Lottia, czyli Płynąca Z Wiatrem oddalała lekkim, tanecznym krokiem się wśród falującego morza traw w dól łagodnej doliny. Wiatr rozwiewał jej jasną suknię i włosy, rozganiał stadka motyli, przynosił echa nuconej melodii i śmiechu. Kobieta z naszego świata i mężczyzna z tamtego świata patrzyli na nią z upodobaniem.
- Lubię ją bardziej, niż myślałam, że kiedykolwiek kogoś polubię - powiedziała - Jest w niej coś takiego, co przyciąga wszystkich, lekkość i wdzięk, a zarazem powaga i pewność.
- Ma wspaniałe promienie duszy, mało kto tyle przeszedł i tak potrafił przekuć to na najpiękniejsze światło. Kiedy się je widzi.... Czemu tak patrzysz?
- Bo już któryś raz słyszę o promieniach duszy, ale pierwszy raz, że je się widzi.
- Twoja dusza czuje i myśli, a te uczucia mają swoja barwę. One promieniują poza ciało.To jest światło, które widzi się wokół osoby, można ją poznać bardziej w ten sposób.
- Acha, chyba wiem. W moim świecie nazywa się to aurą, niektórzy nawet twierdzą, że ją widzą, inni w ogóle nie wierzą, że istnieje. Kiedyś próbowałam nawet ją zobaczyć, tyle, że niezbyt mi się udało, widziałam zaledwie maleńką świecącą otoczkę, i to tylko czasami. Mogło to być zmęczenie wzroku albo coś podobnego.
- Ależ można ją zobaczyć, zwłaszcza tobie powinno się udać.
Chciałabym zobaczyć twoją aurę, pomyślała. Elarenie, Elarenie, nie wystarczy że jesteście piękni, sprawni, mądrzy i cholernie szlachetni, to jeszcze widzicie takie rzeczy, które dla nas są tylko legendą. Chciałabym, chciała. Wątpię jednak, czy mi się uda coś więcej, niż do tej pory.
A jednak udało się! Nie od razu. Najpierw długo jej pokazywał, jak trzeba patrzeć. Jego zdaniem podchodziła do tego zupełnie nie tak, jak trzeba. Wysilała się i napinała, żeby coś zobaczyć, podczas gdy trzeba było rozluźnić się, wyciszyć i odpowiednio ustawić wzrok.
- Widziałaś, jak czasem psy nie patrzą nam w oczy, ale lekko w bok, jakby patrzyły przez nas, gdzieś dalej. Właśnie w ten sposób trzeba patrzeć na promienie duszy. - tłumaczył. Miała ochotę mu odpowiedzieć, że wystarczy jej patrzenie w jego oczy, tyle, że nie wypadało. Ćwiczyła więc posłusznie patrzenie mimochodem na wskroś, jak to nazywała. Długo nic to nie dawało, a potem nagle trach! i, podobnie jak to bywa z tymi obrazkami, gdzie widzi się tylko plątaninę kresek patrząc normalnie, a potem nagle wyłania się trójwymiarowy obraz, zobaczyła. Było to tak piękne, że aż ją zatchnęło. No i znów widziała normalnie. Ale następnym razem poszło już łatwo.
- Elarenie, to jest cudowne! Wspaniałe! Niesamowite!
- Powiesz mi, co widzisz?
- To jakby zorza polarna wokoło ciebie. Kolorowe światło, które faluje, kolory przechodzą jedne w drugie. I iskry, czasem rozsiewają się roje świetlistych iskier. A te kolory! Czyste, delikatne - zieleń, złoto, róż, czerwień, taka delikatna czerwień. Są jeszcze inne światełka, inne kolory, ale te są najważniejsze.
- Myślałem o pięknie tej doliny, o lasach i świetle gwiazd. O życiu. A teraz popatrz!
Stał przed drewnianą ścianą chatki, bo twierdził, że na początku na takim ciemnym, jednolitym tle łatwiej łatwiej się widzi. Teraz podniósł ręce, a światło podążyło za nimi, wybuchając całym deszczem iskier. Powoli złożył ręce w pozycji medytacji, zgrabnie usiadł na zgiętych nogach i zamknął oczy. Powoli pulsujące światło zaczęło zmieniać kolor i naturę, przechodziło w srebrne i złote, z domieszką różu i błękitu. Zamiast falujących woali pojawiły się promienie wzajemnie się przenikające.
- To medytacja?
Otworzył oczy i uśmiechnął się.
- Tak, to jest to, co nazywasz medytacją, a my dążeniem do źródła. Teraz zobaczysz coś innego.
Zobaczyła. Cudowne, pastelowe światło jakby nagle skamieniało, skurczyło się. Zszarzało i pociemniało. Pojawiły się w nim ciemne plamy. Stało się tak gęste, że wydawało się więzić w sobie ciało. Ponieważ otaczało go ze wszystkich stron, także twarz wydawała się przykryta ciemnym woalem, zamknięta. Poczuła ulgę, kiedy ten kamień powoli jakby się stopił i pomalutku, jakby niechętnie, dał miejsce falującej zieleni. Tyle, że teraz nie było w nim złota, a ciemny fiolet.
- Elarenie, na miłość boską, co to było? Wyglądało tak...
- A o czym pomyślałaś?
- O smutku i przygniatającym ciężarze, o bólu.
- Bo tak było. Przywołałem stratę i ból i bezsilność.
Nic więcej nie powiedział. I dobrze, bo wiedziała jaką stratę i ból mógł przywołać i to było zbyt rozdzierające. Także dla niej.
Przez chwilę wpatrywał się w ukwieconą łąkę, w niebo z jasnymi obłokami, a kiedy spojrzał ponownie, znów miał na twarzy uśmiech. Trochę smutny i jakby zmęczony, ale jednak.
- Gotowa na ostatni raz na dzisiaj? Teraz możesz zobaczyć coś naprawdę brzydkiego, więc tylko na krótką chwilę. Nie chciałbym na długo brudzić duszy.
Było to brzydkie, naprawdę brzydkie. Sino-czarna skorupa, spod której wypływało coś brunatnego, jakby zepsuta krew. Dość szybko jednak skorupa zaczęła pękać, a spod niej, jak spod wolno płynącej lawy, prześwitywało światło - najpierw czerwone, potem coraz bardziej złote. Skorupa pękła i zniknęła, a światło znów zaczęło łagodnie falować. Przyglądała się zachłannie, chcąc więcej i więcej, aż w głębi, pod zasłoną falującego światła i ciała zobaczyła coś podobnego do ogromnego diamentu, pulsującego wewnątrz czerwonym światłem.
- Wystarczy!
Mrugała przez chwilę i mrużyła oczy, jak ktoś obudzony o poranku. Czuła się zmęczona i ożywiona jednocześnie, jak po przeżyciu czegoś niezwykłego. Wdzięczna była i trochę zawstydzona, że tak go widziała. Było w tym coś bardzo intymnego, ale też zachwycającego. Z wyjątkiem ostatniego obrazu. Był brzydki i trochę przerażający.
- Co to było?
- Nienawiść. Czułem ją wtedy i teraz czasem się zdarza, że czuję jej echo.
- Cały czas tak widzicie innych?
- Nie, zazwyczaj widzimy normalnie. Ale patrzymy tak, czasem... Zwykle kiedy spotykamy się po dłuższym niewidzeniu albo kiedy chcemy kogoś zrozumieć, albo okazać zaufanie.
No tak, my też nie zwierzamy się sobie przy każdej okazji, pomyślała. Pewnie zbyt nachalne przyglądanie się promieniom duszy jest, hmm.. trochę niedelikatne.
- Widzicie więc siebie tak prawdziwie, do głębi, kiedy jest taka potrzeba?
- Tak. Pamiętasz nasze powitanie?
- "Raduję się, że Cię widzę"? - do tej pory myślała, że to zdawkowa formułka, teraz miało to swój prawdziwy sens.
- Przy powitaniu zwykle patrzymy na swoje promienie duszy. Widzimy swoje dusze.
- Chyba nie zawsze to jest przyjemny widok? Mam na myśli te wszystkie trudne, złe uczucia. Przecież nie są Wam obce?
- Sama widziałaś, że je znamy. Tyle, że od dziecka staramy się rozwijać dobre emocje, a wygaszać te złe. Ale kiedy ktoś je przeżywa, to cierpi z nim cały lud. Pomagamy sobie. Ale to już inna lekcja życia.
- Słyszałam, że tłumienie złych emocji nie jest zbyt dobre.
- Jak chcesz je tłumić?
- No wiesz, nic nie pokazujesz po sobie, nawet nie chcesz się do tego przyznać, spychasz je jak najgłębiej, wypierasz ze świadomości...
- W promieniach duszy widać prawdziwe uczucia, nie maski. Nie tłumimy złych uczuć, ale stajemy obok. Przyglądamy się im, odkrywamy, co nami powoduje. A potem kierujemy naszą uwagę na wszystkie te dobre, piękne i ciepłe rzeczy wokół nas, na piękne i dobre uczucia. Nie karmimy tych złych swoją uwagą, więc przemijają. Wolimy kochać i cieszyć się, a w życiu kierować się tym, co dobre i szlachetne.
- Ale przecież zabijacie te potwory i inne takie.
- One są tylko nienawiścią, zniszczeniem i złem, ale nie, nie czujemy nienawiści do nich. Walczymy z nimi z miłości do świata, do naszych bliskich. Gdybyśmy ich nienawidzili, stalibyśmy się w pewien sposób podobni do nich. My bronimy tego, co kochamy. O tym myślimy, to jest nam drogie. Tyle jest pięknych rzeczy i spraw, a tak mało złych i brzydkich! Najlepiej jest zanurzyć się w świetle.
Gdyby ludzie widzieli swoją aurę, swoje promienie duszy. O kurczę, ale by się działo! Bajzel, zadyma i koniec świata szwoleżerów. A może, może zaczęli by też pielęgnować w sobie dobre myśli i uczucia? Kto wie?
Fotografia z netu.
-
Ponad dwadzieścia lat temu osiedliśmy w prawie 100 letnim domu otoczonym ugorem i kawałkiem starego sadu i postanowiliśmy stworzyć tu własny kawałek raju. Ogród jak najbliższy naturze, który zarazem nas cieszy i żywi. O tym ogrodzie i o tym, czego się nauczyliśmy tworząc go i pielęgnując jest ten blog.
Etykiety
borówka amerykańska
budki lęgowe
burak liściowy
cebula
chwasty
cieplarnie
ciepła grządka
cykoria sałatowa
czosnek
drób
drzewa
drzewa i krzewy owocowe
drzewa owocowe
dynie
dżdżownice
F1
fasola
filmy
funkcjonowanie roślin
gleba
GMO
gnojówki
gnój
grządki
grządki permakulturowe
grzyby
historia
humus
inicjatywy
inspekty
jabłonie
jagody goji
jarzebinogrusza
jesień
jesion
kalendarz biodynamiczny
kompost
konstrukcje
korzenie
kret
króliki
kuchnia
kury
las
leki
marchewka
mikoryza
mydlnica
narzędzia
nasiona
nasiona ekologiczne
naturalne środki myjące
nawożenie
ochrona naturalna
oczko wodne
odczyn gleby
ogród na stoku
orzechy piorące
owady pożyteczne
owce
pasternak
permakultura
pietruszka
pigwa
pismo Słowian
płoty
podlewanie
podlewanie butelkowe
podniesione grządki
pomidory
próchnica
przechowywanie
przycinanie drzew
ptaki
rabaty ozdobne.
ręczniki obrzędowe
sad
sadzenie
sadzenie drzew
samosiejki
sąsiedztwo roślin
seler
siew
słoma
słomiane grządki
Słowianie
sole mineralne
staw
staże
szkodniki
szparagi
szpinak
szpinak. grządki
ściółka
ściółkowanie
świdośliwa
trawnik
tworzenie
tyczki
uprawa
wały permakulturowe
warsztaty
warzywa
wegetarianizm
wiedza
wieża ziemniaczana
wiśnia syberyjska
woda
wzniesione grządki
zakładanie ogrodu
zasilanie
zbiory
zdrowa żywność
zdrowie
zielony nawóz
ziemniaki
ziemniaki w słomie
zima
zioła
zrębki
zwierzęta
żywopłot
żyzność
niedziela, 5 marca 2017
piątek, 17 lutego 2017
O względności wszystkiego
W Dolinie Muminków Piżmowiec czytał zawzięcie książkę "O niepotrzebności wszystkiego", która mu potem czarodziej zamienił na "O potrzebności wszystkiego". A ja, czym więcej wiem o świecie, tym bardziej widzę, że wszystko jest względne i zależne od warunków. I żaden czarodziej tego nie zmieni, najwyżej przytaknie z entuzjazmem (o ile jest mądrym czarodziejem).
Przykłady? A choćby w ostatnim poście! Megi napisała w komentarzach, że odchodzi się obecnie od smarowania ran po cięciu balsamem ogrodniczym, bo tak zabezpieczona rana nie wysycha. I ma na pewno rację, bo to jest profesjonalistka, której wiedzę szanuję. Dlaczego więc u nas rany zabezpieczone goją się lepiej? Nie dawało mi to spokoju, myślałam, analizowałam i mam pewien trop: to jest bardzo wczesny termin cięcia. Drewno jest wtedy jeszcze uśpione, suche, a na dworze zimno i mokro. Cienka warstwa balsamu zabezpiecza więc ranę w tym czasie, a kiedy zrobi się ciepło i sucho, to balsam w większości już nie istnieje i rana spokojnie wysycha. Jest też drugi trop: otóż my nie zawsze korzystamy z balsamu. Często rany po cięciach, zwłaszcza tych dużych, zabezpieczamy wspomnianą w poprzednim poście "maseczką piękności", bo z balsamem wiadomo - albo go za mało, albo go wcięło, albo zapomniało się kupić. Dlaczego o tym nie napisałam? Nie wiem, może podświadomie obawiałam się, że to nie profesjonalne? Balsam jakoś tak lepiej brzmi, he he. a powinnam była, mimo, że pewnie posypały by się gromy, że jak to, krowie gówienko z wapnem na ranę?
Innym przykładem jest słynna terra preta. Jak widzę, że się nią tak bardzo zachwycają na różnych forach, to dziwnie mi jakoś. Ona jest bardzo dobra, wręcz idealna, ale w dżungli podzwrotnikowej, w zupełnie innym klimacie i ekosystemie. U nas nie zaszkodzi, ale od ideału jej daleko. Dlaczego? Tu muszę wyjaśnić co to jest kapitał węglowy danego ekosystemu. Nie chodzi tu o węgiel czysty, ale ten zawarty w materii organicznej i w glebie. Wszystkie związki organiczne bazują na węglu powiązanym z innymi pierwiastkami. Cały ten węgiel, zawarty zarówno w żywych organizmach, jak w glebie, nazywamy kapitałem węglowym. Bardzo kapitalistycznie! Otóż w dżungli, gdzie jest ciepło i wilgotno, rozkład materii organicznej odbywa się błyskawicznie i tak samo błyskawicznie jest ona przyswajana przez bujnie rosnące rośliny, co sprawia, że warstwa próchnicy jest niezwykle cienka. Tam 95% kapitału węglowego znajduje się w żywych roślinach, a tylko 5% w glebie. Dorzucanie więc węgla drzewnego przemieszanego z substancjami azotowymi (odchody, odpadki) jest bardzo celowe i na długo podnosi żyzność gleby. U nas ten kapitał rozkłada się prawie równo: 50% w glebie, 50% w roślinach. Nie ma więc takiej potrzeby wzbogacania gleby w węgiel. Ten, który zawarty jest w drewnie, słomie, sianie itp. w zupełności wystarczy.
Następna względność, to klimat i związane z nim rośliny. Na przykład zboża są pochodnymi traw stepowych i odpowiada im klimat panujący na stepach: ciepłe, suche lato, wilgotna wiosna, mroźna, ale krótka zima. A my, ludzie współcześni, upieramy się, żeby zboże hodować np. w klimacie wilgotnym. No i wiadomo, co z tego wynika: bez pomocy chemii to bardzo trudne. Nie chodzi tylko o zboża, to tylko jeden z przykładów, ale o prawie wszystkie rośliny. U mnie np. nie chce rosnąć tymianek. Wegetuje, a potem pada. Normalne - nie odpowiada mu wilgotny, bagienny klimat. O ile dla 2-3 krzewów tymianku mogę stworzyć warunki, jakąś niszę suchą i zaciszną, to dla całego pola jest to prawie niemożliwe.
