w pierwszej chwili pachnie przyjemnie, ale potem zasmradza cały dom. Z gara dobywa się tylko leciutki, przyjemny zapach. Nawet przy zapiekaniu bigosu.
Nie wiem, co one mają, te gliniane naczynia, ale coś muszą mieć, bo smak potraw jest pyszny i niepowtarzalny. Inny, niż tych samych potraw zapiekanych w naczyniu żeliwnym.
Inne naczynia, inny sposób gotowania, inne podejście do kuchni. Wcale nie mniej wyrafinowane, niż używanie naczyń metalowych, a na pewno zdrowsze.
Dla mnie ten sposób gotowania ma też inną zaletę. Jako że obiad jadamy wcześnie, to nieraz narzekałam, że ledwie posprzątam po śniadaniu i wyjdę do ogrodu, to już muszę przerywać i lecieć gotować obiad. Teraz mogę, przygotowując śniadanie, załadować mego gliniaka, wstawić go do pieca, niech sobie pyrka i spokojnie pracować tam, gdzie lubię (czyli w ogrodzie) aż do momentu posiłku. O odpowiedniej porze wyjmuję gotowe, pyszne danie. Zaręczam, że jest ugotowane równomiernie i rozpływa się w ustach.
Mamy takie przyzwyczajenie, że wyobrażamy sobie naszych przodków jako takich ja my, tylko bardziej prymitywnych i głupszych. Tymczasem oni mieli zupełnie inne pojmowanie świata i podejście do wielu spraw, często inteligentniejsze od naszego i wygodniejsze. Wymagające niemało wiedzy, choć innej, niż ta przez nas praktykowana.
Oprócz garnków z wypalanej gliny istnieją też polewane, które lepiej pasują do potraw płynnych, zup, polewek itp. chociaż mój gar po kilku użyciach, kiedy przesiąknął olejem, zrobił się również nieprzemakalny totalnie i mogę spokojnie zalać w nim jaglankę wodą czy wywarem i dopiero potem piec.
Wyobrażam już sobie smak świeżych jarzyn z ogrodu, przygotowanych w glinianym garnku. A że wszystko, co dobre, ma u mnie tendencję rozrostową, to teraz mam ochotę powiększyć ich ilość i różnorodność, choćby na wypadek gdyby do stołu mieli zasiąść pospołu wegetarianie i mięsożercy.
aha - mała rada praktyczna: lepiej nie dawać surowej cebuli, pieczona ma dość dziwny smak i zapach, raczej nieprzyjemny. Podsmażam trochę na oliwie przed dodaniem.
Zdjęcia pochodzą z netu.
Jeśli gospodynie słowiańskie tak ceniły garnki gliniane, to nie bez racji. Ostatnio się o tym przekonuję, używając nagminnie takiego gara, zwanego "garnkiem rzymskim".
Moje widzenie glinianych garów zaczęło się zmieniać, kiedy na Litwie posmakowałam czenaków, czyli jednoosobowych, polewanych garnuszków, wypełnionych kapustą z mięsem i warzywami i zapiekanych w piecu. Takie proste, a smak niepowtarzalny!
Jakiś czas temu kupiłam więc glinianą brytfankę z pokrywą i... trzeba było mi nauczyć się zupełnie innego sposobu gotowania. Nie można jej traktować, jak normalnego garnka czy blachy. Trzeba ją najpierw wymoczyć, następnie wypełnić tym, czym chcemy (warzywa, kasze, mięso itp) i wstawić do ZIMNEGO pieca. Dopiero potem rozpalić piec i pozwolić zapiekać się powoli temu wszystkiemu.
Jest jeszcze inna korzyść z używania tego ustrojstwa: prawie brak zapachów w kuchni. Wiadomo, że smażenina np. w pierwszej chwili pachnie przyjemnie, ale potem zasmradza cały dom. Z gara dobywa się tylko leciutki, przyjemny zapach. Nawet przy zapiekaniu bigosu.
Nie wiem, co one mają, te gliniane naczynia, ale coś muszą mieć, bo smak potraw jest pyszny i niepowtarzalny. Inny, niż tych samych potraw zapiekanych w naczyniu żeliwnym.
Inne naczynia, inny sposób gotowania, inne podejście do kuchni. Wcale nie mniej wyrafinowane, niż używanie naczyń metalowych, a na pewno zdrowsze.
Dla mnie ten sposób gotowania ma też inną zaletę. Jako że obiad jadamy wcześnie, to nieraz narzekałam, że ledwie posprzątam po śniadaniu i wyjdę do ogrodu, to już muszę przerywać i lecieć gotować obiad. Teraz mogę, przygotowując śniadanie, załadować mego gliniaka, wstawić go do pieca, niech sobie pyrka i spokojnie pracować tam, gdzie lubię (czyli w ogrodzie) aż do momentu posiłku. O odpowiedniej porze wyjmuję gotowe, pyszne danie. Zaręczam, że jest ugotowane równomiernie i rozpływa się w ustach.
Mamy takie przyzwyczajenie, że wyobrażamy sobie naszych przodków jako takich ja my, tylko bardziej prymitywnych i głupszych. Tymczasem oni mieli zupełnie inne pojmowanie świata i podejście do wielu spraw, często inteligentniejsze od naszego i wygodniejsze. Wymagające niemało wiedzy, choć innej, niż ta przez nas praktykowana.
Oprócz garnków z wypalanej gliny istnieją też polewane, które lepiej pasują do potraw płynnych, zup, polewek itp. chociaż mój gar po kilku użyciach, kiedy przesiąknął olejem, zrobił się również nieprzemakalny totalnie i mogę spokojnie zalać w nim jaglankę wodą czy wywarem i dopiero potem piec.
Wyobrażam już sobie smak świeżych jarzyn z ogrodu, przygotowanych w glinianym garnku. A że wszystko, co dobre, ma u mnie tendencję rozrostową, to teraz mam ochotę powiększyć ich ilość i różnorodność, choćby na wypadek gdyby do stołu mieli zasiąść pospołu wegetarianie i mięsożercy.
aha - mała rada praktyczna: lepiej nie dawać surowej cebuli, pieczona ma dość dziwny smak i zapach, raczej nieprzyjemny. Podsmażam trochę na oliwie przed dodaniem.
Zdjęcia pochodzą z netu.
wtorek, 9 lutego 2016
Im więcej gwiazd
Wczoraj wieczorem wyszłam na dwór. Spojrzałam na nasz jesion i zamarłam z zachwytu. Na nagich konarach, wznoszących się jak delikatna koronka w niebo, przysiadła cała masa magicznych, świetlistych owoców. Tylu gwiazd nie widziałam już od dawna. Rozejrzałam się wokół - całe niebo było obsypane światełkami. To jeden z tych momentów, kiedy piękno w najczystszej postaci przenika naszą duszę, a wspomnienie zostaje na zawsze.
Im więcej gwiazd na czystym niebie, tym jest piękniej. Im więcej żywych, czystych ogrodów na ziemi - tym lepszy i piękniejszy świat. Dlatego cieszę się za każdym razem, kiedy odkrywam jakiś nowy ogród, gdzie ludzie dbają o ziemię, o wszystkie istoty żyjące, gdzie tworzą piękno i swoje szczęście przy okazji. Nasza Ziemia potrzebuje lekarzy, którzy ją uratują. wiecie, że gdyby wszyscy ludzie na Ziemi zużywali tyle żywności, ile my w Europie, to potrzebne by były TRZY globy ziemskie, żeby ich wyżywić? Niestety, mamy tylko jeden i trzeba o niego dbać, bo innego nie dostaniemy.
We Francji istnieje takie gospodarstwo permakulturowe, które jest w tej chwili bardzo mediatyzowane. Powodów jest kilka, moim zdaniem. Po pierwsze - jest niezaprzeczalnie piękne! Po drugie daje utrzymanie i pracę wcale sporej grupce ludzi ( 6 osobowa rodzina + kilku pracowników), oraz produkuje wspaniałe warzywa na zaskakująco małej powierzchni. W dobie bezrobocia, braku perspektyw itp. jest jak napływ świeżego powietrza. Na dokładkę jest pierwsze, gdzie ilość plonów, ilość wkładanej pracy i inne czynniki są dokładnie badane prze niezależne organizmy naukowe. A wyniki są takie, że dech zapiera. Używając tylko narzędzi ręcznych i konnych, potrafią wyhodować na parceli 1 000 metrów kw. dziesięciokrotnie więcej warzyw, niż inni ekologiczni ogrodnicy, używający maszyn, a kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy więcej, niż ogrodnicy tradycyjni i to przy żadnych prawie kosztach produkcji. Gdyby wszystkie warzywa z tego kawałka były sprzedawane po średniej cenie, obowiązującej w regionie, to w pierwszych latach dały by dochód ponad 30 000. euro rocznie, a obecnie ponad 50 000, co jest średnim dochodem rocznym we Francji. Oczywiście, to tylko wydzielona parcela w o wiele większym ogrodzie.
Wprawdzie klimat jest tam nieco łaskawszy, niż u nas, więc trzeba wziąć poprawki. Z resztą oni też mają sporo szklarni, bo to jednak region na północy, zimą bywa tam do -10 stopni (rzadko), a chcą mieć warzywa przez cały rok. Jednak perspektywa, że można utrzymać się w sposób całkiem przyzwoity z ćwierci hektara wydaje się niesamowita. Oczywiście, potrzeba do tego wielkiej wiedzy i wiele praktyki, ale jest możliwe.
Zapraszam Was do wizyty w ogrodach w Bec Hellouin w Normandii, założonych przez Perrine i Charles'a Herve-Gruyer.
Na początku była to dolinka otwarta na wszystkie wiatry z bardzo słabiutką ziemią, która nigdy w historii nie była uprawiana - właśnie z powodu tej słabej gleby i gliniastego podglebia. Były to łąki, na których pasły się owce, bo dla krów były za ubogie.
