wtorek, 26 sierpnia 2014

Był raz sobie kartofelek

     Najpierw jednak była szczera glina, wyciągnięta przy zakładaniu wodociągu. Na glinie nic nie chciało rosnąć, więc swoim zwyczajem zaczęłam układać na niej przekładańca. Na spód poszły gałęzie i łodygi, następnie przez prawie dwa lata wyrzucałam tam wszystkie wyrwane chwasty i inne resztki roślinne, dodałam też trochę gnoju. W końcu pryzma była okazała i częściowo rozłożona, wyrównaliśmy ją więc i w zeszłym roku na części zasadziłam dynie i ogórki, a na części ziemniaki.

   Plon był ładny, choć nie jakiś wyjątkowy.

   Tak się jednak złożyło, że, jak to często bywa, przeoczyłam jakieś kartofelki, które były zagrzebane wyjątkowo głęboko.

     W tym roku na grządce pięknej, czarnej ziemi, w jaką zamienił się przekładaniec, posadziłam kapustę, pory, selery i sałatę. Trzy ostropesty wyrosły same.
     Patrzę ja sobie, a tu kiełkują w dwóch miejscach okazałe, gęste pędy ziemniaka. Zapomniane kartofelki spokojnie przetrwały zimę i z wiosną "dały popalić", wyrastając na ponad metr w górę.
Zostawiłam oczywiście te najpiękniejsze; słabowite pędy, wyrastające z kartofelków wielkości fasolki, powyrywałam, bo i tak plonu by z nich nie było. Te dwa krzewy, które zostawiłam, musiały wyrosnąć z okazalszych ziemniaków z dużą ilością oczek, bo były dość liczne.



      Niedawno przyszła chwila prawdy, czyli wykopałam plon. Pod jednym krzewem, mniejszym, było 8 ogromnych, ciemno różowych kartofli wielkości męskiej pięści. Są one reputowane, jako mało wydajne, dlatego droższe od innych. Bardzo ładna wydajność. Za to drugi krzew, poczciwa różowa Irga, wspiął się na szczyt możliwości. Zresztą zobaczcie sami:

Ponad 30 ziemniaków przyzwoitej wielkości, malutkich nie liczyłam. Nawet jednak najmniejsze się przydadzą - ugotowane w łupinach i zmieszane z otrębami są świetną karmą dla kur.

      Dziś zajrzałam pod inny krzak z "zapomnianego" kartofelka, tym razem Irgi białej. Plon jest jeszcze większy.

      Zaczynam na serio myśleć o ozimym siewie ziemniaków. Trzeba wybrać je dostatecznie duże, żeby dały wiele pędów oraz zakopać głęboko, ewentualnie przykryć bardzo grubą warstwą ściółki w obronie przed mrozem. Jeśli nie wszystkie wzejdą, można w wolnych miejscach posadzić czy posiać inne rośliny: bób, fasolę, chrzan, kapustę, pory, selery i inne.
     Takie zimowe ziemniaki wschodzą wcześniej od posadzonych wiosną, są większe i zdrowsze oraz ładniej plonują. Poza tym nie ma na nich szkodników, być może dlatego, że "giną" wśród innych warzyw. No i niebagatelna dla mnie sprawa: wiosną na ogół jest nawał prac, którym trzeba podołać. Jeśli odpadnie mi sadzenie kartofli (bo przy systemie ściółki okopywanie już odpadło), będę miała więcej czasu na dopieszczanie innych siewów.

P.S.  Zastanawiam się, czy obsadzanie kartoflami dużych pól nie jest przypadkiem błędem, aberracją hodowlaną. O ile zboża mają swój ekwiwalent w naturze - w trawiastych stepach, o tyle nie ma ogromnych przestrzeni porosłych psiankowatymi. Zawsze są wymieszane z innymi roślinami. Może to wskazówka co do sposobu uprawy? Sami widzicie, jak pięknie i zdrowo rosną zapomniane gdzieś na kupie kompostu czy w kącie ogrodu, a jak malutkie i podatne na choroby są "na zagonach".

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Uciekająca cebula i czosnek

      Czosnek i cebula w tym roku obrodziły całkiem przyzwoicie. Liście już wyschły, czas by było zbierać.
      Tymczasem w filmiku, który wcześniej zapodałam, Philip mówi, żeby cebulę zostawić w gruncie jeszcze długo po zaschnięciu szczypioru, bo może nawet podwoić swoją wagę. A u nas mówią wręcz odwrotnie - żeby koniecznie zebrać przed 15 sierpnia, bo potem korzenie zaczynają na nowo rosnąć i cebula nimi wciąga się w głąb ziemi, żeby przetrwać zimę. Coś w tym jest, sama widziałam, jak cebule, które praktycznie były na powierzchni, znikały gdzieś nagle po sierpniowych deszczach, żeby wyrosnąć szczypiorem w następnym roku.
      Myślę, że ta różnica spowodowana jest klimatem. Tam, na południu Francji, nawet w górach, upalne lato trwa do października. U nas, w połowie sierpnia, daje się zauważyć nagły zwrot w pogodzie. Ja to nazywam od dawna "drugą wiosną" - lekki chłodek w nocy, sporo opadów, mniej upalne dni. Wszystko to sprzyja podjęciu na nowo wegetacji. Wiele bylin kwitnie po raz drugi.

     Pędzę-lecę więc zbierać cebulę, zanim mi ucieknie.

sobota, 2 sierpnia 2014

Lato w pełni

       Upały na zmianę z deszczami i burzami... Czuję się jak w tropikalnej dżungli. W takim tempie wszystko rośnie, a zwłaszcza wiadomo co - chwasty. Jakie to szczęście, że mamy staw! Kąpiel kilka razy dziennie stawia na nogi spoconych i przegrzanych.


     Taka pogodę lubią też te wszystkie gryzące i swędzące, latające paskudy. Mieliśmy już plagę much (kiedy sąsiad wyrzucił nam tuż za płotem kilka przyczep gnoju), ślepaków, much końskich (ogromne, robią wrażenie), a plagę komarów mamy cały czas. No cóż, trudno, wszyscy lubią nas za coś, tylko komary lubią nas takimi, jakimi jesteśmy.
     Praca w ogrodzie jest też dość uciążliwa, z jednej strony żar tropików, z drugiej komarki.

Mimo to coś tam udaje się zrobić, w dużej mierze dzięki wspaniałym, młodym ludziom, którzy nas odwiedzają. Była u nas Kuro Neko z bloga "Wędrując przez życie", razem ze swoim narzeczonym. Niesamowicie fajni młodzi, dobrze wiedzą, czego chcą i wytrwale do tego dążą. A przy tym następni pracusie. Razem z nimi zlikwidowaliśmy większość starej plantacji truskawek i zrobiliśmy tam dwa wały w pełni profesjonalne. Nawet zbutwiały drewniany wkład się znalazł. A Sylwia rozpoznała roślinę, która wyrosła na wybiegu dla kur i jest oblegana przez pszczoły. To serdecznik, miłe ziółko i akurat teraz nam potrzebne. Wiedziało, kiedy wyrosnąć!
      Dawałam też występy gościnne w akademii Bosej Stopy w Barkowie i potem kilka osób wpadło nas odwiedzić. Było świetnie! Następni wspaniali ludzie.