Dalej Grażka napisała o tym, że na swojej łące chce walczyć z perzem. Gdyby miała tam zakładać warzywnik, to było by to celowe - tam perz jest plagą. Natomiast na łące czy w sadzie rzecz przedstawia się całkiem inaczej. Otóż tam, gdzie rośnie perz, prawdopodobnie było dawniej pole. Możliwe też, że sypano je nawozami chemicznymi. W takim przypadku perz czyści glebę i przygotowuje ją na rozwój bujnego życia. My na naszej posiadłości zostawiliśmy perz tam, gdzie chcieliśmy mieć zielono. Część stała się regularnie koszonymi trawnikami i podwórzem, część pastwiskiem w sadzie i lasku. W tej chwili mamy przepiękne, wielogatunkowe, naturalne trawniki (koniczynka wsiała się sama) oraz przepiękną murawę w lasku, z każdym rokiem bogatszą i bardziej ukwieconą. Jeśli chcemy mieć kwietną łąkę, to najlepiej zostawić sprawę naturze. Ewentualnie można pomóc przynosząc nasiona z okolicznych łąk i przydroży. Wtedy kosimy raz w roku, pod koniec lata, kiedy kwiaty wysieją już nasiona. Także w sadzie, moim zdaniem, perz nie przeszkadza. O ile wokół młodych sadzonek jest utrzymana "kuweta", czyli czyste zagłębienie w kształcie misy, która służy nam do obfitego polewania drzewek przez dwa pierwsze lata. Potem możemy w niej posadzić chrzan, czosnek i wrotycz, a następnie zapomnieć. Czyli perz nie jest naszym wrogiem. Tym bardziej, że to cenna roślina lecznicza. I nawet mąkę w czas głodu można z niego zrobić...
Można by tak dalej jechać z przykładami. Wszystko jest względne. Pojawiło się, zwłaszcza obecnie, wielu głosicieli JEDYNEJ SŁUSZNEJ PRAWDY i próbują tę prawdę sprzedać, wręcz zmusić do jej zaakceptowania, bo ich zdaniem jest ona prawdziwsza, niż inne prawdy. Tymczasem jest tylko jedna prawda: dobre jest to, co tu i teraz służy mnie i memu środowisku. A że środowisko jest różne, ludzie też, to sposoby mogą być różne. Ważne, żeby prowadziły do pomnażania szczęścia i harmonii.
Przykłady? A choćby w ostatnim poście! Megi napisała w komentarzach, że odchodzi się obecnie od smarowania ran po cięciu balsamem ogrodniczym, bo tak zabezpieczona rana nie wysycha. I ma na pewno rację, bo to jest profesjonalistka, której wiedzę szanuję. Dlaczego więc u nas rany zabezpieczone goją się lepiej? Nie dawało mi to spokoju, myślałam, analizowałam i mam pewien trop: to jest bardzo wczesny termin cięcia. Drewno jest wtedy jeszcze uśpione, suche, a na dworze zimno i mokro. Cienka warstwa balsamu zabezpiecza więc ranę w tym czasie, a kiedy zrobi się ciepło i sucho, to balsam w większości już nie istnieje i rana spokojnie wysycha. Jest też drugi trop: otóż my nie zawsze korzystamy z balsamu. Często rany po cięciach, zwłaszcza tych dużych, zabezpieczamy wspomnianą w poprzednim poście "maseczką piękności", bo z balsamem wiadomo - albo go za mało, albo go wcięło, albo zapomniało się kupić. Dlaczego o tym nie napisałam? Nie wiem, może podświadomie obawiałam się, że to nie profesjonalne? Balsam jakoś tak lepiej brzmi, he he. a powinnam była, mimo, że pewnie posypały by się gromy, że jak to, krowie gówienko z wapnem na ranę?
Innym przykładem jest słynna terra preta. Jak widzę, że się nią tak bardzo zachwycają na różnych forach, to dziwnie mi jakoś. Ona jest bardzo dobra, wręcz idealna, ale w dżungli podzwrotnikowej, w zupełnie innym klimacie i ekosystemie. U nas nie zaszkodzi, ale od ideału jej daleko. Dlaczego? Tu muszę wyjaśnić co to jest kapitał węglowy danego ekosystemu. Nie chodzi tu o węgiel czysty, ale ten zawarty w materii organicznej i w glebie. Wszystkie związki organiczne bazują na węglu powiązanym z innymi pierwiastkami. Cały ten węgiel, zawarty zarówno w żywych organizmach, jak w glebie, nazywamy kapitałem węglowym. Bardzo kapitalistycznie! Otóż w dżungli, gdzie jest ciepło i wilgotno, rozkład materii organicznej odbywa się błyskawicznie i tak samo błyskawicznie jest ona przyswajana przez bujnie rosnące rośliny, co sprawia, że warstwa próchnicy jest niezwykle cienka. Tam 95% kapitału węglowego znajduje się w żywych roślinach, a tylko 5% w glebie. Dorzucanie więc węgla drzewnego przemieszanego z substancjami azotowymi (odchody, odpadki) jest bardzo celowe i na długo podnosi żyzność gleby. U nas ten kapitał rozkłada się prawie równo: 50% w glebie, 50% w roślinach. Nie ma więc takiej potrzeby wzbogacania gleby w węgiel. Ten, który zawarty jest w drewnie, słomie, sianie itp. w zupełności wystarczy.
Następna względność, to klimat i związane z nim rośliny. Na przykład zboża są pochodnymi traw stepowych i odpowiada im klimat panujący na stepach: ciepłe, suche lato, wilgotna wiosna, mroźna, ale krótka zima. A my, ludzie współcześni, upieramy się, żeby zboże hodować np. w klimacie wilgotnym. No i wiadomo, co z tego wynika: bez pomocy chemii to bardzo trudne. Nie chodzi tylko o zboża, to tylko jeden z przykładów, ale o prawie wszystkie rośliny. U mnie np. nie chce rosnąć tymianek. Wegetuje, a potem pada. Normalne - nie odpowiada mu wilgotny, bagienny klimat. O ile dla 2-3 krzewów tymianku mogę stworzyć warunki, jakąś niszę suchą i zaciszną, to dla całego pola jest to prawie niemożliwe.
Dalej Grażka napisała o tym, że na swojej łące chce walczyć z perzem. Gdyby miała tam zakładać warzywnik, to było by to celowe - tam perz jest plagą. Natomiast na łące czy w sadzie rzecz przedstawia się całkiem inaczej. Otóż tam, gdzie rośnie perz, prawdopodobnie było dawniej pole. Możliwe też, że sypano je nawozami chemicznymi. W takim przypadku perz czyści glebę i przygotowuje ją na rozwój bujnego życia. My na naszej posiadłości zostawiliśmy perz tam, gdzie chcieliśmy mieć zielono. Część stała się regularnie koszonymi trawnikami i podwórzem, część pastwiskiem w sadzie i lasku. W tej chwili mamy przepiękne, wielogatunkowe, naturalne trawniki (koniczynka wsiała się sama) oraz przepiękną murawę w lasku, z każdym rokiem bogatszą i bardziej ukwieconą. Jeśli chcemy mieć kwietną łąkę, to najlepiej zostawić sprawę naturze. Ewentualnie można pomóc przynosząc nasiona z okolicznych łąk i przydroży. Wtedy kosimy raz w roku, pod koniec lata, kiedy kwiaty wysieją już nasiona. Także w sadzie, moim zdaniem, perz nie przeszkadza. O ile wokół młodych sadzonek jest utrzymana "kuweta", czyli czyste zagłębienie w kształcie misy, która służy nam do obfitego polewania drzewek przez dwa pierwsze lata. Potem możemy w niej posadzić chrzan, czosnek i wrotycz, a następnie zapomnieć. Czyli perz nie jest naszym wrogiem. Tym bardziej, że to cenna roślina lecznicza. I nawet mąkę w czas głodu można z niego zrobić...
Można by tak dalej jechać z przykładami. Wszystko jest względne. Pojawiło się, zwłaszcza obecnie, wielu głosicieli JEDYNEJ SŁUSZNEJ PRAWDY i próbują tę prawdę sprzedać, wręcz zmusić do jej zaakceptowania, bo ich zdaniem jest ona prawdziwsza, niż inne prawdy. Tymczasem jest tylko jedna prawda: dobre jest to, co tu i teraz służy mnie i memu środowisku. A że środowisko jest różne, ludzie też, to sposoby mogą być różne. Ważne, żeby prowadziły do pomnażania szczęścia i harmonii.
środa, 15 lutego 2017
Przycinanie dla opornych
Nie lubię drzew i krzewów przycinanych, "formowanych" i wykoślawianych, jak jakieś bonzai. Mój mąż lubi, takie skrzywienie zawodowe z ogrodów francuskich. Mamy więc niekończące się spory i różnice zdań. W jednym jesteśmy zgodni: drzewa owocowe, zwłaszcza jabłonie, należy przycinać. Jak wyglądają takie puszczone same sobie, można przekonać się w wielu wiejskich ogrodach, nie tylko tych opuszczonych.
Właśnie teraz jest dobra pora do przycinania jabłoni. Mąż całe dnie spędza w koronach naszych prawie stuletnich drzew i nareszcie przestał marudzić, że nudno mu, bo nie ma nic do roboty. Ja lubię tę pracę, udaje mi się nieźle, ale ten tego... mam lęk wysokości. To, co mogę zrobić z solidnej domowej drabiny - robię dobrze, ale takich drzewek mamy raptem dwa.
Jabłonie przycinamy pod koniec zimy, przed ruszeniem soków. W żadnym wypadku nie należy tego robić wiosną, kiedy soki już krążą. To jest bardzo szkodliwe dla drzew i odbija się na ich zdrowiu.
Jak przycinać jabłonie? ano można różnie i różniaste dziwaczne formy ludzie wymyślają, ale stare odmiany najlepiej zostawić w ich naturalnej formie (bo tak i zdrowiej i ładniej), a cięcie potraktować jak dobry makijaż - niby go nie widać, a wygląd inny, lepszy. Najlepiej jest ciąć w roku, w którym spodziewamy się latem obfitego owocowania. Dlaczego? Cięcie powoduje często wyrastanie tzw. "wilków" i niepotrzebne zagęszczanie korony. A drzewo zajęte owocowaniem wypuszcza tych wilków o wiele mniej.
W takim wydaniu przycinanie jest dość proste, wystarczy kilka prostych reguł i trochę artystycznego wyczucia. No i odpowiednie narzędzia.
Narzędzia to: drabina, piła do gałęzi, sekator, ewentualnie piła mechaniczna, jeśli trzeba wyciąć grubszy konar, balsam do smarowania ran (ważne!) i dobry wzrok.
Tak uzbrojeni przyglądamy się dokładnie drzewu, jego formie i ewentualnym nieprawidłowościom, a następnie zabieramy się do pracy.
Na pierwszy ogień idą gałęzie suche, chore lub złamane, to oczywiste. Często na starych odmianach można spotkać raka bakteryjnego. Mój mąż na początku chciał wszystko wycinać, ale zostały by gołe pnie, co nie jest naszym celem. Okazało się, że naszym jabłonkom rak bakteryjny niewiele szkodzi. Rosną i owocują pięknie. wycinamy, co się da, a co się nie da, zostaje. I żyją sobie dalej.
Następnie ucina się gałęzie wyrastające pionowo do góry z konarów bocznych i oczywiście wszystkie "wilki". Chyba, że z wilka chcemy wyhodować nową gałąź, bo akurat w tym miejscu korona jest łysa. Wtedy go tylko skracamy.
W końcu ścinamy gałęzie, które się krzyżują, włażą w środek korony itp. Tu właśnie potrzebne jest wyczucie i oko artysty. Korona powinna być regularna i prześwietlona.
Tniemy nie za blisko i nie za daleko od miejsca, z którego wyrasta gałąź. zostawiamy niewielki kikutek - tak 2-3 cm. Ścinamy też pod kątem, żeby na ranie nie zatrzymywała się woda i kurz. wilki i cienkie gałązki ścinamy tuz przy pniu. Tu różne są zalecenia, ale my robimy tak właśnie.
Jeśli konary grożą złamaniem pod ciężarem owoców, to należy je skrócić. Ewentualnie pomyśleć o podpórkach w odpowiednim czasie.
Miejsce cięcia od razu zasmarowujemy balsamem ogrodniczym. To ważne, bo miejsce cięcia to otwarta rana, przez którą mogą dostać się bakterie i zarodniki grzybów.
I już - praktycznie każdy może przeprowadzić sam takie kosmetyczne cięcie.Jeśli ktoś się waha, to dobrze jest pamiętać, że lepiej jest przyciąć za mało, niż za dużo, bo zbyt gęstą koronę można poprawić w następnym roku, a pochopnie wyciętych gałęzi już się nie przyszyje.
Na koniec możemy zrobić drzewom maseczkę piękności, czyli pomalować pnie wapnem. ale nie takim zwykłym, wulgarnym wapnem, nawet nie ogrodniczym, tylko wapnem ogrodniczym z dodatkami. Takimi ulubionymi przez jabłonki dodatkami jest glina i świeży, czysty nawóz krowi. Wszystko to mieszamy z wodą (wapno, glinkę i krowie placki) i zostawiamy, żeby odpoczęło ok. 48 godzin. Znów mieszamy i dodajemy trochę wody. Paćka powinna mieć konsystencję śmietanki, jeśli ma przynieść jakiś efekt poza estetycznym.
Uzbrajamy się w szczotkę - ryżową do młodych, gładkich pni i konarów i drucianą do tych grubą korą pokrytych. Czyścimy pnie i aplikujemy grubym ławkowcem solidną, grubą warstwę maseczki piękności.
Twierdzi się, że drzewo przez korę nie wchłania ani wapna ani substancji odżywczych. No cóż NA RAZIE tego nie stwierdzono, ale ta maseczka naprawdę pomaga. Nawet jeśli się nie wchłania, to powoli, stopniowo zmywana deszczem i ścierana wiatrem wpływa na odczyn gleby wokół drzew (a jabłonie lubią glebę wapienną), odkaża, chroni przed słońcem i pękaniem.
Kiedyś, kilka lat temu, zebrało mi się na fantazję i do wiaderka z wapnem dodawałam spożywcze farbki (takie, jak do malowania jajek). Do każdego drzewa inną... Miałam sad w pastelowych kolorkach full wypas. ale na ogół maluję na kremowo-biało.
Właśnie teraz jest dobra pora do przycinania jabłoni. Mąż całe dnie spędza w koronach naszych prawie stuletnich drzew i nareszcie przestał marudzić, że nudno mu, bo nie ma nic do roboty. Ja lubię tę pracę, udaje mi się nieźle, ale ten tego... mam lęk wysokości. To, co mogę zrobić z solidnej domowej drabiny - robię dobrze, ale takich drzewek mamy raptem dwa.
Jabłonie przycinamy pod koniec zimy, przed ruszeniem soków. W żadnym wypadku nie należy tego robić wiosną, kiedy soki już krążą. To jest bardzo szkodliwe dla drzew i odbija się na ich zdrowiu.
Jak przycinać jabłonie? ano można różnie i różniaste dziwaczne formy ludzie wymyślają, ale stare odmiany najlepiej zostawić w ich naturalnej formie (bo tak i zdrowiej i ładniej), a cięcie potraktować jak dobry makijaż - niby go nie widać, a wygląd inny, lepszy. Najlepiej jest ciąć w roku, w którym spodziewamy się latem obfitego owocowania. Dlaczego? Cięcie powoduje często wyrastanie tzw. "wilków" i niepotrzebne zagęszczanie korony. A drzewo zajęte owocowaniem wypuszcza tych wilków o wiele mniej.
W takim wydaniu przycinanie jest dość proste, wystarczy kilka prostych reguł i trochę artystycznego wyczucia. No i odpowiednie narzędzia.
Narzędzia to: drabina, piła do gałęzi, sekator, ewentualnie piła mechaniczna, jeśli trzeba wyciąć grubszy konar, balsam do smarowania ran (ważne!) i dobry wzrok.
Tak uzbrojeni przyglądamy się dokładnie drzewu, jego formie i ewentualnym nieprawidłowościom, a następnie zabieramy się do pracy.
Na pierwszy ogień idą gałęzie suche, chore lub złamane, to oczywiste. Często na starych odmianach można spotkać raka bakteryjnego. Mój mąż na początku chciał wszystko wycinać, ale zostały by gołe pnie, co nie jest naszym celem. Okazało się, że naszym jabłonkom rak bakteryjny niewiele szkodzi. Rosną i owocują pięknie. wycinamy, co się da, a co się nie da, zostaje. I żyją sobie dalej.
Następnie ucina się gałęzie wyrastające pionowo do góry z konarów bocznych i oczywiście wszystkie "wilki". Chyba, że z wilka chcemy wyhodować nową gałąź, bo akurat w tym miejscu korona jest łysa. Wtedy go tylko skracamy.
