poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Dwoistość

     Od urodzenia mam pewien rodzaj błogosławionej schizofrenii - nie wiem tak do końca kim i skąd jestem: Polką po matce czy Czarnorusinką po ojcu? Z miasta (z racji urodzenia, wychowania i rodziny matki) czy ze wsi (też po ojcu i z własnych marzeń i świadomego wyboru). Czasem to jest to trochę męczące i bulwersujące, ale daje tę możliwość, że można patrzeć na świat z różnej perspektywy i rozumieć obie strony.

    Nie mówiąc już o tym, że własnej córce zafundowałam o wiele większy dylemat: Polska czy Francja? Na razie skłania się ku Irlandii i to nie ze względów finansowych, ale ze względu serca i upodobań.

    Mogłabym mnożyć takie dwoistości w moim życiu: ekologia czy tradycja, samowystarczalność czy żywność z marketu? Oraz wiele innych.

      W naszym domu spotykają się dwa różne światy, a w każdym z nich żyłam przez jakiś czas i każdy rozumiem, ale pogodzić ich nie bardzo umiem.

    Świat jeden:
  
         Zwę go tradycyjnym, gdzie podstawą jest wykształcenie, dobra praca, własny biznes. Zabieganie o porządny dom, o wykształcenie dzieci, o fajny samochód. Zabiegi pielęgnacyjne i diety, spacery z kijkami, wyjazdy do Turcji czy innego tropiku na wakacje. Znany od dziecka bezpieczny świat zapobiegliwości, walki o przetrwanie i dorobienie się.
         Istnieją w nim jednak zgrzyty, z którymi trudno mi się pogodzić. Zakłada on bowiem konkurencję, walkę i zawiść. Pewna osoba prowadzi płatne staże i kursy. Ktoś inny wpada na podobny pomysł. I to nie za progiem, ale w zupełnie innym regionie. I sypią się pomstowania, oskarżenia o kradzież pomysłu. Kiedy dowodzę, że podobne staże były prowadzone już od dawna w innych miejscach, natykam się na mu: "My jesteśmy pierwsi w Polsce, na takim poziomie, w taki sposób..."
        Inny przykład: ktoś prowadzi bardzo ciekawą i popularną uprawę ziół i własnych wyrobów. I znowu pomstowanie, że ludzie przyjeżdżają, wypytują, pewnie konkurencję chcą robić, a ona tymczasem za naukę musiała płacić i sama do wielu rzeczy dochodzić. O nie, nie powie, nie pokaże, nie poinformuje. Nie będzie sobie konkurencji hodować.... to, co robi, naprawdę jest fajne, ale jakoś mnie od tej chwili odrzuca. Tym bardziej, że ktoś inny robi to samo, dzieląc się z ochotą wszystkim, co wie. A sprzedaż mu nie spada, tylko wprost przeciwnie.

Świat drugi:

        Przybywają z plecakami z różnych dziwnych miejsc, gdzie coś budowali lub tworzyli wspólnotowe ogrody. Marzą o świecie bez pieniędzy, choć wiedzą, że takie życie na razie jest niemożliwe. Poza tym łatwiej w podróż zabrać trochę pieniędzy, niż słoiki z przetworami. Zarabiają więc czasem trochę, pracując ciężko i uczciwie i co najciekawsze zawsze tę pracę znajdują. Znajdują też chatę na zimę, ziemię, którejś ktoś ma za dużo, wspólne mieszkanie. Czasem grają na ulicach albo sprzedają własne wyroby. Najważniejsza jest jednak życzliwość, współczucie, poszanowanie dla innych i dla przyrody. Wszystkie plany i realizacje są "open sources", natychmiast dostępne dla wszystkich chętnych w myśl zasady, że dobrego nigdy za wiele, a to, co dam, do mnie wróci w taki czy inny sposób.
     W tym świecie też są zgrzyty. Pierwszy, na szczęście rzadki w Polsce, ale częstszy na Zachodzie, to pewien rodzaj pasożytnictwa. Na szczęście ci, których znam, pracują dużo i uczciwie i zawsze oferują coś w zamian. Inny - to to, że zapatrzenie we własne stany emocjonalne i marzenia powoduje, że niektórzy potrafią zmarnować pięknie zapowiadające się przedsięwzięcia i nie dotrzymywać danego słowa. Na szczęście coraz więcej jest ludzi ogarniętych i stabilnych. No i pewna nieporadność i bałaganiarstwo niektórych. I znowu - widzę bardzo dobry trend, coraz więcej młodych jest solidnych, wytrwałych i przygotowanych do tego, co robią. A najciekawsze, że to, co zrobią, funkcjonuje mimo, że z początku wydaje się szaleństwem. Piece rakietowe naprawdę grzeją, lepianki z gliny są wygodne, suche i ciepłe itp. Oby im się szczęściło!

        Świat drugi jest mi o wiele bliższy, ale nie wiem, czy sama bym tak umiała. Chociaż... ja właściwie tak żyję. Bez żadnych własnych dochodów, żyję z emerytury mego męża, w zamian hodując żywność i utrzymując dom w stanie zdatnym do zamieszkania. Hej!

   

wtorek, 4 sierpnia 2015

Trzepot motylich skrzydeł

        Prawdopodobnie trzepot skrzydeł motyla nad Amazonką potrafi sprowokować tajfun na Pacyfiku, czy coś takiego - tak bardzo powiązane są ze sobą wszystkie zjawiska na Ziemi. Ciekawe, jakie zmiany na świecie spowodują te wszystkie motyle trzepoczące skrzydłami nad moją lawendą i oregano?   Jest ich dużo, wyjątkowo dużo w tym roku. Rozmaitych.
     
      Dawno nie pisałam, może miały w tym udział spotkania i wizyty najróżniejsze, ludzi dawniej poznanych i nowych. Może trochę zmęczenie, może też trochę poczucie, że wszystko, co ważne z teorii i praktyki zakładania ogrodów już napisałam?  Teraz pozostają tylko sprawozdania z tego, co się u nas dzieje, a kogo to interesuje?

    Zmieniłam się. Nie rzucam się frenetycznie na pracę, nie mam poczucia, że muszę. Potrafię godzinami podziwiać motyle i pszczoły na lawendzie albo ryby w stawie. Mimo to ogród daje piękne plony: bób wyższy ode mnie, 30 centymetrowe strąki fasoli, kalafiory, kapustę, ziemniaki, buraki i masę innych warzyw. Tak koło południa zwykle biorę koszyczek i idę zerwać coś na obiad. Dziś była fasolka szparagowa z sosem z cebuli duszonej z pomidorami i młode ziemniaki, kiedy indziej chłodnik czy krem z zielonego groszku.