      Teraz gotuję na gazie całe tony kabaczków w sosie (czyli leczo), bo mi w tym roku obrodziły. Nasze pomidory dopiero się zaczynają, papryki jeszcze nawet nie, więc muszę dokupować na targu. W ogóle późne przymrozki w końcu maja zrobiły nam sporo szkód, z owoców ostały się tylko jabłka. Pomidory i papryki oraz dynie musiałam sadzić drugi raz i mają spore spóźnienie, ale dzięki tym upałom mam nadzieję, że dorosną.
     A tak w ogóle to odkryłam sympatyczną Hildę Duane Bryersa i to ona ilustruje dzisiejszy post. Jest sympatyczna, zabawna, piękna i bardzo sexy. W dobie anorektycznych top modeli to dla mnie miód na serce. Cieszmy się więc latem razem z Hildą!


P.S. Dziś było u nas 35 stopni! Najzimniejszy region kraju pozdrawia resztę Polski!

piątek, 25 lipca 2014

Ściółkowanie

      Wiadomo, że ściółkowanie, czyli mówiąc fachowo - kompostowanie powierzchniowe, jest dobre na wszystko: na suszę, na deszcz, na życie w glebie i samą glebę. Tylko jak ściółkować, żeby to było efektywne?
       Ostatnio jest wielki pęd na słomę. Ma ona swoje zalety, np. dynie się na niej nie brudzą i nie podgniwają, truskawki podobnie. Jednak, moim zdaniem, więcej ma wad, niż zalet. Po pierwsze: jeśli jest kupowana w gospodarstwach tradycyjnych, to zawiera pestycydy i herbicydy, które w ten sposób wprowadzamy do naszego ogrodu. Po drugie: jest lekka i przewiewna, nie chroni gleby przed parowaniem, tworzy tylko sprężysty materac, przez który wszystko przecieka. Po trzecie: trudno się rozkłada i zawiera bardzo mało azotu. Po czwarte: jest ulubionym schronieniem ślimorów.
    Natomiast już ta sama słoma, pocięta na sieczkę i wymieszana np. z zielonymi liśćmi lub trawą jest o niebo lepsza. Jak to zrobić? Ano najprościej za pomocą zwykłej kosiarki do trawników. Zgromadzić na jeden stos słomę, siano, młode gałęzie z liśćmi (w tym też iglaste - ślimaki ich nie lubią) i wszystko razem zmielić kosiarką. Wypróbowałam, robi się to szybko i łatwo, nawet cienkie gałązki się mielą. A ściółka jest cud malina.
     Można ją pomieszać ze zrębkami, ściętą trawą z trawnika albo nawet trocinami i rozłożyć grubą warstwą tam, gdzie się tylko da. Jesienią można tak mielić opadłe liście.
      Ziemia, przykryta 20-30 centymetrową warstwą takiej ściółki jest wilgotna, żywa i wzbogacona w próchnicę. Po kilku latach nawet na najsłabszych ziemiach będziemy mieć piękne plony.
        Natomiast słoma jest świetną ściółką dla zwierząt. Gnój jest naszym brunatnym złotem, słoma zmielona racicami i nasączona moczem zwierząt gospodarskich zyskuje zupełnie inne właściwości i jest bardzo przydatna.
      A jeśli jeszcze do tego zbudujemy wały-przekładańce, to urodzaj murowany. Można je budować przez cały rok, także teraz, latem.
    
       My przenieśliśmy starą plantację truskawek. W miejscu wykopanych krzaczków, z pomocą fantastycznej młodej pary, która nas odwiedziła, zbudowaliśmy dwa wąskie wały z całym zachowaniem zasad tej sztuki.
     A wyglądało to tak: najpierw wykopano rowy, takie na sztych łopaty, troskliwie zbierając warstwę żyznej ziemi i odkładając ją na bok. Następnie na dno rowu poszły zmurszałe pniaki i gałęzie, przesypane drobniejszymi zielonymi resztkami. Na to owczy gnój. Potem siano i rozmaite zielone resztki. Wszystko dobrze udeptane, zwilżone deszczem, więc nie musieliśmy podlewać. Potem przykryte odłożoną ziemią, znów udeptane i uklepane. A na wierzch warstwa ściętej trawy oraz nasiona zielonego nawozu: facelia i gorczyca. Wytworzą one dużo liści i kwiatów, będących pokarmem pszczół podczas jesiennej posuchy na nektar. Zwarzone mrozem, będą one dodatkową warstwą ściółki, a ich korzenie zwiążą wały i ochronią je przed rozmywaniem. Wiosną można będzie sadzić na nich od razu, rozgarniając ściółkę. Najpierw ziemniaki, dynie, kapustę, selery, pory i szpinak, a po 2 latach także warzywa korzeniowe.
   
        Zielone rośliny, zwłaszcza te wiążące azot, są też dobrą ściółką. Np. koniczyna perska lub biała. chodzi mi tu o żywą, rosnącą ściółkę. Można też je oczywiście skosić gdzie indziej i domieszać cienką warstwą do naszej ściółki z innych roślinnych resztek.  Rosną sobie tuż przy ziemi, zacieniając ją, a następnie rozkładają się zimą.  Można między nimi sadzić te wyrastające wysoko, jak brukselka czy cukinie albo słoneczniki, kukurydzę, fasolę...
     Lubię za to słomę na ścieżkach, przyjemnie się po niej chodzi, bo jest sprężysta i sucha.
     Pamiętajcie o ściółce zwłaszcza teraz, latem. Ziemia w ogrodzie będzie Wam za nią wdzięczna.