W końcu ścinamy gałęzie, które się krzyżują, włażą w środek korony itp. Tu właśnie potrzebne jest wyczucie i oko artysty. Korona powinna być regularna i prześwietlona.
Tniemy nie za blisko i nie za daleko od miejsca, z którego wyrasta gałąź. zostawiamy niewielki kikutek - tak 2-3 cm. Ścinamy też pod kątem, żeby na ranie nie zatrzymywała się woda i kurz. wilki i cienkie gałązki ścinamy tuz przy pniu. Tu różne są zalecenia, ale my robimy tak właśnie.
Jeśli konary grożą złamaniem pod ciężarem owoców, to należy je skrócić. Ewentualnie pomyśleć o podpórkach w odpowiednim czasie.
Miejsce cięcia od razu zasmarowujemy balsamem ogrodniczym. To ważne, bo miejsce cięcia to otwarta rana, przez którą mogą dostać się bakterie i zarodniki grzybów.
I już - praktycznie każdy może przeprowadzić sam takie kosmetyczne cięcie.Jeśli ktoś się waha, to dobrze jest pamiętać, że lepiej jest przyciąć za mało, niż za dużo, bo zbyt gęstą koronę można poprawić w następnym roku, a pochopnie wyciętych gałęzi już się nie przyszyje.
Na koniec możemy zrobić drzewom maseczkę piękności, czyli pomalować pnie wapnem. ale nie takim zwykłym, wulgarnym wapnem, nawet nie ogrodniczym, tylko wapnem ogrodniczym z dodatkami. Takimi ulubionymi przez jabłonki dodatkami jest glina i świeży, czysty nawóz krowi. Wszystko to mieszamy z wodą (wapno, glinkę i krowie placki) i zostawiamy, żeby odpoczęło ok. 48 godzin. Znów mieszamy i dodajemy trochę wody. Paćka powinna mieć konsystencję śmietanki, jeśli ma przynieść jakiś efekt poza estetycznym.
Uzbrajamy się w szczotkę - ryżową do młodych, gładkich pni i konarów i drucianą do tych grubą korą pokrytych. Czyścimy pnie i aplikujemy grubym ławkowcem solidną, grubą warstwę maseczki piękności.
Twierdzi się, że drzewo przez korę nie wchłania ani wapna ani substancji odżywczych. No cóż NA RAZIE tego nie stwierdzono, ale ta maseczka naprawdę pomaga. Nawet jeśli się nie wchłania, to powoli, stopniowo zmywana deszczem i ścierana wiatrem wpływa na odczyn gleby wokół drzew (a jabłonie lubią glebę wapienną), odkaża, chroni przed słońcem i pękaniem.
Kiedyś, kilka lat temu, zebrało mi się na fantazję i do wiaderka z wapnem dodawałam spożywcze farbki (takie, jak do malowania jajek). Do każdego drzewa inną... Miałam sad w pastelowych kolorkach full wypas. ale na ogół maluję na kremowo-biało.
poniedziałek, 30 stycznia 2017
Sprzymierzeńcy
Powinnam ten artykuł zatytułować "Walka biologiczna", ale wszelka walka mi się źle kojarzy. Mamy więc sprzymierzeńców w walce.
Przez lata właśnie tę walkę o przeżycie podkreślano w naukach biologicznych, pomijając współpracę i synergię. Dziś, zwłaszcza w niektórych środowiskach, panuje przeciwny, przesłodzony trend do traktowania przyrody jako czegoś milusieńkiego i wolnego od wszelkiej przemocy. Z rozbawieniem obserwowałam oburzenie, jakie wywołało zdjęcie sikorek pożywiających się na jelonku zabitym przez wilki. A co dopiero, gdyby ludzie widzieli, jak te milusieńkie ptaszeczki zabijają nietoperze czy inne ptaki! Trudno, każdy chce żyć, a dla nich to kwestia przeżycia zimą. Właśnie ta drapieżność sikorek czyni z nich naszych sprzymierzeńców w ogrodzie - w sezonie jedna rodzina sikorek pochłania całe kilogramy mszyc, gąsienic i innych owadów.
Świat zamieszkany przez łagodnych roślinożerców (jak to się marzy niektórym) zginąłby bardzo szybko, wraz z ostatnim zielonym źdźbłem.
Normalnie przyroda pozostaje w równowadze, żaden gatunek nie rozmnaża się nadmiernie, wszystkie trzymają się nawzajem w szachu, żaden też nie ginie. Jeśli jednak ten cudowny system zostanie rozregulowany, mamy plagi szkodników. Czynników rozwalających równowagę jest mnóstwo: naturalne, jak wybuchy wulkanów, zmiany pogody czy klimatu i sztucznych, czyli głównie działalność człowieka, który wtrąca się w to, czego nie rozumie i niszczy równowagę na wielką skalę.
Przyroda pozostawiona samej sobie potrafi wrócić do równowagi i zaleczyć rany, jeśli jednak rany są drażnione i powiększane przez człowieka, to skutki są nieprzewidywalne i wręcz katastrofalne na dłuższą metę.
Często piszą do mnie ludzie zdesperowani atakami "szkodników" w swoich ogrodach. Każdy taki atak jest znakiem zaburzenia równowagi. I o tę równowagę warto zawalczyć, nie o chwilowe zlikwidowanie "szkodnika", który i tak będzie wracał z coraz większą siłą.
W tej walce mamy wielu sprzymierzeńców, nie tylko tych znanych ale i mnie znanych. Znani: ropuchy, jeże, węże, ptaki (w tym sikorki), biedronki.
Mniej znani: skorki, osy i mikroosy (w tym bardzo użyteczna Aphidius, która pasożytuje jaja mszyc), dzikie pszczoły, trzmiele, złotooki nematody i w sumie większość owadów. Tak, kochani, większośc owadów jest pożyteczna, pajęczaki także.
W walce biologicznej nie chodzi o zupełne zlikwidowanie zwierząt czy owadów szkodliwych, ale o utrzymanie ich w granicach akceptowalnych dla wszystkich. Gdybyśmy zlikwidowali je całkowicie, to skazali byśmy na śmierć głodową naszych sprzymierzeńców i kto by nas bronił w przypadku następnego ataku? A że szkodniki rozmnażają się bardzo szybko, w przeciwieństwie do organizmów pożytecznych, to widzicie efekty?
Jak zadbać o naszych sprzymierzeńców? Najlepiej zapewniając jak największą bioróżnorodność i zostawiając skrawki dzikiej natury dookoła naszego ogrodu. Niezastąpione są tu naturalne, dzikie żywopłoty, gdzie większość pożytecznych dla nas gatunków znajduje schronienie i pożywienie. Ważne są też dzikie zarośla, w tym pokrzywy. Zarośnięty burzanami kawałek ziemi to nie bałagan, to kwatera główna i matecznik pożytecznych żyjątek. Nawet plaga nornic może być zmniejszona nie tylko przez duże drapieżniki, ale przez bakterie i pasożyty.
Zachodzą tu ciekawe zależności, które warto prześledzić. Bardzo pożyteczne trzmiele lubią gnieździć się w opuszczonych mysich norkach. Jeśli więc zlikwidujemy wszystkie myszy, to trzmiele też wyginą....
Oczywiście, takie podejście wymaga cierpliwości i umiejętności, efekty przychodzą powoli, nie natychmiast. Dotychczas była to opcja dla wybranych, którzy po kilku latach mądrego gospodarowania wspólnie z naturą zadziwiali świat urodzajnością i pięknem swoich ogrodów. Bo tu trzeba mieć mądrość, otwartość i cierpliwość oraz nieustannie uczyć się i obserwować. To nie jest opcja dla głupich i leniwych. Tylko że może się niedługo okazać, że innej opcji nie ma, jeśli chcemy przetrwać i żyć godnie. Już teraz ziemia uprawna jałowieje w tempie, o jakim się naukowcom nie śniło, a czynniki rakotwórcze pochodzące z herbicydów i insektycydów występują nawet w mleku matek. Nie mówiąc już o spadku płodności mężczyzn. Działanie przeciw naturze prowadzi do Wy-naturzenia człowieka. Działanie zgodne z naturą zapewnia zdrowie, komfort psychiczny i fizyczny oraz daje mądrość i spokój ducha.
Na zachodzie można kupić już środki naturalne, które mogą nam pomóc w sytuacjach kryzysowych: biedronki, syrfy, drapieżne osy, Baccilus thuringiensis, pułapki feromonalne. Są one stosowane wszędzie w tej chwili w ogrodach miejskich, pałacowych i pokazowych oraz przez wielu ogrodników i rolników ekologicznych. Ci, którym udało się wprowadzić równowagę na swoich ekspoloatacjach podkreślają, że są to tylko protezy, którymi można podeprzeć się od czasu do czasu, najważniejsze jest, żeby raz uwolnione pożyteczne owady zadomowiły się w naszym ogrodzie i w okolicy.
U nas w naturze przetrwało wielu sprzymierzeńców, ważne jest, aby zaprosić ich do siebie i pomóc się zadomowić.
Co możemy zrobić?
- Dbać o bioróżnorodność, nie walczyć przesadnie z chwastami ani nie dbać przesadnie o czystość.
- Zostawić fragmenty dzikiej natury w naszym ogrodzie - żywopłoty, kępy krzewów, pokrzyw, fragment niekoszonej trawy, dzikie rośliny.
- Siejmy i sadźmy kwiaty bogate w nektar i pyłek.
- Ustawiajmy hoteliki dla owadów.
- NIE PANIKOWAĆ I NIE SIĘGAĆ NATYCHMIAST PO ŚRODKI CHEMICZNE, JEŚLI GDZIEŚ ZAUWAŻYMY NIEPOŻĄDANE MSZYCE CZY INNE OWADY. Zwłaszcza jeśli ich ilość nie zagraża plonom albo występują np. na roślinach towarzyszących. Obserwujmy i cieszmy się, że służą za żłobek dla naszych sprzymierzeńców.
Jedynym wyjątkiem jest stonka. Ta praktycznie nie ma u nas naturalnych wrogów i niestety, trzeba albo ją zbierać ręcznie albo zrezygnować z ziemniaków uuuuuuu.
Oto złotook, nieustraszony pożeracz mszyc. Czasem na przedwiośniu można spotkać go w domach, kiedy wychodzi z zimowych kryjówek.
Przez lata właśnie tę walkę o przeżycie podkreślano w naukach biologicznych, pomijając współpracę i synergię. Dziś, zwłaszcza w niektórych środowiskach, panuje przeciwny, przesłodzony trend do traktowania przyrody jako czegoś milusieńkiego i wolnego od wszelkiej przemocy. Z rozbawieniem obserwowałam oburzenie, jakie wywołało zdjęcie sikorek pożywiających się na jelonku zabitym przez wilki. A co dopiero, gdyby ludzie widzieli, jak te milusieńkie ptaszeczki zabijają nietoperze czy inne ptaki! Trudno, każdy chce żyć, a dla nich to kwestia przeżycia zimą. Właśnie ta drapieżność sikorek czyni z nich naszych sprzymierzeńców w ogrodzie - w sezonie jedna rodzina sikorek pochłania całe kilogramy mszyc, gąsienic i innych owadów.
Świat zamieszkany przez łagodnych roślinożerców (jak to się marzy niektórym) zginąłby bardzo szybko, wraz z ostatnim zielonym źdźbłem.
Normalnie przyroda pozostaje w równowadze, żaden gatunek nie rozmnaża się nadmiernie, wszystkie trzymają się nawzajem w szachu, żaden też nie ginie. Jeśli jednak ten cudowny system zostanie rozregulowany, mamy plagi szkodników. Czynników rozwalających równowagę jest mnóstwo: naturalne, jak wybuchy wulkanów, zmiany pogody czy klimatu i sztucznych, czyli głównie działalność człowieka, który wtrąca się w to, czego nie rozumie i niszczy równowagę na wielką skalę.
Przyroda pozostawiona samej sobie potrafi wrócić do równowagi i zaleczyć rany, jeśli jednak rany są drażnione i powiększane przez człowieka, to skutki są nieprzewidywalne i wręcz katastrofalne na dłuższą metę.
Często piszą do mnie ludzie zdesperowani atakami "szkodników" w swoich ogrodach. Każdy taki atak jest znakiem zaburzenia równowagi. I o tę równowagę warto zawalczyć, nie o chwilowe zlikwidowanie "szkodnika", który i tak będzie wracał z coraz większą siłą.
W tej walce mamy wielu sprzymierzeńców, nie tylko tych znanych ale i mnie znanych. Znani: ropuchy, jeże, węże, ptaki (w tym sikorki), biedronki.
Mniej znani: skorki, osy i mikroosy (w tym bardzo użyteczna Aphidius, która pasożytuje jaja mszyc), dzikie pszczoły, trzmiele, złotooki nematody i w sumie większość owadów. Tak, kochani, większośc owadów jest pożyteczna, pajęczaki także.
W walce biologicznej nie chodzi o zupełne zlikwidowanie zwierząt czy owadów szkodliwych, ale o utrzymanie ich w granicach akceptowalnych dla wszystkich. Gdybyśmy zlikwidowali je całkowicie, to skazali byśmy na śmierć głodową naszych sprzymierzeńców i kto by nas bronił w przypadku następnego ataku? A że szkodniki rozmnażają się bardzo szybko, w przeciwieństwie do organizmów pożytecznych, to widzicie efekty?
Jak zadbać o naszych sprzymierzeńców? Najlepiej zapewniając jak największą bioróżnorodność i zostawiając skrawki dzikiej natury dookoła naszego ogrodu. Niezastąpione są tu naturalne, dzikie żywopłoty, gdzie większość pożytecznych dla nas gatunków znajduje schronienie i pożywienie. Ważne są też dzikie zarośla, w tym pokrzywy. Zarośnięty burzanami kawałek ziemi to nie bałagan, to kwatera główna i matecznik pożytecznych żyjątek. Nawet plaga nornic może być zmniejszona nie tylko przez duże drapieżniki, ale przez bakterie i pasożyty.
Zachodzą tu ciekawe zależności, które warto prześledzić. Bardzo pożyteczne trzmiele lubią gnieździć się w opuszczonych mysich norkach. Jeśli więc zlikwidujemy wszystkie myszy, to trzmiele też wyginą....
Oczywiście, takie podejście wymaga cierpliwości i umiejętności, efekty przychodzą powoli, nie natychmiast. Dotychczas była to opcja dla wybranych, którzy po kilku latach mądrego gospodarowania wspólnie z naturą zadziwiali świat urodzajnością i pięknem swoich ogrodów. Bo tu trzeba mieć mądrość, otwartość i cierpliwość oraz nieustannie uczyć się i obserwować. To nie jest opcja dla głupich i leniwych. Tylko że może się niedługo okazać, że innej opcji nie ma, jeśli chcemy przetrwać i żyć godnie. Już teraz ziemia uprawna jałowieje w tempie, o jakim się naukowcom nie śniło, a czynniki rakotwórcze pochodzące z herbicydów i insektycydów występują nawet w mleku matek. Nie mówiąc już o spadku płodności mężczyzn. Działanie przeciw naturze prowadzi do Wy-naturzenia człowieka. Działanie zgodne z naturą zapewnia zdrowie, komfort psychiczny i fizyczny oraz daje mądrość i spokój ducha.
Na zachodzie można kupić już środki naturalne, które mogą nam pomóc w sytuacjach kryzysowych: biedronki, syrfy, drapieżne osy, Baccilus thuringiensis, pułapki feromonalne. Są one stosowane wszędzie w tej chwili w ogrodach miejskich, pałacowych i pokazowych oraz przez wielu ogrodników i rolników ekologicznych. Ci, którym udało się wprowadzić równowagę na swoich ekspoloatacjach podkreślają, że są to tylko protezy, którymi można podeprzeć się od czasu do czasu, najważniejsze jest, żeby raz uwolnione pożyteczne owady zadomowiły się w naszym ogrodzie i w okolicy.
U nas w naturze przetrwało wielu sprzymierzeńców, ważne jest, aby zaprosić ich do siebie i pomóc się zadomowić.
Co możemy zrobić?
- Dbać o bioróżnorodność, nie walczyć przesadnie z chwastami ani nie dbać przesadnie o czystość.
- Zostawić fragmenty dzikiej natury w naszym ogrodzie - żywopłoty, kępy krzewów, pokrzyw, fragment niekoszonej trawy, dzikie rośliny.
- Siejmy i sadźmy kwiaty bogate w nektar i pyłek.
- Ustawiajmy hoteliki dla owadów.