     Wszystko to pomimo suszy, która nas nęka przez całe lato. Niedawno udało się nam kupić młode drzewka kasztanów jadalnych. Mąż wykopał dziurę na prawie 2 metry, a ziemia ciągle sucha jak popiół, żadnego śladu wilgoci. Było sporo dni pochmurnych, trochę pokropiło, ale tylko po wierzchu. Pod świerkami nawet ziemi nie zmoczyło. No cóż, to nie pierwsza susza, tylko co najmniej trzecia czy czwarta, odkąd tu mieszkamy. I wcale nie największa. Ale podlewać trzeba i plony mizerniejsze, niż się zapowiadały. W tej sytuacji dobrze spisuje się Nowy Warzywnik, na glinie. Bo w Starym, na piasku, szybko wszystko wysycha. Poziom wody w rzekach i stawach też rekordowo niski.

    Mamy też skrajne temperatury: jeszcze kilka dni temu o świcie było zaledwie 5 stopni, w ciągu dnia  17, a dzisiaj już 32.

     Zrobiony został nowy wał na miejscu starej plantacji truskawek, dzięki Miłym Gościom. Jednak u nas wały spisują się najlepiej.

     Zebrany czosnek - polski Harnaś. Będzie zapas na całą zimę. Zebrana cebula z dymki suszy się na słońcu. Pielenie czeka na odrobinę deszczu, bo w tym suchym upale aż strach cokolwiek w ziemi ruszyć.
      Dzięki Patrykowi mamy pełno siana, cały hangar zawalony. wnosimy je z córką po trochu na stryszek nad hangarem. Owce na zimę zabezpieczone.

      Kurczaków się nalęgło jak za grosz maku, zarówno tych zwykłych, od naszych kurek z hodowli, jak i jakichś cudaków rasowych z kupionych jajek. Razem 19. Większość z nich jest w tym delikatnym momencie, kiedy mama kwoka zostawiła je własnemu losowi, a one jeszcze małe i sprytne p przez oczka siatki wyłażą z wybiegu. Muszę tu pochwalić nasze drapieżniki, czyli psy i koty - swoich nie ruszają, mimo, że poza tym polują na inne ptaki. Nawet dobroduszna, kochana Luna wiosną na moich oczach zżarła młodego drozda. A tu nic (jak na razie). Takie małe piszczące chodzą im pod nosem, a one patrzą w inną stronę. Piłsudski (kot, nie marszałek) za to im się przygląda z upodobaniem, ale też nie rusza. Może się wychowają. Jakby się wychowały, to będę miała koguciki i prawdopodobnie kilka kokoszek na zbyciu. Wychowane pod kwoką, więc dobre matki w przyszłości.
     A teraz idę gapić się na obłoki, bo w tym upale nic innego nie da się robić. Za to jakie zapachy idą z sosen, jałowców, żywotników i z ziół! Upić się nimi można.

Dopisek wieczorny:  Chyba nie powinnam wychodzić ze swego ogrodu, bo jak gdzieś pojadę, to rzeczywistość mi daje kopa. Skoczyliśmy późnym popołudniem nad jezioro. Piękne, położone w lesie, z plażą i płycizną ciągnącą się dość daleko, więc ulubione przez rodziny z dziećmi. Na plaży spory tłumek, w wodzie zadowolone dzieciaki i ich rodzice, a między nimi uwijała się rodzinka kaczek. Podchodziły prawie do rąk kąpiących się, smyrgały po brzegu. W pewnej chwili dwóch małych łobuzów zaczęło obrzucać je żwirem i kamieniami. Aż coś się we mnie przekręciło. Robili to tuż pod moim nosem, zwróciłam więc im uwagę, że tak nie wolno. Dość ostro zwróciłam i zapytałam o ich mamę. Na to podniósł się z sąsiedniego koca jakiś młodziak i zwyzywał mnie, a "dobra" mamusia pocieszała biedniutkiego synka, któremu przerwano świetną zabawę. I cała sielanka pękła.

sobota, 27 czerwca 2015

Bujne życie

      Nawet jeśli eksperyment ze słomianymi grządkami jest taki sobie, to są tylko dwie maleńkie grządeczki w ogólnej bujności życia ogrodowego. Na dokładkę jest nadzieja, że w przyszłym roku będą wyglądać tak, jak ich zeszłoroczna starsza siostra. Pamiętacie maleńkie, liche ziemniaczki z poprzedniego postu? W tym roku to wygląda tak:

          Pogoda jest piękna, niezbyt gorąco, ale też nie zimno. Tyle, że sucho. Podlewałam już ze 3 razy, bo rośliny nie dają rady. Poziom wody w studni i w stawie rekordowo niski. tymczasem ta grzęda słomiana przepięknie utrzymuje wilgoć.
          Najlepiej jednak spisują się klasyczne przekładańce, czyli wały. Oraz to, co nazywam wałami uproszczonymi, czyli miejsca, gdzie przez rok lub dwa składałam rozmaite roślinne resztki (siano, wyrwane chwasty, nać itp.) od czasu do czasu podrzucając trochę kurzeńca lub obornika.
       
  U góry późna kapusta, bób i ziemniaki na wale zrobionym zeszłej jesieni.
A tutaj chrzan i znowu pyry z bobem.
 Cebula, skorzonera i późna marchewka na przechowanie.
 Groszek zielony, buraki, pietruszka, kalarepka i (jakże by inaczej) - zabłąkana pyra.
 Pomidorek. Hmmm, ciekawe jakiego koloru będzie, bo wszystko mi się z nimi pomieszało. Ważne, że rosną i rozwijają się.
 O, ten już ma owocki i to ile! To jest bardzo szczególny pomidor. Mam nadzieję, że może nawet zapoczątkuje nową linię pomidorów odpornych na przymrozki. W każdym razie rośnie oddzielnie i będę z niego zbierać nasiona.
Ostróżki wyrosły na dwa metry i pysznią się kolorami nieba.
Chyba jeszcze nigdy nie było aż tyle kwiatów na nenufarach. Pamiętam taki rok, kiedy pierwsze kwiaty rozwinęły się po połowie lipca, a w tym roku jak zaczęły w maju, to szaleją.

wtorek, 23 czerwca 2015

Słomiane grządki - podsumowanie

        Po dwóch latach prób nadszedł czas, żebym zebrała i podsumowała swoje doświadczenia ze słomianymi grządkami.
        Robiłam ich dwa rodzaje: jedne z warstw luźnej słomy, przełożonych gnojem i drugie z całych kostek, przysypanych gnojem po wierzchu i podlewanych.

        To grządka z całych kostek, z posadzonymi dyniami. Rosną dość słabo, muszę je ratować posypywaniem dolomitem i podlewaniem rozcieńczoną gnojówką.  Moim zdaniem nasze, polskie baloty są zbyt luźne, przy naciśnięciu zachowują się się jak gąbka. Dość dobrze trzymają wilgoć, ale ich struktura jest zbyt luźna, żeby korzenie dobrze się czuły i rozwijały.
        We Francji udaje się to jakoś lepiej, prawdopodobnie dlatego, że ich kostki słomy są mocno zbite i twarde.