sobota, 12 lipca 2014

Kapryśny szpinak i inne letnie siewy

      Jakoś tak jest, że nigdy nie udaje mi się mieć szpinaku z wiosennych siewów, rośnie marnie i prawie od razu wybija w kwiaty. Mimo to z uporem maniaka co wiosny wysiewam go trochę, bo może w tym roku będzie lepiej? Niestety, ciepło pozwalające na siew przychodzi u nas zbyt późno, kiedy już dni są długie, a szpinaczek, jako roślina długiego dnia, posłuszny swojej naturze, od razu daje w kwiaty. Taka jego uroda i muszę się do tego przyzwyczaić.
      Za to mam przepiękne szpinaki z siewu letniego i jesiennego. Ten pierwszy daje plony jesienią, ten drugi kiełkuje jesienią i wczesną wiosną rośnie jak szalony. Dlatego zachęcam Was do wysiewania pierwszej partii szpinaku pod koniec lipca, następnej we wrześniu lub nawet październiku. W zeszłym roku wysiane w lipcu rosły u mnie tak bujnie, że miałam wiadro liści z jednego tylko krzaczka.
      Nawet jeśli ktoś zniechęcił się wiosennym niepowodzeniem, to radzę spróbować. Więcej jest szans, że się uda. Tym bardziej, że po zebraniu wczesnych warzyw zostają nam miejsca na grządkach, które można w ten sposób zagospodarować. No i szpinak jest rośliną, która jest dobrym lub neutralnym sąsiedztwem dla prawie wszystkich warzyw.
    Ąby były piękne i bujne, potrzebują dobrej, bogatej ziemi. Najlepsze są zeszłoroczne wały albo grządki użyźnione sporą dawką dobrze dojrzałego kompostu. Szpinak jest też jedną z roślin wrażliwych na odpowiednie dni siewu. Oczywiście, należy go siać w dniach liścia! Wysiany w dzień kwiatu z łatwością wybija w pędy kwiatowe. W tym miesiącu sprzyjające dni to 24, 25 i 26 (do godz.16). Te same dni są też dobre do wysiewu sałaty.
    Można też wysiać rzodkiewkę, rzepę i późne buraczki w dniach: 29,30 i 31 (do godz.17). Takie buraczki dobrze nadają się do przechowywania albo do kwaszenia, są niewielkie, ale mają skoncentrowany sok i wiele witamin.
     Jeśli ktoś lubi zielony groszek, to też można spróbować letniego siewu w dniach: 26 (po godz.17), 27 oraz 28 po południu (ranem nie należy pracować w ogrodzie). Nie zawsze się udaje, ale jeśli już się uda, to są to delicje.

piątek, 4 lipca 2014

Myślenie ekologiczne czyli nie jestem dyktatorem

       Wiele osób myśli, że uprawa ekologiczna to to samo, co uprawy tradycyjne, tylko bez chemii. Stąd wielkie zapotrzebowanie na forach ogrodniczych na ekologiczne nawozy i opryski. Tymczasem jest to zupełnie inne podejście do Ziemi, do jej praw i naszego miejsca w porządku świata.
      Założenia tradycyjnego podejścia, to całkowita dominacja człowieka nad wszystkim - ziemią, pogodą, strefą klimatyczną... Jeśli ziemia nie chce rodzić tego, co ja sobie założyłem, to trzeba ją okiełzać, zmusić, wręcz zgwałcić. Jeśli pojawiają się choroby i spadek plonów - to trzeba dać więcej nawozów, oprysków, wody itp. Jakie są skutki - wszyscy widzą. Postępująca erozja i śmierć gleb, wysokie koszty, niewolnicze uzależnienie od koncernów produkujących odżywki i opryski. Zatrucie wód gruntowych, rzek, jezior i mórz... Bezsensem jest uprawa zbóż - roślin suchych stepów w klimacie lasów tropikalnych, przy dużej ilości opadów i szybkiej erozji gleb. Podobnie uprawa szparagów lubiących piasek w ciężkich, gliniastych glebach. Herezją jest idea wielkich monokultur, skoro wiemy dziś o współdziałaniu roślin ze sobą i ich wzajemnej współzależności.

      Tymczasem podejście ekologiczne to przede wszystkim współdziałanie. To delikatna poprawa środowiska naturalnego w tym kierunku, jaki jest dla niego i dla nas najlepszy. Zaczyna się od poznania gleby i klimatu, następnie od zastanowienia się, jakie uprawy nadają się dla nas najlepiej i jakie warunki trzeba im stworzyć.  Należy też unikać dużych przestrzeni obsianych czy obsadzonych jednym gatunkiem. W przyrodzie monokultura nie istnieje.
     Należy poznać wymagania glebowe rośliny, którą chcemy posadzić, środowisko, z jakiego pochodzi. To pomoże nam zdefiniować jej potrzeby.

      Na Zachodzie wracają zadrzewienia śródpolne, żywopłoty i pasy drzew owocowych wśród pól. Postępujmy podobnie na naszej ziemi.
      Sprawa jest względnie prosta, kiedy chodzi o niewielki warzywnik. Tam, z oczywistych względów, monokultura jest niemożliwa. Sprawy komplikują się jednak, kiedy chcemy zasadzić większą plantację.
      Pewna znajoma zasadziła około hektara borówki amerykańskiej. Ziemia jest młoda, polodowcowa. Została zakwaszona głównie środkami w płynie. Między rzędami borówki są pasma trawy. Nawet założono nawadnianie. A jednak krzewy nie chcą rosnąć. Właściciele przemyśliwają nawet odejście od ekologii. Gdzie popełniono błąd?

     Przyjrzyjmy się samej borówce. Amerykańska, czy nie - jest rośliną leśną, rosnącą pod osłoną wysokich drzew, w środowisku przesyconym parą wodną. Współpracuje, za pośrednictwem grzybów, z korzeniami drzew iglastych. Tutaj nagle znajduje się na odkrytym terenie, w nieprzyjaznej glebie (zakwaszanie chemiczne burzy naturalny porządek gleb, nie dając nic w zamian), wystawiona na wiatry i słońce.
      Błędy popełniono już przy założeniu, ale trudno, trzeba ratować to, co się da. Jest na to kilka sposobów, które trzeba praktykować łącznie. I wiedzieć, że na rezultat należy poczekać.
      Pierwszą rzeczą, najpilniejszą, jest postaranie się o dużą ilość gałązek sosnowych i świerkowych - to żaden problem, po prostu trzeba pojechać przyczepą na najbliższą porębę. A trzeba będzie tego naprawdę dużo na taką wielką plantację. Następnie czeka nas wyprawa do tartaku po trociny lub zrębki, albo oba naraz. W tym wypadku przydatne są bardzo trociny z drzew iglastych. Przydatny też jest gnój albo zielone skoszone (trawa, rośliny motylkowe, liście i inne). Trzeba to wszystko razem zemleć, zwłaszcza gałęzie z poręby i grubo wyścielić pod krzewami, co najmniej na 30 centymetrów. Przy takiej plantacji to masa roboty, dobrze by było wypożyczyć ogromną maszynę, jaką czasem mają drogowcy. Jednak tylko za taką cenę możemy zapewnić krzewom sprzyjające środowisko dla korzeni.
     Następnie: jak najszybciej posadzić żywopłot z drzew i krzewów iglastych, głównie świerka, sosny i jałowca. Jednak to nie wystarczy, oddziaływanie żywopłotu jest równe mniej więcej wysokości drzew, czyli dociera tylko w najbliższym sąsiedztwie. Dlatego na samej plantacji trzeba posadzić te same drzewa i krzewy, albo w postaci pasów, albo zastępując nimi umarłe krzewy borówki i tworząc taki luźny, świetlisty las. Jeśli ktoś chce uzyskać maksymalny zysk, to te pasy iglaków można potraktować jako plantację choinek i następnie wycinać, zostawiając co 20 metrów jedno drzewo "do rośnięcia", a wycięte zastępując nowymi.
     Ściółka powinna działać prawie natychmiast, polepszając stan gleby. Pomalutku wprowadzą się pożyteczne mikroorganizmy i grzyby. Już w przyszłym roku rezultaty powinny być widoczne. Natomiast drzewa zaczną działać dopiero za kilka lat, ale już niedługo po posadzeniu będą przywabiać potrzebne nam zwierzęta i owady.
     Gleba zostanie lekko zakwaszona ściółką i to na trwale. Wtedy regularne i delikatne dokwaszanie środkami w płynie pomoże utrzymać ten stan.
      Pozostaje uzupełniać ściółkę najpierw co roku, potem coraz rzadziej, stopniowo. Opadające z drzew igły i liście krzewów przejmą tę rolę.