- NIE PANIKOWAĆ I NIE SIĘGAĆ NATYCHMIAST PO ŚRODKI CHEMICZNE, JEŚLI GDZIEŚ ZAUWAŻYMY NIEPOŻĄDANE MSZYCE CZY INNE OWADY. Zwłaszcza jeśli ich ilość nie zagraża plonom albo występują np. na roślinach towarzyszących. Obserwujmy i cieszmy się, że służą za żłobek dla naszych sprzymierzeńców.
Jedynym wyjątkiem jest stonka. Ta praktycznie nie ma u nas naturalnych wrogów i niestety, trzeba albo ją zbierać ręcznie albo zrezygnować z ziemniaków uuuuuuu.
Oto złotook, nieustraszony pożeracz mszyc. Czasem na przedwiośniu można spotkać go w domach, kiedy wychodzi z zimowych kryjówek.
czwartek, 26 stycznia 2017
Warzywnik idealny
Tak sobie rozmarzyłam się o ogrodzie stworzonym według zasad współżycia z naturą. Widzę go prawie. I jest on piękny i pożyteczny.
Od północnych i północno-zachodnich wiatrów chroni go naturalny sad, taki leśny sad, gdzie różne drzewa rosną wymieszane, rodzą owoce i cieszą oko.
Cały warzywnik otoczony jest żywopłotem, niskim od wschodu i od południa. Mogą to być porzeczki, maliny, róże owocowe, niskie drzewka owocowe, bzy, wysokie byliny, berberysy, głogi - co komu w duszy gra, a najlepiej radosna i kolorowa mieszanka wszystkiego. W żywopłocie gnieżdżą się ptaki i jeże i wiele innych żywych, darmowych pomocników. Ptaki wiją gniazda, śpiewają, wyjadają mszyce i gąsienice.
W takim warzywniku obowiązkowo znajduje się oczko wodne, staw lub naturalny strumyk (o to ciężko, ale czasem się zdarza) tworzący rozlewisko. woda jest bardzo potrzebna w ogrodzie, nadaje mu właściwy klimat, służy za miejsce wodopoju i rozmnażania ropuch, naszych głównych sprzymierzeńców. rosnące w wodzie trzciny mogą wzbogacić kompost.
Na małych działeczkach wystarczy duża balia z wodą lub niewielkie oczko. Lepiej nie wprowadzać tam ryb, bo wyżrą nam ropuszki. Ja musiałam - komary były straszne, a oczko jest na tyle duże i zarośnięte, że dość skrzeku się tam uchowa. Ale gdybym musiała podjąć decyzję jeszcze raz - to nie dawała bym ryb. To w tym naszym sztucznym oczku wodnym po raz pierwszy w życiu widziałam trytony, czyli traszki.
W idealnym warzywniku nie używamy żadnych "polepszaczy" chemicznych, które docelowo zabijają całe życie w glebie, ale pozwalamy pracować drobnoustrojom, dżdżownicom i innym skarabeuszom. One wykonują za nas większość roboty.
Grządki wzniesione, wały, grządki płaskie (po rozłożeniu się wałów) tworzą mozaikę. W kształcie mandali, spirali, prostokątów, kwadratów czy w równych rzędach - jak komu w duszy gra, jak komu wygodniej.
Tunel foliowy lub szklarnia w naszym klimacie są prawie niezbędne, pozwalają przedłużyć czas życia roślin i zbiorów o kilka tygodni. Jeśli chcemy mieć własne pomidory, papryki i oberżyny, to w większości polskich regionów jest niezbędny.
A na grządkach? Kolorowy bałagan! Rośliny posadzone według reguł dobrego sąsiedztwa, wymieszane ze sobą, nawzajem się chroniące. I kwiaty, dużo kolorowych kwiatów przywabiających owady i pomagających uzdrawiać glebę, a jednocześnie służących do sporządzania sałatek i lekarstw - lawenda, nagietek, aksamitka, ogórecznik, rumianek i wiele innych.
Czy ktoś wie, jak słodko pachną kwiaty bobu? A jak ozdobne są słoneczniki!
Dość gęsto posiane rośliny zacieniają glebę, co sprawia, że pielenie potrzebne jest tylko na początku, potem można zadowolić się tylko wyrywaniem pojedynczych dzikich roślin. A co z nimi? Większość też nadaje się do spożycia i posiada nawet więcej witamin, niż warzywa. zupa z żółtlicy, szpinak z pokrzywy czy komosy, młode listki perzu w sałatce....
Jeśli lubi się swój ogród, to prawie ma się ochotę w nim zamieszkać. Nie tylko pracować, ale odpoczywać, czytać, kontemplować i (czemu nie?) nawet spać. Czujemy go jak przedłużenie naszego jestestwa, naszą prywatną przestrzeń osobistą. Stapiamy się z nim i jest nam tam dobrze i bezpiecznie. A bezpieczeństwo to jest nie byle jakie - będziemy zawsze mieli co jeść, czym się umyć (mydlnica), czym się leczyć i pielęgnować urodę. Co w obliczu ciągle wyższych cen bezwartościowej żywności i rosnącej inflacji jest niebagatelne. A tu, prawie za darmo, mamy cały dobrobyt.
Od północnych i północno-zachodnich wiatrów chroni go naturalny sad, taki leśny sad, gdzie różne drzewa rosną wymieszane, rodzą owoce i cieszą oko.
Cały warzywnik otoczony jest żywopłotem, niskim od wschodu i od południa. Mogą to być porzeczki, maliny, róże owocowe, niskie drzewka owocowe, bzy, wysokie byliny, berberysy, głogi - co komu w duszy gra, a najlepiej radosna i kolorowa mieszanka wszystkiego. W żywopłocie gnieżdżą się ptaki i jeże i wiele innych żywych, darmowych pomocników. Ptaki wiją gniazda, śpiewają, wyjadają mszyce i gąsienice.
W takim warzywniku obowiązkowo znajduje się oczko wodne, staw lub naturalny strumyk (o to ciężko, ale czasem się zdarza) tworzący rozlewisko. woda jest bardzo potrzebna w ogrodzie, nadaje mu właściwy klimat, służy za miejsce wodopoju i rozmnażania ropuch, naszych głównych sprzymierzeńców. rosnące w wodzie trzciny mogą wzbogacić kompost.
Na małych działeczkach wystarczy duża balia z wodą lub niewielkie oczko. Lepiej nie wprowadzać tam ryb, bo wyżrą nam ropuszki. Ja musiałam - komary były straszne, a oczko jest na tyle duże i zarośnięte, że dość skrzeku się tam uchowa. Ale gdybym musiała podjąć decyzję jeszcze raz - to nie dawała bym ryb. To w tym naszym sztucznym oczku wodnym po raz pierwszy w życiu widziałam trytony, czyli traszki.
W idealnym warzywniku nie używamy żadnych "polepszaczy" chemicznych, które docelowo zabijają całe życie w glebie, ale pozwalamy pracować drobnoustrojom, dżdżownicom i innym skarabeuszom. One wykonują za nas większość roboty.
Grządki wzniesione, wały, grządki płaskie (po rozłożeniu się wałów) tworzą mozaikę. W kształcie mandali, spirali, prostokątów, kwadratów czy w równych rzędach - jak komu w duszy gra, jak komu wygodniej.
Tunel foliowy lub szklarnia w naszym klimacie są prawie niezbędne, pozwalają przedłużyć czas życia roślin i zbiorów o kilka tygodni. Jeśli chcemy mieć własne pomidory, papryki i oberżyny, to w większości polskich regionów jest niezbędny.
A na grządkach? Kolorowy bałagan! Rośliny posadzone według reguł dobrego sąsiedztwa, wymieszane ze sobą, nawzajem się chroniące. I kwiaty, dużo kolorowych kwiatów przywabiających owady i pomagających uzdrawiać glebę, a jednocześnie służących do sporządzania sałatek i lekarstw - lawenda, nagietek, aksamitka, ogórecznik, rumianek i wiele innych.
Czy ktoś wie, jak słodko pachną kwiaty bobu? A jak ozdobne są słoneczniki!
Dość gęsto posiane rośliny zacieniają glebę, co sprawia, że pielenie potrzebne jest tylko na początku, potem można zadowolić się tylko wyrywaniem pojedynczych dzikich roślin. A co z nimi? Większość też nadaje się do spożycia i posiada nawet więcej witamin, niż warzywa. zupa z żółtlicy, szpinak z pokrzywy czy komosy, młode listki perzu w sałatce....
Jeśli lubi się swój ogród, to prawie ma się ochotę w nim zamieszkać. Nie tylko pracować, ale odpoczywać, czytać, kontemplować i (czemu nie?) nawet spać. Czujemy go jak przedłużenie naszego jestestwa, naszą prywatną przestrzeń osobistą. Stapiamy się z nim i jest nam tam dobrze i bezpiecznie. A bezpieczeństwo to jest nie byle jakie - będziemy zawsze mieli co jeść, czym się umyć (mydlnica), czym się leczyć i pielęgnować urodę. Co w obliczu ciągle wyższych cen bezwartościowej żywności i rosnącej inflacji jest niebagatelne. A tu, prawie za darmo, mamy cały dobrobyt.
wtorek, 24 stycznia 2017
Warto
Dlaczego warto mieć ogród, a przynajmniej ogródek? Czy w ogóle warto? Kiedy człowiek patrzy na smutne spłachetki trawy otoczone przez cmentarne iglaki, to wydaje się, że wielu ludzi uważa, że nie warto.... Gdzie się podziały uśmiechnięte, radosne przedogródki, kipiące życiem i kolorami? Gdzie przydomowe warzywniki, pyszniące się głowami kapusty, szeptami między marchewką a szczypiorkiem? W jaki sposób, dosłownie w ciągu kilku - kilkunastu lat zabito w ludziach chęć do uPrawy ziemi, do tej kolorowej, rozbuchanej radości?
A przecież warto, bardziej niż cokolwiek innego, warto wrócić do ogrodów, naturalnych, bujnych życiem podziemnym i powietrznym, pachnących jak kadzielnice, szemrzących na wietrze.
Pierwszy powód jest taki, że coś w nas jest takiego, że jesteśmy szczęśliwsi w otoczeniu drzew i roślin, niż w najpiękniejszej architekturze. To tkwi głęboko w podświadomości i nie da się tego usunąć. Tak po prostu jest. Ziemia daje siłę, jak w micie o Anteuszu. Kiedy dotykamy ziemi, w naszym wnętrzu uruchamiają się rezerwy siły i spokoju.
Drugi powód to taki, że naprawdę w ziemi żyją bakterie, które wyzwalają w naszym ciele hormon szczęścia. Trzeba tylko, żeby gleba była żywa, pełna naturalnej próchnicy i nieskażona herbicydami i innymi środkami chemicznymi, bo one zabijają wszelkie życie w glebie.
Powód trzeci to taki, że to najzdrowsze spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Oprócz zróżnicowanej gimnastyki otwiera też "kanały twórcze" i daje niesamowitą satysfakcję, a także wymierne korzyści w przypadku warzywnika oraz korzyści estetyczne i zdrowotne.
A czwarty powód jest taki:
Jeśli chcemy, aby nasze poŻywienie naprawdę nas żywiło i dawało zdrowie, musimy wziąć sprawy we własne ręce. Tym bardziej, że warzywnik też może być piękny. Nawet częściowe tylko uzupełnianie diety własnymi warzywami i owocami może nas postawić na nogi i dać taki zapas sił, jakiego nie dadzą sztuczne witaminy z apteki.
Ojciec Klimuszko twierdził, że w roślinach jest coś więcej, niż tylko substancje odżywcze i witaminy. Jest coś, co nazywał siłą życiową. Najwięcej mają jej rośliny dzikie z naturalnego, czystego środowiska. A zaraz po nich rośliny z naturalnych, ekologicznych warzywników, gdzie rosną w warunkach zbliżonych do naturalnych.
Mając szczęście i zdrowie w zasięgu ręki, możemy z niego skorzystać w każdej chwili. To jeszcze narazie nie jest zabronione. Na szczęście! Schrońmy się więc w naszych ogrodach i czerpmy pełnymi garściami z dobra, jakie nam dają.
Piękno i pożywienie, schronienie dla duszy i zdrowie dla ciała. Naprawdę warto uprawiać ogrody. Można to robić bez zbędnego wysiłku, na miarę naszych możliwości i naszej wyobraźni. Takie trochę dzikie, trochę niesforne są najpiękniejsze i najzdrowsze. I my w nich stajemy się piękniejsi i młodsi.
A przecież warto, bardziej niż cokolwiek innego, warto wrócić do ogrodów, naturalnych, bujnych życiem podziemnym i powietrznym, pachnących jak kadzielnice, szemrzących na wietrze.
Pierwszy powód jest taki, że coś w nas jest takiego, że jesteśmy szczęśliwsi w otoczeniu drzew i roślin, niż w najpiękniejszej architekturze. To tkwi głęboko w podświadomości i nie da się tego usunąć. Tak po prostu jest. Ziemia daje siłę, jak w micie o Anteuszu. Kiedy dotykamy ziemi, w naszym wnętrzu uruchamiają się rezerwy siły i spokoju.
Drugi powód to taki, że naprawdę w ziemi żyją bakterie, które wyzwalają w naszym ciele hormon szczęścia. Trzeba tylko, żeby gleba była żywa, pełna naturalnej próchnicy i nieskażona herbicydami i innymi środkami chemicznymi, bo one zabijają wszelkie życie w glebie.
Powód trzeci to taki, że to najzdrowsze spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Oprócz zróżnicowanej gimnastyki otwiera też "kanały twórcze" i daje niesamowitą satysfakcję, a także wymierne korzyści w przypadku warzywnika oraz korzyści estetyczne i zdrowotne.
A czwarty powód jest taki:
Jeśli chcemy, aby nasze poŻywienie naprawdę nas żywiło i dawało zdrowie, musimy wziąć sprawy we własne ręce. Tym bardziej, że warzywnik też może być piękny. Nawet częściowe tylko uzupełnianie diety własnymi warzywami i owocami może nas postawić na nogi i dać taki zapas sił, jakiego nie dadzą sztuczne witaminy z apteki.
Ojciec Klimuszko twierdził, że w roślinach jest coś więcej, niż tylko substancje odżywcze i witaminy. Jest coś, co nazywał siłą życiową. Najwięcej mają jej rośliny dzikie z naturalnego, czystego środowiska. A zaraz po nich rośliny z naturalnych, ekologicznych warzywników, gdzie rosną w warunkach zbliżonych do naturalnych.
Mając szczęście i zdrowie w zasięgu ręki, możemy z niego skorzystać w każdej chwili. To jeszcze narazie nie jest zabronione. Na szczęście! Schrońmy się więc w naszych ogrodach i czerpmy pełnymi garściami z dobra, jakie nam dają.
Piękno i pożywienie, schronienie dla duszy i zdrowie dla ciała. Naprawdę warto uprawiać ogrody. Można to robić bez zbędnego wysiłku, na miarę naszych możliwości i naszej wyobraźni. Takie trochę dzikie, trochę niesforne są najpiękniejsze i najzdrowsze. I my w nich stajemy się piękniejsi i młodsi.
środa, 11 stycznia 2017
Nuda
Pamiętam dobrze moje dzieciństwo i to bardzo wczesne, niektóre wspomnienia są nawet z czasów, kiedy jeszcze nie mówiłam. A zaczęłam mówić, zanim skończyłam rok. Prawdopodobnie była to w miasteczku sensacja - bobas na rękach, z czarną, zjeżoną czupryną, drobniutki, który mówi całymi zdaniami! Pamiętam więc momenty, kiedy się nudziłam. A były to tylko i jedynie momenty, kiedy zmuszano mnie do bycia "grzeczną" i krępowano moją wolność. Zostawiona sama sobie nigdy się nie nudziłam, wprost przeciwnie - świat był tak zajmujący, a możliwości tyle, że zapominałam nawet o jedzeniu.
Pamiętam jedno takie zderzenie między pojmowaniem świata przez małe dziecko, a jego pojmowania przez dorosłych. Rodzice zabrali mnie na wózku na spacer drogą wiodącą nad rzekę (och, te rodzinne spacery - moja zmora aż do lat nastoletnich, kiedy wystrojone musiałyśmy odbyć niedzielny spacer z rodzicami, tak, jakbyśmy byli kochającą się rodziną, sztywny, nastawiony na "jak nas widzą"!). Po obu stronach drogi były łąki porośnięte firletką i jaskrami. Całym jestestwem małego człowieka chciałam biegać po tych łąkach, dotykać, widzieć i obserwować świat owadów i roślin. Robić coś, po krótce. Wyrywałam się z wózka, więc ojciec przeskoczył rów i przyniósł mi bukiecik kwiatów. co za pomyłka! Ja nie chciałam MIEĆ martwych kwiatów, ale uczestniczyć w życiu łąki! Upuściłam bukiecik i ciągle domagałam się wolności. Oczywiście, w ich mniemanu byłam paskudnym, rozpuszczonym brzdącem, które nie wie, czego chce.