Około 12 lat temu osiedliło się tam pewne małżeństwo z dziećmi, którym marzyła się samowystarczalność i zdrowe warzywa dla dzieci, alergicznych na chemię. Na początku było ciężko, bo z góry założyli, że nie będą używać maszyn, a poza tym żadne z nich nie było rolnikiem ani ogrodnikiem (on - żeglarz i pisarz, ona - prawnik). Kiedy jednak odkryli permakulturę i ideę mikro-fermingu, kiedy ze starych podręczników douczyli się, jak gospodarowali ogrodnicy w XIX wieku, ruszyło wszystko z kopyta. Teraz twierdzą, że hodują nie tylko rośliny i owoce, ale przede wszystkim glebę. Wszystko jest tam przemyślane, piękne... Żywią się tym sami, sprzedają, mając całkiem przyzwoity dochód, mając też, jak twierdzą, niesamowitą przyjemność z pracy. A że takie ogrody mają tendencję rozrostową, to zatrudnili też kilka osób, co w kraju, gdzie bezrobocie jest problemem narodowym, też jest na wagę złota. Prowadzą również staże i formują przyszłych ogrodników.
Zamieścili w internecie całą serię filmów, gdzie opowiadają o tym, co robią, jak i dlaczego. Piękne to wszystko i mądre, przemyślane i dobrze zrobione. I wiecie co jest dla mnie najbardziej uderzające? Że ludzie, z którymi nigdy nie rozmawiałam, którzy czytali inne książki, mieszkają o kilka tysięcy kilometrów stąd, mówią to samo, co ja od początku tego blogu. Nawet niektóre sformułowania są podobne. Oczywiście - mówią też inne rzeczy, ale duch całości jest ten sam. No i nie ma co ukrywać: oni robią to LEPIEJ.
Podaję link do ich filmików. Wiem, że tylko niektórzy zrozumieją to, co oni mówią, ale warto obejrzeć choćby dla przepięknych widoków. No i można podpatrzyć niektóre metody.
https://www.youtube.com/watch?v=FXaD3NGRQQo&list=PLYgVyAQ6d9kkiceRF5USDg1oRimS7gCUk
Im więcej gwiazd na czystym niebie, tym jest piękniej. Im więcej żywych, czystych ogrodów na ziemi - tym lepszy i piękniejszy świat. Dlatego cieszę się za każdym razem, kiedy odkrywam jakiś nowy ogród, gdzie ludzie dbają o ziemię, o wszystkie istoty żyjące, gdzie tworzą piękno i swoje szczęście przy okazji. Nasza Ziemia potrzebuje lekarzy, którzy ją uratują. wiecie, że gdyby wszyscy ludzie na Ziemi zużywali tyle żywności, ile my w Europie, to potrzebne by były TRZY globy ziemskie, żeby ich wyżywić? Niestety, mamy tylko jeden i trzeba o niego dbać, bo innego nie dostaniemy.
We Francji istnieje takie gospodarstwo permakulturowe, które jest w tej chwili bardzo mediatyzowane. Powodów jest kilka, moim zdaniem. Po pierwsze - jest niezaprzeczalnie piękne! Po drugie daje utrzymanie i pracę wcale sporej grupce ludzi ( 6 osobowa rodzina + kilku pracowników), oraz produkuje wspaniałe warzywa na zaskakująco małej powierzchni. W dobie bezrobocia, braku perspektyw itp. jest jak napływ świeżego powietrza. Na dokładkę jest pierwsze, gdzie ilość plonów, ilość wkładanej pracy i inne czynniki są dokładnie badane prze niezależne organizmy naukowe. A wyniki są takie, że dech zapiera. Używając tylko narzędzi ręcznych i konnych, potrafią wyhodować na parceli 1 000 metrów kw. dziesięciokrotnie więcej warzyw, niż inni ekologiczni ogrodnicy, używający maszyn, a kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt razy więcej, niż ogrodnicy tradycyjni i to przy żadnych prawie kosztach produkcji. Gdyby wszystkie warzywa z tego kawałka były sprzedawane po średniej cenie, obowiązującej w regionie, to w pierwszych latach dały by dochód ponad 30 000. euro rocznie, a obecnie ponad 50 000, co jest średnim dochodem rocznym we Francji. Oczywiście, to tylko wydzielona parcela w o wiele większym ogrodzie.
Wprawdzie klimat jest tam nieco łaskawszy, niż u nas, więc trzeba wziąć poprawki. Z resztą oni też mają sporo szklarni, bo to jednak region na północy, zimą bywa tam do -10 stopni (rzadko), a chcą mieć warzywa przez cały rok. Jednak perspektywa, że można utrzymać się w sposób całkiem przyzwoity z ćwierci hektara wydaje się niesamowita. Oczywiście, potrzeba do tego wielkiej wiedzy i wiele praktyki, ale jest możliwe.
Zapraszam Was do wizyty w ogrodach w Bec Hellouin w Normandii, założonych przez Perrine i Charles'a Herve-Gruyer.
Na początku była to dolinka otwarta na wszystkie wiatry z bardzo słabiutką ziemią, która nigdy w historii nie była uprawiana - właśnie z powodu tej słabej gleby i gliniastego podglebia. Były to łąki, na których pasły się owce, bo dla krów były za ubogie.
Około 12 lat temu osiedliło się tam pewne małżeństwo z dziećmi, którym marzyła się samowystarczalność i zdrowe warzywa dla dzieci, alergicznych na chemię. Na początku było ciężko, bo z góry założyli, że nie będą używać maszyn, a poza tym żadne z nich nie było rolnikiem ani ogrodnikiem (on - żeglarz i pisarz, ona - prawnik). Kiedy jednak odkryli permakulturę i ideę mikro-fermingu, kiedy ze starych podręczników douczyli się, jak gospodarowali ogrodnicy w XIX wieku, ruszyło wszystko z kopyta. Teraz twierdzą, że hodują nie tylko rośliny i owoce, ale przede wszystkim glebę. Wszystko jest tam przemyślane, piękne... Żywią się tym sami, sprzedają, mając całkiem przyzwoity dochód, mając też, jak twierdzą, niesamowitą przyjemność z pracy. A że takie ogrody mają tendencję rozrostową, to zatrudnili też kilka osób, co w kraju, gdzie bezrobocie jest problemem narodowym, też jest na wagę złota. Prowadzą również staże i formują przyszłych ogrodników.Zamieścili w internecie całą serię filmów, gdzie opowiadają o tym, co robią, jak i dlaczego. Piękne to wszystko i mądre, przemyślane i dobrze zrobione. I wiecie co jest dla mnie najbardziej uderzające? Że ludzie, z którymi nigdy nie rozmawiałam, którzy czytali inne książki, mieszkają o kilka tysięcy kilometrów stąd, mówią to samo, co ja od początku tego blogu. Nawet niektóre sformułowania są podobne. Oczywiście - mówią też inne rzeczy, ale duch całości jest ten sam. No i nie ma co ukrywać: oni robią to LEPIEJ.
Podaję link do ich filmików. Wiem, że tylko niektórzy zrozumieją to, co oni mówią, ale warto obejrzeć choćby dla przepięknych widoków. No i można podpatrzyć niektóre metody.
https://www.youtube.com/watch?v=FXaD3NGRQQo&list=PLYgVyAQ6d9kkiceRF5USDg1oRimS7gCUk
niedziela, 31 stycznia 2016
Każdy ma swojego guru
Każdy ma jakiegoś guru... Moimi nauczycielami są państwo Bourgignon. Od nich wiele się nauczyłam o pielęgnacji ziemi, o jej życiu, o jej powiązaniach. Nauczyłam się też wiele o odwadze, kiedy odeszli z instytucji państwowych, które niszczyły ich "nieprawomyślne" poglądy i utrudniały pracę.
Mieli ciepłe posadki w tamtejszym Krajowym Instytucie Rolnictwa, dobre zarobki i pewność posady do końca kariery, ale kiedy kazano im podpisywać rzekome wyniki badań, sprzeczne z tym, co sami widzieli i odkrywali i rzucać kłody pod nogi przy ogłaszaniu ich prac o życiu gleby, to nie zawahali się rzucić tego wszystkiego i pójść za głosem sumienia. Zaczęli pracować sami, ale nie przestali głośno mówić o tym, co widzą i czym to grozi. Założyli własne laboratorium.Pomagali tym, którzy chcieli przestawić się na rolnictwo ekologiczne, badając profil gleby i polecając odpowiednie zabiegi. Wszędzie, gdzie mogli, publikowali artykuły i filmiki, chociaż na początku pociągało to za sobą drwiny i bojkot środowiska "naukowego". Dziś mają swoją godzinę chwały, bo okazuje się, że mieli na 100% rację i tylko oni zostali, aby w ostatniej chwili ratować francuskie pola... Gorzkie to zwycięstwo po latach niszczenia przez "aparatczyków", ale jednak. Zamieszczam ich najnowszy post z facebooka razem z tłumaczeniem. Program w nim wspomniany wyemitował jeden z największych państwowych kanałów w TV francuskiej. A kiedy u nas takie programy i taki minister? Może my, w naszym kraju, opamiętamy się, zanim będzie za późno?
Tłumaczenie:
70 lat intensywnego rolnictwa przemysłowego wyczerpało prawie doszczętnie francuską glebę. Plony spadają coraz bardziej i dobra ziemia na polach znika jak śnieg na wiosnę.
Produkty chemiczne i agresywne zabiegi mechaniczne powodują całkowite wyjałowienie hektara po hektarze. Co będzie, jeśli Francja, z dawien dawna kraj rolniczy, pokryje się całkowicie jałowymi polami w ciągu następnego ćwierćwiecza?
WYBÓR AGROEKOLOGII
Magazyn "13h15 le dimanche" wyemitował na kanale France 2 spotkanie z "lekarzami ziemi" Claude i Lydią Bourgignon. Biolodzy ci twierdzą, że "rolnictwo konwencjonalne (stosujące chemię i głębokie uprawy) jest masakrą dla gleby... Niszczy ono bezpowrotnie jej urodzajność." To oni szukają i propagują sposoby pielęgnowania i leczenia śmiertelnie osłabionej ziemi. Natomiast Jean-Christophe Bady, "nawrócony" dawny zwolennik rolnictwa mechanicznego nie używa obecnie ani nawozów sztucznych ani pestycydów z powodów zdrowotnych i to bez żadnej pomocy ze strony urzędów państwowych.