      Jednak najlepiej jest NAJPIERW przygotować przyjazne środowisko, a potem dopiero sadzić krzewy lub drzewa.
      Wniosek: nie należy przenosić metod gospodarki rabunkowej rolnictwa chemicznego do gospodarstw ekologicznych, ale szukać zupełnie innych dróg.
      Wniosek drugi: materia organiczna, pod jakąkolwiek postacią, jest największym skarbem mądrego ogrodnika i rolnika, dostępnym wszędzie i odnawialnym.
      Wniosek trzeci: trzeba dobrze znać wymagania roślin, które sadzimy, wiedzieć, w jakim klimacie i w jakim sąsiedztwie czują się najlepiej i w miarę możności zadbać o to, by warunki ich życia były zbliżone do naturalnych.
     Wtedy na trwale uciekniemy od chemii, a co więcej - będziemy mieć samoodnawiającą się plantację zdrowych roślin, piękną i dla oka i dla ducha przy niewielkim nakładzie pracy.

    Jeszcze dwie uwagi: w ściółce, każdej ściółce, należy zwracać uwagę na równowagę resztek bogatych w węgiel ( drewno, słoma) a tych bogatych w azot (wszystko, co zielone, obornik). Inaczej zrębki czy trociny zaczną nam na początku rozkładu wyciągać azot z gleby. Dopiero w zaawansowanym stadium rozkładu uwalniają zawarty w sobie azot. A druga to, żeby ściółkować szeroko, na cały zasięg korzeni - czyli prawie na podwójną wysokość roślin z każdej strony.

niedziela, 29 czerwca 2014

Wyprawa po skarby.

    Gdzie ja byłam, że nie wiedziałam, jakie skarby mogę znaleźć całkiem blisko mego domu? Dzięki mojej przyjaciółce Gosi z Leśnego Dworku (ta kobieta jest niezwykła, nie tylko prowadzi pensjonat, ale gotuje, jak nikt, jej leszcz po biebrzańsku gościł na stole prezydenta, a mimo to, z powodu bzdurnych przepisów, nie może go sprzedawać - za to goście mogą nim zajadać do woli), no więc dzięki Gosi dowiedziałam się o młynie w pobliżu Augustowa. Pojechaliśmy tam, młynisko wcale duże, ale dobrze schowane przy polnej drodze. No i przywieźliśmy pierwsze skarby: mąkę żytnią razową (5 kg), żytnią zwykłą (też 5) i uwaga! orkiszową (5) - czyli 15 kg dobrej mąki bez polepszaczy w cenie nieco powyżej 30 zł.
     Przy okazji szukania dojazdu od młyna w necie odkryłam, że całkiem niedaleko jest też olejarnia. Nie żaden zakład przemysłowy, a mały, rzemieślniczy warsztat. Oczywiście podrałowaliśmy tam przy okazji i nakupiłam oleju tłoczonego na zimno, nie rafinowanego: rzepakowy, słonecznikowy, z ostropestu i odrobinę kokosowego.
    Ciasto na chleb orkiszowo-żytni już rośnie i bąbelkuje, jak szalone. Olej spróbowałam - świetny. Ma ten smak prawdziwego, czystego oleju. Takich próżno szukać po sklepach.
  
    Następne skarby zjawiły się same. Dwie młode dziewczyny po 40, każda ma własny kawałek ziemi (jeśli kawałkiem można nazwać kilkanaście hektarów) i każda spragniona wiedzy o uprawie ekologicznej. Przedstawiłam im swoje warunki: 4 godziny pracy dziennie w zamian za spanie, wyżywienie i naukę. No i masz! Trafiłam na pracoholiczki do kompletu z moim Piotrusiem. Dostały za zadanie układanie drzewa na opał i tak od przedświtu do ciemnej nocy słychać było stukot polan. Ułożyły kilka kubików w niecałe 2 dni! Narobiły sobie bąbli i zakwasów, ale siłą ich oderwać nie było można od tej dębiny. Dziękuję Wam z całego serca! Ja ze swojej strony starałam się przekazać jak najlepiej to, co wiem i dobrze je karmić. Tak przyjemnie jest przekazywać wiedzę innym, zwłaszcza ludziom zmotywowanym i przez to chłonnym.
      Przy okazji odkryłyśmy pewną sprzeczność między permakulturą i bidynamiką. Otóż permakultura mówi: ściółkować, ściółkować i jeszcze raz ściółkować. I są na to uzasadnienia. A biodynamika mówi: nie ściółkować, bo to przyciąga ślimaki, dawać tylko dobrze rozłożony kompost. Ja robię i tak i tak - niektóre uprawy ściółkuję, inne nie, robię przekładańce, a gdzie indziej daję kompost. Jakiejś znaczącej różnicy nie widzę. No, ale u mnie jest niewiele ślimaków (dzięki Wam, Jeże i Ropuszki). Może ktoś się pokusi o dalej posunięte eksperymentowanie?