              Grządka z warstw gnoju i słomy. Mimo udeptywania pozostaje sprężysta i luźna, podobnie do tej z balotów. Ziemniaki rosnące na niej w zeszłym roku wzeszły późno i rosły powoli dość długo, dopiero w sierpniu zaczęły krzewić się poprawnie. Plon był średni.

         O, takie niewielkie krzaczuszki były w połowie czerwca. Pod spodem dla porównania ziemniaki, te same, posadzone w tym samym czasie na klasycznym wale.

     Jest jednak pewna dobra rzecz w tych wałach: otóż w drugim roku zaczynają być bardzo żyzne, zwłaszcza jeśli na zimę przysypano je ziemią lub kompostem.   Grządka, na której w zeszłym roku były te słabiutkie ziemniaki, które widzicie na zdjęciu, w tym roku aż bucha urodzajnością i kilka zapomnianych kartofelek dało olbrzymie krzaki.

       Czyli warto budować słomiane grządki, choćby dlatego, że zajmuje to mało czasu i wymaga niewiele wysiłku, natomiast błędem jest robienie ich wiosną i obsadzanie czy obsiewanie w tym samym roku.  Można zrobić je już teraz, korzystając z chwili oddechu w pracach polowych, a obsadzić w przyszłym roku wiosną.
      Aby przyspieszyć kompostowanie dobrze jest przysypać je po wierzchu cienką warstwą ziemi lub kompostu, ewentualnie zieloną, świeżo ściętą trawą ( o ile cała nie poszła na ściółkowanie). Oczywiście koniecznie należy dodawać gnój lub często i obficie zlewać gnojówką - dla zrównoważenia azotu z węglem. Słoma, podobnie jak drewno, w początkowej fazie kompostowania, pochłania azot. Dopiero potem oddaje go do gleby. Obecnie można kupić suszony obornik w sklepach ogrodniczych, jednak to już ostatnia deska ratunku. Nie wiadomo, skąd pochodzi (najczęściej z rzeźni) i czym karmione były zwierzęta. Najlepiej mieć własny, ewentualnie od kogoś, komu ufamy.

     A poza tym w końcu u nas pada! cieszę się, bo susza robiła się już katastrofalna. W minionych dniach kilka razy pokropiło symbolicznie, ale słabiutko, tylko po liściach. A ziemia dalej była sucha. Teraz mam nadzieję, że choć trochę zamoczy korzenie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Sprawozdanie

    Czuję się dżunglasto! Co roku o tej porze wręcz poraża mnie zielona, rozbuchana bujność, która bierze we władanie nasz ogród. Czuję się w nim jak krasnoludek, wśród ostróżek wyższych ode mnie i krzewów i pnączy. Wysiłki, żeby okiełzać trochę to wszystko wydają się też krasnoludzkie..

       W warzywniku też już pełno nowości. Ze wszystkich rodzajów grządek najlepiej spisują się klasyczne wały. Dwa zrobione w zeszłym roku latem, przy miłej pomocy Kuro Neko i jej chłopaka, a jeden przeze mnie wczesną jesienią.
Wały zrobione zgodnie z zasadą: wykopany rowek zapełniony butwiejącym drewnem, na to warstwami gnój, słoma, liście i inne takie. Następnie przykryte wykopaną ziemią i obsiane zielonym nawozem. Zimę przetrwały pod grubą kołderką z liści i słomy, a wczesną wiosną zostały odkryte. Ziemia nagrzała się na nich szybciutko i można było sadzić. Teraz znowu je ściółkuję, zwłaszcza pod ziemniakami, które wybujały bajecznie i zaczynają już kwitnąć. Także ścieżki są zaściółkowane słomą.



Grządki z kostek słomy spisują się tak sobie, poprawnie, tak na 3+, ale nic więcej. Zrobiłam dwie i posadziłam na nich dynie. Możliwe, że to dlatego, że kostki są bardzo luźne. Albo za mało azotu? Rozrobiłam więc w wodzie trochę owczego nawozu i podlewam dynie taką rozcieńczoną gnojówką. Grządka na zdjęciu jest przytulona do południowo-wschodniej ściany tunelu.
      W tle przepiękny krzew bzu czarnego. wiecie, że te krzewy, przywiezione od mojej Babci nie chciały u nas rosnąć? Za słaba ziemia (była). Ale na to znalazł się sposób - posadziłam go na końcu warzywnika i zaczęłam pod nim składać kompost, czyli głównie wyrwane chwasty. Teraz jest piękny, bujny i cieszy oczy. A ja mam źródło liści na ściółkę, kwiatu i owoców. W tej chwili jego zapach rozchodzi się po całym Nowym Warzywniku (nazwanym tak w przeciwieństwie do Starego Warzywnika, który powstał parę lat wcześniej). Warto posadzić taki krzew w warzywniku, gdzieś, gdzie nie będzie przeszkadzał. Nie tylko kompost w jego cieniu rozkłada się lepiej, niż gdzie indziej, to jeszcze zapach odstrasza ślimaki, podobnie jak liście rozłożone jako ściółka. Poza tym jest rośliną pułapkową dla mszyc, które często na nim widać, ale które mu nie szkodzą.

Na złomowisku znalazłam stare koło od roweru i tak powstało ustrojstwo dla fasoli, która pnie się po nim bardzo zadowolona. Jest praktyczniejsze od tyczek, mniej z nim roboty i nie przewróci się, w przeciwieństwie do tyczkowych wigwamów. Każdy sznurek jest przytwierdzony do ziemi kołeczkiem.
  












   A po prawej groszek na siatce. Na wale pięcioletnim, w towarzystwie buraczków, pietruszki i zjedzonej już rzodkiewki z sałatą. Już ma całkiem duże strąki, za kilka dni zaczną się uczty groszkowe. Będzie zupa-krem z groszku, ulubiona przez wielu moich krewnych i znajomych. Te wielkie liście na pierwszym planie to nie pory, tylko czosnek. Jakaś tradycyjna odmiana, bardzo bujna, którą dostałam od pewnej młodej kuzyneczki. Dzięki!



A to wieczornik damski, mój ulubiony, na brzegu Starego Warzywnika. Jest większy ode mnie, uwierzycie? Taka gigantyczna maciejka, chociaż pachnie nieco inaczej.I o zmroku pachnie przepięknie, słodko i nostalgicznie. Na zdjęciu tego nie widać, ale kwiaty są w różnych odcieniach fioletu i białe. Postaram się zebrać nasiona, będą do rozdania. Za nim szparagi rozwijają swoje pióropusze.



Słońce już zachodzi, a nad ogrodem czuwa aniołek w gęstwinie szałwi, lawendy, róż i hortensji.