Emmanuelle Chartoire, Clement Monfort, Dawid Geoffrion i Mathieu Houd poszli w ślady ministra rolnictwa Stephane Le Foll, dla którego agro-ekologia ma same plusy: zdrowsza, tańsza, trwale poprawiająca stan gleby i nawet bardziej produktywna. Producent warzyw i owoców Charles-Herve Gruyer prowadzi od 10 lat modelowe gospodarstwo agro-ekologiczne na najwyższym poziomie, mając plony dziesięciokrotnie wyższe od farmerów klasycznych (posługujących się chemią) przy o wiele mniejszych nakładach finansowych.
Prekursorzy zmian są już przy pracy, pielęgnując nasze wspólne dobro - Ziemię.
http://www.francetvinfo.fr/replay-magazine/france-2/13h15/13h15-du-dimanche-31-janvier-2016_1283737.html
Są w tym reportażu dwa zdarzenia, które mnie uderzyły. Pierwsze to kiedy tamtejszy dyrektor INRA (instytut badań rolniczych, dyktujący rolnikom, co mają robić) podczas spotkania u ministra, zapytany, co sądzi o eko rolnictwie, nerwowo odpowiada, uciekając oczyma: "Nie mamy wyboru! Nie mamy wyboru! Nic tak nie motywuje, jak brak innej możliwości!" Ma się czego wstydzić - to oni przez lata narzucali te śmiertelne metody i propagowali je wśród rolników.
Inny mocny punkt, to pewien starszy pan, rolnik z dziada pradziada, który kiedy dowiedział się w wieku 55 lat, że zabija własną ziemię, to padł na kolana i błagał ją o wybaczenie. Było to 25 lat temu i od tamtego czasu twierdzi, że zaczęło się dla niego inne życie. I dla jego ziemi również.
Mieli ciepłe posadki w tamtejszym Krajowym Instytucie Rolnictwa, dobre zarobki i pewność posady do końca kariery, ale kiedy kazano im podpisywać rzekome wyniki badań, sprzeczne z tym, co sami widzieli i odkrywali i rzucać kłody pod nogi przy ogłaszaniu ich prac o życiu gleby, to nie zawahali się rzucić tego wszystkiego i pójść za głosem sumienia. Zaczęli pracować sami, ale nie przestali głośno mówić o tym, co widzą i czym to grozi. Założyli własne laboratorium.Pomagali tym, którzy chcieli przestawić się na rolnictwo ekologiczne, badając profil gleby i polecając odpowiednie zabiegi. Wszędzie, gdzie mogli, publikowali artykuły i filmiki, chociaż na początku pociągało to za sobą drwiny i bojkot środowiska "naukowego". Dziś mają swoją godzinę chwały, bo okazuje się, że mieli na 100% rację i tylko oni zostali, aby w ostatniej chwili ratować francuskie pola... Gorzkie to zwycięstwo po latach niszczenia przez "aparatczyków", ale jednak. Zamieszczam ich najnowszy post z facebooka razem z tłumaczeniem. Program w nim wspomniany wyemitował jeden z największych państwowych kanałów w TV francuskiej. A kiedy u nas takie programy i taki minister? Może my, w naszym kraju, opamiętamy się, zanim będzie za późno?
Tłumaczenie:
70 lat intensywnego rolnictwa przemysłowego wyczerpało prawie doszczętnie francuską glebę. Plony spadają coraz bardziej i dobra ziemia na polach znika jak śnieg na wiosnę.
Produkty chemiczne i agresywne zabiegi mechaniczne powodują całkowite wyjałowienie hektara po hektarze. Co będzie, jeśli Francja, z dawien dawna kraj rolniczy, pokryje się całkowicie jałowymi polami w ciągu następnego ćwierćwiecza?
WYBÓR AGROEKOLOGII
Magazyn "13h15 le dimanche" wyemitował na kanale France 2 spotkanie z "lekarzami ziemi" Claude i Lydią Bourgignon. Biolodzy ci twierdzą, że "rolnictwo konwencjonalne (stosujące chemię i głębokie uprawy) jest masakrą dla gleby... Niszczy ono bezpowrotnie jej urodzajność." To oni szukają i propagują sposoby pielęgnowania i leczenia śmiertelnie osłabionej ziemi. Natomiast Jean-Christophe Bady, "nawrócony" dawny zwolennik rolnictwa mechanicznego nie używa obecnie ani nawozów sztucznych ani pestycydów z powodów zdrowotnych i to bez żadnej pomocy ze strony urzędów państwowych.
Emmanuelle Chartoire, Clement Monfort, Dawid Geoffrion i Mathieu Houd poszli w ślady ministra rolnictwa Stephane Le Foll, dla którego agro-ekologia ma same plusy: zdrowsza, tańsza, trwale poprawiająca stan gleby i nawet bardziej produktywna. Producent warzyw i owoców Charles-Herve Gruyer prowadzi od 10 lat modelowe gospodarstwo agro-ekologiczne na najwyższym poziomie, mając plony dziesięciokrotnie wyższe od farmerów klasycznych (posługujących się chemią) przy o wiele mniejszych nakładach finansowych.
Prekursorzy zmian są już przy pracy, pielęgnując nasze wspólne dobro - Ziemię.
http://www.francetvinfo.fr/replay-magazine/france-2/13h15/13h15-du-dimanche-31-janvier-2016_1283737.html
Są w tym reportażu dwa zdarzenia, które mnie uderzyły. Pierwsze to kiedy tamtejszy dyrektor INRA (instytut badań rolniczych, dyktujący rolnikom, co mają robić) podczas spotkania u ministra, zapytany, co sądzi o eko rolnictwie, nerwowo odpowiada, uciekając oczyma: "Nie mamy wyboru! Nie mamy wyboru! Nic tak nie motywuje, jak brak innej możliwości!" Ma się czego wstydzić - to oni przez lata narzucali te śmiertelne metody i propagowali je wśród rolników.
Inny mocny punkt, to pewien starszy pan, rolnik z dziada pradziada, który kiedy dowiedział się w wieku 55 lat, że zabija własną ziemię, to padł na kolana i błagał ją o wybaczenie. Było to 25 lat temu i od tamtego czasu twierdzi, że zaczęło się dla niego inne życie. I dla jego ziemi również.
środa, 27 stycznia 2016
Nie boję się chemii, ale...
Należę do pewnej grupy dyskusyjnej neowieśniaków. Wrzuciłam tam taki post i niektórzy żalą się, że nie mogą go skopiować. Daję więc go tutaj, bo może kogoś zainteresuje.
Gorące dyskusje na temat mięsa mamy za sobą i przed sobą, to może wrzucę kamyczek w inny staw. Chodzi o chemię w rolnictwie. Wiadomo - nie używam. Tyle że nie z powodu jakiegoś irracjonalnego strachu, a z przyczyn logicznych i naukowych. Taka już jestem - muszę mieć dowody, żeby coś przyjąć. Z góry przepraszam, że dowody, którymi operuję pochodzą z Francji, ale w Polsce takich nie znalazłam. Pestycydy, biocydy, nawozy sztuczne i inne -ydy są takie same.
Otóż: we Francji uznano chorobę Parkinsona prowokowaną przez pestycydy jako chorobę zawodową rolników. Dotyczy ona także tych, którzy stykają się stale z produktami w ten sposób traktowanymi (pracownicy skupów, młynów, przetwórni) oraz konsumentów. Drugą chorobą uznaną za zawodową dla rolników i ich rodzin są nowotwory spowodowane również pestycydami i herbicydami. Najczęściej ich ofiarą padają dzieci rolników. Kilka innych chorób czeka w kolejce na uznanie za takie.
Druga rzecz: ponad 80% gleb uprawnych we Francji to gleby martwe. To znaczy, że nie ma w nich żadnego życia. Materia organiczna nie może być rozłożona. Nie ma próchnicy. Erozja powodowana przez wiatr i wodę osiąga rozmiary klęski narodowej. Pozostaje czysty piasek, na którym nie da się niczego uprawiać bez masywnego dostarczania nawozów sztucznych i wody. A to kosztuje... Powodzie, nieznane dawniej, a tak częste dzisiaj, zaczęły się w tym kraju w momencie, kiedy usunięto żywopłoty oddzielające pola i zaczęto na dużą skalę stosować środki chemiczne.
Mechanizm jest już znany i uznany: na początku stosowanie nawozów i środków chemicznych zwiększa spektakularnie plony. Nic dziwnego - gleba jest jeszcze żywa. Szybko jednak plony spadają, pojawiają się nowe choroby i trzeba coraz więcej środków chemicznych, coraz więcej wody... coraz drożej wychodzi wyprodukowanie plonów.
Stwierdzili też ostatnio, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, że specjalizacja i gospodarstwa wielkopowierzchniowe wcale nie są wydajne. Niewielkie, zróżnicowane gospodarstwa ekologiczne mają takie same, a nawet wyższe plony z hektara, przy o wiele mniej kosztownych metodach. Skutek: dochód jest o wiele wyższy. Trzeba tylko znać metody, posiadać wiedzę o wiele większą, niż w rolnictwie chemicznym oraz większą elastyczność. Bo są sposoby i na chwasty i na nawożenie. Po prostu dobre rolnictwo ekologiczne wymaga większej inteligencji...
Trzecia sprawa, też naukowa: stwierdzono spadającą na łeb na szyję wartość odżywczą warzyw i owoców. Widziałam nawet tabelki, ile było danej witaminy czy mikroelementów w danym owocu 25 lat temu, a ile dzisiaj.
Nie boję się chemii, po prostu widzę, że to ślepy zaułek bez przyszłości. Za starzy już byliśmy, żeby zająć się uprawą pól i za mało mieliśmy wiedzy, ale zajęliśmy się ogrodem i warzywami. I jedno Wam powiem: można na słabej ziemi osiągnąć duże, zdrowe plony o nieporównywalnym smaku i wartości. Poza tym sama ziemia polepsza się z roku na rok, zamiast ubożeć. Są sposoby, żeby praca nie była zbyt ciężka. Jednak to prawda, jest jej trochę więcej. Ale to może lepiej? Mniej by było bezrobocia.