Zderzenie dwóch świadomości - dziecięcej, która chce uczestniczyć, odkrywać i być wolną i dorosłej, nastawionej na "mieć", zamiast "być".
Tak ogólnie, to nuda często była konstruktywna. Iluż to rzeczy nauczyłam się, żeby przed nią uciec! Czytać i szydełkować nauczyłam się, zanim poszłam do szkoły. Moja matka pracowała w domu, dziergając serwetki szale dla spółdzielni chałupniczej, więc ją naśladowałam. Zatrzymywano mnie w domu w wypadku częstych chorób (jakoś nikt nie dostrzegł, że powracające bronchity i zapalenia oskrzeli to skutek przegrzania i alergii), więc czytałam, malowałam, lepiłam. Niechcący, przesiadując w kuchni z babcią, która świetnie gotowała i mówiła przy tym, co robi, nauczyłam się gotować...
W szkole też często nudziłam się (ogólnie wspominam szkołę jako koszmar) - kiedy moi koledzy sylabizowali w elementarzu, ja czytałam pod ławką Trylogię albo Czterech Pancernych. Pamiętam jeszcze zdumienie na twarzy nauczycielki, kiedy wyciągnęła mi książkę spod ławki! Nic nie powiedziała. Nauczyłam się też dokładnie geografii. Co było robić, kiedy nauczyciel kazał przeczytać lekcję z książki, a sam wychodził pociągać alkohol w schowku na przyrządy gimnastyczne? Z czytaniem uporałam się w 10 minut, a przez resztę czasu studiowałam atlas geograficzny, wymyślając przyszłe podróże.
Aby nie nudzić się w domu wolnym czasie i nie uczestniczyć w domowych konfliktach, chodziłam na wielogodzinne wędrówki po okolicy. Wiem, dla samotnej dziewczynki to niebezpieczne, ale nigdy nic złego mi się nie zdarzyło. To były najpiękniejsze chwile mego dzieciństwa i dojrzewania. Wiele cudów wtedy widziałam i doświadczyłam.
A wspólne zabawy z innymi dziećmi? Ten dreszczyk emocji, te kłótnie i godzenie się. Miałam w tym czasie przyjaciółkę, słabą uczennicę, ale wspaniałą liderkę. To ona zabierała mnie na ryzykowne wyprawy przez płoty, żeby wykradać owoce i warzywa z ogrodów (mieliśmy swoje, ale liczył się dreszczyk emocji), ona zabrała mnie pod ziemię, żeby błądzić w labiryncie budowanych właśnie kanałów ściekowych, ona organizowała zawody w skokach wzwyż na kawałku piasku, z nią chodziłyśmy po liście do parku (żeby zrobić ściółkę kurom jej babci) i po resztki ziarna do pustych wagonów kolejowych, stojących przy elewatorze. To ona organizowała zawody w skokach z huśtawek na placu zabaw. Dzięki niej moje dzieciństwo miało kolor i smak przygody. Oczywiście, w domu obrywałam cięgi, bo to "nie było dobre towarzystwo" - nieślubne dziecko z biednej rodziny, ale już nauczyłam się, że "dorośli są głupi". Tak, jakby u nas było idealnie! A nie było.
Dziś robi się wszystko, aby dzieci się nie nudziły. Cały czas mają zajęty, ciągle są pilnowane i kierowane. Zmuszane do tego, co lubią dorośli. Co za koszmar!
Obecnie też lubię czasem się ponudzić. Patrzę w okno, na ptaki zlatujące się do karmników, na słońce i chmury. I myślę. Wiele wspaniałych myśli zrodziło się w ciszy i spokoju. Myślę, że nasi przodkowie spędzali wiele czasu zimą, patrząc w okno albo siedząc na przyzbie. A potem wstawali, szli i podbijali imperia (Rzym i Bizancjum), po czym wracali do swego okna i myśli lęgły się w ich głowach...
Widzę, jak młodym często ciężko jest przeżyć pierwszą zimę na wsi. Nie umieją oswoić nudy, spojrzeć sobie w twarz i znaleźć tam potencjał twórczy. Muszą mieć zaplanowane zajęcia, rozrywki, żeby "zabić czas". Właśnie - zabić, a nie celebrować. Czasu zabić nie można, on jest i kpi z naszych prób zapomnienia o nim. Można go natomiast celebrować i wykorzystać. Nie myśleć o niczym konkretnym, nic nie musieć. Po prostu zapatrzyć się na świat. "Zapatrzony" - są takie obrazy. Tak nazywano ludzi, którzy w jakiś sposób zapatrzyli się, przebijając otoczkę "rzeczywistości". Rodziły się z tego zdumiewające rzeczy. Albo dla tej osoby, albo nawet dla świata.
Nie bójmy się nudy, szukajmy jej. Ona nam podpowie, co możemy wydrzeć ze swoich trzewi, co możemy zrozumieć, co zrobić. Nie walczmy z nią. Ona jest naszym najlepszym sprzymierzeńcem.
Pamiętam jedno takie zderzenie między pojmowaniem świata przez małe dziecko, a jego pojmowania przez dorosłych. Rodzice zabrali mnie na wózku na spacer drogą wiodącą nad rzekę (och, te rodzinne spacery - moja zmora aż do lat nastoletnich, kiedy wystrojone musiałyśmy odbyć niedzielny spacer z rodzicami, tak, jakbyśmy byli kochającą się rodziną, sztywny, nastawiony na "jak nas widzą"!). Po obu stronach drogi były łąki porośnięte firletką i jaskrami. Całym jestestwem małego człowieka chciałam biegać po tych łąkach, dotykać, widzieć i obserwować świat owadów i roślin. Robić coś, po krótce. Wyrywałam się z wózka, więc ojciec przeskoczył rów i przyniósł mi bukiecik kwiatów. co za pomyłka! Ja nie chciałam MIEĆ martwych kwiatów, ale uczestniczyć w życiu łąki! Upuściłam bukiecik i ciągle domagałam się wolności. Oczywiście, w ich mniemanu byłam paskudnym, rozpuszczonym brzdącem, które nie wie, czego chce.
Zderzenie dwóch świadomości - dziecięcej, która chce uczestniczyć, odkrywać i być wolną i dorosłej, nastawionej na "mieć", zamiast "być".
Tak ogólnie, to nuda często była konstruktywna. Iluż to rzeczy nauczyłam się, żeby przed nią uciec! Czytać i szydełkować nauczyłam się, zanim poszłam do szkoły. Moja matka pracowała w domu, dziergając serwetki szale dla spółdzielni chałupniczej, więc ją naśladowałam. Zatrzymywano mnie w domu w wypadku częstych chorób (jakoś nikt nie dostrzegł, że powracające bronchity i zapalenia oskrzeli to skutek przegrzania i alergii), więc czytałam, malowałam, lepiłam. Niechcący, przesiadując w kuchni z babcią, która świetnie gotowała i mówiła przy tym, co robi, nauczyłam się gotować...
W szkole też często nudziłam się (ogólnie wspominam szkołę jako koszmar) - kiedy moi koledzy sylabizowali w elementarzu, ja czytałam pod ławką Trylogię albo Czterech Pancernych. Pamiętam jeszcze zdumienie na twarzy nauczycielki, kiedy wyciągnęła mi książkę spod ławki! Nic nie powiedziała. Nauczyłam się też dokładnie geografii. Co było robić, kiedy nauczyciel kazał przeczytać lekcję z książki, a sam wychodził pociągać alkohol w schowku na przyrządy gimnastyczne? Z czytaniem uporałam się w 10 minut, a przez resztę czasu studiowałam atlas geograficzny, wymyślając przyszłe podróże.
Aby nie nudzić się w domu wolnym czasie i nie uczestniczyć w domowych konfliktach, chodziłam na wielogodzinne wędrówki po okolicy. Wiem, dla samotnej dziewczynki to niebezpieczne, ale nigdy nic złego mi się nie zdarzyło. To były najpiękniejsze chwile mego dzieciństwa i dojrzewania. Wiele cudów wtedy widziałam i doświadczyłam.
A wspólne zabawy z innymi dziećmi? Ten dreszczyk emocji, te kłótnie i godzenie się. Miałam w tym czasie przyjaciółkę, słabą uczennicę, ale wspaniałą liderkę. To ona zabierała mnie na ryzykowne wyprawy przez płoty, żeby wykradać owoce i warzywa z ogrodów (mieliśmy swoje, ale liczył się dreszczyk emocji), ona zabrała mnie pod ziemię, żeby błądzić w labiryncie budowanych właśnie kanałów ściekowych, ona organizowała zawody w skokach wzwyż na kawałku piasku, z nią chodziłyśmy po liście do parku (żeby zrobić ściółkę kurom jej babci) i po resztki ziarna do pustych wagonów kolejowych, stojących przy elewatorze. To ona organizowała zawody w skokach z huśtawek na placu zabaw. Dzięki niej moje dzieciństwo miało kolor i smak przygody. Oczywiście, w domu obrywałam cięgi, bo to "nie było dobre towarzystwo" - nieślubne dziecko z biednej rodziny, ale już nauczyłam się, że "dorośli są głupi". Tak, jakby u nas było idealnie! A nie było.
Dziś robi się wszystko, aby dzieci się nie nudziły. Cały czas mają zajęty, ciągle są pilnowane i kierowane. Zmuszane do tego, co lubią dorośli. Co za koszmar!
Obecnie też lubię czasem się ponudzić. Patrzę w okno, na ptaki zlatujące się do karmników, na słońce i chmury. I myślę. Wiele wspaniałych myśli zrodziło się w ciszy i spokoju. Myślę, że nasi przodkowie spędzali wiele czasu zimą, patrząc w okno albo siedząc na przyzbie. A potem wstawali, szli i podbijali imperia (Rzym i Bizancjum), po czym wracali do swego okna i myśli lęgły się w ich głowach...
Widzę, jak młodym często ciężko jest przeżyć pierwszą zimę na wsi. Nie umieją oswoić nudy, spojrzeć sobie w twarz i znaleźć tam potencjał twórczy. Muszą mieć zaplanowane zajęcia, rozrywki, żeby "zabić czas". Właśnie - zabić, a nie celebrować. Czasu zabić nie można, on jest i kpi z naszych prób zapomnienia o nim. Można go natomiast celebrować i wykorzystać. Nie myśleć o niczym konkretnym, nic nie musieć. Po prostu zapatrzyć się na świat. "Zapatrzony" - są takie obrazy. Tak nazywano ludzi, którzy w jakiś sposób zapatrzyli się, przebijając otoczkę "rzeczywistości". Rodziły się z tego zdumiewające rzeczy. Albo dla tej osoby, albo nawet dla świata.
Nie bójmy się nudy, szukajmy jej. Ona nam podpowie, co możemy wydrzeć ze swoich trzewi, co możemy zrozumieć, co zrobić. Nie walczmy z nią. Ona jest naszym najlepszym sprzymierzeńcem.
sobota, 7 stycznia 2017
Zima na trzy piece
Eskimosi miewają zimy na trzy psy, a my w tej chwili mamy zimę na trzy piece. Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą: dawniej Eskimosi, żeby mroźną zimą nie zamarznąć w igloo brali ze sobą psy na posłanie; wyjątkowo mroźna zima była "zimą na trzy psy". U nas piece pełnią podobną rolę, jak psy w igloo, tyle, że nie bierzemy ich do łóżka. Jeden płonie, jak jest trochę zimno, dwa przy niższych temperaturach, a trzy naraz jak jest bardzo zimno.
Dziś rano było -22 - więc trzy piece. Mamy śnieg, oddycha się lekko, a powietrze szczypie w nos i ma zapach, jak w dzieciństwie. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wysokiej górki i porządnych sanek do zjeżdżania, ale cóż nie można mieć wszystkiego.
Koty i psy hibernują w ciepłych kątach. My też zwolniliśmy. Donosimy siano i letnią wodę zwierzakom, nosimy drewno i tyle.
Ja robię polskie mandale, czyli serwetki szydełkowe. To niesamowicie uspokajające zajęcie. Kiedy te mandale robią mężczyźni w Tybecie, to jest z tym wielkie halo, a my, kobiety, robimy je spokojnie i bez uroczystej otoczki, ale skutek jest podobny. Powtarzający się rytm, symbole zaklęte we wzory...
Do karmnika zlatują się ptaki.
Trwaj, chwilo, bo jesteś piękna.
Dziś rano było -22 - więc trzy piece. Mamy śnieg, oddycha się lekko, a powietrze szczypie w nos i ma zapach, jak w dzieciństwie. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wysokiej górki i porządnych sanek do zjeżdżania, ale cóż nie można mieć wszystkiego.
Koty i psy hibernują w ciepłych kątach. My też zwolniliśmy. Donosimy siano i letnią wodę zwierzakom, nosimy drewno i tyle.
Ja robię polskie mandale, czyli serwetki szydełkowe. To niesamowicie uspokajające zajęcie. Kiedy te mandale robią mężczyźni w Tybecie, to jest z tym wielkie halo, a my, kobiety, robimy je spokojnie i bez uroczystej otoczki, ale skutek jest podobny. Powtarzający się rytm, symbole zaklęte we wzory...
Do karmnika zlatują się ptaki.
Trwaj, chwilo, bo jesteś piękna.
niedziela, 1 stycznia 2017
Zlot w Raju - potrzebne wiadomości
Piękne jest to, że tyle osób interesuje się zlotem i kursem miłości do ogrodów zgodnych z naturą. Kochani, jesteście zaczynem nowego, lepszego świata. My jesteśmy częścią natury, więc świat zgodny z naturą jest też zgodny z nami, bardziej dla nas przyjazny i zrozumiały. Nad takim światem będziemy pracować. A jest to bardzo potrzebne.
Obserwuję "gównoburzę" polityczną, jaka rozpętała się w mediach, ale, co jest o wiele gorsze, w głowach wielu wspaniałych i dobrych ludzi. Nawołuję, jak głos na puszczy, do zaprzestania tego wikłania się w matrixie i karmienia go naszą energią, ale mam wrażenie, że mało kto mnie rozumie, a jeszcze mniej - posłucha. Zostałam nawet oskarżona o eskapizm. Ha! Nie eskapizm proponuję, ale prawdziwe, realne życie. To medialne burze są eskapizmem i to szkodliwym. Bo co dobrego może wyniknąć dla ducha z podniecania się coraz bardziej agresywnymi i negatywnymi wiadomościami ze świata polityki? Jaki na to mamy wpływ realnie? To my jesteśmy dojeni z energii i używani jako pionki w grze.
Proponuję więc dotknąć realnego życia - ziemi, roślin, zwierząt. Połączyć się w kręgu osób podobnie myślących.
Zamiast rozmyślać o katastrofie, tę katastrofę ominąć. Zamiast przygnębiać się i desperować, zrobić coś dobrego najpierw dla siebie, potem dla Ziemi i innych. Człowiek nieszczęśliwy nie może nikogo uszczęśliwić, ani nikomu pomóc, ale człowiek, który znalazł spokój i szczęście w tym, co robi - tak.
Nasz zlot będzie nastawiony głównie na zdrową żywność, więc warzywniki. Zdrowy warzywnik, to zdrowa gleba, a w dzisiejszych czasach potrzebuje ona uzdrowicieli, którzy pochylą się nad nią z czułością. Także pewna harmonia z naturą i wynikające z niej piękno. Przebywanie wśród piękna, zdrowe odżywianie się i tworzenie daje szczęście i siłę oraz kontakt ze światem RZECZYWISTYM, tym, co rośnie, lata, brzęczy wokół nas.
Teraz szczegóły praktyczne.
W podróży należy kierować się na północny wschód, powiat Augustów, gmina Sztabin, wieś Krasnybór. Tu mieszkamy. Dojazd jest dobry, prawie pod sam dom prowadzi asfaltowa droga.
Najbliższa stacja kolejowa to Jastrzębna, ale zatrzymują się tam tylko pociągi lokalne Białystok-Suwałki. Pociągi pospieszne zatrzymują się albo w Dąbrowie Białostockiej, albo w Augustowie.
Najbliższym większym przystankiem autobusowym jest Sztabin (dla autobusów relacji Białystok-Suwałki) lub Augustów.
Odległości: Augustów- 24 km, Sztabin - 10 km., Dąbrowa Białostocka - 22 km, Lipsk nad Biebrzą - 11 km.
Agroturystyki w pobliżu:
Leśny Dworek w Kryłatce - ok.5 km. od nas. Bardzo mili właściciele. Miejsca w pokojach kilkuosobowych lub całe domki. Ładnie położony w lesie.