środa, 3 czerwca 2015

Jak wykurzyć ślimaki?

        Truskawkowa pełnia na dworze, upał zupełnie już letni. Ogród ruszył z kopyta i jest tak piękny w swojej bujnej zieleni i zapachach kwiatów, że nic, tylko kosztować szczęścia.

        Tymczasem u niektórych słychać płacz i zgrzytanie zębami, bo oto nocą wypełzają ONE - podstępne, nagie i ociekające śluzem i  robią armagedon wśród młodych, obiecujących roślinek. ONE, czyli ślimory.

         U nas na szczęście jest ich niewiele, ale dostaję różne sygnały od zdesperowanych ogrodników.

         Co w tym przypadku robić, jeśli nie chcemy używać chemii? Ano trzeba zakasać rękawy i zadziałać kompleksowo. Ślimaki, jako istoty nagie i śluzowate uwielbiają wilgoć i cień, nie lubią natomiast światła i powietrza. Oraz wszystkiego, co suche i ostre i może je ranić. Mają też naturalnych wrogów. Najwięksi z nich to ropuchy, ale także jeże, kaczki, inne ptaki oraz ślimaki drapieżne (bywają takie, ale w Polsce jest ich niewiele).

       Jeśli mamy więc ogród opanowany przez wrogów z krainy śluzowców, to trzeba przystąpić do zdecydowanych działań krótko- i długodystansowych.

DZIAŁANIA NATYCHMIASTOWE:

1. Usunąć ściółkę. Tak, ta święta ściółka permakulturowców, zwłaszcza słomiana, jest ostoją ślimaków. Świetnie sprawdza się i jest potrzebna w przypadku suszy, ale może też spowodować plagę ślimaków. ściółkę dajemy na kompost, natomiast na grządkach zostawiamy nagą ziemię, żeby Słońce wypaliło jaja gasteropodów. Ewentualnie możemy potem lekko zaściółkować materiałami, których one nie lubią: liśćmi czarnego bzu, paprociami i wrotyczem.
2.  Wykosić wszystkie wysokie zarośla wokół i w warzywniku, usunąć rozmaite graty i cegły, które mogą być dla nich schronieniem.
3. Zainstalować pułapki piwne oraz rozłożyć w cieniu kilka kawałków zmurszałych desek, pod którymi w ciągu dnia będą się chronić. A my je regularnie będziemy stamtąd zbierać i... najlepiej dawać kaczkom lub kurom. Z dala od warzywnika.
4. Można wokół wrażliwych roślin rozsypywać warstwę popiołu, trocin lub układać kołnierzyki z czegoś suchego i drapiącego, ale te odstraszacze działają tylko wtedy, kiedy są suche. Czyli do pierwszego deszczu.
5. Nie podlewamy wieczorem, nie moczymy gleby. Podlewamy rzadko, ale obficie wczesnym rankiem. Trudno, trzeba od czasu do czasu wstać ze słońcem.
6. Czasem nocą można udać się z latarką na łowy i przyłapać naszych wrogów na gorącym uczynku. Złapać i wynieść dalekoo....

Uwaga: przy spulchnianiu ziemi uważać, żeby nie zranić ukrywających się w niej ropuch - one są naszymi najlepszymi sprzymierzeńcami w walce ze ślimakami.

DZIAŁANIA DŁUGOFALOWE

1. Zaprosić ropuchy do naszego ogrodu - czyli zbudować im oczko wodne, w którym mogą się rozmnażać, i to bliziutko warzywnika. Oraz jakąś stertę kamieni na schronienie.
Ewa Szelburg-Zarembina pisała w swoich wspomnieniach z dzieciństwa, że jej ojciec spacerował zawsze z papierowymi torebkami i jeśli spotkał ropuchę, to przynosił ją do ogrodu.
2. Zrobić schronienie dla jeży w zacisznym kącie ogrodu.
3. Wokół warzywnika utrzymywać pas ochronny wykoszonej krótko trawy,a najlepiej, jeśli to możliwe, otoczyć warzywnik alejką wysypaną żwirem lub wyłożoną betonowymi płytkami. Niezbyt to ekologiczne, ale skuteczne przeciw ślimakom.
4. W okolicy narażonej na ślimaki ściółkować jedynie po zbiorach, natomiast w czasie wegetacji roślin rozkładać najwyżej rośliny, o których pisałam wyżej. Można też ściółkować rozłożonym kompostem.
5. Regularnie wyrywać chwasty.

Wracamy tu do tradycyjnego ogrodnictwa naszych dziadków i pradziadków. Ono najbardziej było dostosowane do warunków, jakie panują w naszych ogrodach.

      W ogrodzie wszystkie żywioły powinny być w równowadze: ziemia, światło, powietrze, wilgoć... Jeśli któryś z nich dominuje, to zwykle oznacza to kłopoty: albo suszę, albo plagę ślimaków, albo jeszcze coś innego. Ogród jest miejscem, które trwa w stanie dynamicznej równowagi. Jeśli zmieniają się warunki, powinien też zmieniać się nasz sposób działania. Jeśli jest sucho - ściółkujemy, jeśli wilgotno - usuwamy ściółkę. Nie ma metod, które działają zawsze i wszędzie jednakowo, niezależnie od gleby, klimatu, pogody... Dlatego ogrodnik powinien "czuć" swoją ziemię i dostosowywać się. Oraz używać często i mocno swojej inteligencji, żeby zaradzić różnym niedoborom, a nie powielać schematy. To wielka sztuka, ale też wspaniałe narzędzie rozwoju.

czwartek, 21 maja 2015

Ekranowanie czyli tworzenie mikroklimatu

        Niedawna wizyta Joanny z domu pod Lipami uświadomiła mi, że udało nam się stworzyć na naszym wietrznym skrawku ziemi prawdziwy mikroklimat. Joanna mieszka na Żuławach, gdzie ziemia i pogoda są łaskawsze, a mimo to zauważyła, że nasze rośliny są większe i bardziej rozwinięte, niż jej. I gdzie ta osławiona "polska syberia", cisnęło się jej pytanie. A ja wtedy użwiadomiłam sobie, że od paru lat odczuwam wiosną i latem brak wiatru, który wcześniej przeganiał dokuczliwe komarzyska. Jak również to, że w warzywniku czuję się jak na podgrzewanej patelni, podczas gdy wokoło wiatr hula po łąkach.

        Posadzone od północy i północnego zachodu bujne żywopłoty i laski zatrzymują wiatr, "czesząc" go, a nie spiętrzając, jak robią to mury. Wikła się on gdzieś wśród gałęzi i igiełek, łagodnieje, stając się lekkim zefirkiem, a nie podnosi się do góry i opada wściekłym wirem kawałek dalej, jak ma to miejsce w przypadku murów.