Korzystałam z wielu materiałów,większość z nich jest niestety, w języku francuskim, ale np. artykuł o spadku właściwości odżywczych ma odsyłacze do źródeł angielskich. Niektóre z nich to:
1. Publikacje państwa Lydia i Claude Bourgignon, naukowców specjalizujących się w mikrobiologii gleby.
2. Artykuł zamieszczony tutaj (o właściwościach odżywczych owoców i warzyw): http://www.bastamag.net/Faudra-t-il-bientot-manger
3. Film "Zanim przeklną nas dzieci" https://www.youtube.com/watch?v=9-h6e86stIQ&list=PLB0189586657DBFC1 i https://www.youtube.com/watch?v=WuW-XejeZJE
4. Lista chorób zawodowych rolników we Francji wraz z komentarzami.
Gorące dyskusje na temat mięsa mamy za sobą i przed sobą, to może wrzucę kamyczek w inny staw. Chodzi o chemię w rolnictwie. Wiadomo - nie używam. Tyle że nie z powodu jakiegoś irracjonalnego strachu, a z przyczyn logicznych i naukowych. Taka już jestem - muszę mieć dowody, żeby coś przyjąć. Z góry przepraszam, że dowody, którymi operuję pochodzą z Francji, ale w Polsce takich nie znalazłam. Pestycydy, biocydy, nawozy sztuczne i inne -ydy są takie same.
Otóż: we Francji uznano chorobę Parkinsona prowokowaną przez pestycydy jako chorobę zawodową rolników. Dotyczy ona także tych, którzy stykają się stale z produktami w ten sposób traktowanymi (pracownicy skupów, młynów, przetwórni) oraz konsumentów. Drugą chorobą uznaną za zawodową dla rolników i ich rodzin są nowotwory spowodowane również pestycydami i herbicydami. Najczęściej ich ofiarą padają dzieci rolników. Kilka innych chorób czeka w kolejce na uznanie za takie.
Druga rzecz: ponad 80% gleb uprawnych we Francji to gleby martwe. To znaczy, że nie ma w nich żadnego życia. Materia organiczna nie może być rozłożona. Nie ma próchnicy. Erozja powodowana przez wiatr i wodę osiąga rozmiary klęski narodowej. Pozostaje czysty piasek, na którym nie da się niczego uprawiać bez masywnego dostarczania nawozów sztucznych i wody. A to kosztuje... Powodzie, nieznane dawniej, a tak częste dzisiaj, zaczęły się w tym kraju w momencie, kiedy usunięto żywopłoty oddzielające pola i zaczęto na dużą skalę stosować środki chemiczne.
Mechanizm jest już znany i uznany: na początku stosowanie nawozów i środków chemicznych zwiększa spektakularnie plony. Nic dziwnego - gleba jest jeszcze żywa. Szybko jednak plony spadają, pojawiają się nowe choroby i trzeba coraz więcej środków chemicznych, coraz więcej wody... coraz drożej wychodzi wyprodukowanie plonów.
Stwierdzili też ostatnio, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, że specjalizacja i gospodarstwa wielkopowierzchniowe wcale nie są wydajne. Niewielkie, zróżnicowane gospodarstwa ekologiczne mają takie same, a nawet wyższe plony z hektara, przy o wiele mniej kosztownych metodach. Skutek: dochód jest o wiele wyższy. Trzeba tylko znać metody, posiadać wiedzę o wiele większą, niż w rolnictwie chemicznym oraz większą elastyczność. Bo są sposoby i na chwasty i na nawożenie. Po prostu dobre rolnictwo ekologiczne wymaga większej inteligencji...
Trzecia sprawa, też naukowa: stwierdzono spadającą na łeb na szyję wartość odżywczą warzyw i owoców. Widziałam nawet tabelki, ile było danej witaminy czy mikroelementów w danym owocu 25 lat temu, a ile dzisiaj.
Nie boję się chemii, po prostu widzę, że to ślepy zaułek bez przyszłości. Za starzy już byliśmy, żeby zająć się uprawą pól i za mało mieliśmy wiedzy, ale zajęliśmy się ogrodem i warzywami. I jedno Wam powiem: można na słabej ziemi osiągnąć duże, zdrowe plony o nieporównywalnym smaku i wartości. Poza tym sama ziemia polepsza się z roku na rok, zamiast ubożeć. Są sposoby, żeby praca nie była zbyt ciężka. Jednak to prawda, jest jej trochę więcej. Ale to może lepiej? Mniej by było bezrobocia.
Korzystałam z wielu materiałów,większość z nich jest niestety, w języku francuskim, ale np. artykuł o spadku właściwości odżywczych ma odsyłacze do źródeł angielskich. Niektóre z nich to:
1. Publikacje państwa Lydia i Claude Bourgignon, naukowców specjalizujących się w mikrobiologii gleby.
2. Artykuł zamieszczony tutaj (o właściwościach odżywczych owoców i warzyw): http://www.bastamag.net/Faudra-t-il-bientot-manger
3. Film "Zanim przeklną nas dzieci" https://www.youtube.com/watch?v=9-h6e86stIQ&list=PLB0189586657DBFC1 i https://www.youtube.com/watch?v=WuW-XejeZJE
4. Lista chorób zawodowych rolników we Francji wraz z komentarzami.
niedziela, 24 stycznia 2016
Żywię się powietrzem
Przygotowywałam post o drzewach i warzywniku, a przy okazji rozważania zaprowadziły mnie w tak interesujące rejony, że zdominowały mi temat główny. Czyli teraz o powietrzu i pożywieniu, a nastepnym razem o drzewach w warzywniku, trudno, myśli biegną cudownymi manowcami...
Jak wygląda w przybliżeniu obieg materii w przyrodzie, wie każdy, kto miał biologię w szkole. Ja też o tym pisałam przy różnych okazjach. Czyli: martwe szczątki roślin i zwierząt oraz ich wydzieliny (elegancka nazwa odchodów) rozkładane są przez całą armię mikroflory i mikrofauny. Powstaje humus, który dalej się rozkłada do prostych soli organicznych. A sole albo przechwytywane są przez korzenie roślin, albo wymywane w głąb gleby i, jeśli trafią na jaskinię, tworzą malownicze stalaktyty. Mogą też być wypłukiwane do rzek, a przez nie do oceanów. To dlatego morza i oceany są słone...
Dlaczego więc materii organicznej i gleb nie ubywa, a przybywa i stają się coraz bardziej żyzne? Ano dlatego, że rośliny oprócz czerpania soli organicznych żywią się też powietrzem! Ba, nawet przede wszystkim powietrzem. Z powietrza pobierają azot (za pośrednictwem bakterii) oraz dwutlenek węgla. Także tlen, bo jak wszystkie organizmy żywe - oddychają. Ale w sumie produkują więcej wolnego tlenu, niż zużywają, z czego korzystamy także my.
Bakterie wiążące azot z powietrza przebywają w glebie, jednak najlepsze warunki pobytu, taki luksusowe, znajdują na korzeniach niektórych roślin - głównie motylkowych (wiem, że obecnie nazywają się bobowate, ale wybaczcie, wolę starą nazwę) oraz na korzeniach olch. Tam sobie żyją w takich brodawkach, robią swoje, a rośliny korzystają z wyprodukowanych przez nie związków azotu.
Dwutlenek węgla jest absorbowany głównie przez liście i służy do budowy cukrów, ale nie tylko.
Dlatego, mimo strat, ilość substancji organicznej w glebie nie zmniejsza się, ale zwiększa. Czyli jedząc pyszną sałatę, marchewkę, buraczka czy innego pomidora - jemy w dużej mierze powietrze.
Także dlatego tam, gdzie gleby są martwe, bez mikro-życia dochodzi bardzo szybko do erozji i zostaje czysty piasek, który wywiewa wiatr. Tam rośliny giną z głodu i powstaje pustynia. Pomyślmy o tym, zanim sięgniemy po jakieś środki chemiczne, które trują całą mikroflorę....
Czyli TO ROŚLINY TWORZĄ GLEBĘ, A NIE ODWROTNIE.
Jak wygląda w przybliżeniu obieg materii w przyrodzie, wie każdy, kto miał biologię w szkole. Ja też o tym pisałam przy różnych okazjach. Czyli: martwe szczątki roślin i zwierząt oraz ich wydzieliny (elegancka nazwa odchodów) rozkładane są przez całą armię mikroflory i mikrofauny. Powstaje humus, który dalej się rozkłada do prostych soli organicznych. A sole albo przechwytywane są przez korzenie roślin, albo wymywane w głąb gleby i, jeśli trafią na jaskinię, tworzą malownicze stalaktyty. Mogą też być wypłukiwane do rzek, a przez nie do oceanów. To dlatego morza i oceany są słone...
Dlaczego więc materii organicznej i gleb nie ubywa, a przybywa i stają się coraz bardziej żyzne? Ano dlatego, że rośliny oprócz czerpania soli organicznych żywią się też powietrzem! Ba, nawet przede wszystkim powietrzem. Z powietrza pobierają azot (za pośrednictwem bakterii) oraz dwutlenek węgla. Także tlen, bo jak wszystkie organizmy żywe - oddychają. Ale w sumie produkują więcej wolnego tlenu, niż zużywają, z czego korzystamy także my.
Bakterie wiążące azot z powietrza przebywają w glebie, jednak najlepsze warunki pobytu, taki luksusowe, znajdują na korzeniach niektórych roślin - głównie motylkowych (wiem, że obecnie nazywają się bobowate, ale wybaczcie, wolę starą nazwę) oraz na korzeniach olch. Tam sobie żyją w takich brodawkach, robią swoje, a rośliny korzystają z wyprodukowanych przez nie związków azotu.
Dwutlenek węgla jest absorbowany głównie przez liście i służy do budowy cukrów, ale nie tylko.
Dlatego, mimo strat, ilość substancji organicznej w glebie nie zmniejsza się, ale zwiększa. Czyli jedząc pyszną sałatę, marchewkę, buraczka czy innego pomidora - jemy w dużej mierze powietrze.
Także dlatego tam, gdzie gleby są martwe, bez mikro-życia dochodzi bardzo szybko do erozji i zostaje czysty piasek, który wywiewa wiatr. Tam rośliny giną z głodu i powstaje pustynia. Pomyślmy o tym, zanim sięgniemy po jakieś środki chemiczne, które trują całą mikroflorę....