Chatka w Puszczy w Lebiedzinie - ok.4 km. Położona na skraju jęzora Puszczy Augustowskiej i łąk. Właściciele pieką chleb i robią dobre sery w stylu korycińskich.
Kilka agroturystyk w Sztabinie - 10-11 km. od nas. Miejscowość sama w sobie niezbyt ciekawa, chyba że jako baza do spływu Biebrzą tratwami, a sam spływ jest niesamowity i gorąco polecam.
Lipsk nad Biebrzą - 10 km. miłe, typowo kresowe miasteczko, gdzie zaczyna się spływy Biebrzą.
Poza tym Jan Gołowacz proponuje kilka noclegów u siebie, w Kropiwnie 47, za "co łaska".
Jest też mała kwatera "U Zosi" w odległości 7 km., ale nie mogę znaleźć jej danych.
Teraz data - długi weekend Bożego Ciała, czyli zaczynamy 15 czerwca, a kończymy 18. Można przyjechać dzień lub dwa wcześniej. Wiem, że nie każdemu to pasuje, dlatego planuję zrobić drugi zjazd w innym terminie.
Czego się bać? KOMARÓW. Przez kilka suchych lat był spokój z tą plagą, ale w tej chwili są już duże rozlewiska na Biebrzy i dopływach. Czasem komarów jest tyle, że nie sposób wytrzymać na dworze. Trzymajcie kciuki, żeby nie było tak źle. Dlatego też wybrałam tę datę, a nie wcześniejszą - w drugiej połowie czerwca na ogół rozlewiska już wysychają i plaga krwiopijców się zmniejsza.
Zapisy ogłoszę nieco później, kiedy już będzie więcej pewności, kto naprawdę może. Z pewnych względów wolałabym, żeby grupa nie przekroczyła 20 osób. Jednym z tych względów jest wielkość posiadanych garnków...
Obserwuję "gównoburzę" polityczną, jaka rozpętała się w mediach, ale, co jest o wiele gorsze, w głowach wielu wspaniałych i dobrych ludzi. Nawołuję, jak głos na puszczy, do zaprzestania tego wikłania się w matrixie i karmienia go naszą energią, ale mam wrażenie, że mało kto mnie rozumie, a jeszcze mniej - posłucha. Zostałam nawet oskarżona o eskapizm. Ha! Nie eskapizm proponuję, ale prawdziwe, realne życie. To medialne burze są eskapizmem i to szkodliwym. Bo co dobrego może wyniknąć dla ducha z podniecania się coraz bardziej agresywnymi i negatywnymi wiadomościami ze świata polityki? Jaki na to mamy wpływ realnie? To my jesteśmy dojeni z energii i używani jako pionki w grze.
Proponuję więc dotknąć realnego życia - ziemi, roślin, zwierząt. Połączyć się w kręgu osób podobnie myślących.
Zamiast rozmyślać o katastrofie, tę katastrofę ominąć. Zamiast przygnębiać się i desperować, zrobić coś dobrego najpierw dla siebie, potem dla Ziemi i innych. Człowiek nieszczęśliwy nie może nikogo uszczęśliwić, ani nikomu pomóc, ale człowiek, który znalazł spokój i szczęście w tym, co robi - tak.
Nasz zlot będzie nastawiony głównie na zdrową żywność, więc warzywniki. Zdrowy warzywnik, to zdrowa gleba, a w dzisiejszych czasach potrzebuje ona uzdrowicieli, którzy pochylą się nad nią z czułością. Także pewna harmonia z naturą i wynikające z niej piękno. Przebywanie wśród piękna, zdrowe odżywianie się i tworzenie daje szczęście i siłę oraz kontakt ze światem RZECZYWISTYM, tym, co rośnie, lata, brzęczy wokół nas.
Teraz szczegóły praktyczne.
W podróży należy kierować się na północny wschód, powiat Augustów, gmina Sztabin, wieś Krasnybór. Tu mieszkamy. Dojazd jest dobry, prawie pod sam dom prowadzi asfaltowa droga.
Najbliższa stacja kolejowa to Jastrzębna, ale zatrzymują się tam tylko pociągi lokalne Białystok-Suwałki. Pociągi pospieszne zatrzymują się albo w Dąbrowie Białostockiej, albo w Augustowie.
Najbliższym większym przystankiem autobusowym jest Sztabin (dla autobusów relacji Białystok-Suwałki) lub Augustów.
Odległości: Augustów- 24 km, Sztabin - 10 km., Dąbrowa Białostocka - 22 km, Lipsk nad Biebrzą - 11 km.
Agroturystyki w pobliżu:
Leśny Dworek w Kryłatce - ok.5 km. od nas. Bardzo mili właściciele. Miejsca w pokojach kilkuosobowych lub całe domki. Ładnie położony w lesie.
Chatka w Puszczy w Lebiedzinie - ok.4 km. Położona na skraju jęzora Puszczy Augustowskiej i łąk. Właściciele pieką chleb i robią dobre sery w stylu korycińskich.
Kilka agroturystyk w Sztabinie - 10-11 km. od nas. Miejscowość sama w sobie niezbyt ciekawa, chyba że jako baza do spływu Biebrzą tratwami, a sam spływ jest niesamowity i gorąco polecam.
Lipsk nad Biebrzą - 10 km. miłe, typowo kresowe miasteczko, gdzie zaczyna się spływy Biebrzą.
Poza tym Jan Gołowacz proponuje kilka noclegów u siebie, w Kropiwnie 47, za "co łaska".
Jest też mała kwatera "U Zosi" w odległości 7 km., ale nie mogę znaleźć jej danych.
Teraz data - długi weekend Bożego Ciała, czyli zaczynamy 15 czerwca, a kończymy 18. Można przyjechać dzień lub dwa wcześniej. Wiem, że nie każdemu to pasuje, dlatego planuję zrobić drugi zjazd w innym terminie.
Czego się bać? KOMARÓW. Przez kilka suchych lat był spokój z tą plagą, ale w tej chwili są już duże rozlewiska na Biebrzy i dopływach. Czasem komarów jest tyle, że nie sposób wytrzymać na dworze. Trzymajcie kciuki, żeby nie było tak źle. Dlatego też wybrałam tę datę, a nie wcześniejszą - w drugiej połowie czerwca na ogół rozlewiska już wysychają i plaga krwiopijców się zmniejsza.
Zapisy ogłoszę nieco później, kiedy już będzie więcej pewności, kto naprawdę może. Z pewnych względów wolałabym, żeby grupa nie przekroczyła 20 osób. Jednym z tych względów jest wielkość posiadanych garnków...
czwartek, 29 grudnia 2016
Zlot w Raju
Zapuszczam sondę! Przez pewien czas zapraszano mnie do prowadzenia konferencji na temat uprawy ogrodów systemem permakultura+zdrowy rozsądek. Przestałam prowadzenia tych kursów z dwu powodów: po pierwsze nie podobało mi się podejście komercyjne, gdzie za to, co mi sprawia przyjemność, ludzie musieli płacić ciężkie pieniądze i po drugie zaczęło to być za bardzo męczące dla mnie.
Uważam, że ten rodzaj wiedzy powinien być dostępny dla każdego, bez wikłania się w zależności finansowe. Jednocześnie odciąga mnie od pracy w ogrodzie, zajmuje czas i wymaga pewnego wysiłku. Trzeba więc to jakoś zrównoważyć. Lubię dzielenie się wiedzą, spotkania, dyskusje.
Wpadłam na pomysł zorganizowania "tłoki" u siebie. 3-4 dni poświęcone na dyskusje, wykłady i pracę w ogrodzie, okazja do spotkania się i świętowania.
Jak ma to wyglądać organizacyjnie? Przede wszystkim zakwaterowanie - u nas jest tylko dość duże pomieszczenie na górze (wprawdzie kiedyś na materacach nocowało tam 20 osób, ale to ekstremum) oraz dużo miejsca na namioty i przyczepy. W okolicznych wioskach są też gospodarstwa agroturystyczne - opcja dla wymagających.
Za kurs i uczestnictwo nie płaci się nic, natomiast przewidziany jest udział w wyżywieniu, albo pod postacią gotowych dań przywiezionych ze sobą, albo produktów oraz niewielka partycypacja w kosztach wody, elektryczności itp. w zależności od tego, co kto może, ale bez przesady. 10 zł. dziennie zupełnie wystarczy, można mniej albo więcej w zależności od możliwości i chęci. Poza tym ok. 2 godzin "tłoki" czyli pomocy w gospodarstwie dziennie, żeby wynagrodzić zajęty czas. Tłoka obejmuje prace w ogrodzie, pomoc w przygotowaniu posiłków, pomoc w drobnych pracach w gospodarstwie itp.
W zamian oferuję ok. 4 godzin wykładów i dyskusji dziennie, ognisko lub kominek w altanie co wieczór, osobiste rozmowy w miarę możliwości.
Chcę zrobić to teraz, gdy mam jeszcze dość sił, a ogród wygląda w miarę przyzwoicie. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, może w tej formie uda się pociągnąć to jeszcze kilka lat, mimo, że stajemy się z mężem coraz starsi i coraz bardziej tęsknimy za ciszą i odpoczynkiem.
Teraz termin. Skoro mówimy o nocowaniu w namiotach, to w grę wchodzi czas od drugiej połowy maja do połowy sierpnia. Później noce są zbyt zimne. Proponuję czerwiec, wtedy jest najpiękniej, ale jestem otwarta na inne propozycje.
Czy byłby ktoś chętny?
Uważam, że ten rodzaj wiedzy powinien być dostępny dla każdego, bez wikłania się w zależności finansowe. Jednocześnie odciąga mnie od pracy w ogrodzie, zajmuje czas i wymaga pewnego wysiłku. Trzeba więc to jakoś zrównoważyć. Lubię dzielenie się wiedzą, spotkania, dyskusje.
Wpadłam na pomysł zorganizowania "tłoki" u siebie. 3-4 dni poświęcone na dyskusje, wykłady i pracę w ogrodzie, okazja do spotkania się i świętowania.
Jak ma to wyglądać organizacyjnie? Przede wszystkim zakwaterowanie - u nas jest tylko dość duże pomieszczenie na górze (wprawdzie kiedyś na materacach nocowało tam 20 osób, ale to ekstremum) oraz dużo miejsca na namioty i przyczepy. W okolicznych wioskach są też gospodarstwa agroturystyczne - opcja dla wymagających.
Za kurs i uczestnictwo nie płaci się nic, natomiast przewidziany jest udział w wyżywieniu, albo pod postacią gotowych dań przywiezionych ze sobą, albo produktów oraz niewielka partycypacja w kosztach wody, elektryczności itp. w zależności od tego, co kto może, ale bez przesady. 10 zł. dziennie zupełnie wystarczy, można mniej albo więcej w zależności od możliwości i chęci. Poza tym ok. 2 godzin "tłoki" czyli pomocy w gospodarstwie dziennie, żeby wynagrodzić zajęty czas. Tłoka obejmuje prace w ogrodzie, pomoc w przygotowaniu posiłków, pomoc w drobnych pracach w gospodarstwie itp.
W zamian oferuję ok. 4 godzin wykładów i dyskusji dziennie, ognisko lub kominek w altanie co wieczór, osobiste rozmowy w miarę możliwości.
Chcę zrobić to teraz, gdy mam jeszcze dość sił, a ogród wygląda w miarę przyzwoicie. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, może w tej formie uda się pociągnąć to jeszcze kilka lat, mimo, że stajemy się z mężem coraz starsi i coraz bardziej tęsknimy za ciszą i odpoczynkiem.
Teraz termin. Skoro mówimy o nocowaniu w namiotach, to w grę wchodzi czas od drugiej połowy maja do połowy sierpnia. Później noce są zbyt zimne. Proponuję czerwiec, wtedy jest najpiękniej, ale jestem otwarta na inne propozycje.
Czy byłby ktoś chętny?
niedziela, 25 grudnia 2016
Było minęło...
Mijają to święta narodzenia, światła, pokoju. I to prawda, ale jednocześnie przez tkaninę chrześcijańskiej tradycji prześwieca dawne święto stania słońca, poświęcane przodkom i wspomnieniom. Mnie też zebrało na wspomnienia o tym, co już dziś zupełnie zaginęło i pewnie mało kto pamięta, że kiedyś istniało. "A przecież byłem, a przecież byłem..."
Nocni stróże. W naszym miasteczku byli to najczęściej weterani wojenni, którzy przez całą noc patrolowali centrum miasta. Ubrani w kożuchy, z baranicą na głowie i długim, okutym kijem wzbudzali w nas, dzieciach, przestrach nasączony dreszczykiem tajemnicy. Pewnie latem nie nosili kożuchów, ale latem też nigdy ich nie widywałam, bo służbę zaczynali po zapadnięciu ciemności.
Wóz rozwożący chleb. W miasteczku była jedna duża piekarnia, na kilometr pachnąca świeżym chlebem. Pieczywo, jeszcze cieplutkie, rozwożono konnym wozem, ale innym od tych znanych. Była to drewniana budka, podobna do domku lub dyliżansu. Woźnica siedział na ławeczce pod daszkiem, a w razie deszczu z boków opuszczał jeszcze gumowe zasłony. Budka to był domek na kółkach i kiedy otwierał drzwi, żeby wyjąc kosze z pieczywem i wnieść je do sklepy, zapach parujących bochenków roznosił się dookoła.
Mniej poetyczne i malownicze były wozy z wozakami, czekające na wynajem na placu. Wożono nimi węgiel, piasek, meble przy przeprowadzce - jednym słowem wszystko to, co dzisiaj załatwiają ciężarówki.
Pompy uliczne na wodę. Takie, gdzie przyciskało się rytmicznie długie ramię, a do podstawionego wiadra leciała woda. Były takie w wielu punktach miasta, na podwórzach kamiennic, przy placach i uliczkach i całkiem często z nich korzystano.
Pastusi wiejscy i miejscy. Widziałam takich i w naszym miasteczku, i na wsi u rodziny. Rano o wschodzie słońca przechodzili ulicami, grając na rogu (to na wsi) lub świstając na specjalnej świstawce. Wtedy otwierały się drzwi obórek i wybiegały krowy, czerwone, polskie. Po jednej, po dwie, rzadko trzy i dołączały do stada spieszącego na wspólne pastwiska. Przed zmierzchem powtarzał się ten spektakl, tylko w odwrotnym kierunku. Tym razem krowy z pełnymi wymionami spieszyły się na dojenie, biegły galopem. Takie rozpędzone ulicą stado było niebezpieczne, chroniliśmy się na płotach i przyglądaliśmy spektaklowi. Było w tym coś pierwotnego i mocnego.
Targowiska, podzielone na część "babską" i "chłopską", gdzie dwa razy w tygodniu odbywał się targ. W części babskiej sprzedawano żywność, w tym mięso rąbane siekierą na pieńkach obficie posypanych solą, jajka, drób, ubrania (w tym bajecznie kolorowe chustki i kapy), garnki, masło, ser, śmietanę, jajka i wszelką inną drobnicę. W części "chłopskiej" sprzedawano konie, krowy, świniaki i owce. Te parady z końmi do sprzedania, które czasem się płoszyły! To były emocje! Można było zdrowo oberwać, jeśli się znalazło w nieodpowiednim miejscu. Podobnie przy buhajach.
Jeszcze jeden mały obrazek, jeszcze czasem spotykany, ale już rzadko w naszych stronach: gołębniki i gołębiarze. Co drugi dorosły mężczyzna pasjonował się hodowlą gołębi. Gołębniki były wszędzie - wolno stojące na wysokich nogach budki, zaadoptowane na strychach i budynkach gospodarczych i całkiem okazałe, murowane budowle. Każda z wybiegiem i drucianą klapą podnoszoną sznurkiem. Niezbędnym wyposażeniem każdego gołębiarza była też szmata na kiju, którą poganiał je do lotu i zasób odpowiednich sygnałów gwizdanych, na które gołębie miały reagować. Kiedy w pewnych godzinach całe stada podrywały się do lotu w różnych miejscach, a potem zataczały nad miasteczkiem magiczne kręgi, połyskując w słońcu piórami, był to czarowny spektakl. Gołębiarze starali się wtedy podebrać jedni drugim podopiecznych, bo czasem zdarzało się, że jakiś gołąb odłączał się od swego stada i przyłączał do innego. To była taka kradzież honorowa. Poza tym wymieniano się i sprzedawano różne gatunki gołębi, bardzo różniące się między sobą.
