Ania napisała przepiękny, długi tekst ilustrowany fotografiami. Muszę go podzielić na części, bo blogger nie daje rady przyjąć całego. Jutro druga część.
Do samego końca nie byłam pewna czy pisać czy nie. Jestem z
tych wiernych podczytywaczy, którzy wiecznie mają coś ważniejszego do
zrobienia
niż pisanie. Mniejsza z nagrodą, miło, że pojawiło się miejsce u
Gorzkiej
Jagody, w którym można podzielić się kawałkiem swojego świata. Co by tu
napisać o sobie? Może to, że jestem nieuleczalnie chora na ogród. Ta
choroba
trwa już dość długo, od 2007 roku – wtedy to kupiliśmy niecałe dwa
hektary
ziemi w cichym zakątku Lubelszczyzny. Chociaż, jak by się głębiej
zastanowić,
to miłość do pracy w ziemi zaszczepili mi w dzieciństwie rodzice. Co
ciekawe
urodziłam się i wychowałam w mieście, ale mieliśmy (i moi rodzice nadal
mają)
ogródek działkowy pod miastem, na którym spędzałam większość wolnego
czasu.
Chyba tak się zaczęło...
Mam na imię Ania. Mam 33 lata. Mam dwóch
wspaniałych synków i
cudownego męża, który tak samo jak ja kocha prace na naszej ziemi.
Wciągamy w
tą pasję również nasze dzieci. Czekają już na wiosnę. Będą zakładać
swoje
ogródki. Nadal tam nie mieszkamy. Dojeżdżamy. Od ponad trzech lat
mieszkamy całkiem niedaleko, więc w sezonie bywamy praktycznie
codziennie. Były
czasy, że dojeżdżaliśmy ponad 25 kilometrów – na początek autobusem, a
po
zrobieniu prawka, samochodem.
Od kilku lat stawiamy dom, ale jeszcze
trochę to
potrwa, więc i tak więcej pracy wkładam na razie w ogród. Jak
zamieszkamy, to
będzie nam już rodzić nasza ziemia. W ziemi tej zauroczył nas przede
wszystkim las.
Pamiętam jak
późną jesienią 2006 roku oglądaliśmy ziemię i zbieraliśmy na niej
grzyby, a grzyby
to kolejna moja pasja, więc ziemia jak najbardziej nam podpasowała.
Przez
pierwsze 3 lata głównie oczyszczaliśmy nieużytek, który był mocno
zarośnięty.
Gdzieniegdzie trudno było przejść. Las nie porasta całej działki. Są
większe
skupiska drzew – głównie brzoza i sosna, dwóch miejscach większy lasek.
Są też
dzikie aronie, jarzębiny, derenie, głóg i dzika róża. W ostatnim sezonie
mocno
obrodziły dzikie grusze i jabłonie. Pyszne. W połowie mamy stary, ponad
80letni
sad – jabłonie i dwie grusze. Nadal dają owoce. Dalej rozciąga się
kraina
maślaków, kraśniaków, kozaków i prawdziwków – nasz raj.
Przez trzy lata
nawet
nie bardzo myślałam o nasadzeniach owocowych. Jedyne co, to od początku
mamy
truskawki i winogrona. Postawiliśmy między brzozami garaż, a w nim łóżko
i
przyjeżdżaliśmy często, nawet na kilka dni pracować. Udało się
doprowadzić do
stanu używania. Z biegiem lat nazbieraliśmy pokaźną kolekcję roślin i
tych
ozdobnych i tych użytkowych. Do połowy działki (ok 300 metrów) mamy
wszystko
uporządkowane, ale nie bawimy się w sianie trawy. Wszystko wygląda
naturalnie.
Nawet drogi nie równaliśmy. Tu rośnie mech, tam leżą szyszki pod sosna,
tu
trawa, a gdzie indziej liście, których na jesieni nie grabimy. Jedyna
nasza
ingerencja, to dosadzanie nowych roślin i koszenie chabyzi, które w
sezonie
deszczowym zarosły by nas i nasze uprawy. Koszonej trawy i dzikich ziół
też nie
grabimy. Wszystko zostaje i się rozkłada. Poniżej fragment leśnej części
działki, tej którą jeszcze kosimy (za starym sadem już nie ingerujemy
nawet w
ten sposób) – zdjęcia jesienne, więc już trochę szaro.