      Niższe żywopłoty i żywopłociki dzielą przestrzeń na jakby oddzielne pokoje, zwiększając poczucie przytulności. Są tak niskie, że nie zacieniają i pozwalają promieniom Słońca ogrzewać ziemię, a następnie zatrzymują to ciepło wewnątrz. Ściana lasku również odbija to ciepło i kieruje na grządki. Podobnie powierzchnia stawu, która odbija światło i rozprasza je w swoim otoczeniu.

     Jednym słowem, pomalutku i po cichutku, udało się nam pokonać zastoinę mrozową. Klimat ciągle jest ostry, ale już o wiele mniej, niż na początku.

      Wredne łapy przymrozków, pełzające od północy, też gubią się w labiryncie drzew i krzewów, a one swoją piersią dumnie chronią kwiaty i warzywa.


      Przyszło mi jeszcze do głowy, że w podobny sposób tworzymy swój własny mikroklimat wewnętrzny, klimat naszej duszy. Nie krzycząc i walcząc, ale spokojnie sadząc miękkie, skuteczne zapory ŻYWEGO I ROSNĄCEGO, które chroni najdelikatniejsze piękno i pożyteczność. Niewiele zdziałamy gardłując i denerwując się, a bardzo wiele możemy zrobić, pozwalając, by to, co naturalne, dobre i pożyteczne rozrosło się w naszym wnętrzu, dając odpór goryczy, zmęczeniu i beznadziejności. Kiedy pozwalamy temu rosnąć? Kiedy stajemy się coraz bardziej samodzielni, samowystarczalni. Kiedy słuchamy śpiewu drozda, zamiast politycznych, fałszywych debat. Kiedy siejemy sałatę czy wąchamy tulipany albo bez. Kiedy własnymi rękoma zrobimy coś pożytecznego. Kiedy ciągle potrafimy zachwycić się i zamknąć w sercu przelotne chwile i obrazy. Kiedy przytulimy się do własnoręcznie posadzonego drzewa. Kiedy otaczamy się życiem, a nie martwymi przedmiotami. Wtedy coś w nas rośnie, spokojnie i powoli i chroni od wiatru i podstępnych przymrozków. Stajemy się silni.

sobota, 16 maja 2015

Pierwsze zbiory

        Tak gdzieś na początku kwietnia mój Piotruś pyta mnie: "A sałatę posiałaś?"
     -  No pewnie1
     - A jaką?
     - Mieszaną, na młode listki. Razem z rzodkiewką.
     - To posiej koniecznie jeszcze majową!

     W tej samej chwili zerkam pod stopy, a tu cała kępa samosiejek sałatowych sobie wzeszła już wesolutko. To się je przepikowało, bo wyglądały na majowe - część do tunelu, część na wale.
No i już od 10 dni zajadamy się różnoraką sałatą, aż nam uszy zielenieją.

      Jak co roku furorę robią szparagi, udało mi się przekonać już sporo osób, które twierdziły, że ich nie lubią. Dziś smakowali je uczestnicy warsztatów serowarskich w Leśnym Dworku w Kryłatce.

    Mamy też rzodkiewki, takie młodziutkie i delikatne, rozmaite szczypiory, w tym także szczypior z czosnku, zioła (mój kochany lubczyk!) oraz rabarbar.
     Zebrałam też już kilka koszy szpinaku z jesiennego siewu, wczoraj wycięłam ostatnie, bo zaczynały już w kwiaty dawać.
     O dzikich sałatkach z różnych mniszków, bluszczyków i podagryczników można by poematy pisać.

     Tak pomalutku nasz ogródek zaczyna nas żywić na nowo.

      Poza tym zachwyca kwiatami, zielenią i zapachami. Aż się w tym wszystkim zagubiłam, rozpłynęłam i nie było mnie dość długo.
      Ostatnio na łeb na szyję próbujemy postawić drugi tunel, żeby zdążyć przed wyjazdem Pierra. Wyglądam jak ofiara losu, bo z tego pośpiechu i zmęczenia ciągle czymś obrywam - dziś próbowałam wyrwać kołek z ziemi. Wyskoczył niespodziewanie i rozerwał mi policzek. A wcześniej upadła bramka na róże, bo słup przegnił. Kiedy je zaczepiałam na nowej bramce, to tak zawinęłam się w kilkumetrowe, kolczaste pędy, że cała jestem podrapana. No dobra, niedługo gorący okres się kończy, to będę zasuwać pomalutku.

    Ale pięknie jest!


wtorek, 21 kwietnia 2015

Sznur mierniczy i złoty środek

      Wszyscy wiedzą, że w ogrodzie bardzo przydatny jest sznurek nawinięty na dwa zaostrzone patyki. Pomaga w wyznaczani ścieżek i rzędów do siewu. Mało kto wie, że w kilka minut możemy zamienić go w sznur mierniczy używany przez wieki - od budowniczych piramid, poprzez zamki i kościoły romańskie, do budowniczych katedr.

       Wystarczy zawiązać na nim 13 węzłów w równych odległościach. Tradycyjnie była to odległość stopy, choć można przyjąć dowolną miarę. Stopa przez wieki nieco się zmieniała, ale zawsze jest to około 30 centymetrów. To wygodna odległość, dobra do wyznaczania ścieżek i rozstawy rządków warzyw.

      Mamy więc na naszym sznurze wyznaczone przy pomocy węzełków 12 równych odcinków. Do czego możemy ich użyć? Ano choćby do wyznaczania kątów prostych przy budowie altanki. Robi się to tak:
 Składamy sznurek w trójkąt, który ma jeden bok równy 3 odcinkom, drugi 4, a trzeci 5. I już mamy idealny kąt prosty bez wielkich zabiegów.

    Chcemy kąt 60 stopni? Proszę bardzo:

       Można też za jego pomocą rysować okręgi i dzielić je na równe odcinki, np. przy budowie altanki. Wystarczy, że przy jego pomocy narysujemy okrąg, którego promień ma np. 4, 6, 8, 10 czy 12 stóp. Potem na obwodzie koła, przy pomocy tego samego sznura odmierzamy odstępy co 2 czy 4 stopy. Uwaga: sznura nie układamy na obwodzie, tylko naprężamy między dwoma punktami. Mamy równiutkie odstępy na obwodzie koła.


      Przy pomocy tego sznura można wyznaczać też bardzo skomplikowane proporcje, takie jak liczba Pi czy złoty środek, ale to już dla amatorów łamigłówek. Poniżej przykład wytyczania spirali. Oczywiście jako jednostkę możemy przyjąć dowolną długość, ważne, aby była zawsze taka sama.


      Dobrej zabawy!

niedziela, 19 kwietnia 2015

Pergola - tania i łatwa

       W ogrodzie tak jak w życiu - magia i poezja przeplata się z prozą. Ale ta proza też do poezji i magii prowadzi. Mówiąc krótko: zamarzyła się nam pergola podtrzymująca winorośl i może kilka innych roślin.
       Pergola ma być nastrojowa, romantyczna, podobna do tych, które można spotkać w starych ogrodach na południu Francji i we Włoszech. No i tania oraz możliwa do skonstruowania dla nas, zupełnych beztalenci technicznych. No i trwała, bo winorośl rośnie trochę dłużej, niż fasolka czy inny groszek pachnący.