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Świętość rzeczy codziennych

      Właściwie to miałam w zamiarze wpis o ogrodach permakulturowych we Francji. Z podaniem linków do filmików, które zachwycają mego męża. Otóż pewien pan (Anglik chyba) od 25 lat uprawia ogród w górach, na skalistej glebie. Stosuje sporo drewna i zrębków sosnowych i świerkowych (bo takie ma, ale twierdzi, że gdyby miał inne, to z nich by korzystał z takim samym efektem). Buduje anteny elektryzujące ziemię i twierdzi, że podwajają ilość plonów. Poza tym lata po ogrodzie boso i prawie goło (slipki opadają mu do połowy pośladków) i prezentuje niesamowite plony rosnące w radosnym bałaganie na wałach. Proszę, oto jeden z linków, inne filmy z tym panem wyświetlą Wam się obok: https://www.youtube.com/watch?v=0jk0h1laL-0

      A teraz rozważania, które ostatnio mi przyszły do głowy. Otóż od dawna piekłam własny chleb, ale różnie z tym bywało. W końcu robiłam to coraz rzadziej, zniesmaczona stęchłym zapaszkiem mąki kupionej w sklepie i tym, że zakwas nie chciał wyrastać. Nowego kopa dały mi warsztaty serowarsko-chlebowe z Asią z Akademii Pod Lipami oraz namiary na młyn, w którym można kupić prawdziwą mąkę. Teraz więc z zapałem piekę własny chleb i na dodatek robię sery. Mają jedną wielką wadę: "schodzą" kilkakrotnie szybciej, niż te ze sklepu. I odkrywam, czemu chleb i inne produkty były tak święte dla naszych przodków. Kiedy człowiek sam zrobi wszystko od początku, kiedy widzi, jak działa cudowna alchemia przekształcania pokarmów, kiedy zmęczy się tymi przygotowaniami, a potem zakosztuje smaku niepowtarzalnych, własnych produktów ( a ten smak nie jest taki oczywisty, do ostatniego momentu jest ta wątpliwość - "Czy się uda?"), to zaczyna cenić to własnoręcznie wyprodukowane pożywienie, jak jakąś świętość. A co dopiero, kiedy hodował tę mąkę od ziarna wrzuconego w ziemię?

     Podobnie ma się sprawa z ubiorami. Uprałam trochę wełny z moich bab i teraz ją skubię, jak robiła moja Babcia. Muszę, bo dość brudna jest. Kiedy człowiek może ubrać się tylko w to, co sam zrobi, jego stosunek do odzieży też jest całkiem inny. Nie liczą się sztucznie rozdmuchane mody, ale trud i serce, które włożono w zrobienie tego, co ma na grzbiecie. I ogromna wdzięczność, że można to mieć....

     Kiedy zaczęła się desakralizacja życia codziennego? Chyba wtedy, kiedy zaczęto coraz bardziej mechanizować wytwarzanie tego, co nam potrzebne, kiedy nasze ręce stały się zbędne, kiedy nie znają już dotyku ciasta w dzieży, krowich wymion, ciepłego boku strzyżonej owcy, błękitnych kwiatków lnu... Ceną za tę desakralizację, za to zerwanie kontaktu, jest postępująca lawinowo utrata jakości. Oraz utrata szacunku do tego, co jemy, tego, w co się ubieramy i tego, jak mieszkamy. W rezultacie utrata szacunku do nas samych. Dziś masa towarów w sklepie zachwyca nie swoją niepowtarzalnością, a kolorowymi opakowaniami, kryjącymi chemiczne koktajle bez wartości. Jest masowo wyrzucana, bo nie ma w niej świętości, jaką ma własny chleb czy własna konfitura.

      Trudno to wytłumaczyć komuś, kto nigdy sam nie próbował zrobić tego, co sam je, w co się ubiera i w czym mieszka. Jest to misterium, które trzeba przeżyć. A wtedy otwierają się w nas niezauważalnie jakieś drzwi na inny stosunek do świata, do tego, dzięki czemu żyjemy. Spróbujcie tylko wyobrazić, że możecie się odżywiać jedynie tym, co sami wyhodowaliście i przygotowaliście, wczujcie się w tę rolę. A kiedy uda się Wam spojrzeć na świat w ten sposób, to już nigdy nie będziecie tacy sami....

środa, 18 czerwca 2014

Dobry czas

     Mimo zapowiadanych deszczów, pogoda od kilku dni jest prawie idealna - nie za ciepło, nie za chłodno, niebieściutkie niebo z obłoczkami, dość silny wiatr niosący zapach siana. W takie dni dobrze jest żyć, człowiek czuje się tak silny i radosny, tak pełen dobrej energii, jakby ten wiatr wiał od strony raju, a nie pobliskich łąk.
     Zaczyna się też czas błogosławiony, kiedy posiłek zbiera się na bieżąco w ogrodzie i w lesie. Są już kurki (grzyby), jagody i poziomki, w ogrodzie obfitość sałat, cebulek, rzodkiewek, truskawek, młodej włoszczyzny. Już zaokrąglają się strąki groszku, a młoda kapusta zaczyna zwijać główki.
    Odchudzone owieczki biegają szparko, zapas siana na zimę rośnie, kury niosą się przykładnie.
    Jak tu się nie cieszyć? A jeszcze dziś spotkała mnie dodatkowa przyjemność. Rano pracowałam dość ciężko, po obiedzie powlokłam się więc nad oczko wodne, aby popodziwiać nenufary. A tam kłębiło się coś pływającego! Mama kaczka ze stadkiem malusieńkich kaczątek. Jak się tam dostały? Nie dość, że oczko wodne jest na terenie ogrodzonym, to jeszcze dość daleko od rzeczki i wszelkich zbiorników wody. Dorosła kaczka mogła przylecieć, ale te maleństwa? Najbardziej prawdopodobne, że wysiedziała je gdzieś w gęstwinie paproci nad oczkiem wodnym. Że też się nie bała! Mam nadzieję, że zostaną u nas na dłużej.
     Tak pomalutku nasi rozmaici współlokatorzy biorą w posiadanie ogród, który jest dla nich ostoją. Z roku na rok widzę coraz więcej gatunków ptaków i małych ssaków. Brakuje tylko jeszcze, żeby jakiś łoś przyszedł prosić o azyl w obronie przed myśliwymi, bo ministerstwo zamierza znów pozwolić na ich odstrzał. Czemu nie, mógłby zamieszkać z babami w obórce.
     A jutro zamierzam pleść wianuszki z 12 magicznych ziół i kwiatów, takie, jakie święci się w kościołach. Ale zwyczaj ich robienia jest dużo, dużo starszy. Zawieszę je na oknach i ścianach, niech moc wczesnoletnich kwiatów i ziół chroni nasz dom, niech pachną latem.

O tu, tu pływały> Malutka mama-kaczka i 4 czy 5 żółto-czarnych pisklaczków.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Obrona bobrów