Czyli TO ROŚLINY TWORZĄ GLEBĘ, A NIE ODWROTNIE.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Orły, sokoły, herosi
Czasem pochwalę się, że nie oglądam telewizji, ale to nie do końca prawda. Fakt, polskiej telewizji w ogóle nie znam, ale telewizor mamy i mój ci on ogląda, głównie zimą. Przede wszystkim francuską Arte, bo bardzo dobra jest. Dla niego to jedyny właściwie kontakt z ojczyzną i ze światem w ogóle. A przy okazji czasem coś ciekawego można się dowiedzieć. To jest kanał, który wyemitował "Świat według Monsanto" i "Zanim przeklną nas dzieci" i wiele innych reportaży, ciekawych i dających do myślenia.
Teraz zima, niewiele roboty, więc mój ogląda i przychodzi czasem do mnie podyskutować o tym, co go ruszyło. Dziś przyszedł z jakąś nową aferą w sporcie, przy okazji dowiedział się, ile zarabiają uznani sportowcy. I twierdzi, że nie rozumie: za czasów jego rodziców nie zarabiało się na sporcie - startowało się dla przyjemności zwycięstwa lub po prostu udziału, czasem dostało bukiet kwiatów, czasem jakiś prezent za zajęcie medalowego miejsca....
Potem rozgadaliśmy się o pewnych profesjach, które uwikłane są w duże pieniądze i sławę, a mój małżonek nie rozumie zupełnie, w czym są lepsze od innych, żeby tak być na świeczniku. Postawiliśmy sobie zwykłe pytanie: "Dlaczego tak jest?" I w tym momencie zobaczyłam taki obraz: Dziecko takie w wieku tuż przed nastolatkowym, zapatrzone w swojego bohatera.
Wiadomo, że dziecko czy młodszy nastolatek potrzebuje swojego idola, kogoś, kogo podziwia, czci i chce naśladować. Każde dziecko, chłopiec czy dziewczynka powinno utożsamiać się z jakimś wzorem.
Otóż podczas dzieciństwa naszych dziadków, rodziców, a także nawet jeszcze naszego, ci bohaterowie byli niezwykle konstruktywni. Bo kogo taki dzieciak podziwiał? Czasem bohatera wojennego (to akurat jest trochę dyskusyjne, ale jednak był to wzór honoru, odwagi i poświęcenia), czasem podróżnika czy innego łowcę przygód. Nie wiem za bardzo, kogo podziwiały dziewczynki, bo sama miałam dość męskiego idola czyli dzielnego Winnetou, ale nawet jeśli podziwiały księżniczki, to jak pozytywny wychowawczo może być taki wzór, wiedzą wszyscy, którzy czytali "Małą Księżniczkę".
Od takiego idola można było nauczyć się wiele wspaniałych, dobrych rzeczy, wypracować sobie charakter, nauczyć się żyć pięknie i dla innych.
Tymczasem kogo dziś wysuwa się jako idoli dla młodych charakterów? Przez sztucznie zawyżone zarobki są to uwikłani w afery dopingowe sportowcy, piosenkarze o schrzanionym życiu i wielu nałogach i anorektyczne modelki. Takie są wzory do naśladowania, proponowane naszym dzieciom. Na ile można wokół nich budować swój charakter?
Naszym dzieciom odebrano bohaterów, a podsunięto kukiełki.
Jako że moim idolem był Winnetou, zaczęłam interesować się życiem Indian, ich historią i wierzeniami. Czego się nauczyłam? Ano, bardzo dużo i do tej pory z tego korzystam: umiem chodzić po lesie bez jednego szmeru, znam zioła i sposoby budowania schronienia oraz przetrwania w niesprzyjających warunkach. Starałam się wypracować w sobie spokój i stoicyzm(jako osoba bardzo emocyjna miałam z tym problemy), odwagę, wytrzymałość na ból. Dzięki pracy nad tą wytrzymałością poleczyłam sobie wszystkie zęby, bo wówczas wizyta u dentysty była baaardzo bolesna. A sprawy głębsze? Cóż, szacunek do natury, poczucie jedności z nią i jej mądrości weszły mi w krew na dobre. A może krew rozpoznała to, co jej bliskie, po prostu?
A czy Wy mieliście swoich bohaterów, wzorce dzieciństwa? Czy czegoś Was nauczyli?
Jak myślicie, czy dzisiejsze dzieci jeszcze mają kogoś takiego? Poza plakatami aktualnych szansonistek i chwilowych gwiazd? Czy od nich można nauczyć się, jak żyć?
Teraz zima, niewiele roboty, więc mój ogląda i przychodzi czasem do mnie podyskutować o tym, co go ruszyło. Dziś przyszedł z jakąś nową aferą w sporcie, przy okazji dowiedział się, ile zarabiają uznani sportowcy. I twierdzi, że nie rozumie: za czasów jego rodziców nie zarabiało się na sporcie - startowało się dla przyjemności zwycięstwa lub po prostu udziału, czasem dostało bukiet kwiatów, czasem jakiś prezent za zajęcie medalowego miejsca....
Potem rozgadaliśmy się o pewnych profesjach, które uwikłane są w duże pieniądze i sławę, a mój małżonek nie rozumie zupełnie, w czym są lepsze od innych, żeby tak być na świeczniku. Postawiliśmy sobie zwykłe pytanie: "Dlaczego tak jest?" I w tym momencie zobaczyłam taki obraz: Dziecko takie w wieku tuż przed nastolatkowym, zapatrzone w swojego bohatera.
Wiadomo, że dziecko czy młodszy nastolatek potrzebuje swojego idola, kogoś, kogo podziwia, czci i chce naśladować. Każde dziecko, chłopiec czy dziewczynka powinno utożsamiać się z jakimś wzorem.
Otóż podczas dzieciństwa naszych dziadków, rodziców, a także nawet jeszcze naszego, ci bohaterowie byli niezwykle konstruktywni. Bo kogo taki dzieciak podziwiał? Czasem bohatera wojennego (to akurat jest trochę dyskusyjne, ale jednak był to wzór honoru, odwagi i poświęcenia), czasem podróżnika czy innego łowcę przygód. Nie wiem za bardzo, kogo podziwiały dziewczynki, bo sama miałam dość męskiego idola czyli dzielnego Winnetou, ale nawet jeśli podziwiały księżniczki, to jak pozytywny wychowawczo może być taki wzór, wiedzą wszyscy, którzy czytali "Małą Księżniczkę".
Od takiego idola można było nauczyć się wiele wspaniałych, dobrych rzeczy, wypracować sobie charakter, nauczyć się żyć pięknie i dla innych.
Tymczasem kogo dziś wysuwa się jako idoli dla młodych charakterów? Przez sztucznie zawyżone zarobki są to uwikłani w afery dopingowe sportowcy, piosenkarze o schrzanionym życiu i wielu nałogach i anorektyczne modelki. Takie są wzory do naśladowania, proponowane naszym dzieciom. Na ile można wokół nich budować swój charakter?
Naszym dzieciom odebrano bohaterów, a podsunięto kukiełki.
Jako że moim idolem był Winnetou, zaczęłam interesować się życiem Indian, ich historią i wierzeniami. Czego się nauczyłam? Ano, bardzo dużo i do tej pory z tego korzystam: umiem chodzić po lesie bez jednego szmeru, znam zioła i sposoby budowania schronienia oraz przetrwania w niesprzyjających warunkach. Starałam się wypracować w sobie spokój i stoicyzm(jako osoba bardzo emocyjna miałam z tym problemy), odwagę, wytrzymałość na ból. Dzięki pracy nad tą wytrzymałością poleczyłam sobie wszystkie zęby, bo wówczas wizyta u dentysty była baaardzo bolesna. A sprawy głębsze? Cóż, szacunek do natury, poczucie jedności z nią i jej mądrości weszły mi w krew na dobre. A może krew rozpoznała to, co jej bliskie, po prostu?
A czy Wy mieliście swoich bohaterów, wzorce dzieciństwa? Czy czegoś Was nauczyli?
Jak myślicie, czy dzisiejsze dzieci jeszcze mają kogoś takiego? Poza plakatami aktualnych szansonistek i chwilowych gwiazd? Czy od nich można nauczyć się, jak żyć?
niedziela, 10 stycznia 2016
Niech Moc będzie z Tobą!
Wielu ludzi, całe rodziny, grupy, nawet miejscowości żyją w stanie marazmu i zastoju, który w młodości nazwałam ZNIEMOŻENIEM. Ten stan jest grząski, jak śmierdzące bagno i oblepiający jak pajęczyna. Życie toczy się jakby ponad ludźmi, którzy nie mają na nie żadnego wpływu. Nic się nie dzieje wielkiego ani radosnego, ciągle te same skisłe żale, szarpanina, letarg. Najważniejsze jest "co ludzie powiedzą", stąd monologi (nazywane rozmową) - "...bo on mi powiedział... a na to jemu... a ona tak powiedziała..." Pretensje, podchody, zawiści. Nie jest to świat spokoju ani letargu, gdyby takim był, byłaby nadzieja przebudzenia, ale świat jątrzących się żalów, nerwów w strzępach i niemocy. Straszny świat.
W takim świecie nic nie można zmienić, człowiek, który chce coś zrobić, zaraz jest mocniej spowijany zwojami pajęczyny, dezaprobaty, zniechęcenia, nudy.
Nawet kiedy pojawia się chęć, iskierka czegoś nowego, co mogło by wnieść świeży powiew, to zwykle na gadaniu się kończy, chęci się rozpływają. Pięknie ujął to Łysiak w felietonie "Jest taki statek". Jest taki statek, który wystarczy tylko wyremontować z grupką kolegów, a potem wypływamy. Egzotyczne wyspy i wszystkie morza będą nasze, nasza będzie przygoda. Coś przeżyjemy, coś prawdziwego... Ale jeszcze nie teraz, bo teraz matura, bo matka chora, bo studia, bo dziewczyna, bo jestem w trakcie załatwiania... I lata mijają, chłopcy się starzeją, nigdy nie zobaczywszy morza i tylko czasem któryś westchnie: "Jest taki statek"...
Wielu innych pisarzy opisuje ten stan: Dorota Terakowska w "Ono", Ziemkiewicz zahacza o niego w "Polactwie"
Istnieją osoby, które ten stan satysfakcjonuje, ale większość w nim się dusi. Niektórzy szarpią się, a potem ulegają, inni szukają wyjścia w destrukcji, tej najłatwiej dostępnej, jak alkohol i ostatnio narkotyki. Niektórzy uciekają w świat marzeń czy lektur.