      Grodząc warzywnik wpadłam na pewien pomysł, który już realizujemy. Zgromadziliśmy potrzebne materiały, przygotowaliśmy miejsce. Sama pergola ma wyglądać mniej więcej tak, jak te znalezione w necie:



A potrzebne nam są przede wszystkim pręty zbrojeniowe o przekroju 12 mm na łuki i nieco cieńsze na poprzeczki oraz kawałki rury ocynkowanej na "stopki". Resztki rur mamy ze słupków do ogrodzenia.
     Nasza pergola ma mieć wysokość ok. 2,5 metra i podobną szerokość, potrzebne są na to pręty o długości 6 metrów. Na składnicy pręty zbrojeniowe mają długość 12 metrów, więc można je pociąć dowolnie i robić konstrukcje zarówno większe, jak nieco mniejsze. Granicą jest giętkość pręta.
     Ich ilość zależy od wielkości budowanego tunelu, trzeba liczyć jeden łuk co 60 do 100 cm, zależnie od wagi roślin mających się na nich wspierać. My przyjęliśmy ok.80 cm.
     Kawałki rur ocynkowanych powinny mieć co najmniej 50 cm. długości, ale im więcej, tym lepiej, nie więcej jednak niż metr. Chodzi o to, że same pręty zbrojeniowe wbite w ziemię z czasem mogą się odkształcić, rozepchać - ziemia jest przecież miękka, a pręt dość cienki. Nie ma to znaczenia, jeśli budujemy taką przenośną pergolę na jeden sezon (np. do fasoli), jednak jeśli ma być stała, to powinna być dość solidnie zakotwiczona w ziemi.

     Rurki wbijamy głęboko w ziemię w miejscach, gdzie mają być stopki łuków. Te miejsca wyznaczmy za pomocą zwykłego sznurka ogrodniczego. Następnie zginamy delikatnie przygotowany pręt i jego końce wsuwamy do rurek. Wyrównujemy łuki przy pomocy sztywnej deski, tak, żeby były tej samej wysokości. Cieńsze pręty tniemy na odpowiednią długość i przymocowujemy w poprzek, tworząc kratę. Jeśli ktoś ma zdolności i narzędzia, może je przyspawać, ale wystarczy po prostu porządnie przykręcić grubym nierdzewnym drutem.
      Rury ocynkowane można wypełnić cementem, głównie po to, aby zatopione w nim pręty nie korodowały zbyt szybko i żeby nie zbierała się w nich woda. Usztywni to też bardziej całą konstrukcję.
      Pozostaje tylko pomalować farbą "prosto na rdzę" lub pociągnąć olejem, co kto woli. I pergola gotowa!
       Łuki można ustawiać w linii prostej, ale można też robić łagodne zakręty - pręty zbrojeniowe są dość giętkie. My ustawiamy malutki, 5 metrowy tunel, ale już wyobrażam sobie taką "gąsienicę" obrośniętą kolorowymi pnączami... Hej, gęba mi się śmieje!



P.S. Można też zrobić altanę-kopułę, wbijając nóżki łuków po obwodzie koła i krzyżując łuki pośrodku!

środa, 15 kwietnia 2015

Historia białych fiołków

    Wiosna jest w tym roku mocno nieśmiała, zachowuje się jak wstydliwa panna, co to by i chciała i boi się. Mimo to powoli, powolutku rozwijają się coraz inne kwiaty. Mamy ich wiele, takich pierwszych, malutkich, tuż przy ziemi, a mimo to najukochańszych, bo wyczekiwanych z utęsknieniem przez całą zimę.
     We wszystkich zakątkach naszego ogrodu wdzięczą się błękitnie łany fiołków, ale niektóre z nich są białe. Najpiękniejszy dywan jest na frontowej rabacie - cały bielutki. A było z nimi tak..

     W naszym miasteczku był piękny, duży park. Aż za piękny na tak zapyziałe miasteczko, położony do tego trochę na peryferiach, za budynkiem liceum. Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam go w całym splendorze: cicha uliczka, przy niej kute ogrodzenie z trzema bramami. Na wprost głównej bramy zagłębienie w kształcie wydłużonej podkowy, z kolorowymi rabatami pośrodku, żwirowanymi ścieżkami i ławeczkami przy nich. W miejscu wygięcia podkowy - cementowy podest, okrągły, otoczony krzewami strzyżonymi i ławeczkami. Mama mi opowiadała, że bywały tam wcześniej co sobota potańcówki.  Do tego zagłębienia schodziło się po kilku schodkach. Górą też biegły alejki, krzyżujące się między starymi, ogromnymi drzewami i krzewami.
     W parku, na prawo od wejścia, przy płocie, stał też malutki, bajkowy domek dozorcy, za nim mały plac zabaw dla dzieci - huśtawki, ślizgawki, drabinki. Mam zdjęcia, jak bawię się na tym placyku.

    Dalej w głąb, za podkową, park stawał się dzikszy i dochodził aż do naturalnych łąk i lasków.

    Dla małego dziecka było to miejsce zaczarowane. Dopiero dużo później dowiedziałam się, że przed I wojną światową stała tam cerkiew prawosławna, zniszczona w czasie tej wojny.

    Niestety, w miarę jak rosłam, park coraz bardziej podupadał. Zniknęło kute ogrodzenie, w domku zamieszkała patologia. W pewnym momencie zawalił się i pobudowano tam ohydny bieda-barak. Nie było już kwiatów, placu zabaw, sukcesywnie znikały ławki.

     Kiedy uczyłam się w liceum w latach 70 był to już smutny, opuszczony, zarośnięty park. Chodziliśmy czasem tam sprzątać w ramach czynów społecznych. Wtedy to odkryłam wśród krzewów maleńkie, białe fiołki. Wzięłam kilka sadzonek i przesadziłam do ogrodu mojej Babci.

     Potem na wiele lat opuściłam miasteczko, zapomniałam o fiołkach i innych kwiatkach w moim maleńkim ogródeczku, który Dziadek wydzielił mi na podwórku.

    Kiedy jednak kupiliśmy nasz Kawałek Raju, zaczęłam buszować po ogrodach rodziny i znajomych w poszukiwaniu sadzonek - wyobraźcie sobie 3 gołe hektary do obsadzenia! I one były tam, czekały na mnie. Przyjechały do naszego ogrodu i zadomowiły się w nim, natomiast u Babci wyginęły...