    Wiecie, pisałam o bobrach, które osiedliły się u nas. Zbudowały tamę na granicy naszego tereny, w dole strumyka. Poziom wody w strumieniu się podniósł, ale tylko wzdłuż MOJEJ łąki i to nawet nie całej. Moja łąka rozciąga się od tamy na 300 metrów w górę strumienia. Dalej zaczynają się łąki sąsiada, które są położone wyżej, niż nasze i to małe spiętrzenie do nich nawet nie dochodzi.
     Otóż dziś pod wieczór zastałam jego dwóch synów w trakcie rozwalania tamy. Kiedy mnie zobaczyli, chcieli się schować, ale z nasypu nad stawem widziałam ich jak na dłoni. Zapytani, dlaczego to robią, odpowiedzieli, że u nich łąki zalewa. A mnie wtedy krew zalała. Wytłumaczyłam im to, co napisałam powyżej - u mnie trochę zalewa, mnie to nie przeszkadza, moja ziemia, moja sprawa, moje bobry. A im nic do tego. No to poszli. Nie wiem, czy chyłkiem nie wrócą.
     W sumie sąsiedzi to fajni ludzie, ale coś mają z tym rozwalaniem tam. Rozwalają je na całym strumieniu, w górę i w dół, z daleka od nich. Takie, które im nie mogą w żaden sposób zaszkodzić.
Kurczę blade, facet ma kilkadziesiąt hektarów, może, z dzierżawami, nawet ponad 100, co mu szkodzi ten strumyk poszerzony o trzydzieści centymetrów? A nawet tego nie, tym razem, bo wszystko zostaje u mnie. Tama miała może 50 cm wysokości, a jego tereny są ponad półtora metra wyżej. Na pewno go nie zalewało.
    Wściekła jestem, jak nie wiem co.  Czemu wleźli aż na sam koniec mojej ziemi, żeby zniszczyć coś tak bezinteresownie?
    Czy ktoś wie, co mówi prawo w takim przypadku? Czy mają prawo niszczyć te tamy wszędzie, gdzie im się podoba?

niedziela, 15 czerwca 2014

Eksperymenty z ziemniakami

     W tym roku posadziłam ziemniaki w słomie. Jesienią dałam warstwę słomy wprost na ziemię, na to gnój i znowu słomę. Wiosną dorzuciłam jeszcze słomy po wierzchu i powtykałam w to sadzeniaki. Mimo, że były posadzone najwcześniej, na początku kwietnia, to bardzo długo nie wschodziły. Już myślałam, że nic z tego nie będzie. wygrzebane ziemniaczki cały czas miały tylko mikroskopijne kiełki. W końcu zdecydowały się wyrosnąć. W chwili obecnej ta grządka wygląda tak:


Niezbyt to okazałe, prawda? Zobaczymy, co będzie dalej. Nie jestem pewna, czy to nie resztki środków chwastobójczych obecne w słomie hamują rozwój ziemniaków. W zeszłym roku sadziłam w sianie, wzeszły be kaprysów.

     Tymczasem pyrki posadzone w ziemi dwa tygodnie później i tylko wyścielone w międzyrzędziach starym sianem, wyglądają tak:

Na brzegu rośnie bób, który jest bardzo dobrym sąsiedztwem dla ziemniaków. Białe kłaczki to najbrudniejsze kawałki wełny, które też tam wrzuciłam.

      Najbujniejsze są jednak krzaki, które wyrosły z kartofelek zapomnianych przy zeszłorocznych zbiorach. Zdarza się nam to co roku. Zapomniane kartofelki przemarzają, ale nie tracą zdolności kiełkowania i wyrastają niezwykle bujnie. Na zdjęciu dla porównania obok stoi konewka 10 litrowa.

Wydają też wcześnie plony, zanim zaraza ziemniaczana zacznie czynić spustoszenie (atakuje ona zwykle w połowie sierpnia). Czemu nikt jeszcze nie wpadł na pomysł ozimych ziemniaków?

      A tak poza tym, to u nas znowu zimno i mokro. Truskawkowa Pełnia przyniosła zmianę pogody na gorszą. A było już tak ciepło i przyjemnie...

piątek, 13 czerwca 2014

Historyja owiec cała

       Widzę, że moje baby kudłate Was interesują, to opowiem od początku, jak to z nimi było.
 
       Przez przypadek dowiedziałam się, że pewien starszy pan, mieszkający po drodze do mojej Matki będzie likwidował hodowlę, więc skoczyłam na okazję i zamówiłam dwie owce. Kiedyś, kiedy byłam mała i przyjeżdżałam tu do Dziadków (do sąsiedniej wsi), to wszędzie na pastwiskach widziałam stadka owiec pasące się z krowami. Dziadkowie też je mieli. A obecnie wcale się ich nie widzi. Więc nostalgia mnie chwyciła, przypomniałam sobie Babciny kołowrotek i krosna...
     Owce pasują nam bardziej, niż kozy, bo nie ogryzają kory z drzew i mogą paść się w sadzie albo na łące nad stawem, gdzie mąż posadził malownicze grupy drzew i krzaków i wara każdemu, kto mógłby je obgryźć!
      Niebagatelnym zyskiem jest nawóz, bo na taki ogród, jak nasz, potrzeba go dużo. Myślałam też, że łowiecki będą grzecznie i równo wykaszać trawę, ale gdzie tam! Mając wybór, wyjadają tylko to, co najsmaczniejsze.
     Zbudowaliśmy małą obórkę i baby przyjechały, świeżo ogolone i poranione przy tym. Trzecią babę dostaliśmy w prezencie, super płochliwą i rzekomo ślepą. Ale ona nie jest ślepa, tylko sierść jej tak rośnie, że szybko zakrywa całe oczy i wtedy nie widzi.
    Były super dzikie, nie dawały się zagonić na pastwisko, uciekały od ludzi. Przez kilka dni miałam z nimi prawdziwy koszmar, bo latały po całej posiadłości galopem, a ja za nimi, drżąc o nasadzenia ozdobne i o to, żeby nie wpadły do oczka wodnego. Ale dość szybko nauczyły się właściwej drogi - z obórki na ogrodzone pastuchem elektrycznym pastwisko w sadzie i z powrotem.
     Zaczęłam też je oswajać na suchy chleb. Rano, przed wypuszczeniem z obórki, dawałam im po trochu. A za suchy chleb to one wszystko zrobią, dość szybko zaczęły za mną chodzić.
     Wtedy też miałam z nimi przygodę: którejś nocy słyszę niezwykłe ujadanie naszych psów. One często ujadają na lisy, wilki, dziki, czy inne zwierza, więc normalnie nie powinnam zwracać uwagi, ale wtedy coś mnie tknęło. Czy obórka jest zamknięta? Niestety, nie była. A owce wyparowały. Na szczęście zostawiły po sobie szlak ze śladów kopyt i owczych bobków. A szlak prowadził za bramę, która latem jest u nas permanentnie otwarta. No i tak szłam, w koszuli nocnej i gumiakach, z latarką, pod księżycem w pełni. Nad głową latały mi sowy i to wielkie, a czasem nietoperze. Przeszłam tak prawie kilometr, a ślady idą dalej.... Wróciłam po samochód, bo ze wsi dobiegało szczekanie, więc myślałam, że tam zaszły tą drogą.
     Zabrałam chleb i powolutku jadąc samochodem wypatrywałam uciekinierek. Nagle coś zabielało na rżysku obok drogi, niedaleko cmentarza. No, baby normalnie sobie się pasły. Zwabiłam je chlebem (nie bez problemów) na drogę i zaczęłam gnać z powrotem do domu. Tzn. najpierw poganiałam je kawałek pieszo, "uwięzione" w świetle reflektorów, potem podjeżdżałam za nimi, znowu poganiałam kawałek itp. W końcu zaczęły po prostu iść przed autem. I pewnie byśmy byli tak dotarli do domu, gdyby nie samochód jadący z przeciwka. Baby się spłoszyły i poleciały w bok, na szczęście nie do rowu, tylko w otwartą bramę na pastwisko sąsiada. I przepało! Pastwisko ogromne, dochodzące aż do rzeki, łączące się też z innymi, porośnięte miejscami drzewami i krzakami. W sumie kilkadziesiąt hektarów. Nie mogłam ich znaleźć. Więc tylko zaciągnęłam drągi w bramie i poszłam spać.
      Rano dzwonię do sąsiada (bo to jednak pół kilometra od nas): "Są u Was na pastwisku te moje kudłate cholery?" "A są, zastanawialiśmy się, kto nam taki prezent zrobił." - odpowiada. Poszłam więc z nowym zapasem chleba. Znalazłam je daleko na bagnach. Sąsiad pomógł i już bez przygód wróciliśmy do domu.
     Szefowa stada miała paskudny zwyczaj bodzenia wszystkiego, co się rusza. Oberwało się biednej Lunie w zad, aż koziołka wywinęła. Od tej pory boi się owiec; to tyle jeśli chodzi o jej zdolności jako owczarka. Mnie się też oberwało kilka razy, zawsze, kiedy byłam odwrócona tyłem, a one szły za mną. Kiedy bodnęła mnie tak, że się przewróciłam, to skoczyłam na nią, złapałam za szyję i przewróciłam. Niech wie, dranica, kto tu rządzi! Od tej pory mam spokój.
     Teraz wyprowadzanie na pastwisko wygląda tak: idę sobie przodem śpiewając "Baby, ach te baby", a one grzecznie rządkiem za mną. Przychodzą też kiedy je zawołam. Natomiast dalej boją się innych ludzi, w tym również mego męża. Córkę naszą uważają za drugą mnie, jej też słuchają.
     Lubię te kudłatki i ubolewam trochę, że nie miały potomstwa, ale nie udało mi się znaleźć w przyzwoitej odległości żadnego przystojnego barana (nie przystojnego też nie).