Stan zniemożenia niejedno ma oblicze, ale jeden wspólny mianownik: brak wpływu na własny los, brak jasności widzenia świata.
Szczęśliwi ci, którzy tego nie zaznali. Ja spędziłam tak dzieciństwo i młodość i chęć wyrwania się była przemożna. Możliwe, że moje wybory nie zawsze były najmądrzejsze, ale zawsze o krok przybliżały mnie do celu: wolności, oddechu pełna piersią, kreatywnego kierowania swoją rzeczywistością.
Można i trzeba wyrwać się z tego stanu, bo jest to stan duszy, nie miejsce. Chociaż na początku dobrze jest fizycznie zmienić miejsce bycia, to o wiele ważniejsze jest dokonanie zmiany w sobie, w swoim postrzeganiu świata i wpływaniu na niego. Czasem bodźcem do tego jest nasza własna chęć, czasem jakieś wstrząsające przeżycie. Wtedy pomału, na początku nieudolnie, zaczynamy sami kształtować swoją rzeczywistość. Przestajemy bać się zmian, Widzimy coraz jaśniej świat i jego zależności. Zaczynamy po prostu żyć.
Jest to jak zaczerpnięcie oddechu pełna piersią po wyjściu ze smrodliwego śmietnika, jak przejście do innego świata, gdzie wyraźnie widzimy nici mocy i energii i potrafimy je splatać (dzięki, Kalino, za tę metaforę). Nie musimy w tym celu ani udawać się na pustynię, ani w Himalaje (chociaż możemy, jeśli mamy ochotę, wszystko możemy). Egzotyka jest w nas i wokół nas. Możemy realizować swoje marzenia, a będą one błogosławione i przyniosą owoce. Nie będzie to pot i znój, ale radosny trud, a pokonywanie przeszkód jest wtedy sportem z fajną dozą adrenaliny, nie szarpaniną.
Wsiadamy na swój statek i chwytamy w żagle wiatr. Czasem niesie nas on w rzeczywiste egzotyczne krainy, czasem fizycznie zostając w tym samym miejscu, odbywamy największą podróż wewnętrzną. Bo to, co najważniejsze, dzieje się w nas. Odkrywamy radość sterowania własnym życiem, radość rozwoju, realizacji marzeń. Jesteśmy niby w tym samym świecie, ale widzimy go inaczej, jakbyśmy żyli w świecie równoległym. Pięknie to jest opisane w książce "Transerfing rzeczywistości" Vadima Zelanda.
Niektórzy z nas dokonują skoku przeniesienia się z miasta na wieś. To dobry początek, jeśli takie życie nas nęci. Tylko trzeba uważać, żeby nie wrócić w stare koleiny zniemożenia, kiedy już opadnie pierwszy zapał i entuzjazm. Żeby nie zacząć czuć się związanym, zmuszonym i rozczarowanym. Bo wtedy to nie ma sensu. Rzecz przecież nie tylko w zmianie otoczenia, ale w zmianie naszego wewnętrznego oprogramowania. Może trochę wysiłku to wymaga, ale bardzo wyzwalające jest, rzecze Mistrz Yoda. Bo tak w ogóle to obejrzałyśmy z córką prawie wszystkie odcinki i mistz Yoda bardzo mi się podoba! W tym, co mówi, dużo prawdziwej prawdy jest, o ile nie słucha się tego, jak sloganów, ale tak naprawdę.
Więc uczmy się ciągle, ćwiczmy swój umysł w tym, że nie ma rzeczy niemożliwych. I kochajmy to, co mamy, ale nie dajmy się temu spętać. Bądźmy wolni!
NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!
W takim świecie nic nie można zmienić, człowiek, który chce coś zrobić, zaraz jest mocniej spowijany zwojami pajęczyny, dezaprobaty, zniechęcenia, nudy.
Nawet kiedy pojawia się chęć, iskierka czegoś nowego, co mogło by wnieść świeży powiew, to zwykle na gadaniu się kończy, chęci się rozpływają. Pięknie ujął to Łysiak w felietonie "Jest taki statek". Jest taki statek, który wystarczy tylko wyremontować z grupką kolegów, a potem wypływamy. Egzotyczne wyspy i wszystkie morza będą nasze, nasza będzie przygoda. Coś przeżyjemy, coś prawdziwego... Ale jeszcze nie teraz, bo teraz matura, bo matka chora, bo studia, bo dziewczyna, bo jestem w trakcie załatwiania... I lata mijają, chłopcy się starzeją, nigdy nie zobaczywszy morza i tylko czasem któryś westchnie: "Jest taki statek"...
Wielu innych pisarzy opisuje ten stan: Dorota Terakowska w "Ono", Ziemkiewicz zahacza o niego w "Polactwie"
Istnieją osoby, które ten stan satysfakcjonuje, ale większość w nim się dusi. Niektórzy szarpią się, a potem ulegają, inni szukają wyjścia w destrukcji, tej najłatwiej dostępnej, jak alkohol i ostatnio narkotyki. Niektórzy uciekają w świat marzeń czy lektur.
Stan zniemożenia niejedno ma oblicze, ale jeden wspólny mianownik: brak wpływu na własny los, brak jasności widzenia świata.
Szczęśliwi ci, którzy tego nie zaznali. Ja spędziłam tak dzieciństwo i młodość i chęć wyrwania się była przemożna. Możliwe, że moje wybory nie zawsze były najmądrzejsze, ale zawsze o krok przybliżały mnie do celu: wolności, oddechu pełna piersią, kreatywnego kierowania swoją rzeczywistością.
Można i trzeba wyrwać się z tego stanu, bo jest to stan duszy, nie miejsce. Chociaż na początku dobrze jest fizycznie zmienić miejsce bycia, to o wiele ważniejsze jest dokonanie zmiany w sobie, w swoim postrzeganiu świata i wpływaniu na niego. Czasem bodźcem do tego jest nasza własna chęć, czasem jakieś wstrząsające przeżycie. Wtedy pomału, na początku nieudolnie, zaczynamy sami kształtować swoją rzeczywistość. Przestajemy bać się zmian, Widzimy coraz jaśniej świat i jego zależności. Zaczynamy po prostu żyć.
Jest to jak zaczerpnięcie oddechu pełna piersią po wyjściu ze smrodliwego śmietnika, jak przejście do innego świata, gdzie wyraźnie widzimy nici mocy i energii i potrafimy je splatać (dzięki, Kalino, za tę metaforę). Nie musimy w tym celu ani udawać się na pustynię, ani w Himalaje (chociaż możemy, jeśli mamy ochotę, wszystko możemy). Egzotyka jest w nas i wokół nas. Możemy realizować swoje marzenia, a będą one błogosławione i przyniosą owoce. Nie będzie to pot i znój, ale radosny trud, a pokonywanie przeszkód jest wtedy sportem z fajną dozą adrenaliny, nie szarpaniną.
Wsiadamy na swój statek i chwytamy w żagle wiatr. Czasem niesie nas on w rzeczywiste egzotyczne krainy, czasem fizycznie zostając w tym samym miejscu, odbywamy największą podróż wewnętrzną. Bo to, co najważniejsze, dzieje się w nas. Odkrywamy radość sterowania własnym życiem, radość rozwoju, realizacji marzeń. Jesteśmy niby w tym samym świecie, ale widzimy go inaczej, jakbyśmy żyli w świecie równoległym. Pięknie to jest opisane w książce "Transerfing rzeczywistości" Vadima Zelanda.
Niektórzy z nas dokonują skoku przeniesienia się z miasta na wieś. To dobry początek, jeśli takie życie nas nęci. Tylko trzeba uważać, żeby nie wrócić w stare koleiny zniemożenia, kiedy już opadnie pierwszy zapał i entuzjazm. Żeby nie zacząć czuć się związanym, zmuszonym i rozczarowanym. Bo wtedy to nie ma sensu. Rzecz przecież nie tylko w zmianie otoczenia, ale w zmianie naszego wewnętrznego oprogramowania. Może trochę wysiłku to wymaga, ale bardzo wyzwalające jest, rzecze Mistrz Yoda. Bo tak w ogóle to obejrzałyśmy z córką prawie wszystkie odcinki i mistz Yoda bardzo mi się podoba! W tym, co mówi, dużo prawdziwej prawdy jest, o ile nie słucha się tego, jak sloganów, ale tak naprawdę.
Więc uczmy się ciągle, ćwiczmy swój umysł w tym, że nie ma rzeczy niemożliwych. I kochajmy to, co mamy, ale nie dajmy się temu spętać. Bądźmy wolni!
NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!
czwartek, 31 grudnia 2015
Balsam świerkowy
Korzystając z pięknej, mroźnej pogody wychodzimy prawie codziennie na spacery po lesie. Puszcza Augustowska, to obok terenów górskich, jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie świerki występują naturalnie. Obecnie rosną w całym kraju, ale to dlatego, że je posadzono. Ich naturalne siedliska, to góry i północno-wschodnia Polska. Czyli tam, gdzie jest zimno, hu-ha. Świerk ma niesamowite właściwości bakteriobójcze i aseptyczne. Tablice informacyjne w rezerwacie Kozi Rynek informują, że do 15 metrów wokół świerka nie uświadczy się szkodliwych mikroorganizmów ani grzybów, jedynie te dobre. Poza tym wspaniale jonizuje powietrze.
Ponieważ moja mama skarży się na wiele bolących stawów oraz na niewyleczalną grzybicę stóp, to postanowiłam połączyć piękne z pożytecznym, czyli spacery ze zbieraniem żywicy świerkowej i zrobić balsam świerkowy. W czasie mrozów dobrze jest zbierać żywicę, bo zastyga jak bursztyn, podczas gdy w cieplejszych miesiącach jest ciągnąca się i kleista. Po godzinnym spacerze miałam już pełny niewielki słoik. Głęboka wdzięczność do lasu, który jakby specjalnie podsuwał mi świerki płaczące kroplami żywicy. Normalnie jest ich bardzo mało, a podczas tego spaceru widziałam je co kawałek.