    Teraz Babci i Dziadka już nie ma z nami, dom należy do kogoś innego... Większość parku zniknęła, zabudowana nowymi osiedlami... Tylko te fiołki i kilka innych roślin, przeniesionych do nas, pomaga mi pamiętać o tym, co było.
Zdjęcie z netu, bo aparat oddał ducha....


wtorek, 7 kwietnia 2015

Taki film!

      Zebrało się trzech kolegów, kamerzysta, przyrodnik i muzyk. Znudziło im się obskakiwać wesela, więc postanowili zrobić film o swojej krainie - Podlasiu. Bez sponsorów, bez producenta, bez kasy. Jak postanowili, tak zrobili.
     Dziś film bije rekordy oglądalności, ludzie są zachwyceni. Miłośc do rodzinnej ziemi i pasja mogą wszystko!
     Jeśli ktoś będzie mógł na niego pójść (bo chodzi teraz po całej Polsce), to serdecznie zachęcam. Magiczny film, kojący - "Cząstka Podlasia"

   tu można obejrzeć zwiastuny filmu i zobaczyć, gdzie i kiedy będzie wyświetlany:

http://wyborcza.pl/1,75475,17711646,Tajemnica__Czastki_Podlasia___Dlaczego_bilety_na_film.html

sobota, 28 marca 2015

Gruzełkowa tantra

      Na dworze wiosenny deszczyk zmywa brud po zimie. I dobrze, bo suche coś to przedwiośnie. W zeszłym roku było podobnie, za to jak wczesnym latem deszcze dały, to Lebiedzianka zalała łąki, co zwykle zdarzało się tylko na przedwiośniu właśnie.
      Dla nas dziś z tego powodu święto, nie da się dużo pracować na dworze. Całe ciało cieszy się z takiej niespodziewanej laby, zakwaski nareszcie trochę się rozejdą. Wczoraj pociągnęliśmy kolejne 25 metrów siatki (oprócz czyszczenia grządki ziołowej, przygotowywania grządki pod groszek, wożenia taczką kamieni i kilku innych robótek). Teraz wiem, że Nowy Warzywnik ma 25 na 25 metrów prawie idealnie. Stary Warzywnik jest ciut mniejszy. wiem mniej więcej, ile uprawiam warzyw, bo do tej pory to wszystko było "na oko".

       Ąle miało być o tantrycznych gruzełkach, no bo o czym można pisać wiosną, kiedy budzą się motylki, ptaszory wiją gniazda, a kwiatki obnażają słupki tudzież pylniki?
      Wiadomo, że podstawą miłości jest ścisłe łączenie się dwóch różnych elementów, które razem dają nową wartość. Sprawdza się to na poziomie najwznioślejszej miłości, jak i na poziomie atomowym, a może nawet dalej. Słońca są niezwykle atrakcyjne dla planet, kobiety dla mężczyzn, a elektrony dla protonów.
       Gruzełki, czyli wymarzona forma gleby każdego ogrodnika powstają w wyniku mariażu gliny i humusu, połączonych razem na dobre i złe, ale raczej na dobre i razem tworzących nową jakość.

       Ale jak to możliwe, skoro humus jest na powierzchni, a glina na dole, pod korzeniami? Oba też pozbawione są możliwości swobodnego przemieszczania się. Byłoby smutno, gdyby nie dżdżownice, gorliwe swatki, a zarazem kapłani odprawiający rytuał wiązania się tych dwóch różnych elementów.

      Dżdżownica glebowa regularnie przemieszcza się w górę i w dół, na dzień schodzi głęboko w glebę, nocą wychodzi na powierzchnię i zjada resztki organiczne. Ona to w swoim przewodzie pokarmowym łączy glinę i humus na bardzo długo. Dzieje się to przy pomocy gruczołów wapiennych, istniejących przy przełyku. Ich głównym zadaniem jest wydzielanie jonów wapnia, które neutralizują kwaśny odczyn pokarmu dżdżownicy. No i dzieje się tak: glina ma ładunek ujemny, humus również, a wapń zjonizowany ma podwójny ładunek dodatni. Do wapnia przykleja się więc z jednej strony glina, z drugiej humus i voila! gruzełek gotowy. Na dokładkę wzbogacony innymi substancjami dżdżownicowej przemiany materii. Taka struktura jest stosunkowo trwała i daje idealną glebę.

       W żywej glebie jest około 4 ton dżdżownic na hektar, wyobrażacie sobie co tam się dzieje? Niestety, takich gleb jest coraz mniej. Na polach uprawianych chemicznie dobrze jest, jeśli znajdzie się ich kilkadziesiąt kilogramów. A potem to już tylko masakra: gleby zlewne, łatwo przesuszające się i łatwo stające się bajorami po byle deszczu, porywane przez wiatr i spływające do rzek, tak, że zostaje szczery piasek. Na tym piasku jeśli nawet damy materię organiczną, to nie ma komu jej rozłożyć, więc przecieka do cieków wodnych bez żadnego pożytku. Stąd błędne koło nawozów sztucznych: na początku działają pięknie zwiększając plony, bo jest jeszcze materia organiczna, ale szybko trzeba dawać ich coraz więcej i więcej, co coraz bardziej wytruwa życie w glebie. No i coraz więcej kosztuje. A kto na tym zyskuje? Na pewno nie rolnik...

     Na szczęście u nas mikroorganizmy i dżdżownice mają się dobrze, pełną parą odchodzi teraz naturalna wermikulizacja trawników, gruzełki się tworzą i w ogóle wiosna!

      Mała uwaga: z racji tego sposobu życia (schodzenie głęboko w dół i wychodzenie na powierzchnię) dżdżownice glebowe nie nadają się do kompostownika ani do robienia soku dżdżownicowego. Tutaj użyteczny jest inny gatunek, zwany kalifornijskim - bardziej różowe, mniejsze i bardziej ruchliwe, zadowalające się bytowaniem w warstwie materii organicznej, byle jej było dużo! W Polsce można znaleźć aż 32 gatunki dżdżownic, przystosowanych do różnych środowisk. Jeśli ktoś ma zywą glebę, obficie zamieszkaną, to nie musi nawet kupować "kalifornijek" - odpowiednie gatunki same zasiedlą kompost.

poniedziałek, 23 marca 2015

Wiosna przyszła - Kryśka do roboty!

       Przyszła wiosna, ale jakaś taka niewyraźna. Niby ładnie, a taki przejmująco zimny wiatr zawiewa i nocami mrozi do -6. Mimo to zmęczeni zimową bezczynnością rzuciliśmy się na ogród. Poszerzamy warzywnik - stara siatka zdjęta, słupy wykopane p przeniesione o  3 metry, co na długości 25 metrów daje niezły kawałek ogrodu. Maliny, które rosły przy płocie, w większości już wykopane przez Piotrusia, który leci jak najlepsza glebogryzarka. Część posadzona przy nowym płocie. Miejsce na nowy tunel foliowy przygotowane. Tony korzeni i perzu wywiezione. Czekamy jeszcze na siatkę leśną, żeby się odgrodzić od owiec i szalejących psów.