środa, 11 czerwca 2014

Baby beeee

     Nie święci garnki lepią...
     U nas ostatnio cudowna pogoda, upały nas ominęły, bardzo przyjemne 21 - 25 stopni, słoneczko, wiaterek, co przegania precz wstrętne krwiopijce, chmurki jak baranki.  Hmmm ... no właśnie, baranki!   Moje owieczki już dawno prosiły się o strzyżenie, bo przyznam się bez bicia, że w zeszłym roku zaniedbałam.
    Przedtem zwykle pomagał mi ktoś, nie tyle przy strzyżeniu, co przy łapaniu dzikusek. W zeszłym roku po prostu nie udało mi się ich złapać! Ale w tym roku nie mogłam odpuścić, wyglądały jak pieczarki.
    Obmyśliliśmy strategię z Pierem, bo muszę coś wyznać: mój mąż, jako typowy mieszczuch nie ma pojęcia o zwierzętach, jest zbyt nerwowy i po prostu się ich boi. No i latka już nie te, żeby corridę urządzać. Postanowiłam więc użyć tego, czego zawsze się bałam: lasso. A bałam się, żeby biedactw nie udusić. Teraz miały tyle wełny na szyi, że raczej nie było powodu do obawy. Oczywiście nie rzucałam na nie lassem na łące, tylko rankiem wchodziłam z nim do obórki, zarzucałam jednej na szyję i wyciągałam ją jak psa na smyczy na zewnątrz, gdzie już czyhał mój mąż. On łapał ją za nogi i przewracał na ziemię, a ja wiązałam jej łapy. Raz uziemione owce leżą na ogół spokojnie.
    Po czym mąż oddalał się w swoją stronę, a ja brałam w rękę nożyce krawieckie (jakoś nie nauczyłam się nigdy strzyc tymi dla owiec, wcale mi nie tną runa, tylko je szczypią, więc krawieckie lepsze) i zaczynałam postrzyżyny.
     Prawdopodobnie dobry postrzygacz owiec potrafi ogolić jedną w kwadrans. Mnie to zajmuje  3 - 4 godziny. Nawet wtedy, kiedy strzygę co roku. Trzeba przebić się przez kołtuny, delikatnie ostrzyc nogi, brzuch i szyję, powstrzymać wstręt i wygolić okolice kupra i ogon. Boki i grzbiet to przy tym bułka z masłem: odgarnia się i ścina z rozmachem. Wszystko to w kucki albo na kolanach, pochylając się nad owieczką. Cały czas w skupieniu, cały czas  uważając, żeby jej nie zranić, żeby nie przyciąć skóry, żeby nie wierzgnęła i nie nadziała się na nożyce. Pochlebiam sobie, że poza jednym czy dwoma mikroskopijnymi zadrapaniami, nawet bez krwi, nie było urazów. Kiedy zaś kupiłam je, były świeżo po strzyżeniu przez "profesjonalistę" i wszystkie miały głębokie skaleczenia i to nie jedno.
     Przy tej robocie wszystkie mięśnie są tak napięte, że potem mam zakwasy, jak po maratonie. Po godzinie ręka trzymająca nożyce zaczyna omdlewać, a to jeszcze nie półmetek. Ale efekt wart jest tego wysiłku, moje Be-Baby wyglądają, jakby razem z wełną zrzuciły kilka lat. tym bardziej, że na koniec dostają w nagrodę obcinanie pazurków, czyli korektę racic, które przez zimę wyhodowały sobie jak sekretarki w budżetówce. Tak się tego bałam! A okazuje się, że to całkiem proste. Dziękuję Sylwii za rady i dodawanie odwagi. Czasem tak jest, że trudno nam się za coś zabrać, bo wydaje się, że to za trudne, tymczasem wystarczy się przełamać i okazuje się, że nie święci garnki lepią i że wystarczy trochę się przyłożyć i ta dam! zrobione!
     Po takim seansie podnosiłam się jak zaczadzona, miałam tylko siłę dotrzeć nad staw i uwalić się na materacu na odpoczynek. Złotawa woda (od torfu) działa na zbolałe mięśnie jak najlepszy masaż, wokoło łąki tetnią życiem i zapachami, żaby i ptaszory się drą jak opętane... Cudownie.
     A po odpoczynku sianowanie, żeby mięśnie rozruszać. Udało się nam zebrać całkiem sporo siana, a to jeszcze nie koniec.
     Na tym zdjęciu to nie matka z młodymi jagniętami, tylko dwie baby ostrzyżone, a jedna jeszcze nie. Tak, żeby było widać kontrast.