Chłopcy grający "w guziki", rzucający nimi z rozpędu o mur i potem mierzący odległości, dyskutujący. Najlepsze były guziki od żołnierskich mundurów i te gracze starali się zdobyć za wszelką cenę. Albo wyłudzić od żołnierzy z pobliskiej jednostki, albo wykupić, albo innym sposobem zdobyć. Jeśli jakiś żołnierzyk na przepustce popił sobie i zasnął w krzakach, mógł obudzić się w mundurze bez guzików.
Jesienne latawce. Kiedy zaczynały wiać jesienne wiatry, na pobliskiej łące gromadziły się starsze dzieci z latawcami. Czasem w niebo wzbijało się ich ponad dwadzieścia jednocześnie. Latawce były robione samodzielnie, pracowicie klejone z patyczków i papieru pakowego Różne. Obok zwyczajnych, w kształcie kwadratu lub trapezu, bardziej wyszukane skrzynkowe lub wieloboczne. Z ogonami w kokardki wijącymi się na wietrze.
Zimowa sanna i łyżwy. Na każdej górce roiło się od zjeżdżających - na sankach, na "bojerach" z trzech łyżew i zbitych na krzyż desek, na nartach samoróbkach i wprost na butach. Były różne trasy, łatwiejsze i trudniejsze, progi, skocznie i slalomy. Były też lodowiska - przy każdej szkole i wśród bloków osiedla mieszkaniowego. Najpiękniejsze było jednak niewielkie jeziorko w pobliżu naszego domu, otoczone wieńcem trzcin i bagien. Czasem mi się jeszcze śni, że wiruję na nim jak w Jeziorze Łabędzim (byłam kiedyś bardzo dobrą łyżwiarką). Albo że zjeżdżam z górki daleko, daleko w zamarznięte łąki, gdzie nie dociera słabe światło żółtych ulicznych latarni, i patrzę na niebo w gwiazdy zapalające się na niebie, leżąc jeszcze przez chwilę na sankach.
Chciałabym przeżyć jeszcze kiedyś taką zimę...
Nocni stróże. W naszym miasteczku byli to najczęściej weterani wojenni, którzy przez całą noc patrolowali centrum miasta. Ubrani w kożuchy, z baranicą na głowie i długim, okutym kijem wzbudzali w nas, dzieciach, przestrach nasączony dreszczykiem tajemnicy. Pewnie latem nie nosili kożuchów, ale latem też nigdy ich nie widywałam, bo służbę zaczynali po zapadnięciu ciemności.
Wóz rozwożący chleb. W miasteczku była jedna duża piekarnia, na kilometr pachnąca świeżym chlebem. Pieczywo, jeszcze cieplutkie, rozwożono konnym wozem, ale innym od tych znanych. Była to drewniana budka, podobna do domku lub dyliżansu. Woźnica siedział na ławeczce pod daszkiem, a w razie deszczu z boków opuszczał jeszcze gumowe zasłony. Budka to był domek na kółkach i kiedy otwierał drzwi, żeby wyjąc kosze z pieczywem i wnieść je do sklepy, zapach parujących bochenków roznosił się dookoła.
Mniej poetyczne i malownicze były wozy z wozakami, czekające na wynajem na placu. Wożono nimi węgiel, piasek, meble przy przeprowadzce - jednym słowem wszystko to, co dzisiaj załatwiają ciężarówki.
Pompy uliczne na wodę. Takie, gdzie przyciskało się rytmicznie długie ramię, a do podstawionego wiadra leciała woda. Były takie w wielu punktach miasta, na podwórzach kamiennic, przy placach i uliczkach i całkiem często z nich korzystano.
Pastusi wiejscy i miejscy. Widziałam takich i w naszym miasteczku, i na wsi u rodziny. Rano o wschodzie słońca przechodzili ulicami, grając na rogu (to na wsi) lub świstając na specjalnej świstawce. Wtedy otwierały się drzwi obórek i wybiegały krowy, czerwone, polskie. Po jednej, po dwie, rzadko trzy i dołączały do stada spieszącego na wspólne pastwiska. Przed zmierzchem powtarzał się ten spektakl, tylko w odwrotnym kierunku. Tym razem krowy z pełnymi wymionami spieszyły się na dojenie, biegły galopem. Takie rozpędzone ulicą stado było niebezpieczne, chroniliśmy się na płotach i przyglądaliśmy spektaklowi. Było w tym coś pierwotnego i mocnego.
Targowiska, podzielone na część "babską" i "chłopską", gdzie dwa razy w tygodniu odbywał się targ. W części babskiej sprzedawano żywność, w tym mięso rąbane siekierą na pieńkach obficie posypanych solą, jajka, drób, ubrania (w tym bajecznie kolorowe chustki i kapy), garnki, masło, ser, śmietanę, jajka i wszelką inną drobnicę. W części "chłopskiej" sprzedawano konie, krowy, świniaki i owce. Te parady z końmi do sprzedania, które czasem się płoszyły! To były emocje! Można było zdrowo oberwać, jeśli się znalazło w nieodpowiednim miejscu. Podobnie przy buhajach.
Jeszcze jeden mały obrazek, jeszcze czasem spotykany, ale już rzadko w naszych stronach: gołębniki i gołębiarze. Co drugi dorosły mężczyzna pasjonował się hodowlą gołębi. Gołębniki były wszędzie - wolno stojące na wysokich nogach budki, zaadoptowane na strychach i budynkach gospodarczych i całkiem okazałe, murowane budowle. Każda z wybiegiem i drucianą klapą podnoszoną sznurkiem. Niezbędnym wyposażeniem każdego gołębiarza była też szmata na kiju, którą poganiał je do lotu i zasób odpowiednich sygnałów gwizdanych, na które gołębie miały reagować. Kiedy w pewnych godzinach całe stada podrywały się do lotu w różnych miejscach, a potem zataczały nad miasteczkiem magiczne kręgi, połyskując w słońcu piórami, był to czarowny spektakl. Gołębiarze starali się wtedy podebrać jedni drugim podopiecznych, bo czasem zdarzało się, że jakiś gołąb odłączał się od swego stada i przyłączał do innego. To była taka kradzież honorowa. Poza tym wymieniano się i sprzedawano różne gatunki gołębi, bardzo różniące się między sobą.
Chłopcy grający "w guziki", rzucający nimi z rozpędu o mur i potem mierzący odległości, dyskutujący. Najlepsze były guziki od żołnierskich mundurów i te gracze starali się zdobyć za wszelką cenę. Albo wyłudzić od żołnierzy z pobliskiej jednostki, albo wykupić, albo innym sposobem zdobyć. Jeśli jakiś żołnierzyk na przepustce popił sobie i zasnął w krzakach, mógł obudzić się w mundurze bez guzików.
Jesienne latawce. Kiedy zaczynały wiać jesienne wiatry, na pobliskiej łące gromadziły się starsze dzieci z latawcami. Czasem w niebo wzbijało się ich ponad dwadzieścia jednocześnie. Latawce były robione samodzielnie, pracowicie klejone z patyczków i papieru pakowego Różne. Obok zwyczajnych, w kształcie kwadratu lub trapezu, bardziej wyszukane skrzynkowe lub wieloboczne. Z ogonami w kokardki wijącymi się na wietrze.
Zimowa sanna i łyżwy. Na każdej górce roiło się od zjeżdżających - na sankach, na "bojerach" z trzech łyżew i zbitych na krzyż desek, na nartach samoróbkach i wprost na butach. Były różne trasy, łatwiejsze i trudniejsze, progi, skocznie i slalomy. Były też lodowiska - przy każdej szkole i wśród bloków osiedla mieszkaniowego. Najpiękniejsze było jednak niewielkie jeziorko w pobliżu naszego domu, otoczone wieńcem trzcin i bagien. Czasem mi się jeszcze śni, że wiruję na nim jak w Jeziorze Łabędzim (byłam kiedyś bardzo dobrą łyżwiarką). Albo że zjeżdżam z górki daleko, daleko w zamarznięte łąki, gdzie nie dociera słabe światło żółtych ulicznych latarni, i patrzę na niebo w gwiazdy zapalające się na niebie, leżąc jeszcze przez chwilę na sankach.
Chciałabym przeżyć jeszcze kiedyś taką zimę...
piątek, 9 grudnia 2016
Masakra piłą spalinową
Rzecz zdarzyła się we wtorek. Zastanawiałam się, czy o tym pisać w tutejszych rajskich tematach, ale ponieważ dotyczy właśnie naszego ogrodu, to zdecydowałam się napisać.
Tego dnia wczesnym rankiem usłyszałam piłowanie. Zajmowałam się normalnymi sprawami, czyli śniadaniem naszym i zwierząt, zamiataniem, zmywaniem, przejrzeniem prasówki, bo byłam pewna, że to nasz sąsiad. Wspominał wcześniej o tym, że ma wyciąć jakieś drzewa na łące przylegającej do naszego ogrodu.
Kiedy w końcu wyszłam do ogrodu, to zobaczyłam przerażający widok. Duża część rosnących u nas drzew i krzewów została wycięta, inne zmasakrowane, ucięte w połowie, połamane. Dwaj pilarze na mój widok szybciutko uciekli inną alejką.
Wszystko to dokonało się w świetle prawa, bo nad naszym terenem przechodzi linia średniego napięcia i wycięto wszystko, co rosło pod nią i kilka metrów w bok. W sumie nie mam pretensji, mus to mus, ale mogli chociaż uprzedzić, zapukać. Weszli przecież na teren ogrodzony, do czyjegoś prywatnego ogrodu. I czy musieli np. wycinać kosodrzewinę, którą wyhodowałam z nasionka? Dobrze chociaż, że oszczędzili rokitnik!
W tej chwili ogród przypomina pobojowisko, połamane drzewa, podarta siatka. Chociaż altana i tunele zostały oszczędzone.
Musieliśmy znaleźć kogoś, kto za niewielką opłatą pomoże nam choć trochę to uporządkować. Na szczęście się udało bez trudności, będziemy mieć miłe towarzystwo i pomoc. A im pewnie przyda się niewielki zastrzyk gotówki na święta i pień ściętego modrzewia. Jesteśmy niesłychanie wdzięczni, że nie musimy użerać się z miejscowymi pijaczkami.
Znalazłam dwa dobre punkty w tym wszystkim: nowy warzywnik będzie miał więcej światła, a my będziemy na przyszły rok mieli sporo drewna na opał.
Ale serce boli, bo tych widoków już nie zobaczymy:
Może jutro uda mi się pożyczyć aparat, to zrobię zdjęcia, jak to teraz wygląda.
Tego dnia wczesnym rankiem usłyszałam piłowanie. Zajmowałam się normalnymi sprawami, czyli śniadaniem naszym i zwierząt, zamiataniem, zmywaniem, przejrzeniem prasówki, bo byłam pewna, że to nasz sąsiad. Wspominał wcześniej o tym, że ma wyciąć jakieś drzewa na łące przylegającej do naszego ogrodu.
Kiedy w końcu wyszłam do ogrodu, to zobaczyłam przerażający widok. Duża część rosnących u nas drzew i krzewów została wycięta, inne zmasakrowane, ucięte w połowie, połamane. Dwaj pilarze na mój widok szybciutko uciekli inną alejką.
Wszystko to dokonało się w świetle prawa, bo nad naszym terenem przechodzi linia średniego napięcia i wycięto wszystko, co rosło pod nią i kilka metrów w bok. W sumie nie mam pretensji, mus to mus, ale mogli chociaż uprzedzić, zapukać. Weszli przecież na teren ogrodzony, do czyjegoś prywatnego ogrodu. I czy musieli np. wycinać kosodrzewinę, którą wyhodowałam z nasionka? Dobrze chociaż, że oszczędzili rokitnik!
W tej chwili ogród przypomina pobojowisko, połamane drzewa, podarta siatka. Chociaż altana i tunele zostały oszczędzone.
Musieliśmy znaleźć kogoś, kto za niewielką opłatą pomoże nam choć trochę to uporządkować. Na szczęście się udało bez trudności, będziemy mieć miłe towarzystwo i pomoc. A im pewnie przyda się niewielki zastrzyk gotówki na święta i pień ściętego modrzewia. Jesteśmy niesłychanie wdzięczni, że nie musimy użerać się z miejscowymi pijaczkami.
Znalazłam dwa dobre punkty w tym wszystkim: nowy warzywnik będzie miał więcej światła, a my będziemy na przyszły rok mieli sporo drewna na opał.
Ale serce boli, bo tych widoków już nie zobaczymy:
Może jutro uda mi się pożyczyć aparat, to zrobię zdjęcia, jak to teraz wygląda.
czwartek, 8 grudnia 2016
Ai, ai, ai aioli
Zrobiłam dzisiaj słoiczek aioli z naszego czosnku, tego, który aromatem zabija muchy w locie. Od dzieciństwa lubię czosnek i często go podjadałam, czym ściągałam na siebie gromy całej rodziny, która uznawała go tylko w kiełbasie, oraz przezwisko śmierdziucha. dla mnie czosnek pachnie wręcz niebiańsko, co prawda taki świeży, a nie wydychany. Bo to jest niesamowicie rodzinne warzywo - jeśli wszyscy jedzą go zespół wespół to nikt potem nie czuje nieprzyjemnego zapachu, za to jeśli ktoś nie je, to cóż.... cierpieć musi.
A moja matka zmieniła swoje upodobania i bardzo teraz czosnek lubi. Może dlatego, że cierpi na wysokie ciśnienie i jej organizm mądrze domaga się tego, co mu pomaga? Bo czosnek ma niesamowite właściwości lecznicze. Powtórzę za dr.Różańskim:
A moja matka zmieniła swoje upodobania i bardzo teraz czosnek lubi. Może dlatego, że cierpi na wysokie ciśnienie i jej organizm mądrze domaga się tego, co mu pomaga? Bo czosnek ma niesamowite właściwości lecznicze. Powtórzę za dr.Różańskim:
sobota, 3 grudnia 2016
Leniwa zima
No i mamy zimę. Nie pierwszy raz w tym roku, bo było już kilka dni w połowie listopada, kiedy temperatury spadały do -10 stopni, a śnieg był powyżej kostek. przez kilka dni żyliśmy w bajce, ale bajki za szybko się kończą. Teraz znowu śnieży trzyma lekki mrozek. zobaczymy, jak będzie dalej. W każdym razie w tym roku po raz pierwszy od kilku lat mieliśmy jesienne rozlewiska nad Biebrzą. To znaczy, że nasza łąka jest częściowo zalana. To znaczy też, że susza, która sprawiła, że ludziom wyschły studnie, a wiele drzew w lesie umarło, być może w końcu nam odpuściła.
W tej chwili żyjemy powolutku. Dłoń Pierra goi się i palce są wyprostowane (ostatni nie do końca, ale byliśmy o tym uprzedzeni - za długo zwlekał i staw odkształcił się bardzo mocno). Możliwe, że już niedługo będzie mógł posługiwać się normalnie lewą ręką. Nareszcie! W tej chwili jednak się oszczędza i narzeka na nudę, bo on bez pracy nie może żyć. Za to ja złapałam okropny ból w obu łokciach. Ciągnie się to za mną z różnym nasileniem, prawie od wiosny. Też będę musiała chyba się leczyć, bo jak tu żyć, kiedy nie da się podnieść ani kubka ani garnka z zupą.
Dobrze, że to zima, więc tak pomalutku, "półgębkiem", jakoś radzimy sobie z obrządkiem, noszeniem wody, siana i ziarna zwierzakom, przynoszeniem drewna i węgla (to Pierre, którego prawa ręka jest silna i sprawna). Natomiast ja wczoraj próbowałam wyszorować kafelki w łazience i musiałam się poddać przed końcem roboty. Nie mogę tez wyżymać szmaty od podłogi, więc do łask wrócił mop, który się wykręca na wiadrze. Zapowiada się mocno leniwa zima w bałaganie. A co mi tam! Mądrzy ludzie żyli w brudzie. Będziemy odgruzowywać po wierzchu.
To wszystko sprawia, że zadajemy sobie pytanie, co będzie dalej z ogrodem. I tutaj ciesze się, że od kilku lat uprawiam prawie bez kopania. Trzeba będzie na nowo przemyśleć, co robić, jak i ile. Bo nie ma mowy, żeby odpuścić całkowicie. Przynajmniej jeszcze nie. A ile lat jeszcze damy radę? To się zobaczy. Ogród jest tak rozplanowany, że ogromną część można potraktować jako naturalny zagajnik i puścić wolno. A co do reszty, to będę prosić o pomoc jak przyjdzie co do czego.
Tymczasem, niepoprawna, planuję już, co będę siać na wiosnę. A także czego nie będę. Na pewno nie będę siać miniaturowych ogóreczków. Ładne są, ale niezbyt smaczne. Ani na surowo, ani w przetworach nie smakują tak dobrze, jak poczciwe korniszony. Posieję też dynię amazonkę i więcej marchwi i cebuli.