      Udało mi się zdobyć nowy ładunek kostek słomy i zrobiłam niewielką grządkę z całych kostek z resztą owczego gnoju na wierzchu. Niestety, zdjęć nie będzie chwilowo, bo aparat wysiadł mi całkiem. Podlewałam je (obie grządki słomiane) bardzo sumiennie do chwili, kiedy mróz się rozszalał nocami. Teraz czekam na ocieplenie, bo przy takiej pogodzie żadne bakterie nie chcą kolonizować słomy, głupie nie są.

     Przywieziono nam ładunek drewna - całe pnie, głównie brzozowe. Już nie drągowina, ale też nie stare drzewa. Ot, takie grubości ludzkiego uda, niektóre uda chudego, niektóre grubego. Jako że wietrzny, zimny dzień dzisiaj, to akurat praca przy drewnie dobrze wypadła. Piotruś ciął je na kawałki spalinówką i te grubsze rozłupywał siekierą, a ja albo podtrzymywałam mu pnie, albo ładowałam gotowe polana na taczkę i woziłam te 100 metrów pod ścianę stodoły, gdzie układałam je do suszenia.
     Bardzo ciekawie jest obserwować Piotrusia z piłą. Wydaje się, że to ostatnia masakra, bo kręci się, miota, przycina kawałki podtrzymując pień stopą lub kolanem, tnie raz na prawo, raz na lewo, a drewno tylko pryska. Niebezpiecznie się zbliżać na mniej, niż 10 metrów! Ale w tym szaleństwie jest metoda. Bardzo szybko stos drzewa zmienia się w stos równych polan, a ani piła, ani mąż, nie mają ran śmiertelnych ani nawet innych. Chciała bym zobaczyć innego w jego wieku przy takim tańcowaniu! Zresztą, kiedy był dużo młodszy i pierwszy raz zobaczyłam go w działaniu, to byłam w szoku. Przyzwyczajona do spokojnej, metodycznej pracy mego dziadka nie mogłam zrozumieć, jakim cudem Piotruś się przy tym nie zabije i niczego nie poobcina. Ale jakoś nie. I oby jak najdłużej!
      Poza tym Piotruś, jako typowy chłopak z miasta, myślał, że drzewo można ściąć, pociąć i od razu do pieca. No, najwyżej kilka dni na wyschnięcie. Musiał przekonać się organoleptycznie, że świeże drewno źle się pali, a taki na wpół wysuszone, po roku, wprawdzie pali się lepiej, ale daje mało ciepła. Za to dobrze suche, o, to jest to! Pali się cudownie i grzeje piorunem. Odtąd zawsze mamy zapas drewna na dwa lata, czyli to, które tniemy teraz, użyjemy nie następnej zimy, ale dopiero na-następnej.

   Oprócz tego zrobiłam dziś ciasto na chleb - właśnie rośnie. Na zakwasie, z mąki żytniej razowej i orkiszowej, z dodatkiem sezamu, czarnuszki z ogrodu i słonecznika. Zasmakowaliśmy we własnym chlebie. Lubię też nastawiać zakwas, wyrabiać ciasto, kłaść je do pieca. Wszystko to ma w sobie coś wręcz mistycznego, taki spokój, pełnię... a kiedy zapachnie, to już zupełnie człowiek czuje się jak w raju i nic mu do szczęścia nie trzeba, tylko takiej kromki ciepłego jeszcze chleba ze świeżym masełkiem.
    Poza tym normalka - sprzątam, piorę, gotuję, doglądam kudłatych i pierzastych. Wyglądam pierwszych ziół na dzikie sałatki. No i uśmiecham się do Was!

piątek, 13 marca 2015

Zdjęcia grzędy

      Miałam kłopoty ze zgraniem zdjęć z aparatu przez kabel, ale od czego są przyjaciele? Dowiedziałam się od Utygan, że można zgrać bezpośrednio z karty pamięci i tak zrobiłam. Oto zdjęcia mojej grzędy słomiano-gnojowej, po wierzchu też przykrytej słomą.

Obok, po lewej stronie, widać podobną, zrobioną z luźnej słomy i gnoju w zeszłym roku. Ta podobna jest jednak przykryta z wierzchu ziemią kompostową i warstwą ściółki.  Po prawej jest 3 letni wał, ściółka na nim zniknęła (bo nie miałam już jej zbyt wiele), ale, chociaż na zdjęciu tego nie widać, rośnie na nim gęsto rumianek lekarski i przytrzymuje go korzeniami. Rumianek posiałam prawie 20 lat temu i od tej pory rozsiewa się sam. Jest świetną rośliną towarzyszącą dla wielu warzyw, zbieram z niego kwiaty do suszenia, leczy ziemię. Kiedy chcę posiać warzywa, wyrywam większość roślin i daję je na kompost, jednak kilka czy kilkanaście zawsze zostawiam. Kwiaty wydają nasiona jesienią i od razu prawie kiełkują, ale zostawiam te młode rośliny na zimę. Ot, taki niekłopotliwy i samoczynny zielony nawóz.
    W trakcie układania grzędy przyszło mi do głowy, że jeśli buduje się z całych kostek, to należy ścisnąć je razem za pomocą liny lub grubego drutu. Najprościej wbić kołki w 4 rogach nowej grzędy i między nimi przeciągnąć ten sznurek lub, ewentualnie, przybić drewniane poprzeczki, żeby kostki na grzedzie się nie rozłaziły.
    Ze względu na dość żyzną i czystą ziemię mogę sobie pozwolić na taką niską grzędę, na słabej ziemi jednak lepiej stawiać całe kostki. Jeśli zakładacie ją na zachwaszczonej ziemi, to należy pod spód dać dużo tektury, co najmniej 3 warstwy, tak, aby wystawała dookoła grzędy przynajmniej na 30 centymetrów, a najlepiej na więcej.
    Tę grzędę, po skończeniu podlewania i chyba już po posadzeniu ziemniaczków, przykryję też warstwą ziemi kompostowej. Tej akurat mam w tym roku sporo.
   Wyobrażacie sobie, co by było, gdybym musiała cały ten kawałek skopać? Zajęło by mi to ze 3 dni, bo przy moich plecach dużo bym na dzień nie ukopała. O zmęczeniu już nie wspomnę.
     Pamiętajcie też, że na takich nowych grządkach najlepiej jest posadzić rośliny, które lubią nie do końca rozłożoną materię organiczną. Klasyczne są albo ziemniaki albo dynie i inne ogórki, przy innym klimacie, niż nasz, mogły by być też pomidory. Chociaż, ku memu wielkiemu zdziwieniu, Francuzi już w pierwszym roku sadzą na nich z rozsady sałaty, buraka liściowego i kapustę. Można spróbować.