Miałam potrzebne składniki, poza świeżym, tegorocznym woskiem. Ale od czego są przyjaciele? Jan Głowacz użyczył mi gomułkę pachnącego ulem wosku dziś rano i balsam naciąga w tej chwili na brzegu plity ogrzewanej drewnem.
Balsam świerkowy jest dobry na:
bóle artretyczne i reumatyczne
bóle mięśniowe
zmęczenie mięśni i stawów
stany zapalne skóry i wszelkie nieprawidłowości
grzybice
brodawczaki, kurzajki, brodawki
złe krążenie
oparzenia
uszkodzenia skóry, ranki, siniaki.
O jej wręcz cudownych właściwościach przekonałam się nieraz. Ostatnio tuż przed Świętami. Prysnął mi wrzący olej na wewnętrzny przegub lewej ręki. Oparzenie było dość rozległe, jakby ślad całego kciuka. Ból okropny. Od razu wsadziłam rękę pod zimną wodę, potrzymałam chwilę i osuszyłam. No i od razu zaaplikowałam balsam roboty Utygan. Ból minął, pozostało tylko lekkie ciągnięcie. Pęcherz, który już zaczął się tworzyć, sklęsł. Mogłam dalej pracować, od czasu do czasu pokrywając oparzenie balsamem. Zagoiło się w ciągu kilku dni, bez bólu i bez pęcherzy.
Nic dziwnego, że chciałam go zrobić sama. Nazbierałam więc słoiczek żywicy. Następnie drugi pędów świerka z pączkami szczytowymi i igiełkami z tego roku. Pocięłam je drobno, spryskałam alkoholem, zamknęłam zakrętkę i postawiłam niedaleko pieca na 24 godziny, żeby puściło soki. Chodzi o to, że pewne składniki lecznicze rozpuszczają się w tłuszczu, inne w alkoholu, a mi zależy, żeby w balsamie były wszystkie. Nie należy pędów zalewać, a jedynie je lekko zmoczyć, bo nie chcemy mieć nalewki, a balsam.
Następnie przygotowałam mniej więcej tyle, ile żywicy każdego z pozostałych składników: masło kokosowe, olej (użyłam mieszanki ekologicznych olejów - rzepakowego, słonecznikowego i lnianego) i nieco mniej wosku, ale niewiele mniej oraz odrobinę propolisu. Ten propolis to wisienka na torcie, jeśli ktoś go nie ma, to można pominąć. W czystym, dużym słoju wymieszałam wszystko i postawiłam na brzegu plity, żeby naciągało. Roztwór powinien stopić sie, połączyć się harmonijnie, ale nie wrzeć. Ta alchemiczna przemiana potrzebuje czasu, nawet do kilkunastu godzin. Choć niektórzy twierdzą, że 3-4 godziny wystarczą. Potem płynną zawartość filtrujemy przez drobne sitko lub gazę i rozlewamy do niewielkich słoiczków.
Użyłam tu masła kokosowego, co wzbudza we mnie dość mieszane uczucia ze względu na szkody, jakie środowisku wyrządzają plantacje palmy kokosowej. No cóż, jako zamiennika można użyć smalcu i tak się dawniej robiło. Jednak część balsamu przeznaczona jest dla wegetarian, więc ten wariant odpada. A kokosa i tak miałam już w domu. Z plantacji ekologicznej, jakby co.
Będę miała kilka słoiczków pachnącego lasem i ulem skarbu, dla siebie i dla przyjaciół. Warto go sobie zrobić, jeśli mamy dostęp do składników. Zwłaszcza, jeśli widzi się cenę tej maści sprzedawanej prze internet. Nasza, własna, jest na pewno lepsza, bo w niej jest nasze serce.
NIECH WAM NOWY ROK NAJSŁODSZYM BALSAMEM, WSZELKI BÓL KOJĄCYM, NA SERCA PŁYNIE!
Ponieważ moja mama skarży się na wiele bolących stawów oraz na niewyleczalną grzybicę stóp, to postanowiłam połączyć piękne z pożytecznym, czyli spacery ze zbieraniem żywicy świerkowej i zrobić balsam świerkowy. W czasie mrozów dobrze jest zbierać żywicę, bo zastyga jak bursztyn, podczas gdy w cieplejszych miesiącach jest ciągnąca się i kleista. Po godzinnym spacerze miałam już pełny niewielki słoik. Głęboka wdzięczność do lasu, który jakby specjalnie podsuwał mi świerki płaczące kroplami żywicy. Normalnie jest ich bardzo mało, a podczas tego spaceru widziałam je co kawałek.
Miałam potrzebne składniki, poza świeżym, tegorocznym woskiem. Ale od czego są przyjaciele? Jan Głowacz użyczył mi gomułkę pachnącego ulem wosku dziś rano i balsam naciąga w tej chwili na brzegu plity ogrzewanej drewnem.
Balsam świerkowy jest dobry na:
bóle artretyczne i reumatyczne
bóle mięśniowe
zmęczenie mięśni i stawów
stany zapalne skóry i wszelkie nieprawidłowości
grzybice
brodawczaki, kurzajki, brodawki
złe krążenie
oparzenia
uszkodzenia skóry, ranki, siniaki.
O jej wręcz cudownych właściwościach przekonałam się nieraz. Ostatnio tuż przed Świętami. Prysnął mi wrzący olej na wewnętrzny przegub lewej ręki. Oparzenie było dość rozległe, jakby ślad całego kciuka. Ból okropny. Od razu wsadziłam rękę pod zimną wodę, potrzymałam chwilę i osuszyłam. No i od razu zaaplikowałam balsam roboty Utygan. Ból minął, pozostało tylko lekkie ciągnięcie. Pęcherz, który już zaczął się tworzyć, sklęsł. Mogłam dalej pracować, od czasu do czasu pokrywając oparzenie balsamem. Zagoiło się w ciągu kilku dni, bez bólu i bez pęcherzy.Nic dziwnego, że chciałam go zrobić sama. Nazbierałam więc słoiczek żywicy. Następnie drugi pędów świerka z pączkami szczytowymi i igiełkami z tego roku. Pocięłam je drobno, spryskałam alkoholem, zamknęłam zakrętkę i postawiłam niedaleko pieca na 24 godziny, żeby puściło soki. Chodzi o to, że pewne składniki lecznicze rozpuszczają się w tłuszczu, inne w alkoholu, a mi zależy, żeby w balsamie były wszystkie. Nie należy pędów zalewać, a jedynie je lekko zmoczyć, bo nie chcemy mieć nalewki, a balsam.
Następnie przygotowałam mniej więcej tyle, ile żywicy każdego z pozostałych składników: masło kokosowe, olej (użyłam mieszanki ekologicznych olejów - rzepakowego, słonecznikowego i lnianego) i nieco mniej wosku, ale niewiele mniej oraz odrobinę propolisu. Ten propolis to wisienka na torcie, jeśli ktoś go nie ma, to można pominąć. W czystym, dużym słoju wymieszałam wszystko i postawiłam na brzegu plity, żeby naciągało. Roztwór powinien stopić sie, połączyć się harmonijnie, ale nie wrzeć. Ta alchemiczna przemiana potrzebuje czasu, nawet do kilkunastu godzin. Choć niektórzy twierdzą, że 3-4 godziny wystarczą. Potem płynną zawartość filtrujemy przez drobne sitko lub gazę i rozlewamy do niewielkich słoiczków.
Użyłam tu masła kokosowego, co wzbudza we mnie dość mieszane uczucia ze względu na szkody, jakie środowisku wyrządzają plantacje palmy kokosowej. No cóż, jako zamiennika można użyć smalcu i tak się dawniej robiło. Jednak część balsamu przeznaczona jest dla wegetarian, więc ten wariant odpada. A kokosa i tak miałam już w domu. Z plantacji ekologicznej, jakby co.
Będę miała kilka słoiczków pachnącego lasem i ulem skarbu, dla siebie i dla przyjaciół. Warto go sobie zrobić, jeśli mamy dostęp do składników. Zwłaszcza, jeśli widzi się cenę tej maści sprzedawanej prze internet. Nasza, własna, jest na pewno lepsza, bo w niej jest nasze serce.
NIECH WAM NOWY ROK NAJSŁODSZYM BALSAMEM, WSZELKI BÓL KOJĄCYM, NA SERCA PŁYNIE!
poniedziałek, 28 grudnia 2015
Umiar we wszystkim
Trwające właśnie Święta na pewno po raz kolejny przekonały niejednego i niejedną, że za dużo dobrego też może szkodzić. Bardzo podobnie sprawy mają się w naturze - za dużo dobrego może zaszkodzić.
Chodzi mi głównie o obornik i gnojówki stosowane nagminnie w ogrodach. Zbyt duża ilość azotu przekłada się na odkładanie rakotwórczych i w ogóle szkodliwych azotynów i azotanów w tkankach roślin. Za wiele materii organicznej, zwłaszcza gnojówek, zaburza normalne funkcjonowanie gleby podobnie jak nieograniczone obżeranie się zaburza żołądek.
Podobnie jest z rozmaitego typu gnojówkami roślinnymi. Można je stosować doraźnie, raz albo dwa na sezon, żeby pomóc roślinkom, ale hodowanie roślin tylko na nich to jak żywienie człowieka tylko mięsem albo tylko czekoladą. Zawierają tylko część potrzebnych soli i minerałów. Na dokładkę nie poprawiają one na trwale struktury gleby.
Także materii organicznej można dać za dużo, chociaż nam, w naszych ogrodach raczej to nie grozi. Państwo Bourgignon, z których ogromnej wiedzy nieraz korzystam, zaprezentowali kiedyś filmik o działce, na którą ktoś kiedyś nawiózł ogromne ilości materii organicznej - zdaje się, że błota ze studzienek ściekowych w mieście. Utworzyła się ponad metrowa warstwa, która dokładnie zdusiła glebę pod nią. Nawet dżdżownice nie fatygowały się na powierzchnię, bo dochodziły tylko do dawnej powierzchni gleby i znajdowały materię organiczną. Skutek - powstała zlewna, zbita "czapa".