Mamy między innymi maliny, truskawki, poziomki, jagody
kamczackie, jagody goi, borówkę amerykańską, śliwy, wiśnie, czereśnie,
mirabelki, grusze, jabłonie, morele, porzeczki, agrest, pigwowce, jeżyny,
aronie (dzikie), orzechy, dereń jadalny, morwy (jeszcze małe), świdośliwy i
dużo różnych winogron. Mamy też część warzywną, gdzie zazwyczaj goszczą ogórki,
pomidory, marchew, pietruszka, koper, papryka, buraki, cebula, seler naciowy,
fasole, groch, kapusta, jarmuż, cykoria, rabarbar, szparagi, szpinak, szczaw,
rukola, cukinie i dużo dyni. Pewnie o czymś zapomniałam. Tamtej jesieni posadziliśmy maliny. Mamy trzy rzędy, mniej
więcej po dwadzieścia metrów każdy. Maliny jesienne – odmiana Polka. Mieliśmy w tym roku całkiem
spory wysyp, jak na świeżo posadzone rośliny. Tu mogę podzielić się tym, jak
przygotowaliśmy im miejsce. Nasza ziemia to głównie piach. Słaba klasa. Trzeba
się postarać by ładnie rosło. Najpierw przygotowałam trzy rzędy pod maliny. Ściągnęłam
w tych miejscach darń i przekopałam z bardzo dużą ilością obornika końskiego.
Po dłuższym czasie, jak się już uleżało, posadziliśmy jesienią maliny. Na
wiosnę (a nawet częściowo zimą, bo była ciepła) usunęliśmy darń w
międzyrzędziach, wygrabiliśmy i zasialiśmy wiosną białą koniczynę. Maliny
odgradzają od tej części z jednej i drugiej strony stemple budowlane
(pozostałości po budowie). Koniczyna jest regularnie koszona, a pozostałości po
koszeniu wrzucam pod maliny, by się rozkładało. Dosypuję trochę różnych innych
resztek, więc można powiedzieć, że mam je wyściółkowane. Chyba im służy.
Pięknie rosną. Mało z nimi pracy już po założeniu małej plantacji. Bardzo
rzadko podlewam, bo by mi wysiadł kręgosłup od noszenia takich ilości wody
(niestety pod część ogrodową nie mamy jeszcze podciągniętej). Mimo to pięknie
rodziły, a radość moich dzieci z buszowania w malinach BEZCENNA. W tym roku mam
chrapkę na rządek żółtej maliny. Ale jak to ja, muszę trochę przemyśleć, co i
jak zanim do tego ruszę. Maliny na jesieni przed ścięciem:
I po ścięciu:
...niecałe dwa hektary a ile pasji i szczęścia...
OdpowiedzUsuńZachwycona jestem tymi rzędami malin.Pięknie to zrobiłaś.U mnie w malinach totalny chaos.Pozdrowienia zasyłam.
OdpowiedzUsuńDziękuje:-)
UsuńDługo się zastanawiałam co by tu wysiać między malinami, by im służyło i dało się trzymać w ryzach. Koniczyna biała posiada zdolność wiązania azotu atmosferycznego dzięki symbiozie z pewnymi bakteriami, które mieszkają w jej korzonkach. W ten sposób podłoże wzbogacane jest w azot w formie przyswajalnej również dla innych roślin. W tym wypadku mam nadzieję, że skorzystają z tego maliny. Ścięta koniczyna dobra tez jest do ściółkowania. Na razie dobrze się zapowiada. Zobaczymy jak będzie w drugim roku od posadzenia. No i ile szczęścia znalazłam w tej koniczynie. Czterolistne koniczynki jakoś same w rączki wpadały;-)
Zauważyłam jeszcze, że koniczyna ta zatrzymuje dużo wilgoci w glebie, szczególnie jak jest trochę podrośnięta. Nie podlewałam malin w tym roku. Ładnie się trzymały.
Pięknie tam macie i jakie bogactwo ogrodowe. Nam maliny się nie przyjęły. Próbowaliśmy trzy lata. Koniczyny natomiast sporo rośnie dla owieczek i dla mnie, bo lubię zbierać czterolistne. Pozdrawiam serdecznie Gospodynię i wszystkie Autorki. Ja nie zdążyłam napisać w terminie. Może jeszcze kiedyś.
OdpowiedzUsuńAniu !
OdpowiedzUsuńTyle miłości do wszelkiej zieloności.Oby dzieci ją przejęły tak jak Ty od swoich rodziców.
Moja jedyna córka nie lubi wiejskości i to chyba w każdym wydaniu.Bardzo ubolewam.
My też mamy świeże rzędy malin na wiosnę spróbuję z koniczyną.
Bez dwóch zdań widać pasję. Aż mnie kusi żeby napisać i o mojej skromnej miłości do ogródka :)
OdpowiedzUsuńDwa hektary własnego raju - coś pięknego!
OdpowiedzUsuń