piątek, 6 czerwca 2014

Myło do bani

       Moje ciało wymusza na mnie bycie ekologiczną hi hi hi.... O jedzeniu to nawet nie piszę, całe tomy tego wszyscy wypisują. Ale jest jeszcze ubranie. Otóż moje ciało, sporo lat temu, postanowiło nie akceptować tkanin sztucznych. Zaczęło więc mi serwować całą gamę zaczerwień, swędzących wyprysków tudzież innych przyjemności tego typu. No i bach!  chciał, nie chciał, muszę nosić tkaniny naturalne, przynajmniej w bezpośrednim kontakcie ze skórą. Farbek też niezbyt zresztą moja skóra lubi, dopiero potem dowiedziałam się, że niektóre barwniki do tkanin są mocno trujące. No i tak chodzę w lnach, bawełnach i wełnach, a ludzie się zachwycają: "Jak ty musisz kochać ekologię!" Ano muszę...
      Potem przyszła kolej na kosmetyki. Najlepsze kremy, nawet te AA (nie Anonimowi Alkoholicy, tylko anty Alergiczne) dają mi wysypkę. Mydła sodowe, nawet te domowe - też won! Bo cię ciało pokara świądem takim, że masz ochotę skórę zedrzeć. Past do zębów przemysłowych nie lubię po prostu, też dopiero później dowiedziałam się o fluorze i plastykowych miniaturowych kuleczkach, które zatruwają już w tej chwili wody w oceanach, rzekach i jeziorach oraz ryby... Wcześniej jednak po prostu ich nie lubiłam.
     Trudno, myć się trzeba. Błotko z orzechów myjących fajne, ale trzeba je wcześniej przygotować, sam zabieg trwa dość długo. Zachowuję je na okazje, kiedy chcę poczuć się kobietą luksusową.
     Lawirowałam tak między różnymi mydełkami, aż w końcu szukając pasty bez fluoru w necie wpadłam na serię kosmetyków z samej Syberii "Recepty Babuszki Agafii". Patrzę, a tu pasta cedrowa (do cedru syberyjskiego mam wielką słabość). A oprócz pasty mydła na bazie mydlnicy lekarskiej, bez sodu i nawet bez potasu, za to bardzo po rosyjsku i barokowo z pierdylionem ziół, olejków i wyciągów. Tudzież szampony, balsamy i kremy. Cena przystępna, więc sobie myślę: "Co mi tam, trochę można spróbować." Zamówiłam dwa mydła i szampon oraz balsam do włosów.
     Mydła mają konsystencję żelu, bazą jest wyciąg z mydlnicy białej i czerwonej (hmmm, tej nie znałam), olej cedrowy i rzeczony pierdylion olejków i wyciągów z ziół oraz w jednym przypadku dziegieć brzozowy i czaga brzozowa. Pachną niezwykle przyjemnie, świeżo i delikatnie. Pienią się też bardzo ładnie, w przeciwieństwie do kosmetyków z orzechów piorących. Można nimi myć zarówno ciało, jak i włosy. Aż mi się łapy same po nie wyciągają, kiedy wchodzę do łazienki.
     Jedyny bemol, to obecność konserwantów, ale mam wrażenie, że inaczej byłyby niedostępne w handlu, bo ileż czasu można przechowywać same mieszanki wyciągów z ziół i olejów? Kilka dni? Kilka tygodni może, ale w lodówce.
     W każdym razie moja skóra nie protestuje, wprost przeciwnie, wygląda, że jest mocno zadowolona. Włosy również, bo takie czyste i żywe już dawno nie były. Zwykle już 24 godziny po umyciu znów były tłuste i klapnięte, mimo używania specjalnych szamponów. Logiczne, tym, którzy na tych szamponach zarabiają, wcale nie zależy, żebyśmy musieli je stosować rzadko, tylko jak najczęściej. A tu mija jeden dzień, drugi, trzeci, a włosy ciągle sypkie i miłe w dotyku. Dopiero po trzech dniach coś tam było widać, ale też nie oszczędzałam się przez ten czas - pociłam się i kurzyłam przy sianie, że aż miło.
    Coraz bardziej jestem zmotywowana, żeby poeksperymentować z moją mydlnicą. Robiłam z niej kiedyś wywary, niezbyt mi wyszło. Teraz szukam innych przepisów. Może ktoś z Was zna?

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Chaszcze

       Wiosna, wilgotno i dość ciepło, więc zieleń się rozbuchała i rośnie w oczach.  Rozbuchane do granic możliwości drzewa, krzaki i zielska rozmaite wypełniają przestrzeń. Wilgotna zieloność wciska się wszędzie, radośnie i z wigorem.
      Mówiłam Wam, że nasz ogród jest dość bałaganiarski? No to jesteście uprzedzeni. Dziś zostawimy na chwilę warzywniki i wybieramy się do dżungli. No to zabieramy ekwipunek i naprzód!


Alejka przed domem i piękne, czerwone pęcherznice. Niedługo wejdą do domu, hm...
   Kiedyś posiałam margerytki, teraz wszędzie ich pełno. to jest moja wersja trawnika. Oraz młodziutka jarzębinka miczurinowska o słodkich owocach. Jeszcze ich nie próbowałam, ale już niedługo....

Tego cuda nie muszę przedstawiać... Uwielbiam zapach irysów, zarówno kwiatów, jak korzenia, który pachnie fiołkami.

  I znowu alejka....
 Łubiny wyhodowane w zeszłym roku z nasion.
  Małe oczko wodne. Niedługo zakwitną nenufary, moje magiczne kwiaty.

Bramka i pnąca róża, którą ocalam przed zamarznięciem odczepiając i zawijając wieloma warstwami agrowłókniny. Krwawa robota dla moich rąk, nawet w rękawiczkach, ale za to jak już zakwitnie, to czaruje wszystkich.
 Pióropusznik strusi nad oczkiem wodnym. Ma on długa historię, bo pierwsze sadzonki przyniosłam do ogrodu Babci z liceum - rósł tam pod północną stroną sali gimnastycznej. Potem z ogrodu Babci zabrałam sadzonki do nas. Teraz zajmuje cieniste zakątki ogrodu i rośnie czasem prawie tak wysoko, jak ja.
 Pergola opleciona klonem i winoroślą, a z niej widok na lasek.
 Ścieżka w lasku.
I druga ścieżka w lasku.
A teraz pomyślcie, że cała ta przestrzeń to był goły ugór, na którym pasły się krowy. Kilkanaście lat temu, kiedy tu się wprowadziliśmy. Aż samej mi trudno uwierzyć, że każde z tych drzewek i każdą z tych bylin zasadziliśmy sami. I wiele innych, które nie zmieściły się na zdjęciach. Malutkie świerczki wyrosły ponad dach domu....
Uwielbiam te swoje chaszcze, można się w nich zagubić i zapomnieć o całym świecie.
Jeśli więc sadzicie drzewka i krzewy, to spróbujcie patrzeć na nie oczami wyobraźni - jakie będą za kilkanaście lat. I nie sadźcie za gęsto. Maleństwa, które sadzicie, niedługo będą olbrzymami.