Nam, przy zakładaniu wałów i "kanapek" raczej coś takiego nie grozi, bo są one dobrze napowietrzone. Zwracajmy tylko uwagę na to, by gnój był dodatkiem, a nie głównym ich składnikiem. Najwyżej 1/3 całej masy "wkładu", oprócz niego potrzebne są kawałki drewna, zdrewniałe łodygi, liście, siano, słoma itp.
Skoro dbamy o dobrze zbilansowane posiłki dla nas i naszych dzieci, to dbajmy też o naszą Matkę-Ziemię. Ona też potrzebuje dobrze zbilansowanego pożywienia i uzupełnienia tego, czego jej brakuje. Na glebach piaszczystych jest to dodatek glin i iłów, na glebach gliniastych - piasku. Torfu nie polecam, wcale nie jest taki dobry.
Trudno powiedzieć, skąd wzięło się takie mechaniczne podejście do ziemi, która ma produkować jak najwięcej, choćby za cenę całkowitego wyczerpania. O szkodliwości nawozów chemicznych i różnych -ydów na ogół wiadomo, ale nawet nawozami naturalnymi można przedobrzyć. Tymczasem ziemia jest skomplikowanym, żywym organizmem, niesłychanie wdzięcznym i łaskawym, ale delikatnym. Trzeba do niej też podchodzić z delikatnością i wyczuciem. Poprawiać na trwale jej właściwości, przywracać życie i żyzność, ale nie gonić za gigantyzmem warzyw czy kwiatów.
Mam wrażenie że to właśnie jest istotą tzw. peramkultury.
Czyli bądźmy zen i praktykujmy Tao w naszym ogrodzie, a pomału dojdziemy do cudownej harmonii, kiedy gleba jest żyzna, wszystkie potrzebne pierwiastki są w równowadze, a plony piękne, zdrowe i smaczne.
Zanim zacznę uprawę jakiegoś kawałka ziemi, to medytuję nad nią i z nią nad tym, jak można to zrobić najlepiej. Oglądam zioła, które w tym miejscu rosną, badam podglebie. A potem pomalutku, bez szarpania się i wysilania, robimy razem to, co najlepsze. Bo tu nie chodzi tylko o to, żeby mieć dużo, a byle co, ale żeby wprowadzać harmonię, piękno i prawdziwe zdrowie.
Chodzi mi głównie o obornik i gnojówki stosowane nagminnie w ogrodach. Zbyt duża ilość azotu przekłada się na odkładanie rakotwórczych i w ogóle szkodliwych azotynów i azotanów w tkankach roślin. Za wiele materii organicznej, zwłaszcza gnojówek, zaburza normalne funkcjonowanie gleby podobnie jak nieograniczone obżeranie się zaburza żołądek.
Podobnie jest z rozmaitego typu gnojówkami roślinnymi. Można je stosować doraźnie, raz albo dwa na sezon, żeby pomóc roślinkom, ale hodowanie roślin tylko na nich to jak żywienie człowieka tylko mięsem albo tylko czekoladą. Zawierają tylko część potrzebnych soli i minerałów. Na dokładkę nie poprawiają one na trwale struktury gleby.
Także materii organicznej można dać za dużo, chociaż nam, w naszych ogrodach raczej to nie grozi. Państwo Bourgignon, z których ogromnej wiedzy nieraz korzystam, zaprezentowali kiedyś filmik o działce, na którą ktoś kiedyś nawiózł ogromne ilości materii organicznej - zdaje się, że błota ze studzienek ściekowych w mieście. Utworzyła się ponad metrowa warstwa, która dokładnie zdusiła glebę pod nią. Nawet dżdżownice nie fatygowały się na powierzchnię, bo dochodziły tylko do dawnej powierzchni gleby i znajdowały materię organiczną. Skutek - powstała zlewna, zbita "czapa".
Nam, przy zakładaniu wałów i "kanapek" raczej coś takiego nie grozi, bo są one dobrze napowietrzone. Zwracajmy tylko uwagę na to, by gnój był dodatkiem, a nie głównym ich składnikiem. Najwyżej 1/3 całej masy "wkładu", oprócz niego potrzebne są kawałki drewna, zdrewniałe łodygi, liście, siano, słoma itp.
Skoro dbamy o dobrze zbilansowane posiłki dla nas i naszych dzieci, to dbajmy też o naszą Matkę-Ziemię. Ona też potrzebuje dobrze zbilansowanego pożywienia i uzupełnienia tego, czego jej brakuje. Na glebach piaszczystych jest to dodatek glin i iłów, na glebach gliniastych - piasku. Torfu nie polecam, wcale nie jest taki dobry.
Trudno powiedzieć, skąd wzięło się takie mechaniczne podejście do ziemi, która ma produkować jak najwięcej, choćby za cenę całkowitego wyczerpania. O szkodliwości nawozów chemicznych i różnych -ydów na ogół wiadomo, ale nawet nawozami naturalnymi można przedobrzyć. Tymczasem ziemia jest skomplikowanym, żywym organizmem, niesłychanie wdzięcznym i łaskawym, ale delikatnym. Trzeba do niej też podchodzić z delikatnością i wyczuciem. Poprawiać na trwale jej właściwości, przywracać życie i żyzność, ale nie gonić za gigantyzmem warzyw czy kwiatów.
Mam wrażenie że to właśnie jest istotą tzw. peramkultury.
Czyli bądźmy zen i praktykujmy Tao w naszym ogrodzie, a pomału dojdziemy do cudownej harmonii, kiedy gleba jest żyzna, wszystkie potrzebne pierwiastki są w równowadze, a plony piękne, zdrowe i smaczne.
Zanim zacznę uprawę jakiegoś kawałka ziemi, to medytuję nad nią i z nią nad tym, jak można to zrobić najlepiej. Oglądam zioła, które w tym miejscu rosną, badam podglebie. A potem pomalutku, bez szarpania się i wysilania, robimy razem to, co najlepsze. Bo tu nie chodzi tylko o to, żeby mieć dużo, a byle co, ale żeby wprowadzać harmonię, piękno i prawdziwe zdrowie.
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Drzewa, nasze drzewa
Niedawno rozmawiałam z pewną panią, która aż żachnęła się, kiedy powiedziałam, że większość lasów w naszym kraju jest zupełnie nienaturalna, że przypominają plantację marchewek, tylko na dłuższy czas. Bo niestety, tak jest. To ludzie arbitralnie zdecydowali, jakie gatunki opłaci się sadzić i to bez względu na glebę czy warunki. Są one sadzone zbyt gęsto, aby mieć długi, prosty pień zdatny na deski, regularnie są wycinane i opryskiwane, bo wiadomo, że w każdej monokulturze występuje nasilenie szkodników.
Dziś trudno nam wyobrazić ogromne bogactwo lasów, jakie rosły na naszych ziemiach. Jaka w nich była moc, jaka różnorodność. Nawet malutki skrawek Puszczy Białowieskiej, jak mamy, niesamowicie działa na ludzi. A wyobraźmy sobie takie puszcze, z przewagą drzew liściastych, w różnym wieku, zamieszkane przez olbrzymie drzewa. Trzeba takiego olbrzyma zobaczyć, żeby wiedzieć, jaką ma moc.
U nas zostało wiele nazw miejscowości, które mówią o tym, co tam rosło: Cisów, Dąbrowa, Lipsk, Jasionowo, Gruszki, Sosnowo, Olszany, Wierzbno, Brzozowo...
Mam to szczęście, że na naszym terenie rośnie kilka starych, dostojnych drzew, w tym nasze otaczane czcią jesion i lipa, oba pomniki przyrody. Oraz ogromne wierzby (jedna z koroną w kształcie serca) i wiele innych.
Zabraliśmy naszej ziemi jej drzewa, wyrąbaliśmy święte gaje, poszły pod siekierę Wspaniałe olbrzymy. Sadzimy w rządkach sosenki. No cóż, takie lasy też potrafią być piękne. I one ciągle walczą. Wystarczy zostawić je na kilka lat w spokoju, kiedy ze ściółki wystrzelają młode pędy i korony drzew liściastych. Z jakich nasion? Z jakich czasów zachowanych w łonie ziemi?
Pisałam już o rezerwacie Trzyrzeczki, gdzie na podstawie analizy pyłkowej przywraca się pierwotny skład drzewostanu. Żyje też tam trochę leśnych olbrzymów, w tym majestatyczny dąb przy leśniczówce. W lesie tym już teraz panuje specyficzna atmosfera, inna od wszystkich mi znanych lasów. Mieszany, a mimo to świetlisty jest ten las.
Pewien mój znajomy postanowił posadzić na swojej ziemi święty gaj - po jednym drzewie dla każdego ze swoich przodków aż do 7 pokoleń. Bardzo to piękne. Jeszcze niedawno drzewa sadzono na cmentarzach, przetrwało to w pieśniach i legendach - wierzono, że jakaś cząstka zmarłych bytuje w tych drzewach i krzewach. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy cmentarze przypominały ogromne parki. Teraz stały się odrażającą, betonową pustynią, gdzie zmarłych przywala się kamieniami, żeby przypadkiem nie zmartwychwstali....
Dlatego bardzo proszę tych, którzy chcą i mogą, którzy mają trochę miejsca: przywróćmy naszej ziemi jej rodzinne drzewa: Lipy, Limby, Jesiony, Dęby, Buki, Wiązy, Brzozy, Wierzby, Cisy.... I to pomniejsze bractwo: Leszczyny, Kruszyny, Jarzębiny, Jałowce,Głogi, Dzikie Grusze, Dzikie Róże, Dzikie Bzy.... Posadźmy choćby po jednym drzewie - pomniku dla tych, których kochaliśmy. A jeśli ktoś nie chce dla Przodków, to niech posadzi dla jakiegoś symbolu, który temu drzewu przypisze. Pozwólmy im rosnąć swobodnie, uczyńmy z nich swoich powierników. Możemy je też nazwać swoim imieniem lub imionami swoich dzieci. Przyniesie to tylko pożytek nam i światu. Stwórzmy sobie taką "Świątynię Dumania", a świat będzie trochę lepszy.
Teraz jest jeszcze dobry czas na sadzenie dzikich drzew, pamiętajmy tylko, żeby dobrze je podlać i otulić korzenie ściółką. A przedtem posłuchajmy tej pieśni, którą dałam w poprzednim poście.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