Ten rok dał się we znaki wszystkim roślinom ciepłolubnym (pomidory, papryki, oberżyny, rozmaryn), a nawet ziemniakom. Ale przecież każdy rok jest inny. W przyszłym roku może być zupełnie odwrotnie. Tego nigdy nie można wiedzieć wcześniej, więc trzeba siać jak najbardziej różnorodne rośliny. Zawsze jakaś się uda.
Odkryłam też fajną alternatywę dla trawnika. Kiedyś posadziłam na skalniaku miniaturową macierzankę, taką ściśle przylegającą do ziemi, jak mech. Od tej pory rozsiała się w kilku miejscach i na trawniku tworzy całkiem już spore wysepki. A że lubi ziemie kwaśną i suchą, jest idealna na piaski i dla tych, którzy nie chcą poświęcać czasu i wody dla trawnika. Tworzy piękny, soczyście zielony dywan - następny zysk: nie trzeba kosić. Kwitnie w czerwcu lub lipcu i pachnie, kiedy się po niej chodzi. Czegóż chcieć więcej? sprawdziłam - jedna sadzonka kosztuje od 4 do 5 zł. To sporo, ale one się rozrastają. No i odpada nawożenie, napowietrzanie, podlewanie, koszenie.... Można w ten sposób mieć zielony dywan nawet pod sosnami. Można też zrobić, jak u nas: zostawiliśmy zwykłą trawę z wsiewką z białej koniczynki i tylko ją kosimy czasem w sezonie. I też jest ładnie.
Zdjęcie znalezione w necie, żeby było widać, o co chodzi z tą macierzanką miniaturową. To ten zielony dywan na pierwszym planie.
W tej chwili żyjemy powolutku. Dłoń Pierra goi się i palce są wyprostowane (ostatni nie do końca, ale byliśmy o tym uprzedzeni - za długo zwlekał i staw odkształcił się bardzo mocno). Możliwe, że już niedługo będzie mógł posługiwać się normalnie lewą ręką. Nareszcie! W tej chwili jednak się oszczędza i narzeka na nudę, bo on bez pracy nie może żyć. Za to ja złapałam okropny ból w obu łokciach. Ciągnie się to za mną z różnym nasileniem, prawie od wiosny. Też będę musiała chyba się leczyć, bo jak tu żyć, kiedy nie da się podnieść ani kubka ani garnka z zupą.
Dobrze, że to zima, więc tak pomalutku, "półgębkiem", jakoś radzimy sobie z obrządkiem, noszeniem wody, siana i ziarna zwierzakom, przynoszeniem drewna i węgla (to Pierre, którego prawa ręka jest silna i sprawna). Natomiast ja wczoraj próbowałam wyszorować kafelki w łazience i musiałam się poddać przed końcem roboty. Nie mogę tez wyżymać szmaty od podłogi, więc do łask wrócił mop, który się wykręca na wiadrze. Zapowiada się mocno leniwa zima w bałaganie. A co mi tam! Mądrzy ludzie żyli w brudzie. Będziemy odgruzowywać po wierzchu.
To wszystko sprawia, że zadajemy sobie pytanie, co będzie dalej z ogrodem. I tutaj ciesze się, że od kilku lat uprawiam prawie bez kopania. Trzeba będzie na nowo przemyśleć, co robić, jak i ile. Bo nie ma mowy, żeby odpuścić całkowicie. Przynajmniej jeszcze nie. A ile lat jeszcze damy radę? To się zobaczy. Ogród jest tak rozplanowany, że ogromną część można potraktować jako naturalny zagajnik i puścić wolno. A co do reszty, to będę prosić o pomoc jak przyjdzie co do czego.
Tymczasem, niepoprawna, planuję już, co będę siać na wiosnę. A także czego nie będę. Na pewno nie będę siać miniaturowych ogóreczków. Ładne są, ale niezbyt smaczne. Ani na surowo, ani w przetworach nie smakują tak dobrze, jak poczciwe korniszony. Posieję też dynię amazonkę i więcej marchwi i cebuli.
Ten rok dał się we znaki wszystkim roślinom ciepłolubnym (pomidory, papryki, oberżyny, rozmaryn), a nawet ziemniakom. Ale przecież każdy rok jest inny. W przyszłym roku może być zupełnie odwrotnie. Tego nigdy nie można wiedzieć wcześniej, więc trzeba siać jak najbardziej różnorodne rośliny. Zawsze jakaś się uda.
Odkryłam też fajną alternatywę dla trawnika. Kiedyś posadziłam na skalniaku miniaturową macierzankę, taką ściśle przylegającą do ziemi, jak mech. Od tej pory rozsiała się w kilku miejscach i na trawniku tworzy całkiem już spore wysepki. A że lubi ziemie kwaśną i suchą, jest idealna na piaski i dla tych, którzy nie chcą poświęcać czasu i wody dla trawnika. Tworzy piękny, soczyście zielony dywan - następny zysk: nie trzeba kosić. Kwitnie w czerwcu lub lipcu i pachnie, kiedy się po niej chodzi. Czegóż chcieć więcej? sprawdziłam - jedna sadzonka kosztuje od 4 do 5 zł. To sporo, ale one się rozrastają. No i odpada nawożenie, napowietrzanie, podlewanie, koszenie.... Można w ten sposób mieć zielony dywan nawet pod sosnami. Można też zrobić, jak u nas: zostawiliśmy zwykłą trawę z wsiewką z białej koniczynki i tylko ją kosimy czasem w sezonie. I też jest ładnie.
Zdjęcie znalezione w necie, żeby było widać, o co chodzi z tą macierzanką miniaturową. To ten zielony dywan na pierwszym planie.
poniedziałek, 28 listopada 2016
W poszukiwaniu ukrytego świata
Ponieważ mamy czas Adwentu, czyli czas przed przesileniem zimowym, kiedy duch szuka spraw i krain tajemnych, kiedy świat duchowy jest o włos od świata materialnego, pozwólcie mi na małą wyprawę w świat zupełnie paranormalny. Mój malutki raj nie byłby tym, czym jest, gdyby nie poszukiwania na granicy marzeń i jawy. Można wierzyć lub nie, ale teraz, kiedy śnieg pada za oknem, dnie są krótkie, a noce długie, wiele rzeczy wydaje się innymi, niż przywykliśmy. Pozwalam sobie na wędrówkę po świecie mitów i legend, w których zwykle jest pewne ziarno prawdy.
O mitycznej Szambali usłyszałam już jako nastolatka. Ma być to dolina w Tybecie, a może też kompleks jaskiń, gdzie żyją ludzie będący mądrością i dobrocią, Mędrcy, ale też i wojownicy strzegący swego kraju i pozwalający wejść tam tylko nielicznym.
Podobne wierzenia mają ludy Ałtaju, które tę mityczną krainę nazywają Białowodje. Nic w tym dziwnego - Ałtaj leży po drugiej stronie Himalajów.
Niektórzy twierdzą, że dotarli albo do samego kraju, albo do jego przyczółków granicznych i spotkali się z ludźmi STAMTĄD. Do nich należą między innymi Apolloniusz z Tiany oraz mnich Sergiusz z Kijowa, a z bardziej współczesnych Mikołaj Konstanowicz Roerich,
Andrew Thomas, madame Błatska oraz wielu lamów i poszukiwaczy mądrości.
W tradycji europejskiej istnieją podobne legendy - mityczny Avalon lub świat po drugiej stronie lustra wody. A jeszcze nie grzebałam dostatecznie głęboko...
Ostatnio zaczęłam czytać "Władcę Pierścieni" innym okiem, odkąd dowiedziałam się, że niektórzy uważają, iż Tolkien miał głęboką wiedzę ezoteryczną czy też rodzaj jasnowidzenia i zawarł w swoim dziele pewne prawdy ponadczasowe pod przykrywką powieści przygodowej. dostarczyło mi to sporo zabawy, bo widzieć, jak Tolkien, wierzący katolik, wije się, żeby wytłumaczyć nieśmiertelność elfów bądź ich reinkarnację tak, żeby nie popaść w konflikt z doktryną kościoła katolickiego...
W książkach Tolkiena są Elfowie, których kocham i którzy mnie zachwycają. Otóż Elfowie udają się do krainy na zachodzie, która jest ukryta przed ludzkimi oczyma i możliwościami dotarcia. Tam żyją wiecznie lub prawie wiecznie, zachowując mądrość całego istnienia Ardy (czyli Ziemi). Ich mądrość i dobroć przekracza zrozumienie śmiertelników.
W Szambali żyją istoty wieczne, które osiągnęły stan wyzwolenia z kręgu reinkarnacji i które są mądre i dobre. Według opisów tybetańczyków i chińczyków są wysokiego wzrostu, ubierają się głównie na biało, są wyjątkowo sprawne fizycznie oraz... uzbrojone w długie łuki. "Na początku XX wieku wychodząca w Indiach gazeta Statesman opublikowała historię o brytyjskim majorze, który widział wysokiego, lekko ubranego mężczyznę o długich włosach, który wspierał się na długim łuku i obserwował dolinę. Po zauważeniu majora mężczyzna skoczył w dół pionowego stoku i zniknął.""Na jednym ze swoich obrazów Roerich portretuje Śnieżną Pannę pośród skał i śniegu, która również trzyma łuk. Pomimo lodowców i najwyraźniej ostrego zimna jest ona lekko ubrana, jakby chroniła ją przed chłodem ciepła aura." Potrafią porozumiewać się telepatycznie i czuwają nad ludzkością, dając im impulsy do rozwijania dobra i mądrości. "Ich główne osiągnięcia dotyczyły wytworzenia wewnętrznych wymiarów umysłu. Cała ich społeczność posiadła piękną intensywność duchową, jaką we współczesnej materialistycznej kulturze posiedli tylko nieliczni. Posiedli oni niezwykłą psychologiczną mądrość. Byli w stanie kontrolować swoje własne odczucie i nauczyli się telepatycznej łączności na ogromne odległości. Posiedli wielką zdolność przewidywania przyszłości, zaś ich społeczna struktura była efektywniejsza od tych, jakie dotąd istniały." Coś to Wam przypomina?
Obejrzałam też rysunki, przedstawiające Szambalę - bardzo przypominają Imladris Tolkiena, które sam narysował. Tak, ta ilustracja przedstawia Szambalę według relacji podróżników.
Pomijam dywagacje na temat kosmitów (czy wszystko, co mądre i dobre ma pochodzić spoza Ziemi)?
Teraz coś, co uważam za mój największy skarb: Elfowie nie odeszli na zawsze, są w swojej krainie poza czasem i naszą przestrzenią i w razie potrzeby komunikują się z nami, pomagając dążyć ku dobru i światłu. Nie wierzę też, że żyją pod ziemią. Możliwe, że są tam przejścia do tego innego wymiaru tudzież biblioteki mądrości przeznaczone dla ludzi odwiedzających ich świat, ale nie jest to prawdziwe miejsce ich przebywania.
Ciekawe, co się wyłania, kiedy tak pogrupować legendy, prawda?
Moje serce przebywa w świecie Nieśmiertelnych, stamtąd czerpie inspirację i otuchę.
Jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie o Szambali i Białowodziu, to odsyłam tutaj:
http://cudmilosci.net/index.php?option=com_content&view=article&id=200:szambala-dolina-niesmiertelnych&catid=89&Itemid=486
http://emrism.agni-age.net/polish/shambala/shambpol.htm
https://wolnemedia.net/z-altaju-widac-wiecej-bielowodzie-czyli-rosyjska-szambala/
O mitycznej Szambali usłyszałam już jako nastolatka. Ma być to dolina w Tybecie, a może też kompleks jaskiń, gdzie żyją ludzie będący mądrością i dobrocią, Mędrcy, ale też i wojownicy strzegący swego kraju i pozwalający wejść tam tylko nielicznym.
Podobne wierzenia mają ludy Ałtaju, które tę mityczną krainę nazywają Białowodje. Nic w tym dziwnego - Ałtaj leży po drugiej stronie Himalajów.
Niektórzy twierdzą, że dotarli albo do samego kraju, albo do jego przyczółków granicznych i spotkali się z ludźmi STAMTĄD. Do nich należą między innymi Apolloniusz z Tiany oraz mnich Sergiusz z Kijowa, a z bardziej współczesnych Mikołaj Konstanowicz Roerich,
Andrew Thomas, madame Błatska oraz wielu lamów i poszukiwaczy mądrości.
W tradycji europejskiej istnieją podobne legendy - mityczny Avalon lub świat po drugiej stronie lustra wody. A jeszcze nie grzebałam dostatecznie głęboko...
Ostatnio zaczęłam czytać "Władcę Pierścieni" innym okiem, odkąd dowiedziałam się, że niektórzy uważają, iż Tolkien miał głęboką wiedzę ezoteryczną czy też rodzaj jasnowidzenia i zawarł w swoim dziele pewne prawdy ponadczasowe pod przykrywką powieści przygodowej. dostarczyło mi to sporo zabawy, bo widzieć, jak Tolkien, wierzący katolik, wije się, żeby wytłumaczyć nieśmiertelność elfów bądź ich reinkarnację tak, żeby nie popaść w konflikt z doktryną kościoła katolickiego...
W książkach Tolkiena są Elfowie, których kocham i którzy mnie zachwycają. Otóż Elfowie udają się do krainy na zachodzie, która jest ukryta przed ludzkimi oczyma i możliwościami dotarcia. Tam żyją wiecznie lub prawie wiecznie, zachowując mądrość całego istnienia Ardy (czyli Ziemi). Ich mądrość i dobroć przekracza zrozumienie śmiertelników.
W Szambali żyją istoty wieczne, które osiągnęły stan wyzwolenia z kręgu reinkarnacji i które są mądre i dobre. Według opisów tybetańczyków i chińczyków są wysokiego wzrostu, ubierają się głównie na biało, są wyjątkowo sprawne fizycznie oraz... uzbrojone w długie łuki. "Na początku XX wieku wychodząca w Indiach gazeta Statesman opublikowała historię o brytyjskim majorze, który widział wysokiego, lekko ubranego mężczyznę o długich włosach, który wspierał się na długim łuku i obserwował dolinę. Po zauważeniu majora mężczyzna skoczył w dół pionowego stoku i zniknął.""Na jednym ze swoich obrazów Roerich portretuje Śnieżną Pannę pośród skał i śniegu, która również trzyma łuk. Pomimo lodowców i najwyraźniej ostrego zimna jest ona lekko ubrana, jakby chroniła ją przed chłodem ciepła aura." Potrafią porozumiewać się telepatycznie i czuwają nad ludzkością, dając im impulsy do rozwijania dobra i mądrości. "Ich główne osiągnięcia dotyczyły wytworzenia wewnętrznych wymiarów umysłu. Cała ich społeczność posiadła piękną intensywność duchową, jaką we współczesnej materialistycznej kulturze posiedli tylko nieliczni. Posiedli oni niezwykłą psychologiczną mądrość. Byli w stanie kontrolować swoje własne odczucie i nauczyli się telepatycznej łączności na ogromne odległości. Posiedli wielką zdolność przewidywania przyszłości, zaś ich społeczna struktura była efektywniejsza od tych, jakie dotąd istniały." Coś to Wam przypomina?
Obejrzałam też rysunki, przedstawiające Szambalę - bardzo przypominają Imladris Tolkiena, które sam narysował. Tak, ta ilustracja przedstawia Szambalę według relacji podróżników.
Pomijam dywagacje na temat kosmitów (czy wszystko, co mądre i dobre ma pochodzić spoza Ziemi)?
Teraz coś, co uważam za mój największy skarb: Elfowie nie odeszli na zawsze, są w swojej krainie poza czasem i naszą przestrzenią i w razie potrzeby komunikują się z nami, pomagając dążyć ku dobru i światłu. Nie wierzę też, że żyją pod ziemią. Możliwe, że są tam przejścia do tego innego wymiaru tudzież biblioteki mądrości przeznaczone dla ludzi odwiedzających ich świat, ale nie jest to prawdziwe miejsce ich przebywania.
Ciekawe, co się wyłania, kiedy tak pogrupować legendy, prawda?
Moje serce przebywa w świecie Nieśmiertelnych, stamtąd czerpie inspirację i otuchę.
Jeśli ktoś ma ochotę poczytać sobie o Szambali i Białowodziu, to odsyłam tutaj:
http://cudmilosci.net/index.php?option=com_content&view=article&id=200:szambala-dolina-niesmiertelnych&catid=89&Itemid=486
http://emrism.agni-age.net/polish/shambala/shambpol.htm
https://wolnemedia.net/z-altaju-widac-wiecej-bielowodzie-czyli-rosyjska-szambala/
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















